Przejdź do treści

Najlepsze, co możesz dać swojemu dziecku? Nuda! – sprawdź dlaczego

co robić, gdy dziecko się nudzi

Owszem, nuda może budzić lęk. Może też budzić złość i frustrację. Nie tylko u dzieci, ale także i u dorosłych. Zapewne zatem zadajesz sobie pytanie: „Dlaczego mam skazywać na nią swoje dziecko?!”. Uwierz, nie jest to kara, a ogromna nagroda dla jego rozwoju!

Nuda – czymże ona właściwie jest? Często jest to myśl: „Zrobiłabym coś, ale...”. Jest to zatem niejednokrotnie milion wymówek i de facto chęć pójścia na łatwiznę. Bo każde „ale” wymaga przeważnie jednak jakiegoś wysiłku.

Co więcej, nuda może kryć się także za stwierdzeniami: „Nic ciekawego się nie dzieje, on jest nieciekawy, nie ma dobrego filmu, nie interesuje mnie ta książka”. Tutaj dla odmiany słyszymy więc trochę złości, czy wręcz „obrażenia się” na wszystko i wszystkich dookoła. Nic jednak dziwnego, za nudą idą nieraz niezbyt przyjemne emocje, takie właśnie jak chociażby zdenerwowanie, zrezygnowanie, utrata motywacji.

Z nudą często wiąże się też narzekanie i wprost mówiąc – jęczenie. Szczególnie mogą odczuwać to rodzice, bo czyż zdanie: „Mamo, nudzę się” , nie jest jednym z najgorszych?! Za nim bowiem idzie obowiązek zajęcia się dzieckiem, nawet jeśli właśnie miałaś odpisać na ważnego maila. Może to być także konieczność ruszenia własnej wyobraźni. Ale, ale! Czy tutaj przypadkiem oby nie wyręczysz swojego malucha za bardzo?

Zobacz też: Twoje dziecko kłamie? To dobry znak

Co robić, gdy dziecko się nudzi

U lekarki i pisarki, Alison Escalante, panuje zasada, iż rano dzieci nie mogą korzystać z tabletów. Oczywiście usilnie o to proszą i testują granice swoich rodziców – a nuż uda im się ich złamać! Kluczem jest jednak konsekwencja.

Jeśli bowiem dzieci zobaczą, że rzeczywiście urządzenia nie dostaną, chwila moment i same zaczną szukać sobie zajęcia. Największym plusem nudy jest bowiem konieczność poruszenia kreatywności, wyobraźni oraz wzięcie na siebie odpowiedzialności za własną… no właśnie, nudę.

Dr Ecalante przywołuje w swoim artykule na stronie „PsychologyToday” ciekawe badania, które pokazują, iż osoby nudzące się przed tym, zanim miały wykonać kreatywne zadanie, wykonały je później lepiej, niż osoby nienudzące się wcale.

Nuda bowiem pobudza nasze myślenie, wyobrażamy sobie np. różne sytuacje, co często pomaga nam odnaleźć się lepiej w momencie, kiedy rzeczywiście się one dzieją. Z drugiej zaś strony, nie obciąża naszego mózgu informacjami, które w skrócie mówiąc „zapychają system roboczy”. Pomimo więc tego, że szare komórki pracują na pełnych obrotach, to w tym samym czasie poddajemy się też niezwykłemu relaksowi.

Zobacz też: Jak komórka, tablet i komputer wpływają na dziecko? Cyberchoroby plagą XXI wieku

Dlaczego zatem nuda jest super i jak możesz ją wprowadzić w życie dziecka?

Zrób na nią przestrzeń. Warto pozwolić dziecku mieć moment, w którym nie będzie otaczało je zbyt wiele bodźców. Nie będzie też miało żadnych pilnych zadań, a wręcz przeciwnie, nadmiar wolnego czasu. Zobaczysz, jak szybko dojdzie wtedy do głosu wyobraźnia malucha. Za chwilę kłębek włóczki okaże się być wyprowadzanym na spacer psem, a z kanapy w salonie powstanie statek kosmiczny.

Przede wszystkim należy jednak uwierzyć w siebie i swoje dzieci. W siebie na płaszczyźnie poradzenia sobie z frustracją, że lepiej dziecku czegoś nie dać, nie wymyślać mu zabawy, nie dawać smartfona i mierzyć się jednocześnie z jego złością i być może płaczem. Zaś jeśli chodzi o dziecko, uwierzyć trzeba w jego ogromną moc tworzenia, bowiem to właśnie „potrzeba jest matką wynalazku” – powiedzenie trafiające idealnie w punkt!

Zastanów się nad tym, do czego dobrego doprowadziła nuda właśnie ciebie. Być może znudziła ci się standardowa szarlotka i postanowiłaś poeksperymentować z przyprawami. Tak, pobudziłaś w sobie kreatywność! Skutek? Stworzyłaś przepis, który chcą od ciebie wszyscy znajomi. A może znudziła cię trasa, którą codziennie pokonujesz do pracy i tym razem postanowiłaś pojechać inną drogą? Okazało się, że odkryłaś dzięki temu fantastyczną knajpkę, w sam raz na kolację z przyjaciółmi. U dziecka nuda także może stać się ogromną inspiracją!

Zostawiając dziecko z nudą, dajesz mu też możliwość poczucia odpowiedzialności za siebie. Dziecko bowiem dowiaduje się, że są sytuacje, w których musi radzić sobie samo. Jest to na tyle bezpieczna „lekcja” konieczności zadbania o siebie i zachęta do działania, że chyba lepszej nie możemy sobie wymarzyć.

Co więcej, poradzenie sobie z nudą da dziecku poczucie ogromnej satysfakcji! Zobaczy, że dało radę. Że umie. Poczuje, że może mieć wpływ na to, co się z nim dzieje i jak się czuje. Jeśli bowiem nuda zamieniła się w świetną zabawę, to być może następnym razem uda mi się zrobić coś, co spowoduje, że jak będę smutny, szybciej znów się uśmiechnę? Tak, nuda uczy też dbania o siebie.

To co? Na kolejne pytanie znajomych, co robicie w weekend z dziećmi, odpowiesz teraz: „Nudzimy się”? Oby!

Zobacz też: O współczesnym rodzicielstwie z Moniką Mrozowską: „Ilość dzieci nie zwalnia z tego, żeby czujnie się im przyglądać”

Inspiracją do artykułu był tekst ze strony „PsychologyToday”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Stewardessa, pilot i kot – wywiad z Dominiką i Filipem Kocurami

Stewardessa, pilot i kot - wywiad z Dominiką i Filipem Kocurami
Fot. archiwum prywatne - Dominika i Filip Kocur

Stewardessa i pilot, para z Warszawy. Mimo tego, że dużo wyjeżdżają (w końcu na tym polega ich praca) zdecydowali się zaadoptować kota z fundacji. Szarowłosa Zosia trafiła do nich kilka miesięcy temu. Z miejsca podbiła serca opiekunów – nie tylko Dominiki i Filipa, ale również sąsiadów i znajomych, którzy zajmują się nią podczas nieobecności opiekunów.

Alina Windyga-Łapińska: Ciekawi mnie Wasza historia – jak się poznaliście?

Dominika Kocur: Oboje pochodzimy z Gliwic. Poznaliśmy się w szkole średniej, chodziliśmy do jednej klasy. Parą zostaliśmy w klasie maturalnej – idąc razem na studniówkę. W szkole działaliśmy wspólnie w samorządzie, organizowaliśmy różnego rodzaju wydarzenia kulturalne, przedstawienia, koncerty charytatywne. Od początku mieliśmy wiele wspólnych pasji.

Czy dzieliliście również pasję do lotnictwa?

Filip Kocur: Nie. Lotnictwo od zawsze było moim głównym zainteresowaniem i celem, do którego chciałem dążyć. Dominika płakała, gdy mówiłem, że chcę zostać pilotem.

Dominika: To prawda. Filip marzył o zostaniu pilotem wojskowym. Rozpaczałam z tego powodu, ale on nie zważał na to i konsekwentnie dążył do celu. Już w wieku 16 lat latał szybowcem i robił licencję na samoloty. Mnie bardziej zajmowała muzyka, granie, śpiewanie. Nigdy nie leciałam samolotem i nie interesowało mnie to.

Potem już, będąc parą, poszliśmy na różne studia. Filip do Dęblina do szkoły lotniczej („szczęśliwie” nie dostał się na studia wojskowe, tylko cywilne), a ja na rusycystykę do Krakowa. 3,5 roku żyliśmy w związku na odległość.

Filip: Ubolewałem nad tym, że nie dostałem się do wojska, ale w końcu stwierdziłem, że studia cywilne też są ok. Po trzecim semestrze wybrałem specjalizację pilotaż. Bardzo trudno jest się na nią dostać, ponieważ z bardzo dużej liczby chętnych studentów uczelnia rekrutuje tylko 20 osób – przyszłych pilotów.

Jak to się stało, że oboje zaczęliście „pracę w przestworzach”?

Dominika: Nigdy wcześniej nie interesowało mnie latanie ani świat lotniczy. Jednak będąc ze studentem pilotażu, odwiedzając go regularnie w Dęblinie, poznawałam jego środowisko. Filip jest z natury małomówny, ze mnie za to niezła gaduła. Samoloty to jedyny temat, na który on lubił rozmawiać, byłam więc poniekąd zmuszona zacząć zgłębiać lotnicze tematy i nie ukrywam – wtedy narodziła się u mnie prawdziwa ciekawość przestworzy i latających maszyn.

Gdy ktoś pytał się mnie, co chcę robić po studiach – mówiłam, że zostanę tłumaczem albo asystentką w zagranicznej firmie. A jak nie, pójdę na stewardessę! Mówiłam to jako żart.

Moja praca w lotnictwie to szczęśliwy przypadek, który wszystko zmienił. Na czwartym roku studiów Filip wysłał do mnie ogłoszenie, że linia lotnicza z Warszawy poszukuje stewardess z językiem rosyjskim.

Filip: Wysłałem, bo byłem ciekawy, co to za firma. Chciałem, żeby Dominika poszła na rekrutację, spróbowała swoich sił i jednocześnie sprawdziła, z czym wiąże się mój świat i wizja na przyszłość.

Dominika: Dzień przed rozmową mówiłam, że chyba jednak nie pojadę, bo musiałam wstać o 4 rano na pociąg z Krakowa do Warszawy, ale zrobiłam to i… dostałam tę pracę! Moja firma obsługuje klientów VIP, oferuje loty dyspozycyjne samolotami klasy biznes.

A Ty, Filipie, kiedy rozpocząłeś pracę jako pilot?

Filip: Zaraz po studiach. Firma, dla której pracuje, współpracuje z uczelniami wyższymi i prowadzi rekrutację bezpośrednio w szkole. Wybrali kilka osób i ja byłem w tej szczęśliwej grupie.

Niestety, moja pierwsza baza była w Rumunii, w mieście Timisoara, co oznaczało rozstanie z rodziną. To był ciężki czas. Na szczęście po pół roku udało mi się przenieść do Anglii, a następnie do Warszawy, gdzie mieszkała Dominika.

Jak wygląda Wasz dzień pracy?

Filip: Ja, jako pierwszy oficer, przed lotem przygotowuję dokumentacje, następnie omawiam ją z kapitanem. Podejmujemy decyzje na podstawie informacji operacyjnych i pogodowych – ile potrzebujemy paliwa i jak podzielimy swoje role w danym dniu. Następnie mamy wspólny briefing pilotów i załogi pokładowej. Omawiamy trasę lotu, pogodę, możliwe turbulencje i ewentualne sytuacje niestandardowe bądź niebezpieczne. Przepisy bezpieczeństwa kładą nacisk na kooperacje w miłej atmosferze, oczywiście z zachowaniem hierarchii służbowej. Po briefingu idziemy do samolotu.

W lotnictwie low costowym, w którym pracuje, zawsze startujemy i wracamy do bazy macierzystej, latamy w tę i z powrotem. Jeżeli mamy lot poranny to wracamy do domu ok. 14:00, jeżeli wieczorny to ok. 22-23.

Moja firma ma jedną z najmłodszych flot na świecie. Filozofią lotnictwa niskokosztowego jest oszczędność na wszystkim poza bezpieczeństwem i flotą. To bardzo ważne, ponieważ nasi pasażerowie mogą być pewni, że swoją podróż do miejsca docelowego odbędą stosunkowo nowym samolotem oraz z zachowaniem najwyższych możliwych standardów bezpieczeństwa

Dominika: Moja praca diametralnie różni się od modelu przedstawionego przez Filipa. Obecnie jestem na dyżurze pod telefonem – taki dyżur trwa 14 dni. W przypadku wezwania mam dwie godziny na pojawienie się na lotnisku. Cały czas mam, a przynajmniej powinnam mieć, spakowaną walizkę.

Wykonujemy loty dyspozycyjne dla klientów prywatnym odrzutowcem. Firma ma kilka samolotów do wynajęcia. Klient płaci za godzinę lotu, nie za liczbę pasażerów, sam decyduje gdzie i o której godzinie chce polecieć.

Jak nie ma lotu powrotnego, nie wracam do bazy. Latamy wszędzie, głównie do Rosji, Stanów Zjednoczonych oraz do destynacji typowo wakacyjnych – na południe Europy, Malediwy, Seszele czy Karaiby. Muszę mieć ważny paszport i książeczkę szczepień. W przerwach firma zapewnia hotel 4-5 gwiazdkowy. W pracy używam głównie języka rosyjskiego, częściej niż angielskiego. Mogę więc praktykować wiedzę zdobytą podczas studiów, co jest dla mnie bardzo wartościowym atutem tej pracy.

Nasza firma czasami chwali się sławnymi pasażerami, czasami to oni sami wrzucają fotki na Instagrama z naszym samolotem. Latają z nami najważniejsi politycy, muzycy, celebryci.

Zobacz też: Miejsce wypełnione miłością. Wywiad z Magdaleną Różczką

Co lubicie w Waszej pracy, a czego nie?

Filip: Lubię, że nie chodzę do pracy za karę. Coś, co jest moją pasją, pozwala mi zarabiać na życie. Podoba mi się, że każdy dzień przynosi coś nowego. Przed lotem odczuwam stres – ale taki pozytywny. Do latania trzeba podchodzić z pokorą i respektem. Należy wierzyć w umiejętności swoje i kolegów, ale jednocześnie mieć też w głowie myśl, że jesteśmy tylko ludźmi popełniającymi błędy, które poprzez współpracę można zawsze naprawić.

Dominika: Mnie praca nie stresuje. Podczas pobytów za granicą mogę uporać się ze zwykłymi domowymi frustracjami, mam czas tylko dla siebie. Kiedy jestem w Warszawie uwielbiam zajmować się domem, gotować, dogadzać mężowi. Będąc na wylocie, mieszkając w hotelach, jedząc w restauracjach, mam wszystko podane, nie muszę gotować, ani sprzątać. To miła odskocznia od codziennych obowiązków.

Nienawidzę wstawać wcześnie rano i w nocy na loty. Najgorszy jest moment wyjścia z domu. Zostawienie męża w ciepłym łóżku i wyjście ze świadomością, że nie będzie mnie tydzień albo dwa, nigdy nie jest to łatwe. Czasami nie wiadomo, gdzie będziemy lądować, czy w mroźnej Moskwie, czy gorącej Nicei. Muszę mieć przygotowaną garderobę na każde warunki atmosferyczne.

Jak podczas wyjazdów radzicie sobie z rozłąką i samotnością? A może nie odczuwacie tego w negatywny sposób?

Filip: Nie do końca podoba mi się praca Dominiki. Dlaczego? Nie lubię, gdy Dominiki nie ma w domu. Jestem domatorem, ale nie samotnikiem. Słabo radzę sobie z jej nieobecnością, wolałbym, aby w naszym życiu nie było takich długich okresów nieobecności.

Dominika: Gdybym poszła do pracy biurowej, to wcale nie miałbym więcej czasu…

Na studiach to ja gorzej radziłam sobie z rozłąką. Obecnie czas spędzony za granicą maksymalnie wykorzystuje – zwiedzam sama albo wraz z załogą. Zawsze mam plan, nigdy się nie nudzę.

Różnimy się. Ja jestem pełna energii, cały czas coś planuje, staram się wykorzystać czas maksymalnie. Filip ma potrzebę bycia w domu, nie szuka tylu wrażeń. Jednak nadal lubimy razem podróżować i aktywnie spędzać czas – zimą na nartach, latem na kajcie.

Kotka Zosia

Kotka Zosia Fot. archiwum prywatne

Dlaczego zdecydowaliście się na adopcję kota z fundacji?

Filip: Ze mną koty były od zawsze, o czym świadczy moje nazwisko – Kocur. Od dziecka w moim domu były zwierzęta. Gdy wyjechałem na studia do Dęblina, wziąłem ze sobą mojego kota. Podróżowałem z nim tam i z powrotem – co weekend do Gliwic (do rodziców) lub do Krakowa (do Dominiki). Potem mieliśmy wspólnie z Dominiką dwa koty rasy brytyjskiej, niestety, już odeszły z powodu choroby. To była Handra (przez samo H) i Armani.

Po studiach, gdy wyprowadziliśmy się na stałe z domu rodzinnego, nie wyobrażałem sobie, aby nie było wokół nas szczęścia w postaci kociaka. Zaczęliśmy się zastanawiać i postanowiliśmy, że tym razem nie weźmiemy kota rasowego z hodowli, tylko takiego, którego szczęście opuściło.

Jak trafiła do Was Zosia?

Dominika: Zosię wzięliśmy z fundacji „Koty z Grochowa”. Koleżanka z pracy powiedziała mi o tej fundacji. Zaczęłam obserwować jej profil na Facebooku i dowiedziałam się, jak wygląda procedura adopcji. Pewnego dnia, przeglądając Facebooka, trafiłam na post ze zdjęciem Zosi – szary kot umaszczony jak nasze Brytyjczyki. Wysłałam zdjęcie Filipowi. Nie, żebym namawiała go na wzięcie kota, chciałam jedynie zobaczyć jego reakcje – a ona przerosła moje oczekiwania! Powiedział, żebym od razu (on akurat był na wyjeździe) pojechała ją zobaczyć. „Nie ma opcji, musimy mieć Zosię” – mówił. Tak więc pojechałam na pierwsze spotkanie sama.

Zosia była maleńka, miała 6-7 miesięcy. Została znaleziona na ulicy przy ośrodku dla bezdomnych mężczyzn. Była zima, a ona nie miała futerka zimowego. Miała hipnotyzujące oczy, w których od razu się zakochałam.

Zastanawialiśmy się, czy nie wziąć dwóch kotów, ale nie zdecydowaliśmy się na to ze względu na małe mieszkanie. Myślę, że dobrze zrobiliśmy, bo fundacja ostrzegała nas, że Zosia może mieć problem z aklimatyzacją, podczas mieszkania w azylu miała problem z posikiwaniem. Jednak jak przywieźliśmy ją do domu, od razu wiedziała jak trafić do kuwety. W azylu była wycofana, bała się innych kotów. U nas w domu rozkwitła.

Dlaczego, mimo swojego trybu życia, zdecydowaliście się na adopcję kota? Wiele osób mówi, że chciałoby mieć zwierzę w domu, ale nie ma dla niego czasu.

Dominika: Wiedzieliśmy, że kot będzie dużym ograniczeniem. Koty nie lubią nowych miejsc, są zwierzętami terytorialnymi. Początkowo nie mogłam uwierzyć kociej behawiorystce, że kotu samemu w domu będzie lepiej, niż ze mną na wyjeździe. Dla kota podróż to stres i może nawet się od tego rozchorować. Wierzyliśmy, że z odrobiną pomocy będziemy mogli zapewnić kotu właściwą opiekę na miejscu.

Zaangażowaliście wiele osób w opiekę nad Zosią, między innymi sąsiadów. Czy było to trudne zadanie?

Dominika: Pierwszy raz pomogła koleżanka z pracy, potem druga koleżanka z pracy. Jednak one też latają i ciężko je uchwycić. Trzeba było zaczerpnąć pomocy z zewnątrz. Narodził się więc pomysł, aby uwierzyć w ludzi i zaangażować społeczność sąsiedzką. „Na pewno nie jesteśmy jedyną parą z kotem w okolicy” – pomyśleliśmy: „Może ktoś nas zrozumie i pomoże!”

Nawiązaliśmy kontakt z trzema parami z osiedla i to oni pomagają nam podczas nieobecności. Niestety, póki co, nie mamy okazji się odwdzięczyć, ale okazuje się, że to wcale nie jest problem. Ludzie odwiedzają nas bezinteresownie.

Zosia daje nam wiele szczęścia. Rozmiękcza nasze serca – ma wdzięczność w oczach. To nic, że przybyło nam obowiązków – wizyty u weterynarza, zakup karmy. Uczy nas to organizacji dnia. Zosia nas scala, łączy, a obowiązki nad nią sprawiły, że staliśmy się sobie jeszcze bliżsi.

Filip: Kot to duża odpowiedzialność, nie na rok, ani dwa, ale na bardzo długi czas.

Dziękuję za rozmowę.

PS. Rozmowa ta odbyła się kilka miesięcy temu. W międzyczasie Państwo Kocurowie zostali rodzicami. Niedawno, razem z kotką Zosią, przeprowadzili się w rodzinne strony na Śląsk.

Zobacz też: Pies – najlepszy przyjaciel rodziny? Wywiad z trenerką psów

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat przepracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, podczas urlopu macierzyńskiego rozpoczęła przygodę z dziennikarstwem i social mediami.

„Owłosiona” reklama – koniec zafałszowanego obrazu kobiecego ciała!

owłosiona kobieta - reklama Billie
Fot Screen z reklamy golarek Billie

Ze świecą szukać reklamy golarki dla kobiet, w której widać owłosione ciało. Na ekranach telewizorów mamy do czynienia z goleniem idealnie gładkiej i nakremowanej skóry. A przecież rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Producent maszynek do golenia „Billie” postanowił powiedzieć „nie” sztuczności i zafałszowanemu obrazowi kobiecego ciała. Powstała nietuzinkowa reklama!

Owłosione ciało tematem tabu

Choć brzmi nieco absurdalnie, to wszystkie aktorki w spotach reklamowych golą perfekcyjnie gładkie ciało, w szczególności nogi i pachy. Wiadomo, że owłosienie nie wygląda zachęcająco, a u niektórych wręcz może wzbudzić niesmak. Dlatego też producenci maszynek do golenia postanowili zafałszować rzeczywistość. Jednak przecież owłosione ciało nie powinno być tematem tabu, o czym od niedawna przekonuje nas pewien nieco kontrowersyjny, ale jakże prawdziwy spot reklamowy.

Nietuzinkowa reklama

W reklamie promującej maszynki „Billie” możemy podziwiać kobiety, które nie dość, że mają owłosione ciało, to jeszcze posiadają inne niedoskonałości. Jednak cellulit, wystający brzuszek, czy tak zwane motylki na rękach, nie odbierają im piękna, wdzięku ani seksualności. Owłosione ręce, pachy, czy okolice bikini są zupełnie naturalną rzeczą, dlaczego więc reklama ta budzi tak wielkie zdziwienie?

Ta niecodzienna i nietuzinkowa reklama pokazuje prawdziwe oblicze kobiet, o odmiennych figurach i różnym kolorze skóry. Każda z nas może odnaleźć siebie w przygotowanym spocie reklamowych – właśnie to jest cudowne i wyjątkowe! Mamy szansę odczarować prezentowany w reklamach obraz kobiecego piękna, który – nie ukrywajmy – bardzo często znacząco odbiega od rzeczywistości. Może właśnie ta szczerość i odwaga sprawi, że producent, a co za tym idzie produkt, skradnie serca milionom kobiet?

 

 

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Billie (@billie)

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Billie (@billie)

Zobacz też: Owłosione kobiece ciało – kontrowersja, czy natura? Te zdjęcia łamią tabu!

Rozwodowe ABC – co zrobić, żeby zakończyć małżeństwo

rozwód czy separacja - ABC
Fot deklofenak/ 123RF

Jak wiele innych życiowych projektów, również małżeństwo nie zawsze jest udane. W takiej sytuacji można zrobić jedno z dwojga: albo coś zmienić w związku, by go uratować (a przynajmniej podjąć starania w tym kierunku), albo się rozstać. Jeśli wiesz już na pewno, że to drugie rozwiązanie jest dobre, przystąp do działania, uwzględniając kilka etapów.

1. Zastanów się: rozwód czy separacja?

Po pierwsze dokonaj wyboru: rozwód czy separacja? Choć ostateczna decyzja należy do ciebie, bo to twoje życie, nie będę kryć, że jestem zwolenniczką rozwodów, czyli radykalnych cięć – bo skoro coś „chrzani” się na tyle, że podejmujecie formalne działania, by to uregulować, raczej nie jest wam już po drodze. Często bywa tak, że separacja – motywowana wolą naprawy małżeństwa – jednak tego celu nie realizuje, a para i tak po jakimś czasie kończy na sali sądowej w sprawie rozwodowej. Po co więc przedłużać agonię i dwukrotnie przechodzić przez sądową traumę?

Rozwód to rozwiązanie małżeństwa przez sąd, skuteczne z chwilą uprawomocnienia się wyroku rozwodowego. Z tą chwilą małżeństwo przestaje istnieć. Rozwód może zostać orzeczony przez sąd, jeżeli nastąpił zupełny i trwały (nieodwracalny) rozkład pożycia, czyli wówczas, gdy zaszły tzw. pozytywne przesłanki rozwodowe. Jednak nawet jeżeli wystąpiły przesłanki rozwodowe (nastąpił zupełny i trwały rozkład pożycia między małżonkami), sąd nie orzeknie rozwodu w następujących sytuacjach (negatywne przesłanki rozwodowe):

  • gdyby wskutek tego orzeczenia miało ucierpieć dobro wspólnych małoletnich dzieci małżonków,
  • jeżeli z innych względów niż dobro wspólnych małoletnich dzieci małżonków orzeczenie rozwodu byłoby sprzeczne z zasadami współżycia społecznego,
  • jeżeli rozwodu żąda małżonek wyłącznie winny rozkładu pożycia, chyba że:
  1. drugi małżonek wyrazi zgodę na rozwód albo
  2. odmowa jego zgody na rozwód jest w danych okolicznościach sprzeczna z zasadami współżycia społecznego.

Rozwiedzeni małżonkowie nie odpowiadają wzajemnie za swoje zobowiązania, tj. te, które powstały już po rozwodzie. W razie śmierci jednego z rozwiedzionych małżonków drugi z nich nie należy do kręgu spadkobierców ustawowych zmarłego.

Separacja to słowo często stosowane w języku potocznym i oznaczające faktyczne rozdzielenie małżonków „od stołu i łoża” – poprzez zaniechanie pożycia małżeńskiego, prowadzenie odrębnych gospodarstw domowych, często również obranie przez każdego z nich odrębnego miejsca faktycznego pobytu. Natomiast separacja jako instytucja prawna oznacza zawieszenie – w wyniku orzeczenia sądowego – niektórych skutków wynikających z zawarcia małżeństwa i powstanie w ich miejsce takich skutków, jakie wiążą się z orzeczeniem rozwodu. Jednak takie orzeczenie sądu nie rozwiązuje małżeństwa, a jego skutek powstaje z chwilą uprawomocnienia się wyroku (bądź postanowienia) separacyjnego.

W wyniku orzeczenia separacji przez sąd małżeństwo nadal istnieje (żaden z małżonków nie może zawrzeć kolejnego małżeństwa), jednak szereg kwestii – głównie majątkowych – jest rozwiązanych w taki sposób, jak gdyby małżeństwo zostało rozwiązane przez rozwód (np. ustaje wspólność ustawowa między małżonkami, małżonkowie nie odpowiadają wzajemnie za swoje zobowiązania, nie dziedziczą po sobie). Z natury separacji wynika ponadto, że jest to stan odwracalny – jeżeli obydwoje małżonkowie wyrażą na to zgodę, sąd orzeka o zniesieniu separacji i z tą chwilą ustają jej skutki.

Separacja może zostać orzeczona, gdy nastąpił zupełny rozkład pożycia, przy czym nie musi on być trwały (nieodwracalny) – są to tzw. pozytywne przesłanki separacyjne. Jeżeli małżonkowie mają wspólne małoletnie dzieci, sąd – nawet jeśli nastąpił zupełny rozkład pożycia – nie orzeknie separacji, jeżeli wskutek niej miałoby ucierpieć dobro tych dzieci albo jeżeli z innych względów orzeczenie separacji pozostawałoby w sprzeczności z zasadami współżycia społecznego (negatywne przesłanki separacyjne). Jeżeli jednak małżonkowie nie mają wspólnych małoletnich dzieci, sąd może orzec separację, jeśli obydwoje wyrażają na to zgodę. Oznacza to, że w takiej sytuacji sąd nie musi już gruntownie badać, czy wystąpiły przesłanki separacyjne (zupełny rozkład pożycia).

Małżonkowie pozostający w separacji nie odpowiadają wzajemnie za swoje zobowiązania. W razie śmierci jednego z małżonków pozostających w separacji drugi z nich nie należy do kręgu spadkobierców ustawowych zmarłego (art. 9351 k.c.).

2. Skonsultuj się z prawnikiem

Nawet jeśli sprawa jest ugodowa i jesteście w stanie wypracować zgodny scenariusz rozwodu, warto skonsultować się z prawnikiem, by – dysponując obiektywną wiedzą i oceną sytuacji –  rozważyć wszystkie za i przeciw planowanych rozwiązań. Rozwód to jedna z ważniejszych życiowych decyzji – tak z psychologicznego, jak i prawnego punktu widzenia. Warunki, na jakich się rozwiedziesz, mogą mieć wpływ na wiele lat naprzód. Skoro konsultujemy się z prawnikiem kupując mieszkanie, biorąc kredyt czy spisując testament, dlaczego nie mielibyśmy tego zrobić w sytuacji rozwodu?

Nie polecam polegania na informacjach, które garściami możemy czerpać z internetu bądź od mniej lub bardziej potrzaskanych w sprawach rozwodowych znajomych – to nie są obiektywne źródła informacji, nie uwzględniają twojej indywidualnej sytuacji, a niejednokrotnie są to po prostu wierutne bzdury, niemające wiele wspólnego z realiami prawnymi i sądowymi. Nie namawiam za wszelką cenę do korzystania z usług pełnomocnika zawodowego do prowadzenia całej sprawy – często nie ma takiej potrzeby. Ale sama konsultacja, której celem jest analiza twojej indywidualnej sytuacji, ma ogromny sens. Dowiesz się dzięki temu czy warto upierać się przy orzekaniu o winie, czy pozostawienie władzy rodzicielskiej nad dzieckiem czy dziećmi po stronie obojga rodziców będzie korzystne, jaka będzie rozsądna wysokość dochodzonych alimentów jak je w razie potrzeby udokumentować, czy kontakty z dzieckiem lepiej uregulować w wyroku czy porozumieniu rodzicielskim, wreszcie jak rozwiązać kwestię podziału majątku. Mając taką wiedzę, możesz w dojrzały sposób podjąć decyzję, na jakich warunkach rozstaniesz się ze współmałżonkiem.

3. A może mediacja?

O mediacjach warto pomyśleć w dwóch sytuacjach:

  1. kiedy są między nami nieporozumienia, które przeszkadzają nam normalnie, czyli harmonijnie funkcjonować, ale nie chcemy się rozstawać, chcemy dojrzale podejść do problemu, zmierzyć się z nim, podjąć próbę ratowania związku, a jednocześnie – przynajmniej na razie – nie jesteśmy gotowi na terapię małżeńską;
  2. kiedy jesteśmy zdecydowani na rozwód albo przynajmniej jedno z nas podjęło taką decyzję, a chcemy zgodnie ustalić wszelkie kwestie związane z rozstaniem, by postępowanie sądowe przeszło bez niepotrzebnej straty czasu i życiowej energii.

Jeżeli macie dzieci, właśnie w mediacjach możecie ustalić wszelkie związane z nimi kwestie – z kim będą mieszkać, czy władza rodzicielska będzie przysługiwać obojgu rodzicom, czy nie (tj. czy drugi rodzic będzie miał ograniczoną władzę rodzicielską), według jakiego harmonogramu będą odbywać się kontakty dzieci z tym rodzicem, z którym nie będą mieszkać na stałe (z reguły jest to ojciec), wreszcie jakie alimenty będzie płacić ten drugi rodzic. Zagadnienia dotyczące dzieci, uzgodnione w mediacjach, przybierają postać porozumienia rodzicielskiego (zwanego też planem wychowawczym), które podpisują strony oraz mediator.

W mediacji można też ustalić inne ważne kwestie: czy rozwodzimy się zgodnie, czyli bez orzekania o winie, jak podzielimy się wspólnym majątkiem, a jeśli nie będziemy go dzielić, jak będziemy nim zarządzać i z niego korzystać (np. jedna nieruchomość do korzystania dla jednego z małżonków, druga dla drugiego, albo jak będziemy korzystać z jednego wspólnego domu czy mieszkania).

Jeśli w mediacjach uda się wam wypracować porozumienie, rozwód przejdzie gładko – postępowanie przed sądem powinno się skończyć na jednej rozprawie.

Mediacje dzielimy na:

  1. a) prywatne – kiedy sami wybieramy mediatora,
  2. b) sądowe – kiedy na wniosek stron sąd (już w toku sprawy o rozwód) kieruje rozwodzących się małżonków do mediacji i wyznacza osobę mediatora.

4. Jakie zgromadzić dokumenty?

Liczba dokumentów bądź innych dowodów, które dołączysz do pozwu, zależy od stopnia skonfliktowania stron. W sprawach ugodowych wystarczające dokumenty to z reguły skrócony odpis aktu małżeństwa oraz skrócony odpis aktu każdego z małoletnich dzieci stron. Obecnie dokumenty te – dzięki elektronicznemu systemowi aktów stanu cywilnego – można uzyskać w dowolnym urzędzie stanu cywilnego, niezależnie od tego gdzie małżeństwo zostało zawarte czy urodziło się dziecko. Do pozwu warto też od razu dołączyć do pozwu potwierdzenie uiszczenia opłaty sadowej od pozwu o rozwód (600 zł), co przyspiesza procedurę. Jeśli strony mają małoletnie dziecko bądź dzieci, z pozwie należy od razu wskazać świadka, który zna sytuację opiekuńczo-wychowawczą potomstwa rozwodzącej się pary i którego zeznania przekonają sąd, że dobro dzieci nie ucierpi wskutek orzeczenia rozwodu.

Jeśli jednak sprawa jest konfliktowa, dokumenty załączane do pozwu mnożą się – mogą to być dokumenty dla wykazania winy współmałżonka (np. raport detektywistyczny, korespondencja stron), dla wykazania które z małżonków jest rodzicem pierwszoplanowym dla potomstwa (np. zaświadczenia ze szkoły, od psychologa, z przychodni), jaka powinna być wysokość alimentów (np. faktury, rachunki, potwierdzenia przelewów dokumentujące koszty utrzymania dzieci, zeznania podatkowe, umowy o pracę czy umowy cywilnoprawne wskazujące na zarobki stron), wreszcie jaki powinien być harmonogram kontaktów z dzieckiem tego z rodziców, który nie mieszka bądź nie będzie z dzieckiem mieszkał na stałe w wyniku rozwodu. W sprawach spornych nie tylko dowody z dokumentów mają znaczenie – warto również wnioskować o przesłuchanie świadków mających wiedzę na temat życia małżonków i ich dzieci.

5. Gdzie złożyć pozew i ile to kosztuje?

Sprawy o rozwód są rozpoznawane przez sądy okręgowe. Właściwy do rozpoznania takiej sprawy jest sąd, w którego okręgu małżonkowie mieli ostatnie wspólne miejsce zamieszkania, o ile chociaż jedno z nich w okręgu tym nadal przebywa. Jeśli nie, wówczas pozew należy złożyć do sądu właściwego ze względu na miejsce zamieszkania strony pozwanej.

Opłata sądowa od pozwu o rozwód to 600 zł. Warto od razu do pozwu załączyć potwierdzenie uiszczenia tej opłaty, gdyż przyspiesza to procedurę. Pozew możemy złożyć bezpośrednio w sądzie – w biurze podawczym, bądź też wysłać pocztą listem poleconym. Pozew składamy w dwóch egzemplarzach – jeden z nich to oryginał, drugi zaś odpis, który sąd doręczy drugiej stronie postępowania.

6. I co dalej?

Jak już złożysz pozew, sprowokujesz machinę wymiaru sprawiedliwości, by zaczęła przetwarzać twoją sprawę. Co to oznacza? W pierwszej kolejności zostanie wyznaczony sędzia do rozpoznania twojej sprawy – obecnie odbywa się to w drodze losowania. Następnie sędzia sprawdzi czy pozew nie ma jakiś braków formalnych (np. brakuje opłaty sądowej, podpisu na pozwie, czy aktu małżeństwa). Jeśli zauważy braki, wezwie stronę powodową do ich usunięcia i wyznaczy na to 7 dni od otrzymania wezwania. Jeśli pozew nie jest dotknięty brakami, sędzia zarządzi doręczenie odpisu pozwu drugiej stronie postępowania i wyznaczy jej termin, nie krótszy niż 14 dni, na wniesienie odpowiedzi na pozew. Po wpłynięciu odpowiedzi na pozew bądź bezskutecznym upływie wyznaczonego stronie pozwanej terminu sąd wyznaczy termin rozprawy. Czasami zanim to zrobi, kieruje strony do mediacji – by dać im szansę ugodowego wypracowania warunków rozwodu.

W sprawach ugodowych można rozwieść się na pierwszej rozprawie. Natomiast w sprawach, w których strony nie są w stanie dojść do porozumienia, może być wiele rozpraw rozłożonych w czasie na kilka lat. Gdy zapadnie wyrok, strona niezadowolona z tego rozstrzygnięcia bądź jego części, może wnieść apelację do sądu apelacyjnego. Wyrok sądu apelacyjnego jako sądu drugiej instancji zamyka sprawę – w sprawach rozwodowych nie przysługuje skarga kasacyjna do Sadu Najwyższego.

rozwód czy separacja okładka

 

Więcej dowiesz się z książki autorki artykułu, Joanny Hetman-KrajewskiejRozwód czy separacja? Poradnik praktycznyPortal Współczesna Rodzina jest patronem medialnym książki!

Nasi czytelnicy i czytelniczki mają szansę na wyjątkowy rabat 20% na tę publikację w księgarni Profinfo – aby skorzystać ze zniżki, wystarczy w formularzu zamówienia wpisać kod:
rodzina20 

Joanna Hetman-Krajewska

 

Joanna Hetman-Krajewska – adwokat i radca prawny w Kancelarii Prawniczej PATRIMONIUM w Warszawie; wykonuje zawód od 2003 r.; specjalizuje się w prawie rodzinnym i prawie autorskim. Ukończyła Studium Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie prowadzone przez Stowarzyszenie Niebieska Linia. Prowadziła wiele spotkań z kobietami na tematy prawne związane z funkcjonowaniem rodziny, m.in. w Centrum Praw Kobiet. Autorka licznych tekstów poradniczych na temat prawa rodzinnego, a także książki „Rozwód czy separacja. Poradnik praktyczny” (Wolters Kluwer, 2020).

 

Zobacz też: „Chcę się rozwieść!” – rozwód czy separacja? [EKSPERTKA]

Redakcja

Portal o rodzinie.

Tatuaż zamiast blizny – wietnamska artystka i jej niezwykłe dzieła

tatuaż Mgoc
Fot – Screen Instagram Ngoc Like Tattoo

W mediach społecznościowych znana jest jako Ngoc. Jej specjalnością są tatuaże – o tyle niezwykłe, że to, co nieestetyczne i często trudne emocjonalnie, czynią pięknym.

Blizny stanowią często niechcianą pamiątkę np. po zabiegu chirurgicznym lub wypadku. Dla wielu osób są nie tylko śladem na skórze, ale czymś, co odbiera im poczucie własnej wartości i piękna. Mają opory przed rozbieraniem się na plaży, a bywa i tak, że cierpi na tym ich życie intymne, bo zwyczajnie wstydzą się pokazywać ciało partnerowi czy partnerce. Wspomniana już artystka – Ngoc Nguyen – pomaga takim ludziom w nadzwyczaj kreatywny sposób. Dotychczas zaprojektowała i wykonała kilkadziesiąt tatuaży, które łączy jedno: powstały w miejscu szczególnie nieestetycznych blizn.

Miniaturowe dzieła sztuki

Dla większości osób tatuaż jest jedynie ozdobą ciała i nie ma żadnych właściwości terapeutycznych, choć istnieje grupa ludzi, którzy tatuują sobie wizerunki zmarłych bliskich i dzięki temu nigdy się z nimi nie rozstają. Ngoc udowadnia, że to, co początkowo odrzucało, może stać się piękne – a przynajmniej niewidoczne.

Pracując, najchętniej sięga po motywy kwiatowe. Łodygi wiją się i rozgałęziają w najróżniejszych kierunkach, dzięki czemu zgrabnie zakrywają blizny o nieregularnym kształcie. Takie tatuaże nikogo nie gorszą i są niezwykle barwne; to ważna cecha, bo skóra po urazach miewa różne odcienie. Trzeba tak operować kolorami, aby efekt końcowy był jak najbardziej naturalny. Co więcej, po zagojeniu głębokich ran skóra na ogół jest nierówna, wklęsła albo wybrzuszona. Umiejętnie zrobiony tatuaż maskuje także tę niedoskonałość.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez NGOC LIKE TATTOO ® (@ngocliketattoo)

Przyszłościowa idea

Bez wątpienia tworzone przez Ngoc tatuaże pozytywnie oddziałują na psychikę osób, które po operacji lub wypadku czuły się oszpecone. Ważniejsza od samych tatuaży – które zdarza się, że wciąż budzą różnego rodzaju uprzedzenia – wydaje się więc stojąca za nimi idea. Z wyraźnie widocznego defektu można uczynić miniaturowe dzieło sztuki. Ten pomysł ma potencjał.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez NGOC LIKE TATTOO ® (@ngocliketattoo)

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez NGOC LIKE TATTOO ® (@ngocliketattoo)

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez NGOC LIKE TATTOO ® (@ngocliketattoo)

Zobacz też: Tatuowanie dziecka – szokujące nagranie obiegło świat

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.