Przejdź do treści

And the Oscar goes to – czyli hollywoodzkie nagrody 2020

Oscary 2020
Fot. materiały prasowe

To był coroczny, najważniejszy dzień ( i noc) w świecie filmu. Po raz 92. nagrodzono najlepsze filmy 2019 roku. Największym zwycięzcą tegorocznych Oscarów okazał się „Parasite” Bonga Joon-ho, nagrodzony czterema statuetkami.

Najlepszy z najlepszych!

„Parasite” to pierwszy w historii Oscarów film nieanglojęzyczny, który wygrał zarówno w swojej kategorii, jak i w głównej kategorii „najlepszy film”. Został uznany też za najlepszy scenariusz  oryginalny i reżyserię. Czy to znak, że ceremonia wreszcie przestaje być lokalną imprezą, nagradzającą głównie filmy wyprodukowane w Stanach? Eksperci radzą poczekać do przyszłego roku, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście tak się stanie.

Statuetki dla południowokoreańskiego filmu Bong Joon-ho nikogo nie zdziwiły.  To dramat obyczajowy,  czarna komedia i thriller w jednym – historia biednej rodziny, która mieszka w piwnicy wielopiętrowego bloku i do której pewnego dnia uśmiecha się los –  wszyscy zdobywają zatrudnienie u bogatej rodziny Parksów. Obserwujemy zderzenie dwóch światów, w którym następuje ciąg tragikomicznych zdarzeń. To film, który porusza problem nierówności społecznych i wykluczenia – nic dziwnego, że zdobył także Złotą Palmę w Cannes.  Film dostał aż 6 nominacji i finalnie zdobył cztery statuetki, pokonując tym samym Sama Mendesa i jego świetny „1917”,  nominowany aż w 10 kategoriach.

Trudno się więc dziwić, że nasze „Boże Ciało”, nominowane w kategorii najlepszy film międzynarodowy, pozostało „tylko” z nominacją. Film Jana Komasy miał w tym roku mocnych konkurentów, z „Parasite” na czele.

 

 

„Boże Ciało” – polski, silny akcent

„Boże Ciało” to oparta na faktach historia Daniela (w tej roli fantastyczny Bartosz Bielenia) – 20-latka, którego poznajemy, kiedy ma zacząć swoje nowe życie po wyjściu z zakładu poprawczego. Chciałby zostać księdzem, a jego wzorem jest kleryk, który pomagał chłopcom w poprawczaku. Daniel zdaje sobie sprawę z tego, że jego marzenie nigdy się nie spełni, ale los kieruje go do wioski, do kościoła. Okazuje się, że niemożliwe staje się możliwe i w krótkim czasie Daniel nie tylko spowiada wiernych, ale jest też prawdziwym natchnieniem dla miejscowej ludności. Chłopak dostrzega problemy nękające mieszkańców, próbuje być duchowym przewodnikiem tych, których dotknęła tragedia, jednocześnie zdaje sobie sprawę z powierzchowności wiary. Do głosu dochodzą bowiem najgorsze cechy polskiego społeczeństwa: zazdrość, osądzanie, zgoda na przemoc i inne patologie.

Nie jest to film o kościele, tylko o nas, o polskim społeczeństwie.  I o chłopcu, który zasługuje na drugą szansę i na moment rzeczywiście ją dostaje.


Nie był to jedyny polski akcent na uroczystości – na scenie zobaczyliśmy Kasię Łaskę. Artystka wraz z innymi piosenkarkami towarzyszyła Idinie Menzel, wykonującej piosenkę Elzy z Krainy Lodu 2.

Aktorska śmietanka

Jeśli chodzi o statuetki za role pierwszoplanowe, werdykt zgodził się z przewidywaniami bukmacherów. Nagrody otrzymali – Joaquin Phoenix za rolę w filmie „Joker” oraz Renée Zellweger za tytułową „Judy”. Przemowa Phoenixa była zdecydowanie najbardziej zaangażowanym wystąpieniem gali, która – podobnie jak w zeszłym roku – odbyła się bez prowadzącego. To pierwszy, bardzo zasłużony Oscar dla 46-letniego aktora, znanego ze swoich proekologicznych przekonań.

„Sztucznie zapładniamy krowy i zabieramy ich dzieci. Żeby sprawić sobie przyjemność, kradniemy im mleko, żeby nalać do kawy” – powiedział Pxoenix, odbierając statuetkę. Wspomniał także o prawach osób LGBT i przyznał, że praca z nim nie była łatwa – przeprosił tych, z którymi pracował i podziękował za otrzymaną drugą szansę.

Spełniły się także przewidywania, kto dostanie Oscara 2020 za najlepszą rolę drugoplanową. Największe szanse na zdobycie statuetki mieli tegoroczni zdobywcy Złotego Globa, czyli Brad Pitt za rolę w „Pewnego razu w Hollywood” oraz Laura Dern za rolę w filmie „Historia małżeńska”. Tak też się stało i statuetki zasłużenie powędrowały do aktorów.

Oscary 2020 – kto jeszcze zwyciężył?

Statuetkę za najlepszą piosenkę (Rocketman) dostaje Elton John i odbiera ją ze swoim wieloletnim tekściarzem Berniem Taupinem.

Najlepszy film animowany to „Toy Story 4”, najlepszym krótkometrażowym filmem animowanym okazał się „Hair Love” Matthew A. Cherry’ego i Karen Rupert Toliver,  a statuetkę za najlepszy film krótkometrażowy dostał film „The Neighbour’s Widow”.

Nie zdziwiła też nagroda za najlepsze kostiumy, która przypadła Jaqueline Durran za film „Małe Kobietki” film Grety Gehrwig.


Zobacz też: 12 najpiękniejszych – choć nieoczywistych – filmów o miłości!

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Czego możemy nauczyć się od Włoszek i Francuzek?

Włoszki i Francuzki
Włoszki i Francuzki - czego możemy się od nich nauczyć?

Kobiece, silne, świetnie ubrane, nie przejmujące się upływem czasu, czerpiące z życia garściami. Sophia Loren, Brigitte Bardot, Juliette Binoche, Claudia Cardinale, Monica Bellucci i wiele, wiele innych. Jak one to robią? Dwie kobiety i ich książki, dzięki którym dostajemy bezcenną lekcję kobiecości i bycia sobą.

Pisarka oraz prowadząca bloga była właścicielka agencji reklamowej. Fascynujące kobiety, które uczą, jak w codziennym biegu nie zapomnieć o kobiecości, jak nie przejmować się upływającym czasem i cieszyć się chwilą.

„MODY PRZEMIJAJĄ, A STYL JEST WIECZNY”

Gabriella Contestabile jest Włoszką, pisarką i pedagożką, zajmowała się zarządzaniem m.in. w Estee Lauder, Shiseido oraz Prada Beauty, mieszka w nowym Jorku. Miłośniczka włoskiej sztuki i rzemiosła, w książce „Włoszki. Czego mogą nas nauczyć” zabiera nas w niesamowitą, nostalgiczną podróż do swojego ojczystego kraju.

Odwiedzamy Wenecję, Florencję, Rzym i Neapol, w których sztuka łączy się z życiem – próbujemy lokalnych potraw, uczymy się podstaw stylu Włoszek, zaglądamy do ich szaf i próbujemy skompletować odpowiedni zestaw ubrań. Zaglądamy do pracowni Alberty Ferretti, Brunella Cuccinelli, Elsy Schiaparelli czy Miucci Prady, słuchając wspaniałych opowieści z wielkiego świata.

„DLA WŁOSZEK MODA JEST ŹRÓDŁEM RADOŚCI, A NIE POWODEM DO STRESU”

Mniej znaczy więcej, a tanio znaczy drogo – to credo włoskich kobiet. Skrupulatnie wybierają swoją garderobę, bawią się modą. A oto manifest, który warto poznać i wdrożyć do naszej zbyt szybko biegnącej codzienności:

Szukaj szczęścia, gdzie tylko się da i ciesz się tym, co masz. Dostrzegaj piękno we wszystkich jego przejawach. Pamiętaj, że radość nie bierze się z wielkich rzeczy, tylko ze zwyczajnych chwil. Znajdź czas na to, by zjeść w spokoju dobry posiłek. Szukaj magii w codziennym życiu. Traktuj espresso z wielka powagą. Ufaj swojej intuicji. Jedz lepiej i mniej. Unikaj gotowych przekąsek. Słuchaj zmysłów. Kupuj mniej, ale lepiej i używaj tego, co już masz. Baw się strojem. Trzymaj się tradycji i odrzucaj konwenanse.

I w końcu zakochaj się, uprawiaj miłość, spaceruj po ogrodzie, ubarwiaj swoje życie drobnymi czynnościami każdego dnia, a twoja skóra zyska taki blask, że wszyscy będą się zastanawiać… jak ona to robi?!

Zobacz też: Jak kobiety podejmują decyzje?

„Francuzki dojrzewają najpiękniej. Jak wraz z wiekiem stawać się coraz piękniejszą, bardziej świadomą i szczęśliwszą?” Mylene Desclaux to dowcipnie napisany poradnik dla dojrzałych kobiet. Wolność odzyskana po rozwodzie i usamodzielnieniu się dzieci, pozwala na nowe życie, tylko czy w tym wieku jest jeszcze szansa na znalezienie siebie i nowej miłości? Jak najbardziej!

Jak pisze Mylene, powinnyśmy pogratulować sobie, że urodziłyśmy się w czasie, gdy pięćdziesiąt lat to wiek, który dzięki zdrowemu trybowi życia, postępom w kosmetyce i jakości życia z roku na rok staje się coraz młodszy. Jednym słowem dzisiejsza pięćdziesiątka to dawna czterdziestka albo nawet trzydziestka.

Jak być szczęśliwą? Oto przepis: 

Doceń małe przyjemności z prostych rzeczy. Szukaj sensu – medytuj, ćwicz jogę, módl się – cokolwiek ci odpowiada. Ubieraj się kolorowo i wygodnie – w szufladzie z bielizną miej komplety na gorące noce i wygodne zestawy na co dzień. Jeśli chodzi o kosmetyki, używaj tylko podstawowych produktów i nie kupuj drogich. Trzymaj prawidłową wagę i nie pokazuj się z siwymi włosami. Sport co dwa dni, sex przynajmniej 2 razy w tygodniu i przynajmniej raz dziennie dawka śmiechu.

I karm się samotnością, ale tylko po to, aby lepiej się zregenerować. Aby praktykować kult odmienności, mieć oczy i umysł szeroko otwarte. Uprawiać aktywny, niepowtarzalny hedonizm.

Zobacz też:  Czym jest miłość?

Źródła:

„Francuzki dojrzewają najpiękniej” – Mylene Desclaux Wyd. Literackie

„Włoszki. Czego mogą nas nauczyć?” – Gabriella Constabile Wyd. Literackie

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Jak pomóc osobie z depresją? Na pewno nie tymi słowami!

Jak pomóc osobie z depresją
Jak pomóc osobie z depresją? Na pewno nie na siłę, a z dużą dawką empatii i uważności.

Depresja to choroba niepatrząca na wiek, płeć, status społeczny – może dotknąć każdego. I coraz częściej dotyka. Dane są alarmujące, a świat nie nadąża z łataniem dziur, jakie w związku z tą chorobą powstają. Co jednak ważne, powinniśmy „łatać” je wspólnie, bo zapewne każdy z nas (nawet jeśli o tym nie wie) ma w swoim otoczeniu osobę chorą. Jak zatem pomóc osobie z depresją i owo „łatanie” wziąć w swoje ręce?

Co istotne, za określeniem „łatanie” stoi wspieranie bliskiej nam osoby, empatyczne reagowanie na jej problemy, pomoc w sytuacjach kryzysowych i po prostu bycie – bez oceniania, krytykowania, unieważniania jej stanu, emocji czy doświadczeń. W żadnym wypadku nie jest to równoznaczne z braniem pełnej odpowiedzialności za chorego/chorą, bowiem warto, aby to „reguła maski tlenowej” wiodła tu prym. Jak w samolocie – najpierw rodzic zakłada ją sobie, dopiero później dziecku. Analogicznie jest tutaj – osoba chcąca nieść wsparcie powinna mieć pod kontrolą przede wszystkim swój stan. Pomoc własnym kosztem nie będzie skuteczna tak, jak by mogła być. Rodzi zwykle o wiele więcej frustracji i zwiększa ryzyko wypowiedzenia słów, które pomocne na pewno nie będą.

Jak pomóc osobie z depresją? Tych słów unikaj!

1. Wszystko jest kwestią nastawienia.

2. Inni mają gorzej i jakoś sobie radzą.

3. Leki nie są rozwiązaniem – to sama chemia.

4. Musisz się rozruszać – poćwicz, wyjdź gdzieś, pojedź na wakacje.

5. Dlaczego wcześniej nie mówiłeś/aś, że coś się dzieje?

6. Z Tobą to zawsze jakiś problem…

7. Zobacz, jak mama cierpi, kiedy widzi Cię w takim stanie – nie rób jej tego.

Powyższe zdania mają ze sobą wiele wspólnego. Po pierwsze, kilka z nich ewidentnie przerzuca „winę” za depresję na chorego. Jeśli się nad tym zastanowić, żadnego sensu w tym oczywiście nie ma – czy naprawdę ludzie sami z siebie chcą doprowadzać się do stanu często związanego z niechęcią życia, smutkiem i brakiem jakichkolwiek sił?

Po drugie, część z nich ma w sobie całkowitą niewiarę w powagę sytuacji. Bagatelizuje cierpienie chorego – wręcz zabiera mu do niego prawo, a absolutnie każdy je ma! Po trzecie, pokazywanie osobie z depresją, jak jest dla świata trudna i ile bólu sprawia swoim cierpieniem innym jest niezwykle zagrażające.

Po czwarte, nie stygmatyzujmy leków, które jak najbardziej owym rozwiązaniem mogą być! Jeśli bliska nam osoba dostała receptę, raczej starajmy się dbać o to, by regularnie przyjmowała zaleconą farmakoterapię, a nie zasiewajmy w niej dodatkowe wątpliwości – i tak ma ich zbyt wiele.

Po piąte, nie narzucajmy na siłę swoich rozwiązań. Każdy jest inny, ma inne granice, potrzeby, upodobania, temperament. Radzenie introwertykowi, aby poprawiał sobie humor wyjściem na imprezę, może nie być pomocne… Co przy tym ważne, szanujmy „nie” i nie obrażajmy się, jeśli spotkamy się z odmową czy wręcz wybuchem trudnych do zniesienia emocji. Wcale nie muszą być skierowane przeciwko nam. Zły nastrój, drażliwość, smutek czy płaczliwość mogą być elementem choroby – miejmy to na uwadze.

Zobacz też: Pierwsza wizyta u psychoterapeuty – 3 pytania, których możesz się spodziewać

Przyjmując pomocną dłoń

Powyższe słowa tworzą zaledwie kilka zdań. Zastanawiając się jednak głębiej nad tym, jak pomóc osobie z depresją, powinniśmy stworzyć książkę – dwie, trzy, pięć, a najlepiej oddzielną publikacją dla każdego indywidualnego przypadku. Jest to bowiem na tyle skomplikowane, że naprawdę każdy z nas w zderzeniu z depresją – swoją czy bliskiego – ma pełne prawo odczuwać zagubienie. Jeśli nas ono przerasta lub po prostu czujemy, że potrzebujemy dowiedzieć się o opisywanej tu chorobie więcej, nie bójmy się prosić o pomoc specjalistów. Psycholog, psychoterapeuta czy psychiatra niosą wsparcie także bliskim osób chorujących – bo pytanie: „jak pomóc osobie z depresją” nie powinno pozostać bez odpowiedzi!

Zobacz też: Dlaczego tak trudno zdecydować się na terapię?

Inspiracja: forumprzeciwdepresji.plhuffpost.com

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Presja i ciężar najmłodszych – zdrowie psychiczne naszych dzieci pod lupą

zdrowie psychiczne dzieci
Fot Oksana Bratanova / 123RF

Dane amerykańskiej instytucji zbierającej informacje na temat stanu zdrowia Amerykanów, Centre for Disease Control and Prevention (CDC) szacuje, że występowanie zaburzeń depresyjnych i lękowych u dzieci w wieku 6-17 lat wzrosło z poziomu 5,4% w 2003 do 8,4% w latach 2011-2012.

Według danych zebranych przez CDC dzieci i młodzież pomiędzy 2 a 17 rokiem życia najczęściej otrzymują diagnozę ADHD, zaburzeń lękowych, depresyjnych oraz innych zaburzeń zachowania. Ponad 6 milionów młodych Amerykanów na którymś etapie swojego życia otrzymuje diagnozę ADHD, ponad 4 miliony zdaniem specjalistów cierpi z powodu zaburzeń lękowych, a niemal 2 miliony zmaga się z depresją. Co więcej, zaburzenia te często współwystępują (Źrodło: cdc.gov/childrensmentalhealth).

W zasadzie więc co czwarte dziecko w Stanach Zjednoczonych cierpi z powodu jakichś zaburzeń psychicznych i wymaga specjalistycznej pomocy.

Nasze dzieci potrzebują wsparcia!

Dane amerykańskie wydają się być reprezentatywne również dla naszego kręgu kulturowego. Według raportu opublikowanego w 2017 roku przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę zatytułowanego „Dzieci się liczą 2017- raport o zagrożeniach bezpieczeństwa i rozwoju dzieci w Polsce” nasz kraj przoduje w ilości zakończonych śmiercią prób samobójczych wśród osób w wieku 10-19 lat.

Szacuje się, że około 400 000 polskich dzieci pilnie potrzebuje pomocy lekarskiej, a jednocześnie mamy zaledwie 400 psychiatrów dziecięcych.

Jest więc źle i wszystko wskazuje na to, że będzie raczej tylko gorzej z tym, jak czują się i z czym zmagają się młodzi ludzie. Choć może się to wydać zaskakujące, zdaniem Stevena Pinkera, żyjemy w najbezpieczniejszych czasach od tysięcy lat. Ryzyko, że dziecko stanie się ofiarą napaści, wykorzystania lub doświadczy wojny nigdy jeszcze nie było tak niskie. A jednak dzieci cierpią. Oczywiście, nie ma możliwości, żeby jeden krótki tekst wyczerpał temat przyczyn tego stanu rzeczy oraz sposobów, które mogłyby go poprawić. Nie ma też jednej przyczyny i jednego źródła ulgi. Można jedynie snuć fantazje i otwierać się na różne możliwości.

Pozorny spokój vs. współczesne zagrożenia

Na blogu „Ojcowska strona mocy” ukazało się niedawno zdjęcie z jednego z przedszkoli. Jego pracownicy poprosili rodziców, by nie filmowali swoich dzieci podczas jasełek: „Mali aktorzy oczekują państwa uwagi i współprzeżywania” – argumentowali. Czy dzieci najpierw widzą ekran, a dopiero potem rodzica? I po co rodzic robi nagranie?

Pomimo tego, że rzeczywistość zdaje się być bezpieczniejsza, jednocześnie może być przeżywana jako zagrażająca i niemożliwa do ogarnięcia. Ciekawe badania przeprowadzone w 2018 roku wśród młodych osób doświadczających psychicznego kryzysu w Nairobii wskazują, że źródeł późniejszych problemów można upatrywać na przykład w dramatycznych doświadczeniach, takich jak śmierć rodzica. Równie trudno młodym ludziom poradzić sobie z poczuciem porzucenia, kiedy jeden z rodziców odchodzi i zakłada nowa rodzinę lub kiedy patrzą na finansowe trudności rodziców. Dzieci bardzo szybko zaczynają zdawać sobie sprawę, że rodzicom jest trudno znaleźć dobrze płatną pracę lub też nie radzą sobie finansowo. Bardzo szybko też zaczynają się o to obwiniać („ Jestem dla nich ciężarem.”)

Szkoła zwykle też nie jest szczególnie wspierająca. Okres nauki jest czasem przejścia z dzieciństwa w dorosłość. Jest czasem potężnych zmian, które mogą być dla człowieka zarówno fascynujące, jak i przerażające. Stopniowo zdobywana niezależność czy zmieniające się ciało mogą być źródłem przyjemności, ale też chaosu. Szkoła w odpowiedzi na te zmiany, być może w poczuciu zagrożenia, w reakcji na ów młodzieńczy na chaos, bywa bardzo restrykcyjna. To, co zdaje się wymykać porządkowi, jest na siłę z powrotem w niego wtłaczane.

Dzieci od bardzo wczesnych lat szkolnych są modelowane, budowane i kształtowane. Od pierwszych dni w szkole są oceniane, chodzą na dodatkowe zajęcia, na których również powinny być w stanie sprostać określonym wymaganiom. W zasadzie nie ma już czasu na swobodną zabawę. Nie ma go nawet w przedszkolu, ponieważ trzeba „realizować program”.

Zobacz też: Być nastolatkiem – wyzwanie dla rodziców, wyzwanie dla niego samego

Plan do zrealizowania

Podobnie jest z rodzicielstwem – jakby było to jakieś założenie, które trzeba spełnić, obraz człowieka sukcesu, do którego należy dążyć od najmłodszych lat. Rodzice wspólnie z przedszkolem, a później szkołą – często przeładowanymi różnorodnymi dodatkowymi zajęcia – realizują ten plan. W rezultacie dzieci nie mają czasu wolnego, niezagospodarowanego przez rodziców lub placówkę, w której spędzają wiele godzin dziennie. Bywają na ustrukturyzowanych placach zabawa, z których potem idą na kolejne zajęcia, zdają egzaminy, piszą sprawdziany, wracają do domu, w którym odrabiają lekcje. W takich warunkach bardzo trudno poczuć, co to znaczy być panem własnego czasu. Najmłodsi nie mają okazji, by sprawdzić, jak mogą poradzić sobie z nudą – jak to w ogóle jest się nudzić i czy płyną z tego jakieś pożytki. Nie mają zbyt wielu szans, by nauczyć się być w grupie, która rządzi się swoimi prawami. A jeśli odstają od normy? Odpowiedź jest prosta – idą na kolejne zajęcia, które mają przywrócić je do porządku, dostają diagnozę lub leki.

To jedna strona rzeczywistości, z którą zmagają się młodzi ludzi i która wywołuje kolejne kryzysy psychiczne. Można się też zastanawiać, na ile łatwiej dziś stawiać diagnozy. Jak również, na ile dzisiejsze trudności są odroczoną w czasie reakcją na trudności minionych lub mijających pokoleń. Czasami rodziny „delegują” kogoś, kto się leczy, niejako w zastępstwie innych osób w rodzinie. Czy podobnie jest z dzisiejszą młodzieżą…?

Zobacz też: Kiedy najtrudniej być rodzicem?

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Działalność przedszkola w czasie epidemii. Czy w epoce koronawirusa trzeba płacić za przedszkole? [PRAWNIK]

Fot: pixabay.com

O ile na pierwszy plan wysuwają się kwestie medyczne związane z epidemią koronawirusa, o tyle nie omijają nas również problemy ściśle praktyczne, szczególnie skutki ekonomiczne sytuacji. Rodzice dzieci przedszkolnych stają przed następującym dylematem: czy w sytuacji, gdy moje dziecko nie chodzi do przedszkola, bo jest ono zamknięte decyzją władz państwowych, mam za przedszkole płacić czy nie? To pytanie nabiera ekonomicznych rumieńców szczególnie wtedy, gdy maluch chodzi do przedszkola prywatnego – a wiadomo, że to sporo kosztuje.

Co na to umowa?

Tego typu dylematy nie pojawią się wówczas, gdy tego rodzaju sytuacje przewiduje umowa. Będą to jednak sporadyczne przypadki. Większość umów funkcjonujących w obrocie nie przewiduje rozwiązań uwzględniających tego rodzaju sytuacje, nie precyzuje co mają wówczas zrobić rodzice czy właściciele placówek. Z jednej strony rodzice zapewne uważają, a przynajmniej część z nich, że skoro dziecko nie chodzi do przedszkola, a więc nie korzysta z usług opiekuńczych, to nie ma powodu, by opłacać czesne. Należy jednak pamiętać, że z drugiej strony właściciele przedszkoli muszą opłacać rachunki, pensje pracowników czy inne opłaty, aby utrzymać gotowość do podjęcia się opieki na dziećmi, po tym jak stan zagrożenia ustanie. Inspiracją do podjęcia tego tematu i rozważenia jego prawnych aspektów był fakt, że dotarły do mnie opinie, że w obecnej sytuacji rodzice mają po pierwsze prawo żądać zwrotu czesnego, po drugie zaś nie muszą opłacać go w kolejnych miesiącach, do czasu ustania stanu zagrożenia. Moim zdaniem z prawnego punktu widzenia sprawa jest nieco bardziej skomplikowana, a analiza sytuacji prowadzi do wniosku, że przytoczone poglądy rodziców przedszkolaków są nieprawidłowe.

Przyjrzyjmy się zagadnieniu nieco bardziej szczegółowo. W pierwszej kolejności należy ocenić z jakiego rodzaju umową – pod względem cywilistycznym – mamy tu do czynienia. Umowę o świadczenie usług opiekuńczych w placówce przedszkolnej należy zakwalifikować jako tzw. umowę wzajemną, gdyż świadczenie każdej ze stron jest odpowiednikiem świadczenia drugiej strony. Zapewne  pogląd, że rodzice mogą żądać zwrotu czesnego i nie płacić go za miesiące kolejne wynika z założenia, że świadczenie właścicieli przedszkola polega jedynie na sprawowaniu opieki nad dziećmi, zaś świadczeniem rodziców jest zapłata czesnego w odpowiedniej wysokości. Takie założenie pozwala na konkluzję, że skoro świadczenie opieki nad dziećmi przez przedszkole stało się niemożliwe do spełnienia na skutek okoliczności, za które żadna ze stron umowy, tj. ani przedszkole ani rodzice, nie ponosi odpowiedzialności (bo wynika ono z decyzji władz państwowych), to na podstawie art. 495 par. 1 Kodeksu cywilnego strona, która miała to świadczenie spełnić – czyli w tym przypadku przedszkole – nie może żądać świadczenia wzajemnego (tj. zapłaty czesnego), a jeśli je otrzymała, obowiązana jest do zwrotu według przepisów o bezpodstawnym wzbogaceniu.

Przedszkole w czasie epidemii – jego gotowość do opieki

Wydaje się jednak, że zagadnienie to jest bardziej złożone i nie tak oczywiste. W mojej ocenie świadczenie właścicieli przedszkola nie polega jedynie na sprawowaniu opieki nad dziećmi, ale również – co bardzo istotne – na pozostawaniu w gotowości do sprawowania tej opieki, a zatem ma charakter bardziej złożony. Jeżeli przyjmiemy, że świadczenie właścicieli przedszkoli ma ten złożony charakter, tzn. składa się z dwóch wymienionych elementów (sprawowanie opieki, pozostawanie w gotowości do sprawowania opieki), to wówczas zastosowanie powinien znaleźć art. 495 par. 2 Kodeksu cywilnego, zgodnie z którym: „Jeżeli świadczenie jednej ze stron stało się niemożliwe tylko częściowo, strona traci prawo do odpowiedniej części świadczenia wzajemnego”, a więc – w omawianym przypadku – do odpowiedniej wysokości czesnego.

Pojawia się pytanie co w takiej sytuacji mogą zrobić rodzice, którzy uważają, że ta część świadczenia w postaci pozostawania w gotowości do sprawowania opieki nie ma dla nich znaczenia z punktu widzenia zamierzonego celu umowy z przedszkolem, a mówiąc skrótowo, że to ich nie interesuje, a skoro przedszkole nie sprawuje opieki nad ich latoroślą, to w ogóle nie będą płacić czesnego. W takiej sytuacji rodzice ci powinni skorzystać z uprawnienia wynikającego ze zdania drugiego art. 495 par. 2 Kodeksu cywilnego, zgodnie z którym mogą wówczas od umowy odstąpić (mówiąc potocznie, zrezygnować z niej), argumentując to tym, że samo pozostawanie przedszkola w gotowości do sprawowania opieki nie jest dla nich satysfakcjonujące ze względu na cel umowy oraz –  ogólnie – właściwości tego zobowiązania. Konkludując, rodzice, którzy uważają, że w obecnej sytuacji nie chcą ponosić kosztów czesnego, mają możliwość zakończenia współpracy z przedszkolem.

Zobacz też: Koronawirus – co należy o nim wiedzieć?

Perspektywa przyszłości

Byłbym jednak bardzo ostrożny przy korzystaniu z tego uprawnienia, gdyż należy pamiętać, że jeżeli po ponownym otwarciu placówek rodzice będą chcieli, aby ich dziecko powróciło do tego samego przedszkola, będą musieli zawrzeć z placówką nową umowę, a nie jest oczywiste czy wtedy będzie jeszcze dla ich pociechy miejsce. W skrajnych przypadkach może okazać się, że przedszkole przestało istnieć, gdyż jego właściciel nie udźwignął ciężaru ekonomicznego prowadzenia placówki, która nie zarabia, a generuje koszty.

Pytanie, co ma zrobić właściciel przedszkola w sytuacji, gdy rodzice nie płacą tej części czesnego, która jest zapłatą za pozostawanie placówki w gotowości do sprawowania opieki. Oczywiście może windykować tego rodzaju należności, choć raczej będzie to ostateczność w tego rodzaju stosunkach. Właściciel przedszkola może również odstąpić od umowy z powodu nieopłacania czesnego przez rodziców, tak aby zwolnić zajmowane miejsce w przedszkolu, licząc na to, że pozyska nowego podopiecznego.

Racjonalne podejście przede wszystkim

Podsumowując, należy stwierdzić, że obecna sytuacja, w jakiej znaleźli się zarówno rodzice, jak i właściciele wielu małych przedszkoli nie należy do łatwych i wymaga zrozumienia argumentów każdej ze stron. W dzisiejszym stanie rzeczy, w przypadku, gdy umowy nie regulują w sposób szczególny tego rodzaju sytuacji, rekomenduję podjęcie przez właścicieli przedszkoli starań w celu ustalenia odpowiedniej wysokości czesnego, odpowiedniej tzn. takiej, która pozwoli im na pozostawanie przedszkola w gotowości do sprawowania opieki. Chodzi tu o ustalenie takiej kwoty, która będzie wystarczająca na pokrycie niezbędnych kosztów stałych, w tym pensji pracowników, czynszu, mediów czy innych opłat niezbędnych do funkcjonowania przedszkola. Rodzicom przedszkolaków rekomenduję podejście ze zrozumieniem, że w jakiejś części powinni ponosić opłaty za przedszkole, aby po zakończeniu obecnego okresu chaosu ich pociechy miały dokąd wrócić. Jeżeli bowiem właściciele przedszkoli będą zmuszeni do zamknięcia swoich placówek, pojawi się poważny problem ze  znalezieniem nowego miejsca dla maluchów.

Na zakończenie chcę podkreślić, że – abstrahując od powyższej interpretacji prawnej wynikającej z praktycznych problemów, jakie przynosi obecny czas „wstrzymania świata” – zawsze w pierwszej kolejności należy brać pod uwagę postanowienia umowne, a dopiero w sytuacji, gdy nie dają one odpowiedzi na wszystkie nurtujące nas pytania, powinniśmy poszukiwać rozwiązań w przepisach ogólnych. W moim przekonaniu przedstawiona w niniejszym artykule prawna ocena bieżącej sytuacji związanej z opieką przedszkolną skłania się ku wyważeniu interesów obydwu stron:  zarówno rodziców, jak i właścicieli przedszkoli. Bez wzajemnego zrozumienia może dojść bowiem do jeszcze większego chaosu wówczas, gdy świat zacznie wracać do normalności.

Szymon Zięba – radca prawny, członek Okręgowej Izby Radców Prawnych w Warszawie, w której również ukończył aplikację radcowską pod patronatem Mecenas Joanny Hetman – Krajewskiej.

Kancelaria Prawnicza PATRIMONIUM w Warszawie.

 

 

 

 

 

Zobacz też: „Chcę się rozwieść!” – rozwód czy separacja? [EKSPERTKA]

Redakcja

Portal o rodzinie.