Przejdź do treści

Mama trojaczków pokazała niesamowite zdjęcia. Musisz je zobaczyć!

ciąża z trojaczkami
fot. Instagram: triplets_of_copenhagen

Chociaż dzieci Marii dopiero się urodziły, ich losy śledzą już tysiące osób. Mama trojaczków założyła na Instagramie profil, na którym uwieczniła chwile ciąży i narodzin dzieci. Jej zdjęcia stały się hitem internetu.

Maria Jorstad to 36-letnia Norweżka mieszkająca w Danii. Kobieta i jej mąż do tej pory wychowywali dwuletniego syna, jednak niedawno zapragnęli powiększyć swoją rodzinę. Kiedy Maria zaszła w ciążę, okazało się, że na świat przyjdzie nie jedno… a troje dzieci

Zobacz także: Jak wygląda ciało po porodzie? Mama czwórki dzieci obala mit i pokazuje swoje zdjęcia

Ciąża z trojaczkami hitem internetu

Na wieść o ciąży mnogiej kobieta podjęła decyzję o założenia profilu, na którym mogłaby się dzielić z internautami zdjęciami z przebiegu ciąży. Profil działa od 7 maja tego roku i obecnie [wrzesień 2018 r. – red.], Maria ma już 169 tys. obserwujących.

Fotografie Marii szybko stały się hitem internetu, a szczególnym zainteresowaniem cieszyły się zdjęcia brzucha kobiety w 35 tygodniu ciąży. Jak wynika z opisu zdjęć, w ostatnich dniach ciąży jej brzuch ważył ponad 20 kilogramów!!

Dzieci urodziły się 13 września. Iben, Agnes i Filip przyszli na świat poprzez cesarskie cięcie. Dalsze losy maluchów oraz ich mamy można śledzić na Instagramie triplets_of_copenhagen.

W 35 tygodniu ciąży brzuch Marii ważył ponad 20 kilogramów! // fot. Instagram triplets_of_copenhagen

 

ciąża z trojaczkami

Profil Norweżki śledzi już 169 tys. osób // fot. Instagram triplets_of_copenhagen

 

ciąża z trojaczkami

Iben, Agnes i Filip przyszli na świat 13 września 2018 r. // fot. Instagram triplets_of_copenhagen

Źródło: Yahoo, Instagram: triplets_of_copenhagen

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Szukasz ślubnych inspiracji? Oto ślubny… dmuchany zamek!

Fot. A Wedding Wonderland Facebook

Ślub to jeden z najpiękniejszych dni w życiu – taka przynajmniej jest stwarzana wokół niego otoczka. A co gwarantuje radość i spełnienie? Dobra zabawa! Zgadza się, w trakcie ślubu także możesz poczuć się jak dziecko i szaleć ze szczęścia w miłosnym uniesieniu.

By skakać z radości!

Powiedzenie „tak” swojej drugiej połówce to bardzo poważna sprawa, która wpływa na całe życie. Wiadomo, dorosłe decyzje pociągają za sobą dorosłe konsekwencje. Nie wyklucza to jednak nieustannej troski o swoje wewnętrzne dziecko! To w końcu dzięki niemu możemy być spontaniczni, możemy się bawić, śmiać i skakać – dosłownie.

Jednym ze swego rodzaju symboli dziecięcej zabawy jest dmuchany zamek. Wesołe miasteczka, place zabaw, urodzinowe imprezy maluchów to miejsca, w których tego typu atrakcje nie budzą zdziwienia. Ale ślub?! Owszem! Przecież wesele to znakomita okazja do szaleństw, czyż nie?

Co więcej, nie jest to tylko wymysł naszej fantazji, ale realna propozycja organizatorów ślubów i współpracujących z nimi firm. Póki co, przykłady pochodzą z Wielkiej Brytanii, ale zapewne i u nas pomysł ten zyska swoich fanów na szerszą skalę. Jeśli bowiem lubisz oryginalność, jest to niewątpliwie coś dla ciebie! Proponowane na śluby zamki są zrobione oczywiście z białego koloru. Do tego proponowane są różne ozdobne kwiatki, czy też zdjęcia, które mogą zostać powieszone po bokach i obok konstrukcji.

Niech tyle radości młoda para ma przez całe życie!

A przeznaczenie takiej atrakcji? Zdecydowanie nie jest to tylko i wyłącznie zabawa dla najmłodszych gości. Jak widać na zdjęciach prezentowanych przez właścicieli zamków, w dużej mierze bawią się w nich ci nieco starsi uczestnicy imprezy – z pannami i panami młodymi na czele. Chociaż tutaj trzeba uważać, bowiem podobno w tym sezonie będą królować długie welony, a w połączeniu z dmuchanym zamkiem może stanowić to mieszankę co najmniej wybuchową!

Gdyby jednak wyobrazić sobie tradycyjne weselne zabawy na takim zamku, być może przypadłyby one do gustu nawet tym mniej zainteresowanym nimi gościom? Już samo łapanie bukietu i muszki byłoby ciekawym wyścigiem. Co jednak pewne, cała masa uśmiechów gwarantowana, a to chyba własnie o radość chodzi w tym dniu najbardziej!

Fot. Mr Bouncy Castle Facebook

Fot. Mr Bouncy Castle Facebook

Zobacz też: Jak się nie starzeć?

Źródło foto: Mr Bouncy Castle Facebook / A Wedding Wonderland Facebook

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Współczujące niemowlaki – czy empatia jest wrodzona?

Współczujące niemowlaki
Niemowlęta, zanim nauczą się chodzić czy mówić, potrafią ocenić postępowanie innych – Fot. Pixabay

Niemowlęta, zanim nauczą się chodzić czy mówić, potrafią ocenić postępowanie innych jako dobre lub złe, odczuwają empatię i współczucie, pocieszają i odczuwają coś, co nazywa się elementarnym poczuciem sprawiedliwości.

Do takich wniosków doszli naukowcy  z Uniwersytetu Yale analizując wyniki badań z udziałem małych dzieci. Profesor Paul Bloom, psycholog rozwojowy, badał moralność niemowląt i małych dzieci poprzez obserwację ich zachowań.

Jego książka „To tylko dzieci. Narodziny dobra i zła” jest teorią rozwoju moralności, próbą wyjaśnienia wpływu genów i środowiska na to, jakim człowiekiem się stajemy. Kilkudniowe noworodki nie lubią słuchać płaczu innych, najczęściej same wtedy zaczynają płakać. Jak się okazało, nie jest to bezsensowna reakcja na sam dźwięk – niemowlęta płaczą mocniej, kiedy słyszą płacz innego dziecka. Podejrzewa się, że jest to odruch empatii, współodczuwania z dzieckiem, które przeżywa negatywne emocje.

Zobacz też: Twoje dziecko kłamie? To dobry znak

Wrodzona moralność

Wielu naukowców już wcześniej podzielało zdanie Blooma, że zmysł moralny stanowi element naszego naturalnego wyposażenia. Thomas Jefferson pisał: „Zmysł moralny, czyli sumienie, to taka sama część człowieka, jak noga czy ręka. Jest dany wszystkim ludziom, choć u jednych jest silniejszy, a u innych słabszy, tak jak siła członków bywa większa lub mniejsza”.

Czym więc obdarza nas natura od najwcześniejszych lat?

  • zmysłem moralnym – pewną zdolnością do odróżniania dobra i zła,
  • empatią i współczuciem – doświadczaniem cierpienia w obliczu bólu doznawanego przez osoby z naszego otoczenia i pragnienia ulżenia im w tym bólu,
  • elementarnym poczuciem sprawiedliwości – skłanianiem się ku równemu podziałowi zasobów,
  • podstawowym poczuciem prawości – pragnieniem, by dobre uczynki były nagradzane, a złe – karane.

Ta nasza wrodzona dobroć ma jednak swoje granice – bywamy obojętni , czujemy wrogość wobec obcych, często jesteśmy małostkowi i nietolerancyjni. Nasze emocjonalne, instynktowne reakcje, szczególnie wstręt, mogą spowodować straszliwe czyny.

Jak nauczyć dzieci empatii?

Martin Hoffman, amerykański psycholog proponuje rodzicom prosty sposób na rozbudzenie w dziecku empatii. Tę praktykę nazywa indukcją. Polega ona na tym, że jeśli dziecko kogoś skrzywdziło lub niebezpiecznie zbliża się do wyrządzenia komuś krzywdy, rodzic zachęca do przyjęcia roli tej osoby – to empatyczne kuksańce, dzięki którym młodzi ludzie wdrażani są do nawykowego przyjmowania punktu widzenia innych osób. Komunikat, który otrzymują brzmi: nie masz żadnych moralnych przywilejów.

Zobacz też: Przedszkole czy niania? Zobacz, która opcja jest korzystniejsza dla rozwoju dziecka

Często wydaje nam się, że jesteśmy niewolnikami naszych emocji, a nasze moralne sądy i działania są skutkiem mechanizmów, których nie jesteśmy świadomi i nad którymi nie jesteśmy w stanie zapanować. A prawda jest taka, że nasza moralność działa zgoła inaczej – wiemy o tym na podstawie naszego codziennego doświadczenia oraz naukowych odkryć psychologii rozwojowej – twierdzi Paul Bloom.

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Złota jesień w rytmie baby blues – z pamiętnika mamy

W rytmie baby blues
fot.Pixabay

Chciałabym opowiedzieć Wam o najdziwniejszym dniu w moim życiu. To było dokładnie 7 miesięcy i 24 dni temu. W tym dniu wszystko się zaczęło, a wiele skończyło. To był początek nowego istnienia oraz pierwszy dzień reszty mojego życia.

TEN dzień

TEN dzień rozpoczął się o godz. 6 rano, kiedy to stawiłam się na Izbie Przyjęć szpitala położniczego w Warszawie w celu porodu. Miałam zaplanowane cesarskie cięcie ze względu na miednicowe ułożenie dziecka. Skubana była tak leniwa, że do końca nie chciała obrócić się główką w dół, nawet pomimo namów lekarzy specjalistów.

Przyjechaliśmy z mężem do szpitala o bladym świcie, a na operację czekałam do późnego popołudnia, w międzyczasie było dużo nagłych przypadków. Czekałam rozebrana w koszuli szpitalnej, na czczo, bez picia i jedzenia, podłączona do kroplówki z elektrolitami.

Podekscytowanie mieszało się ze strachem, a strach z przerażeniem, gdy pielęgniarka, mimo wielu prób, nie mogła wkłuć mi wenflonu w rękę, a moja krew kapała na posadzkę. Machina ruszyła i już nic nie mogło jej zatrzymać. Pozostawała nadzieja na pozytywne zakończenie.

Zobacz też: Czy stać mnie na dziecko?

Poza kontrolą

Zostałam przewieziona na salę operacyjną. Dookoła ludzie w zielonych kitlach, na środku stół operacyjny na którym zostałam położona, nade mną ogromna lampa jarzyła jasnym światłem. Wtedy to przywitała się ze mnie pani anestezjolog – pierwsza miła i sympatyczna osoba, którą spotkałam w szpitalu od rana.

Następnie młody lekarz rozciął mój brzuch. W międzyczasie żartował i mówił, że to jego ostatnia operacja przed urlopem. Pytał o imię dziecka i wiedział, że imię Larysa pochodzi z Grecji, czym zaimponował mi, bo nikt przedtem nie wiedział.

Nie czułam bólu, nic nie czułam. Oprócz totalnej bezbronności i poczucia, że życie moje i dziecka jest w ich rękach. Bogowie.

Zobacz też: Dlaczego zdecydowałam się na dziecko? Z pamiętnika młodej mamy

Złota jesień

Po chwili usłyszałam pierwszy krzyk. Wszystko dobrze, dziecko zdrowe, 10 na 10 w skali Apgar – orzekł lekarz. Zobaczyłam ją. Była piękna, biała i czysta. Patrzyła na mnie małymi oczkami, a jej wściekła mina mówiła: – Dlaczego mi to zrobiłaś?! Chyba za dobrze jej było po drugiej stronie brzucha.

Kolejne dni w szpitalu upływały mi w rytmie baby bluesa. Nie mogłam spać, ruszać się, wstać z łóżka bez bólu, wyjść poza oddział na świeże powietrze. Nie potrafiłam karmić dziecka piersią i znikąd nie widziałam możliwości pomocy. Mimo uczestnictwa w dwóch szkołach rodzenia, przeczytania tony poradników – nic nie przygotowało mnie na takie emocje. Trzymałam na rękach córeczkę, a moje łzy kapały na jej malutką główkę.

Rodzina i znajomi przychodzili w odwiedziny, a ja powoli uczyłam się opieki nad noworodkiem. Odżyłam dopiero po powrocie do domu, wtedy też mogłam w spokoju nakarmić córeczkę i wyjść z nią na spacer. Była piękna, złota jesień – wiosna mojego macierzyństwa.

Alina HRabina

Zawodowo związana z branżą HR. Obecnie na urlopie macierzyńskim. Mieszka w Warszawie, chętnie odbywa podróże małe i duże.

Ciemne i jasne strony poczucia winy u matek

Jeśli jest coś, co jest wspólne dla wszystkich matek, to jest to poczucie winy. Wszędzie na świecie żyją kobiety, które czują, zawiodły swoje dzieci. 
fot.Pixabay

Jeśli jest coś, co jest wspólne dla wszystkich matek, to jest to poczucie winy. Wszędzie na świecie żyją kobiety, które czują, zawiodły swoje dzieci, że nie zadbały o nie wystarczająco. 

Czego nie mogą sobie wybaczyć matki?

Czasami nie mogą sobie wybaczyć, że ich dorosłe już dzieci nadużywają alkoholu, wiążą się z nieodpowiednimi ludźmi, że nie potrafią o siebie zadbać. Albo o tego, że dziecko nie zjadło ciepłego posiłku danego dnia, że nie spędziło się z nim wtorkowego popołudnia, nie przeczytało bajki na dobranoc, choć się obiecało. Albo też, że niemowlę zajmuje jej tyle czasu, że niemal nie widuje się ze swoim starszym dzieckiem.

Poczucie winy może być niszczące. Może odbierać jakąkolwiek radość z macierzyństwa. Podsyca wątpliwości i ambiwalencje, które ma w sobie matka. Żywi się jej niepewnością. Odbiera spokój nocą, nie pozwala zasnąć, odpocząć. Może tak być. Ale poczucie winy może też pełnić funkcje rozwojowe, ponieważ pozwala zobaczyć i zmienić to, co zmiany wymaga.

Poczucie winy nie pojawia się w próżni. Pojawia się wewnątrz człowieka i między ludźmi. Według badań poczucie winy może wzmacniać więź społeczną, ponieważ pomaga wczuć się w stan psychiczny innych osób, pomaga poczuć to, co mogą czuć inni. Dlatego też może być cenną wskazówką dotyczącą funkcjonowania społecznego, źródłem rozwoju osobistego i moralnego, wzmacniaczem empatii.

Zobacz też: Jak “zasada trzech minut” może wpłynąć na Twoją relację z dzieckiem?

Pozytywne skutki poczucia winy

Nie ma wątpliwości, że takie istnieją! Poczucie winy może wskazać matce obszary funkcjonowania lub relacji z dziećmi, które wymagają przyjrzenia się, albo naprawy. Czasami po prostu mamy powody, by  odczuwać poczucie winy. W tym rozumieniu poczucie winy jest jak alarm, który startuje, kiedy coś się dzieje w relacji z dzieckiem. Może się pojawiać, kiedy mniej lub bardziej świadomie je krzywdzimy, kiedy w jakiś sposób je zaniedbujemy. To też się przecież zdarza.

Poczucie winy wspiera też matki w ciągłym doskonaleniu się, w stawaniu się coraz lepszymi rodzicami. Poczucie winy motywuje. Jest nieprzyjemnym uczuciem, którego pozbyłybyśmy się z radością. Ale jest też uczuciem, wobec którego nie można pozostać obojętną. Zaczynamy się przyglądać i zastanawiać, co i jak mogłybyśmy zrobić inaczej wobec naszych dzieci.

Może wreszcie pomóc naprawić relację z dziećmi – naszymi najwierniejszymi i najbardziej spostrzegawczymi obserwatorami. O ile nie jest zalana uczuciami, nad którymi nie ma kontroli, matka może przyznać, że popełniła błąd.

Dziecko widzi wówczas, że rodzic jest niedoskonały, co jemu samemu pozwala być niedoskonałym. Widzi również, że błędy można naprawiać. Widzi wreszcie, że ludzie podlegają emocjom i że są to tylko emocje, których nie trzeba się bać. To lekcje, których wartość jest nie do przecenienia.

Zobacz też: Biżuteria antykoncepcyjna – pierwsze testy przeszła pomyślnie! Na jakiej zasadzie ma działać?

Ciemna strona poczucia winy

Poczucie winy ma też drugą, ciemną, niszcząca stronę. Może być uczuciem bardzo dotkliwym, możemy mieć wielką potrzebę pozbycia się go. Ciężko wówczas nam znaleźć w sobie przestrzeń na to, by zobaczyć, czego tak naprawdę dotyczy to uczucie.

Bywa też tak, że poczucie winy jest używane jako broń, można dojść w tej dziedzinie do mistrzostwa. Rodzic może podejmować próby zmiany swoich zachowań, może zachowywać się tak, jakby dobro dziecka było dla niego najwyższą wartością, gdy tymczasem otoczenie widzi zupełnie coś innego. Dlatego też poczucie winy może być orężem używanym w celu realizacji potrzeb rodzica, nie dziecka.

Matka, która:

  • jest szczególnie wrażliwa na krytykę,
  • mocno wątpi w swoje kompetencje rodzicielskie,
  • tkwi w nieudanym związku z ojcem dziecka lub
  • ma nie najlepszą więź z własna matką,
  • widzi swoją winę w sytuacjach, na które nie ma wpływu

 

Matka może mieć „skłonności” do tkwienia w poczuciu winy. Może też sięgać po poczucie winy w celu ukarania siebie, wychodząc z założenia, że jeśli nie może rzeczy naprawić albo chociaż poprawić, jeśli czuje się bezsilna, słaba, uwikłana w nieprzyjemne sytuacje, przynajmniej może w swoim mniemaniu „ponieść konsekwencje”.

Jeśli matka ma poczucie, że nie spełnia oczekiwań – własnych lub cudzych – może sięgać po poczucie winy, jako po dowód na to, że się stara, że jest zaangażowana.

Zobacz też: Dlaczego zdecydowałam się na dziecko? Z pamiętnika młodej mamy

Dążenia matek

Rodzicielstwo jest ciągłym dążeniem do lepszego. Poradniki, które zalewają rynek wydawniczy, docierają też do rodziców. Mówią, jak należy postępować, by wychować szczęśliwe, kompetentne, asertywne, ambitne dziecko.

Te poradniki wyznaczają pewien, mniej lub bardziej niedościgniony, standard. Po poradniki sięgają zwykle osoby, które mają poczucie, że sobie nie radzą. Schemat działania jest prosty: jeśli nie można posługiwać się własnymi, uwewnętrznionymi przekonaniami (ponieważ na przykład wątpi się w ich słuszność), trzeba szukać ich na zewnątrz (na przykład w poradnikach).

Rodzice zaczynają dążyć do określonego celu, chcąc dać swoim dzieciom to, co jest dla nich najlepsze, to, co najlepiej wyposaży je na resztę życia. A kiedy to się nie udaje, kiedy okazuje się, że mimo wysiłków dziecko średnio sobie radzi, kiedy wpada w kłopoty, jest nieszczęśliwe, w rodzicach budzi się poczucie winy.

Fantazja o byciu idealnym rodzicem idealnych dzieci – jak z poradnika lub rad koleżanek – rozbudza poczucie winy. Nie tylko w rodzicach, w dzieciach również. One także czują, że nie spełniają oczekiwań, zawodzą rodziców, są niewystarczające.

Nie możemy mieć kontroli nad każdym aspektem życia, nad przeszłością, genetyką. Nawet najbardziej wrażliwa matka nie może sprawić (na szczęście!), żeby jej niemowlę nigdy nie płakało. A dzieci będą miały swoje kłopoty i trudności, niezależnie od tego, jak bardzo rodzice będą się starać. Będzie się tak działo, choćby dlatego, że są odrębnymi ludźmi, ze swoją osobowością i swoim prawem do błędów.

Zobacz też: Własne komórki macierzyste pomagają dzieciom chorym na autyzm

 

 

 

Ekspert

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami