Przejdź do treści

Brudna 12 czyli co kupować w zieleniaku w 2019 roku

Brudna 12
Na pierwszym miejscu "czystej 12" znajduje się awokado. – Fot. Pixabay

Jak co roku w Stanach Zjednoczonych opublikowano listę warzyw i owoców skażonych pestycydami. Enviromental Working Group (EWG) „prześwietliło” najbardziej popularne produkty kupowane w „warzywniaku”. Warto się przyjrzeć obu listom, ponieważ u nas stosowane środki ochrony roślin są podobne lub identyczne do używanych w USA.

Niektóre z produktów zawierało 50 lub więcej różnego rodzaju pestycydów – mówi Olga Naidenko, ekspert do spraw nauki w EWG – przeanalizowaliśmy owoce i warzywa umyte w zimnej wodzie przez 15 do 20 sekund, część z nich po wcześniejszym obraniu.

Zobacz też: Dieta dla mózgu

Zaczniemy jednak od dobrych wiadomości i najpierw przedstawimy „czystą” dwunastkę. Na pierwszym miejscu znajduje się awokado, coraz popularniejsze ze względu na zawartość zdrowych tłuszczów. Jego naturalną ochroną przed pestycydami jest gruba skóra. Dzięki temu nie musisz kupować wersji ekologicznej, podobnie jeśli chodzi o wymienione poniżej warzywa i owoce.                                        Oto czysta 15:

  1. Awokado
  2. Słodka kukurydza
  3. Ananas
  4. Mrożony zielony groszek
  5. Cebula
  6. Papaja
  7. Bakłażan
  8. Szparagi
  9. Kiwi
  10. Kapusta
  11. Kalafior
  12. Melon
  13. Brokuły
  14. Grzyby

Jeśli chodzi o najbardziej zanieczyszczone warzywa i owoce na początku listy „brudnej 12” znajdują się truskawki. EWG tłumaczy to tym, że owoce często pryska się chemikaliami zarówno na farmie, jak i podczas transportu. To samo dotyczy jabłek, w których znaleziono difenyloaminę, dodawaną do owoców w celu uniknięcia brązowych plam, które pojawiają się w procesie przechowywania – w Unii Europejskiej została ona wycofana z powodu negatywnego wpływu na zdrowie.                                      Oto brudna 12: 

  1. Truskawki
  2. Szpinak
  3. Jarmuż
  4. Nektarynki
  5. Jabłka
  6. Winogrona
  7. Brzoskwinie
  8. Czereśnie
  9. Gruszki
  10. Pomidory
  11. Seler
  12. Ziemniaki

Zobacz też: 5 porad dietetyczki, jedzenie, które uczyni cię szczęśliwym

Na pewno lepiej wybrać ekologiczną wersję powyższych warzyw i owoców (przy okazji wspieramy lokalne rolnictwo), jednak jak zapewniają eksperci EWG, lepiej spożywać je z listy „brudnej dwunastki” niż sięgać po przetworzone produkty ze sklepowej półki. „Wiemy, że ekologiczne produkty nie są dostępne dla każdego, dlatego też stworzyliśmy ten przewodnik, aby wybór był łatwiejszy dla wszystkich kupujących”.

 

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

“Szczepimy bo myślimy” – obywatelska inicjatywa na rzecz obowiązkowych szczepień

“Szczepimy bo myślimy” - obywatelska inicjatywa na rzecz obowiązakowych szczepień to reakcja na ruch antyszczepionkowy
fot.Pixabay

Inicjatywa obywatelska “Szczepimy bo myślimy” zrodziła się w odpowiedzi na rosnącą liczbę niezaszczepionych dzieci w publicznych żłobkach, przedszkolach i szkołach.

Rodzice i lekarze, którzy wyszli z projektem zmian w ustawach* chcą, by warunkiem przyjęcia dziecka do publicznej placówki było okazanie dokumentów potwierdzających, że dziecko było szczepione.  W opozycji do nich stoją osoby związane z ruchem antyszczepionkowym, które odmawiają szczepienia dzieci ze wzglądu na niebezpieczne konsekwencje szczepionek dla zdrowia i dalszego rozwoju dziecka. W Polskich mediach teoba te głosy są słyszalne dość wyraźnie, przez co wiele niezgodnych z prawdą twierdzeń jest powielanych.

* Projekt ustawy obywatelskiej znajdziecie tutaj. Zmiany miałyby dotyczyć następujących aktów prawnych: u. o podstawowej opiece zdrowotnej, r. o opiece nad dziećmi w wieku do lat 3, prawo oświatowe.

O komentarz na temat mitów, którymi obrosła kwestia szczepień poprosiłyśmy pediatrę z Centrum Medycznego Damiana, lek.med. Renatę Sękowską.

Chbr: Często słyszymy twierdzenie, że z powodu szczepień mamy “epidemię autyzmu”. Ile w tym prawdy?

RS: Liczne badania kliniczne nie potwierdziły związku przyczynowo-skutkowego między szczepieniami, w tym skojarzoną szczepionką przeciw odrze, śwince, różyczce a ryzykiem wystąpienia zaburzeń ze spektrum autyzmu. W 2019 roku opublikowano badanie przeprowadzone z udziałem ponad 600 tys. Dzieci, które porównujące częstość występowania zaburzeń ze spektrum autyzmu u dzieci szczepionych i nieszczepionych. Autorzy badania wysunęli wniosek, że szczepienie MMR nie zwiększa ryzyka rozwoju autyzmu i zaburzeń ze spektrum autyzmu u dzieci, w tym również u dzieci z grup ryzyka rozwoju tych zaburzeń.

Szersze omówienie wspomnianego badania opublikowałyśmy tutaj: Szczepionka MMR nie powoduje autyzmu – nowe dowody naukowe

Chbr: Rodzice przeciwni szczepieniom mówią, że ich dziecko nie zaszkodzi innym dzieciom, bo one są zaszczepione. Czy te choroby w ogóle jeszcze istnieją?

RS: Dziecko, które nie zostało poddane szczepieniom jest narażone na zachorowanie na chorobę zakaźną. Tym samym jest źródłem zakażenia dla dzieci z  jego otoczenia, które mają realne przeciwwskazania do wykonywania szczepień, np. dzieci z niedoborami odporności, dzieci po leczeniu przeciwko nowotworom.

Czy te choroby istnieją? Dzięki wysokiemu odsetkowi wyszczepialności, na szczęście obserwujemy je bardzo rzadko. Ale niestety nadal występują. Najlepiej świadczy o tym zwiększona w ostatnich miesiącach ilość dzieci i dorosłych, którzy zachorowali na odrę. Potwierdzone przypadki zachorowań dotyczą dzieci i dorosłych, którzy nie otrzymali szczepionki przeciw odrze.  Również częstsze występowanie krztuśca tłumaczy się m.in. rezygnacją ze szczepień w niektórych środowiskach.

Zobacz też: Depresja – choroba naszych czasów. Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją

Według przeciwników szczepień, wiele dzieci po szczepieniach doznaje wstrząsów i zapaści, niewydolności oddechowej, paraliżu. Zdarzają się przypadki śmiertelne.

NOP niepożądany odczyn poszczepienny – to wg definicji WHO medyczny objaw czasowo związany ze szczepieniem, który może być spowodowany wieloma przyczynami. Do najczęstszych niepożądanych odczynów poszczepiennych należy reakcja miejscowa (obrzęk, zaczerwienienie, bolesność), gorączka, wysypka po szczepieniu przeciwko odrze, śwince, różyczce.

Po podaniu każdej szczepionki może wystąpić reakcja anafilaktyczna (zagrażająca życiu, uogólniona reakcja nadwrażliwości na kontakt z podanym czynnikiem). Najcięższą postacią anafilaksji jest wstrząs anafilaktyczny. Średnie ryzyko wystąpienia anafilaksji po najczęściej stosowanych szczepionkach wynosiło 0,65 na milion podanych dawek. Najczęstszą przyczyna anafilaksji są pokarmy i leki.

Zobacz też: Jak rozmawiać z dzieckiem o seksie?

A co z argumentem, że szczepionki zawierają rtęć i inne metale ciężkie, które odkładają się w organizmie dziecka?  

Tiomersal, czyli etylen rtęci wykorzystywany był przy produkcji szczepionek jako substancja hamująca namnażanie bakterii. W latach 90. wysunięto podejrzenie, że związki te mogą kumulować się w organizmach niemowląt, powodując zaburzenia neurologiczne. W związku z tą hipotezą producenci szczepionek zastąpili etylen rtęci innymi konserwantami. Tiomersal jest wydalany z organizmu w ciągu 7 dni. Aktualne badania nie potwierdzają toksycznego działania tiomersalu, ani też jego kumulacji w organizmie. Obecnie spośród szczepionek stosowanych w Polsce etylen rtęci zawiera jedynie szczepionka DTPw (przeciwko krztuścowi). Nie wchodzi jednak w skład szczepionek wysoko skojarzonych (tzw.  „5 w 1” i „6 w 1”).

Na liście badań naukowych przytaczanych przez przeciwników szczepień znajdują się dane rzekomo dowodzące wpływu szczepień na zwiększenie ryzyka wystąpienia chorób alergicznych i autoimmunologicznych.

Nie stwierdzono wpływu szczepień na zwiększenie ryzyka wystąpienia chorób alergicznych.

Nie potwierdzono negatywnego wpływu szczepień na rozwój neuropsychologiczny dzieci. Badania obejmowały również szczepionki zawierające tiomersal.

Brak również danych potwierdzających hipotezę o wpływie szczepionek na występowanie chorób autoimmunologicznych. Wykluczono negatywny  wpływ szczepień na występowanie cukrzycy typu 1. Ostatnie doniesienia wskazują na zmniejszoną częstość rozpoznawania cukrzycy typu 1 u dzieci, które otrzymały szczepionkę przeciw rotawirusom. Wykluczono hipotezę o zwiększeniu  ryzyka zachorowań na stwardnienie rozsiane po szczepieniu przeciw WZW typu B.\

Czy w skład szczepionek wchodzą tkanki pochodzące od ludzkich płodów?

W Polsce zarejestrowane są szczepionki (MMRVax-Pro, Priorix i Priorix Tetra)  do produkcji których wykorzystuje się jedną z zarodkowych linii komórkowych. Linię te pobrano z płodu poddanego aborcji z przyczyn społecznych. Wykorzystuje się ją do namnażania wirusa różyczki przy produkcji szczepionki przeciwko odrze, śwince, różyczce.

Linie komórkowe stworzono w latach 60 XX wieku. Aborcji nie dokonano bezpośrednio w celu pobrania komórek, lekarze wykorzystali płody uprzednio usunięte z przyczyn pozamedycznych.

Zobacz też: Standardy edukacji seksualnej WHO to zagrożenie dla dzieci?

Czy szczepionki łączone (np. Infanrix hexa) powodują nagłą śmierć niemowląt?

Analiza przypadków nagłej śmierci łóżeczkowej i badania kontrolne szczepionki Infanrix hexa nie wykazały związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy podaniem szczepionki a nagłym zgonem dzieci.

Czy wprowadzenie w życie założeń projektu “Szczepimy bo myślimy” jest w stanie skutecznie chronić dzieci przez chorobami zakaźnymi?

Gdy rozważamy temat szczepień u dzieci i rezygnacji ze szczepień musimy pamiętać, że decyzje podejmują rodzice, ale konsekwencje tych decyzji ponoszą dzieci. Gdy w mojej praktyce lekarskiej spotykam się z rodzicami, którzy odmawiają szczepień swojego dziecka wiem, że kierują się jego dobrem. Tak akurat to dobro pojmują. Takie informacje uzyskali – z Internetu czy od znajomych.

Zobacz też: Szczepionka przeciwko HPV będzie refundowana w Warszawie

Czy rozmowa Pani, jako lekarza, z niechętnymi wobec szczepień rodzicami przynosi efekty?

Moją rolą jest przekazać rodzicom rzetelną wiedzę na temat bezpieczeństwa szczepień. Rodzice muszą wiedzieć, dlaczego uważamy, że szczepienia są tak ważne i  przed jakimi chorobami zakaźnymi chronią. Jakie jest ryzyko wystąpienia tych chorób, jakie są następstwa zachorowania, oraz, że nie ma innych dostępnych metod, które mogłyby zapobiec zakażeniom.  

Edukacja i przekonanie tej grupy rodziców dałoby szansę na skuteczną ochronę ich dzieci i dzieci z otoczenia. Są bowiem dzieci, które ze względów medycznych nie mogą być szczepione. Na poziomie samorządów, władz państwowych powinny być podejmowane działania, które zapewnia tym dzieciom ochronę. Takim rozwiązaniem może być weryfikacja realizacji szczepień przy przyjmowaniu do publicznych placówek edukacyjnych.

 

Ekspert

lek.med. Renata Sękowska

Pediatra, Centrum Medyczne Damiana

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Weekendowa lekcja wrażliwości – czego może nauczyć Cię świnia?

Azyl dla świń Chrumkowo
fot. Chrumkowo

Rodzinne weekendy i wakacje mogą być źródłem przyjemności nie tylko dla nas, ale też dla kogoś poza nami. By tak się stało, możemy połączyć aktywne spędzanie czasu z dziećmi z działaniem na rzecz jakiejś organizacji lub instytucji. Niektórzy decydują się na spacery z psami ze schroniska, albo rodzinne sprzątanie lasu. Inni wolą wybrać się do azylu dla zwierząt i pomóc w opiece nad nimi. Rodzinne robienie “czegoś dobrego”, w porównaniu do innych aktywności, ma pewną dodatkową wartość: pozwala dzieciom zdobyć nowe doświadczenia, uczy je szacunku do zwierząt i przyrody, buduje pozytywny wzorzec postępowania – pokazuje im, że pomaganie innym jest fajną rzeczą, którą mogą robić również same w przyszłości. Miejscem, w którym dziecko może to odkryć jest Azyl „Chrumkowo”, gdzie mieszka 29 świń, kozy, pies i dwie kobiety, które trzymają pieczę nad całym gospodarstwem.

Zobacz też: Dziecko i pies czyli 10 powodów, dlaczego warto powiększyć rodzinę

Azyl dla zwierząt – co to takiego?

Azyl, jak sama nazwa wskazuje, jest miejscem, w którym zwierzęta mogą żyć spokojnie i bezpiecznie, w zgodzie ze swoimi gatunkowymi potrzebami. W odróżnieniu od zoo, gospodarstwa ekologicznego, czy agroturystyki, w azylu zwierzęta nie są atrakcją, ani nie są hodowane dla mięsa, wełny czy jajek. Zwierzęta w azylu nie są dla ludzi, to ludzie są tam dla zwierząt. Idea jest taka, by dać bezpieczny dom potrzebującym: psom, kotom, koniom, zwierzętom fermowym i gospodarskim. Zwierzęta w azylu mają imiona, dostają możliwie najwięcej wolności w warunkach, które możliwie najlepiej pozwalają im realizować ich naturalne zachowanie.

W związku z tym, że zwierzęta w azylu nie są w żaden sposób wykorzystywane, osoby prowadzące takie miejsce nie zarabiają na nich pieniędzy. Utrzymują się zwykle, w zależności od statusu prawnego azylu, z darowizn, 1% podatku, pracy wolontariuszy lub własnych pieniędzy założycieli. Niektórzy darczyńcy przekazują karmę dla zwierząt, inni materiały budowlane lub potrzebny w gospodarstwie sprzęt, jeszcze inni pieniądze.

Wolontariusze pomagają karmić zwierzęta, sprzątać ich zagrody, budować lub remontować coś na terenie azylu. Właśnie w taki sposób można rodzinnie pomóc w azylu w wolnym czasie. A przy okazji pogłaskać krowę, przytulić świnię lub pobiegać z kozą. Poznać zwierzęta i zobaczyć je w warunkach, w których są szczęśliwe.

Azyl dla świń “Chrumkowo”

Azyl dla Świń Chrumkowo (klik)  powstał prawie dwa lata temu. Obecnie mieszka w nim 29 świń: świnie hodowlane, wietnamki, mangalice. “Chrumkowo” zosało założone przez dwie kobiety – Katarzynę i Dobrawę. Dlaczego stworzyły “Chrumkowo”?

Z miłości do świń. Dlatego, że świnie to cudowne, mądre i bardzo emocjonalne zwierzęta. Trzeba tylko dać im szansę i chcieć je poznać

 

Azyl dla Świń Chrumkowo

fot. Chrumkowo

Obie są wegankami (nie jedzą produktów pochodzenia zwierzęcego, takich jak mięso, nabiał, miód, nie noszą skóry ani wełny). Azyl  powstał na wykupionym kawałku ziemi w okolicy Torunia. Nie było tam budynków gospodarskich, ogrodzenia, domków dla świń. Katarzyna i Dobrawa założyły zbiórkę w Internecie i z pomocą ludzi zbudowały wszystko od zera. Ich największym marzeniem jest uratowanie jak największej liczby świń i stworzenie im warunków do wspaniałego, świńskiego życia. Miejsce, które stworzyły ma też misję edukacyjną:

Można przyjechać i pobyć ze świniami żyjącymi w normalnych warunkach, na powietrzu, na słońcu i zobaczyć jakie są wspaniałe, zabawne, czyste, jak kochają życie. Po takim spotkaniu świnie przestają już kojarzyć się wyłącznie z kotletem czy kiełbasą. Stają się pięknymi, czującymi istotami. One zasługują na dobre życie, na podmiotowe traktowanie, dokładnie tak samo jak psy czy koty – mówią Katarzyna i Dobrawa.

Wśród podopiecznych Katarzyny i Dobrawy są dwie lochy z młodymi. Opiekunki opowiadają o relacjach rodzinnych świń, o tym jak silna jest więź między lochą a prosiętami, również, gdy dzieci już dorosną. Świnie w warunkach azylu mają szansę zawierać przyjaźnie, tworzyć relacje społeczne i angażować się w życie stada. W “Chrumkowie” lochy mają możliwość komfortowego karmienia prosiąt tak długo, jak tego potrzebują. Prosięta są cały czas przy matce,  locha otacza je opieką, uczy “świńskich” zachowań.

Azyl dla Świń Chrumkowo

fot. Chrumkowo

Katarzyna i Dobrawa podkreślają, że ich celem jest danie świniom tego, co odbiera im przemysłowa hodowla, gdzie świnie rodzą i karmią prosięta w ciasnych kojcach porodowych, załatwiają się tam, gdzie śpią i jedzą (naturalnie świnie oddzielają te strefy, gdy tylko mają możliwość). W warunkach hodowli przemysłowej prosięta są zabierane od matek po około czterech tygodniach, same zaś po kilku dniach znów są zapładniane i rodzą kolejne dzieci lub trafiają do rzeźni. Świnie hodowane na mięso (tak zwane tuczniki) przetrzymywane są na powierzchni 1 m² do momentu, aż osiągną “masę ubojową” 110-135 kg, po czym trafiają do rzeźni.

Zobacz też: Wakacje po polsku, czyli Janusz i Grażyna nad morzem. 

 

 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

„Czy moje dziecko jest uzależnione?!” – ten wywiad powinni przeczytać wszyscy rodzice!

Czy moje dziecko jest uzależnione

Kiedy na drodze rodzica staje wyzwanie, jakim jest uzależnienie dziecka, albo nawet samo jego podejrzenie, świat może zacząć przytłaczać z ogromną siłą. Pierwsze pytanie zapewne brzmi wtedy, jak mogę ratować swojego syna, swoją córkę?! Chwila, chwila… a może to najpierw ja potrzebuję pomocy? Co zrobić, kiedy pojawia się chociażby myśl o tym, że twoje dziecko może mieć problem z różnymi psychoaktywnymi substancjami, mówi psycholożka, psychoterapeutka oraz specjalistka terapii uzależnień, Małgorzata Zembowicz-Kowalska.

Katarzyna Miłkowska: Zacznijmy od scenariusza, w którym do twojego gabinetu wchodzi rodzic podejrzewający, że jego dziecko jest uzależnione. Co cię wtedy zastanawia – twarde dowody, które takie domysły wywołały, czy może coś zupełnie innego?

Małgorzata Zembowicz-Kowalska: Wiesz, przede wszystkim dopytuję jednak o to, co sprowadza tego rodzica w jego własnej sprawie. Od pierwszego spotkania staram się prowadzić rozmowę w taki sposób, żeby było jasne, że ten rodzic przychodzi do mnie właśnie w swoim temacie, a nie w temacie dziecka.

Treścią terapii, nawet jeśli jest to terapia wsparciowa rodziców, czy w ogóle bliskich osób uzależnionych, nie są porady, co należy zrobić z osobą mającą problem z alkoholem, czy narkotykami.

Myślę, że to wcale nie jest takie oczywiste.

Nie dla wszystkich, to prawda. Co więcej, jest to chyba najpotężniejszy stereotyp, w którym funkcjonujemy. Przychodzenie na własną terapię po to, aby uzyskać pomoc dla bliskiej nam uzależnionej osoby jest założeniem z gruntu nieprawidłowym i nierealistycznym.

Wsparcie może uzyskać bowiem tylko ten człowiek, który się po nie zgłasza. Od pierwszego spotkania skupiam się więc raczej na tym, jakie emocje budzi w siedzącej przede mną osobie to, co dzieje się z jej bliskim. Jak sobie radzi w niepokojących ją sytuacjach. Czy jest zadowolona z tego sposobu, czy może chciałaby nauczyć się robić to inaczej.

W czasie rozmowy oczywiście jest też miejsce, żeby pomówić o faktach. Jak najbardziej wysłuchuję tego, co zaniepokoiło przychodzącego do mnie rodzica. Nie jest to jednak nigdy praca „detektywistyczna”, bo też nie jest to rozmowa, która ma czegoś dowodzi. Jest to rozmowa o człowieku, który właśnie jest obok mnie. Jest to spotkanie dla tej i o tej osobie, nie o jego dziecku, czy kimkolwiek innym.

Wyobrażam sobie, że często mogą padać w tym kontekście zdania typu: „Ale przecież to nie ja mam problem, to nie ja muszę coś ze sobą zrobić”. 

Zdarza się to bardzo często. Wtedy warto jest zauważyć, że jednak musi to być w jakiejś mierze pana/pani problem, bo to pan/pani tutaj siedzi. Konfrontacja z taką perspektywą jest jedną z pierwszych rzeczy pozwalających ruszyć w pracy systemowej rodziny, w której pojawia się właśnie problem uzależnienia.

Chodzi o zobaczenie, że dla każdego być może ten problem jest czymś innym, ale dla każdego jest on jego własną, niezależną trudnością. Jeżeli więc dany człowiek jest właśnie w gabinecie psychologa, psychoterapeuty, specjalisty terapii uzależnień, to oznacza, że na tym etapie to on się z tym mierzy.

Może być tak, że sam uzależniony póki co w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że coś jest nie tak. Jest jeszcze w fazie prekontemplacji, a będąc w niej, nie ma absolutnie możliwości zmiany. Nie ma wtedy nawet w ogóle takiego pomysłu, że należałoby się nad czymkolwiek pochylić.

Wiadomo, że to nie jest obiektywna ocena. Cały czas odwołujemy się po prostu do pewnych przeżyć, a bardzo często jest tak, że dla samego używającego to znacznie dłużej nie jest problem, niż dla jego bliskich.

Zobacz też: 7 wskazówek, jak rozmawiać z dzieckiem o depresji

Zaczęłaś mówić o systemie i o tym, że uzależnienie dotyka całej rodziny. Jeśli patrzeć na to przez pryzmat choroby, to mam wrażenie, że znacznie częściej opisuje się w takiej perspektywie np. depresję, czy oczywiście choroby stricte somatycznych. Cała rodzina angażuje się wtedy w leczenie. Zastanawiam się, jak daleko jest od tego uzależnienie, które – nie ukrywajmy – budzi stereotypowe postrzeganie choroby właśnie jako problemu tej jednej osoby.

Myślę, że to budzi nie tyle nawet stereotyp, czy konkretny sposób myślenia, ale tak naprawdę pragnienie pójścia tym właśnie tropem: „To tylko z tą osoba jest coś nie tak”. Rzeczywistość jest jednak odwrotna, również nieprawdziwa, ale jednak odwrotna.

W terapii osób, które podejmują ją właśnie z powodu uzależnienia kogoś bliskiego, bardzo szybko dochodzimy do ogromnego poczucia winy. Rodzic uważa, że w jakiś sposób to przez niego dziecko sięgnęło po różne substancje i tak naprawdę to właśnie z tego poczucia winy płynie bardzo dużo trudności.

Mówiąc zaś o perspektywie choroby, warto w takim kontekście w ogóle odchodzić od kategorii „winy”. Fakty są takie, że uzależnienie jest chorobą, więc rozmawianie o czyjejś winie wydaje się tu być zupełnie bez sensu. Warto uzależnienie uznać właśnie jako chorobę i po prostu skupić się na tym, jak można ją leczyć.

Czy to właśnie poczucie winy jest głównym elementem, jaki pojawia się w takich sytuacjach w rodzicach? Zastanawiam się, jakie jeszcze emocje mogą temu towarzyszyć. To, co przychodzi mi na myśl, to także złość – na siebie, na dziecko…

Tak, jest to złość, ale też strach, przerażenie i właśnie poczucie winy. Z drugiej strony, często pojawia się także jego przeciwny kraniec, czyli obwinianie i szukanie winnych na zewnątrz. Bardzo często tworzy się narracja mówiąca, że dziecko w domu zawsze było grzeczne, zanim nie trafiło w dane środowisko, nie poszło do danej szkoły itd.

Warto jednak pamiętać, że uzależnienie jest chorobą wieloczynnikową i nigdy nie jest tak, że to jedna konkretna rzecz spowodowała sięgnięcie po substancje.

Te przyczyny mają swoje kotwice, swoje początki zawsze w kilku różnych źródłach, które musiały wystąpić w odpowiednim natężeniu i w odpowiednim czasie. Zawsze jest to kumulacja kilku trudnych, dysfunkcyjnych, niekorzystnych kawałków, które doprowadzają do tego, że dana osoba zaczyna przy użyciu substancji np. regulować swoje emocje.

Jak mówisz o tym, że tych czynników może być bardzo dużo i bliska osoba zaczyna to widzieć – w jednym miejscu coś się działo, w drugim nie było dobrze, trzecie było jeszcze gorsze i być może coś jeszcze za tym wszystkim stoi – to wyobrażam sobie, że taka konfrontacja prowadzi do jakiejś przeogromnej bezsilności.

Ogromnej, zgadza się.

I to właśnie bezsilność jest tematem do pracy na początku terapii? Jakaś próba wrócenia tej osobie samoskuteczności i poczucia, że może coś zmienić, wziąć na siebie jakąś odpowiedzialność? 

Praca nad bezsilnością jest bardzo ważna. Pomyślałam sobie jednak, że jest to raczej praca nad jej uznaniem, bo przywracanie poczucia skuteczności jest w takiej sytuacji jednak budowaniem fikcji.

Zależy oczywiście o czym dokładnie mówimy. Jeżeli osoba, która ma kogoś uzależnionego w rodzinie, chce jak najszybciej odzyskać poczucie sprawstwa w związku z tym, co się z nią samą dzieje, czyli np. żeby mogła przestać płakać po nocach – to tak. Natomiast jeżeli chcemy przywrócić jej poczucie sprawstwa, że w jakiś sposób może ona wpłynąć na to, by bliska jej osoba przestała używać, to absolutnie nie.

To jest właśnie jedna z najsilniejszych patologii występujących w tych systemach – złudzenie innych osób, że jeśli coś zrobią, lub jeśli coś przestaną robić, to będzie miało to realne przełożenie na uzależnienie bliskiego im człowieka. Tak naprawdę to przełożenie jest jednak niewielkie.

W skrócie, jest to więc praca nad uznaniem bezsilności wobec tej drugiej osoby i skupienie się na poczuciu sprawstwa dotyczącego mnie.

No tak, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, że uzależnione jest dziecko, które nie ma jeszcze 18 lat, to w dużej mierze to właśnie rodzic jest odpowiedzialny za to, co się z nim dzieje.

To są bardzo dramatyczne sytuacje, bo faktycznie rodzic jest odpowiedzialny, ale de facto jego wpływ jest mocno ograniczony.

Oczywiście odrobinę większe możliwości ma rodzic nieletniego dziecka, ale pamiętajmy, że w pełni może decydować on do 16-tych urodzin syna, czy córki. Pomiędzy 16, a 18 rokiem życia decyzję o leczeniu podejmuje rodzic wraz z dzieckiem. Powyżej 18 lat decyduje o sobie rzecz jasna tylko sam uzależniony.

Jest to dosyć trudne. Myślę sobie, że to, co ten rodzić może zrobić, to przekonywać, namawiać, pokazywać zyski, jakie ten młody człowiek może mieć ze zgłoszenia się do specjalisty. Może też oczywiście zmuszać go do tego, co wydaje się być umiarkowanie skuteczną strategią.

A czy nie jest tak, że jeżeli wcześniej w tej relacji coś szwankowało, to może być trochę za późno na pokazywanie zysków i tego typu rozmowy?

Jest i nie jest, szczególnie jeśli rodzic, czy też rodzeństwo, sami zgłosili się na terapię. W takiej sytuacji oprócz mówienia, także modelują.

Dzięki temu zaczyna to nabierać innego kształtu, przestaje być tylko czczym gadaniem: „To ty teraz pójdź i oni tam coś z tobą zrobią”. Nic dziwnego, że w takim wypadku jest to bardzo często przeżywane przez dziecko, jako chęć pozbycia się problemu, oddelegowanie go na zewnątrz.

Czyli coś, o czym rozmawiałyśmy na początku – to jest tylko problem tej osoby, to z nią jest coś nie tak.

Zgadza się, dochodzi do tego jeszcze myśl: „Pozbądźmy się go”. Natomiast jeżeli ta rozmowa jest toczona w sposób, który mówi: „Zobacz, mnie ta sytuacja zaczęła przerastać. Miałam w związku z tym różne trudne emocje, zgłosiłam się na terapię i bardzo mi to pomaga. Czuję, że sobie lepiej radzę i zależy mi na tym, żebyś ty też mógł się lepiej poczuć” – to jest to już przekaz wysyłany do dziecka z zupełnie innego poziomu.

Zobacz też: Uzależnienia, depresja, bezsilność – co jest po drugiej stronie gabinetu? Terapeuta: „To my sami jesteśmy narzędziem naszej pracy”

Małgorzata Zembowicz-Kowalska
psycholożka, psychoterapeutka, specjalistka terapii uzależnień. Prowadzi konsultacje psychologiczne, terapię indywidualną, grupową, terapię par oraz terapię uzależnień. Zajmuję się również prowadzeniem zajęć treningowych, psychoedukacyjnych oraz działalnością szkoleniową i dydaktyczną – www.malgorzatazembowicz.pl

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Jak oswoić stres?

Jak oswoić stres?
Stres całkowicie zawładnął naszym życiem. Oskarża się go o wszelkie choroby – od raka poprzez depresję czy choroby serca do szybszego starzenia. – Fot. Pixabay

Stres całkowicie zawładnął naszym życiem. Oskarża się go o wszelkie choroby – od raka poprzez depresję czy choroby serca do szybszego starzenia. Wydaje nam się, że nie możemy nic zrobić. Poza medytacją, jogą i innymi wyciszającymi metodami. A może warto go oswoić?

Co nas stresuje?

Jeśli wyobrazisz sobie swój poranek – odwiozłaś dzieci do szkoły (spóźnione), w drodze wysłałaś maila, którego zapomniałaś wysłać wczoraj, myślisz o niezapłaconych rachunkach (wczoraj byłaś zbyt zmęczona, żeby usiąść do komputera). Pojawiasz się w  pracy przytłoczona stresem od momentu wstania z łóżka, a wieczorem, przy kieliszku wina, zastanawiasz się, co tak naprawdę go spowodowało .

Kelly McGonigal, psycholożka zdrowia, przez wiele lat traktowała stres jako główną przyczynę chorób u ludzi, jednak po obserwacji i wielu badaniach doszła do wniosku, że ludzie rzeczywiście umierają szybciej, kiedy dopada ich stres, ale dodatkowo wierzą, że to stres powoduje choroby. Jak się okazało, ludzie narażeni na stres, ale nie obwiniający go za złe zdrowie, należeli do grupy, w której najrzadziej występowały przypadki śmierci. To badanie dowodzi, że nie sam stres jest przyczyną naszych problemów ze zdrowiem, ale wiara, że powoduje je stres. Zmiana myślenia o stresie może spowodować inną reakcję organizmu, naszego ciała.                                     

Kiedy jesteśmy zestresowani, nasze serce bije szybciej, szybciej oddychamy i zaczynamy się pocić. Oceniając takie reakcje można powiedzieć, że nie radzimy sobie w danej sytuacji, ale możemy też nauczyć swoje ciało, że takie objawy przygotowują organizm do akcji. Szybsze bicie serca i szybszy oddech oznacza, że przygotowujemy się na coś trudnego, że czeka nas wyzwanie.

Stres szkodzi

Szkodliwą częścią stresu jest zwężenie naczyń krwionośnych, co powoduje choroby serca. Badania pokazują, że stres postrzegany pozytywnienie powoduje zwężenia naczyń – ciało zaczyna postrzegać stres jako powód do radości. Następnym razem, kiedy poczujesz, że stres cię zaatakował, pomyśl o tym, że twoje ciało przygotowuje cię na ważne wyzwanie. Jak to zrobić? Przede wszystkim zaakceptować niepewną przyszłość – tak, jak robią to ludzie, zajmujący się biznesem.

Krok 1. Oczekuj zmiany i przygotuj się na nią

Ci, którzy zajmują się biznesem, przeżywają wzloty i upadki – wiedzą, jak radzić sobie w trudnych momentach – kiedy firma upada i nagle tracą pracę. Różnica jest taka, że mentalnie są na to przygotowani – trzeba się tego nauczyć.

Jeśli nie zdajesz sobie sprawy z tego, że wszelkie zmiany są naturalne – stwórz listę ważnych rzeczy i zaglądaj do niej co tydzień lub co dwa, aktualizuj, kiedy uważasz , że tego wymaga. Celem tego zadania jest to, że nie da się wszystkiego przewidzieć, ale można przygotować mózg na zmiany i nauczyć go pozytywnego reagowania na to, co nowe.  Nawet jeżeli niewiele rzeczy z listy się wydarzy, praktyka przygotowywania się na zmiany wejdzie ci w krew i da poczucie panowania nad przyszłością.

Krok 2. Skup się na swoim poczuciu wolności, nie na tym, co cię ogranicza

Wszyscy powtarzamy mantrę z dzieciństwa – „życie nie jest w porządku” – to głos rozpaczy, strachu i bezczynności. Oczywiście nie posiadamy zdolności do zatrzymywania negatywnych zdarzeń, ale możemy wybrać sposób, w jaki na nie reagujemy.

Zobacz też: Rok w ogrodzie czyli sposób na codzienną medytację

Krok 3. Napisz na nowo scenariusz swojego życia

To najtrudniejsza część, bo będzie trzeba zmienić myślenia, do którego dotychczas byliśmy przyzwyczajeni przez lata dorastania.

Na początek pomyśl o ostatnim trudnym zdarzeniu – co powstrzymało cię przed inną reakcją – co skłoniło cię do takiego, a nie innego przebiegu zdarzenia– dlaczego nie potrafiłaś wyciągnąć z tego, co najlepsze? Spisz ten negatywny scenariusz i nazwij go np. trudna lekcja. Następnie stwórz pozytywny scenariusz przeszłych zdarzeń – jak mogłaby wyglądać taka sytuacja, gdybyś podeszła do tego w sposób, do którego nie jesteś przyzwyczajana od lat.

Skup się na pozytywach. Ma to być scenariusz wzmacniający, który posłuży do zastąpienia poprzedniego. Trzymaj oba na półce, aby mieć je pod ręką w sytuacjach stresu lub silnego niepokoju. W takim momencie porównaj oba scenariusze ze swoim teraźniejszym stanem umysłu – zdasz sobie sprawę, jak zmienia się twoje myślenie pod wpływem pozytywnego scenariusza.

Krok 4. Rozpoznaj i zatrzymaj negatywne myśli

To duży krok w dawaniu sobie rady ze stresem i lękiem – badania jasno pokazują, że im dłużej i częściej dopuszczasz negatywne myśli, tym większą siłę im dajesz.

Większość negatywnych myśli to jednak tylko myśli, nie fakty

Kiedy zdasz sobie sprawę, że zaczynasz wierzyć w negatywne i pesymistyczne scenariusze w twojej głowie, czas się z nimi zmierzyć i spisać je na kartce. Jeśli znajdziesz taki moment, będzie to oznaczać, że potrafisz też racjonalnie sprawdzić ich zasadność.

Zdasz sobie sprawę, że żadna z tych negatywnych myśli nigdy się nie wydarzyła, to tylko naturalna skłonność mózgu do wyolbrzymiania myśli, często się pojawiającej. Zidentyfikowanie ich, nazwanie i oddzieleni od faktów, pomoże ci przerwać ciąg negatywnego myślenia i lęków.

Zobacz też: Droga do bliskości

Krok 5. Naucz się wdzięczności

Oddech i chwila, żeby zastanowić się, za co warto podziękować to nie tylko reguła dotycząca modlitwy – badania wykazały, że ta praktyka redukuje stres o 23 %. Ludzie, którzy praktykują podejście okazywania wdzięczności, doświadczają lepszego samopoczucia, mniej stanów lękowych, więcej energii – to wszystko dzięki obniżeniu hormonu stresu – kortyzolu.

Źrodło: success.com

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.