Przejdź do treści

Co tracimy zyskując współmałżonka? Związek okiem psychologa

Małżeństwo jest rozumiane jako najważniejsza i najbezpieczniejsza forma bycia w relacji – fot. 123 rf

Małżeństwo jest ważną instytucją społeczną. Na wyłączności i trwałej więzi opierają się normy społeczne, prawne, obyczajowe. O prawo do małżeństwa toczą się dyskusję. Osoby, które nie mogą zawierać małżeństwa, głównie ze względów kulturowych, czują się słusznie wykluczone i dyskryminowane. Nie mogą się funkcjonować równie swobodnie i w poczuciu szacunku jak pary, które mogą zdecydować się na małżeństwo.

W kulturze popularnej istnieje przekonanie, że małżeństwo ma na celu pomóc człowiekowi poradzić sobie z samotnością, ma być źródłem szczęścia i zadowolenia.

Na drugim końcu spektrum jest rozwód, który wywołuje poczucie porażki i samotności. I choć o małżeństwie ciągle myślimy jako pewnym wzorcu funkcjonowania społecznego, obserwujemy stały wzrost rozwodów. Decyzję o małżeństwie odsuwa się też w czasie.

Małżeństwo jest rozumiane jako najważniejsza i najbezpieczniejsza forma bycia w relacji. Ważna relacja, wyłączna i oparta na wierności, prędzej czy później powinna przybrać formę małżeństwa. A  przynajmniej mogłoby się tak wydawać. Bo jeśli sięgniemy po najbardziej dostępne, amerykańskie dane, jedynie połowa pełnoletnich Amerykanów jest w związkach małżeńskich. W latach 60-tych ubiegłego wieku odsetek ten wynosił 70%. Badania mówią również o tym, że 14% pełnoletnich Amerykanów w ogóle nie zamierza wchodzić w związek małżeński.

Chcemy wierzyć, że małżeństwo jest najlepszą odpowiedzią na nasze najbardziej podstawowe potrzeby – bliskości, bezpieczeństwa, wyłączności. Pragniemy być w relacji, w której będziemy najważniejsi i która ma trwać wiecznie. A przynajmniej ma być na to spora szansa. Małżeństwo taką nadzieję daje.

Czasem jest to nadzieja, czasem iluzja, czasem obietnica, dodatkowo silnie osadzona społecznie. Małżeństwo zapewnia społeczeństwu względny porządek, ale również zwalnia z analizowania, kontestowania czy radzenia sobie z dysonansem społecznym, jeśli nie jest tym małżeństwem, o którym się marzyło.

Zobacz też: Czy separacja może pomóc rozwiązać konflikt? Tak, jeśli nie tracimy z oczu jej celu

Co tracimy zyskując współmałżonka?

Chyba każdy zna parę, o której można pomyśleć, że dwie osoby stają się jedna. Dwie osoby będące tak blisko, że wydają się być nierozerwalne. Myślą podobnie, mają podobne zainteresowania, podobne poglądy. Sami dla siebie są wystarczającym towarzystwem. Rzadko wychodzą, nie mają zbyt wielu przyjaciół czy znajomych. Nie potrzebują nikogo poza sobą (i ewentualnie dziećmi).

Badania również pokazują, że czasami małżeństwo osłabia inne więzi społeczne. Osoby będące w małżeństwie, w porównaniu do swoich niezamężnych i nieżonatych rówieśników, rzadziej dzwonią lub odwiedzają rodziców oraz rodzeństwo, rzadziej również spotykają się z przyjaciółmi oraz znajomymi (https://journals.sagepub.com/doi/full/10.1177/0265407515597564)

Można by pomyśleć, że świadczy to o dojrzałości emocjonalnej – radzą sobie samodzielnie, uniezależnili się od rodziców. Ale może też świadczyć to o wycofywaniu się z nie do końca jasnego powodu. Być może właśnie dlatego, że małżeństwo daje iluzję wyłączności i wystarczalności.

Te same badania pokazują, że tak zwani single są bardziej zaangażowani politycznie, chętniej pomagają sąsiadom i rodzinie, chętniej również sami z pomocy korzystają. Badacze stawiają hipotezę, że pary małżeńskie często są bardziej zamożne niż osoby samotne i z tego powodu mogą nie potrzebować na przykład różnego rodzaju form wsparcia.

Można się więc zastanawiać, czy współczesne małżeństwo rzeczywiście spełnia wymagania jednostki i społeczeństwa. Czy para tworząca tego rodzaju związek jest wystarczająco pojemna, wspierająca i trwała, by gwarantować porządek, a tworzącym ją ludziom dawać poczucie błogiego bezpieczeństwa. Wydaje się, że małżeństwo ma też inne strony. Jedną z nich jest ryzyko bycia wyizolowanym.

Zobacz też: Przemoc nasza domowa – jak ją rozpoznać?

Poczucie izolacji

Autorka Mandy Len Carlton, idąc za teorią Eli Finkela, zwraca uwagę na to, że wobec współczesnego małżeństwa pojawiają się oczekiwania, które dawniej spełniały całe społeczności. Niegdyś małżeństwo zawierane było z miłości, ale też wprowadzało małżonków do ich społeczności i rodzin. Dziś te społeczności są często niewielkie albo oddalone, dlatego też samo małżeństwo ma dać osobom je tworzącym poczucie przynależności, jak również stwarzać okazje do osobistego rozwoju i autonomii. To spore wyzwanie przed małżeństwem i małżonkami.

Bywa tak, że ludzie, którzy są ze sobą w małżeństwie, bez tej instytucji rozstaliby się. Bo niewątpliwie często małżeństwo może dawać poczucie stabilizacji, być dowodem na zaangażowanie i odpowiadać na bardzo podstawowe potrzeby. Ale też ponieważ małżeństwo jako instytucja jest tak ważne społecznie, czasami trudno je zakończyć. Nawet wówczas, kiedy bywa niszczące.

Poczucie wstydu i obawa przed społecznym ostracyzmem może powodować, że łatwiej trwać w złym związku niż chronić siebie (i nierzadko dzieci). Zresztą dzieci są szczególnie częstą kartą przetargową między małżonkami. Dla „dobra” dzieci wyniszczające małżeństwa trwają. W jakimś sensie małżeństwo staje się ważniejsze niż osoby, które taki układ rodzinny krzywdzi. Taka narracja jest również dominująca w konserwatywnych społeczeństwach. Wówczas to, co powinno być źródłem ukojenia i bezpieczeństwa staje się źródłem opresji.

Miłość, wierność i uczciwość – tego większość z nas, jeśli nie każdy potrzebuje. Małżeństwo wydaje się to dawać. Ale też jest druga strona, nie zawsze miła. Coś zyskujemy i coś tracimy wiążąc się z drugim człowiekiem „węzłem małżeńskim.”

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

„Szukamy specjalistów, którzy chcą spędzać więcej czasu z dziećmi” – nadchodzi dobry czas dla rodziców-pracowników

Niektóre firmy mogą pochwalić się pokojem dla matki karmiącej i miejscem parkingowym dla ciężarnych – for. 123rf

Nadeszła jesień, a wraz z nią studenci wrócili na uczelnie, dzieci poszły do żłobków i przedszkoli, a rodzice do pracy. Jesień to również gorący okres targowy – na pierwszy ogień poszedł Festiwal Pracy JOBICON organizowany przez największy portal rekrutacyjny Pracuj.pl. Jako że i we mnie odezwała się dusza HR-ówki, postanowiłam odwiedzić targi pracy – tym razem jednak w innej roli niż zwykle, nie rekrutera, ani poszukującego pracy. Poszłam tam z tajną misją dowiedzenia się, co takiego firmy oferują młodym rodzicom. Oto co ustaliłam:

„Szukamy specjalistów, którzy chcą spędzać więcej czasu z dziećmi” – tak reklamuje się jeden z największych ubezpieczycieli w Polsce. Dlatego moje kroki skierowałam najpierw na stoisko tej firmy. „Tak, to prawda – tatusiowie mogą u nas liczyć na dodatkowy 6-tygodniowy urlop” – dowiaduje się od przemiłej rekruterki. Urlop jest niezależny do 2-tygodniowego tacierzyńskiego zapisanego w kodeksie pracy, także łącznie to aż 8 tygodni, czyli 2 miesiące spędzone z noworodkiem w domu! Wszystko pełnopłatne i co ważne – mile widziane.

„Ale czy opłacalne dla firmy?” – pytam, taki benefit przecież musi kosztować krocie. „Jak najbardziej” – odpowiada rekruterka „Zadowoleni pracownicy to mniejsza rotacja i większe przywiązanie do marki. Dodatkowo zadowoleni pracownicy polecają nas innym”. Wiadomo przecież, że polecenia pracownicze to najtańszy i najskuteczniejszy sposób rekrutacji. A dobra opinia na rynku pracy to waluta nie do przecenienia.

Zobacz też: Urlopy rodzicielskie, badania genetyczne, a może… in vitro? Na jakie benefity mogą liczyć polscy pracownicy?

Parking dla ciężarnej, pokój dla matki karmiącej

Idę dalej w gąszcz ludzi w poszukiwaniu kolejnych perełek employer brandingowych. Znajduję bank, który może pochwalić pokojem dla matki karmiącej oraz przestrzenią dla dziecka w pracy, nazywaną dumnie lunaparkiem. Domyślam się, że bardzo przydał się podczas ostatniego strajku nauczycieli.

Znana firma medyczna zapewnia miejsce parkingowe dla kobiet w ciąży oraz program „Zdrowie przez cały rok” promujący aktywne spędzanie czasu z rodziną. Cytując słowa przedstawicielki – firma skupia się na kobietach w ciąży i młodych mamach. Wydaje informator dla młodych rodziców oraz wspiera mamy powracające do pracy po urlopie macierzyńskim.

Kolejne firmy nie zaskakują – oferują wyprawki szkolne, paczki na święta i dzień dziecka, elastyczny czas pracy dla rodziców, imprezy rodzinne. Wszyscy chwalą się, że przestrzegają standardowych regulacji prawnych – naprawdę??

Zobacz też: Dzień, który zmienił moje życie – dobre pomysły Mam

Wiemy, ale nie powiemy

Niektóre firmy nie były chętne do wypowiedzi. Spółka podległa władzom miasta poprosiła o kontakt z rzecznikiem i oficjalne zapytanie na piśmie. Jeszcze bardziej zaskoczyła mnie inna, na pozór nowoczesna, firma wydająca miliony na reklamy w prasie i telewizji – czołowy producent żywności dla dzieci. Otóż powiedzieli, że benefity dla rodziców mają, a jakże, ale nie powiedzą jakie, bo zabrania im polityka firmy. Zastanawia mnie, co w takim razie robią na targach pracy, gdzie kandydaci często dopytują się o takie rzeczy. Być może winna była późna godzina mojej wizyty i zmęczenie pracownika.

A Ty, młody rodzicu, jakie benefity w pracy chciałbyś mieć? Co jest dla Ciebie ważne? Wczoraj podczas warsztatów HR-owych usłyszałam, że najlepszym benefitem jaki może dostać pracownik jest dobre zarządzanie. Podpisuje się pod tym rękoma i nogami, bo tak naprawdę liczy się człowiek, a reszta… przyjdzie z czasem.

 

Alina HRabina

Zawodowo związana z branżą HR. Obecnie na urlopie wychowawczym. Mieszka w Warszawie, chętnie odbywa podróże małe i duże.

Karny jeżyk. Czy to dobra metoda wychowawcza?

Dr Siegal mówi dalej, że dzieci odstawione na karny jeżyk często nie tylko nie uspokajają się, ale czują się jeszcze bardziej rozzłoszczone – fot. Canva

Popularna aktorka komediowa, Kristen Bell i jej mąż Dax Shepard czasami zwierzają się w mediach, jakie wartości są dla nich ważne, jeśli chodzi o wychowanie dzieci, jak postępują, jakie mają przekonania. Podczas jednego z wywiadów Kristen powiedziała, że jedna z zasad w ich domu jest taka, że „mama i tata nie reagują na krzyki i płacze dzieci. Reagujemy dopiero, kiedy się uspokoją”. 

Bell i Shepard nie wydają się być odosobnieni w tych poglądach. Dzieci krzyczą, płaczą, rzucają rzeczami, wypowiadają nieprzyjemne słowa. Każdy rodzic ma w zanadrzu historię z serii „a moje dziecko w sklepie/ w przedszkolu/ na placu zabaw….”, po której następuje opis niesamowitego wybuchu dziecięcej furii, zakończonego wyniesieniem młodzieży z miejsca akcji. Oczywiście wbrew jego lub jej woli, co spotęgowało wybuch.

Bywa też tak, że dzieci wybuchają częściej niż statystycznie jest to „akceptowalne”. Mówimy wtedy, że są niegrzeczne, nie potrafią się zachować, zastanawiamy się, co z nimi jest nie tak, a przede wszystkim, jak ukrócić zachowania, które wywołują w dorosłych dyskomfort i narażają rodziców na krytykę za nieumiejętność zapanowania nad dzieckiem.

Karny jeżyk – dobry czy zły pomysł?

Jakiś czas temu niezwykle popularne były programy telewizyjne typu „Superniania”” , w których osoby z różnym przygotowaniem i doświadczeniem uczyły rodziców, jak mają sobie radzić z trudnymi zachowaniami dzieci.

Jeden z pomysłów zakładał, że dziecko powinno mieć w domu miejsce, do którego powinno być odsyłane, kiedy zachowa się w sposób nieodpowiedni lub niegrzeczny – miał to być na przykład karny jeżyk. Idea była taka, że dziecko miało mieć czas i przestrzeń, żeby przemyśleć swoje zachowanie i uspokoić się, a po wszystkim wrócić do rodzica i przeprosić.

Idea karnego jeżyka (czy też time out) ma swoich zwolenników i krytyków. Wydaje się też, że trwale wrosła do repertuaru metod wychowawczych. Z jakim skutkiem?

Zobacz też: Przemoc wobec dzieci. Jak ją rozpoznać?

Złe zachowanie, czyli co?

Dzieci uczą się samokontroli. Nie rodzimy się z tą umiejętności. Każdy z nas potrzebuje czasu i wielu prób, by poczuć się pewnie i bezpiecznie.

Pierwsze doświadczenia, kiedy zalewają nas emocje (a wraz z nimi również na przykład hormony) i różne objawy płynące z ciała, mogą być przerażające. Dlatego też jest w zasadzie jasne, że na przykład niemowlęta mogą potrzebować pomocy w uspokojeniu się. Potrzebują bliskości dorosłej osoby, która nie wpada razem z nimi w przerażenie czy rozpacz, jest spokojna i wie, że głód, niepokój czy ból miną.

Okazuje się jednak, że również starsze dzieci potrzebują czasu, żeby móc opisać swoje uczucia, by móc powiedzieć, że są głodne, zmęczone, wystraszone, zamiast to pokazywać. Im młodsze dziecko, tym możliwości komunikacji werbalnej są mniejsze.

Dlatego też skupiając się na zachowaniu, oceniając je jako choćby niegrzeczne, nieuprzejme, złośliwe, bardzo łatwo przeoczyć to, co najważniejsze, czyli przyczynę. Bo zawsze najważniejsza jest przyczyna. A zachowanie jest jedynie dostępną dziecku formą komunikacji.

Samodzielnie czy samotnie?

Posyłając dziecko do kąta (czy bardziej humanitarnie- na karny jeżyk) pozbawiamy się szansy na zrozumienie sytuacji i swojej reakcji. Jeśli dziecko krzykiem lub płaczem opowiada o jakiejś swojej trudności, kolejny raz zrobi samo zwyczajnie dlatego, że nie potrafi inaczej.

Wybitny psychiatra Dan Siegal mówi o doświadczeniu time out jako o izolującym i porzucającym. Wnioski, do których dziecko może samodzielnie dojść będą raczej wiązały się z przekonaniem, że zostało odepchnięte, skarcone, że za błąd grozi kara, nie wybaczenie czy zrozumienie. A jeśli ma się trudny czas, nie można liczyć nawet na rodzica. W tym sensie karny jeżyk promuje raczej rozbudzenie uczuć związanych z samotnością i odrzuceniem niż samodzielnym osiąganiem wniosków i naprawą.

Dr Siegal mówi dalej, że dzieci odstawione na karny jeżyk często nie tylko nie uspokajają się, ale czują się jeszcze bardziej rozzłoszczone.

Zobacz też: DOBRO i ZŁO – w jaki sposób dzieci uczą się je odróżniać i jakie to ma konsekwencje dla ich zachowania?

Czy można inaczej?

Artykuł, który Dan Siegal oraz Tina Payne Bryson opublikowali w 2014 roku w magazynie Time wprowadził wiele kontrowersji. Padła w nim błędna sugestia, że uczucia  związane z odrzuceniem pobudzają te same obszary mózgu co nadużycie. A więc, że odrzucenie, jakiego doświadcza dziecko „odstawione do kąta” jest równe nadużyciu.

Siegal i Bryson musieli potem tłumaczyć, że time out może być pomocną techniką, jeśli stosowany jest krótko, rzadko, jest częścią strategii, po która sięga rodzić próbujący przerwać określone zachowanie dziecka, a na koniec rodzic tłumaczy dziecku, co się wydarzyło.

Ryzyko

Kąt, karny jeżyk – jakkolwiek to nazwiemy, wiąże się z tym, że rodzic wycofuje swoją uwagę, zainteresowanie i chęć bycia w tym momencie w kontakcie z dzieckiem. Nawet gdyby ktoś powiedział, że nie jest to ignorowanie dziecka, ale tego, konkretnego zachowania, nadal stosowanie zasady time out może wiązać się z poważnymi konsekwencjami. Bo przecież nawet jeśli ignorujemy jakieś zachowanie, ignorujemy również jakiś problem, który za zachowaniem stoi.

Wydaje się to oczywiste w przypadku dorosłych. Płaczącego dorosłego zapytamy, co się stało. Nie polecimy mu, żeby przestał jęczeć czy się mazać, bo dopiero wówczas będziemy mogli porozmawiać. Dlaczego więc stosujemy inne standardy wobec dzieci?

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Jennifer Aniston pokonała system – tym ZDJĘCIEM podbija Instagram!

Jennifer Aniston
Fot. Screen Instagram jenniferaniston

Jennifer Aniston jest jedną z tych gwiazd, z którymi niemalże każda kobieta chciałaby się zaprzyjaźnić – wydaje się być naturalna, prostolinijna, nikogo na siłę nie udaje. Cóż… oto kolejny dowód, że chyba rzeczywiście tak jest! Jej Instagramowe zdjęcie nie pozostawia złudzeń – gwiazda szczerze przyznaje, jak wiele osób pracuje nad tym, aby na okładkach mogła TAK wyglądać.

Jennifer Aniston – pokonała system!

Gwiazda dołączyła do Instagrama zaledwie kilka dni wcześniej i trzeba przyznać – zrobiła wielkie wejście. Jej konto obserwuje już niemal 16 milionów fanów, wśród których zapewne dużą część stanowią miłośnicy kultowych „Przyjaciół”. Co ciekawe, pierwsze zdjęcie opublikowane przez Jennifer Aniston przedstawia właśnie słynną paczkę: „Teraz jesteśmy też instagramowymi PRZYJACIÓŁMI” – napisała.

Duża doza dystansu, humor i niezwykle ciepłe emocje. Czy to tyle – ma być tylko zabawnie i przyjemnie? Owszem, forma pozostaje lekka, lecz sprawy szybko przybrały nieco głębszy wymiar. Najnowsza fotka przedstawia gwiazdę w towarzystwie stylisty i fryzjera, co opatrzone jest opisem opartym na cytacie z filmu „Notting Hill”. Julia Roberts mówi tam do Hugh Granta: „Jestem zwykłą dziewczyną, która stoi przed chłopakiem, prosząc go o to, by ją kochał” – cóż, sytuacja Jennifer Aniston była nieco inna:

Jestem zwykłą dziewczyną… stojącą z uczesaniem i makijażem. Stylista. Fotograf. Ekipa oświetleniowa, maszyna do robienia wiatru, rekwizyty, komputer… prosząca Ciebie, byś myślał, że taka się obudziłam 😬😑

 

Instagram vs. rzeczywistość

We współczesnym świecie, który nieraz oparty jest o nierealne wręcz ideały, niezwykle ważne jest mówienie o tym, że okładki i sesje przedstawiane w magazynach są jedną wielką kreacją. Są czymś zupełnie nieosiągalnym bez całego sztabu wymienionych przez Jennifer Aniston ludzi.

Gwiazdy, influenserzy, osoby publiczne powinny dzielić się kulisami tego świata – w pewnym sensie jest to ich obowiązek. Obowiązek, który może zdjąć z naszych barków ogrom presji. Presji, jaką kultura, społeczeństwo, media nakładają na nasze ciała. Jennifer Aniston – wielkie „wow” i szacunek za wejście w ten pokolorowany świat social mediów z przytupem!

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

And now we’re Instagram FRIENDS too. HI INSTAGRAM 👋🏻

Post udostępniony przez Jennifer Aniston (@jenniferaniston)

Zobacz też: “Łatwo jest przypiąć komuś łatkę lenia albo pustej lali” – Kaya Szulczewska i Ciałopozytyw! Czy soma już całkiem zgubiła psyche?!

Źródło: Instagram jenniferaniston

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

„O chłopcu, który ujarzmił wiatr” – niezwykła opowieść dla całej rodziny

O CHŁOPCU, KTÓRY UJARZMIŁ WIATR
fot. Wyd. Edgard

Od dwóch tygodni w  księgarniach dostępny jest polski przekład światowego bestsellera o życiu Williama Kamkwamby, nastolatka, który uratował bliskich przed śmiercią głodową. Książka ,,O chłopcu, który ujarzmił wiatr” stała się inspiracją dla filmu Netflixa z Chiwetelem Ejioforem i Maxwellem Simbą w rolach głównych.

Nigdy nie wątp w siebie!

 Dokonania Williama Kamkwamby są najlepszym przykładem tego, ile możemy zrobić, w obliczu przeciwności, przed którymi stajemy. Jego książka opowiada poruszającą i ekscytującą historię. – powiedział Al Gore, były wiceprezydent USA i laureat Pokojowej Nagrody Nobla.

William Kamkwamba był nastolatkiem, gdy jego wioskę w afrykańskim Malawi nawiedziła straszliwa klęska głodu. Z powodu braku pieniędzy William musiał porzucić szkołę. Mimo obecnych w jego świecie szamanów i wiary w magię, chłopiec był zdeterminowany, by szukać rozwiązań w nauce. Dzięki pomysłowości i uporowi udało mu się odmienić życie wielu ludzi.

Chłopiec postanowił skonstruować wiatrak z części znalezionych na złomowisku. Niezwykła maszyna pozwoliła mu doprowadzić prąd do domów i umożliwiła nawadnianie pola, ratując przed śmiercią głodową mieszkańców wioski. Został bohaterem, znanym na całym świecie jako ,,chłopiec, który ujarzmił wiatr”.

Myślcie o waszych pomysłach jak o małych maszynach do spełniania marzeń ukrytych głęboko w środku was, gdzie nikt i nic nie może ich dosięgnąć. Im więcej wiary w nich pokładacie, tym większe rosną, aż pewnego dnia zaczną żyć własnym życiem i zabiorą was ze sobą – podkreśla William Kamkwamba.

Zobacz też: Pierwsza wizyta u psychoterapeuty – 3 pytania, których możesz się spodziewać

Dalsze losy Chłopca

William wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie ukończył studia i rozpoczął pracę w organizacjach pomocy krajom trzeciego świata. Działa na rzecz rozwoju i poprawy warunków szkolnictwa w Afryce i Azji.

Książkę napisał z nim Bryan Mealer, amerykański dziennikarz. W latach 2003-2007 pracował jako korespondent Demokratycznej Republice Konga. W 2008 roku zainteresował się historią młodego wynalazcy ze środkowego Malawi. Pomógł mu opisać swoją historię. Ich wspólna książka, ,,O chłopcu, który ujarzmił wiatr” stała się światowym bestsellerem

Recenzje

  • Ta książka opowiada o tym, jak bitwę o ocalenie naszej planety i zaspokojenie potrzeb ludzkości wygrają ludzie tacy jak William Kamkwamba. Przeczytaj tę książkę, działaj zgodnie z jej przesłaniem i przekaż dalej.

Carter Roberts, dyrektor generalny WWF

  • Po raz pierwszy spotkałem Williama na scenie na TED. (…) Historia, którą wtedy opowiedział, była zachwycająca. Ta książka udowadnia, to, co pokazał podczas swojego krótkiego wystąpienia: jest niezwykle inspirującą osobą, która udowadnia, że każdy jest w stanie zmienić swoje życie.

Chris Anderson, redaktor naczelny miesięcznika Wired

  • Najlepsza książka, jaką w życiu przeczytałam.

Sarah, goodreads.com

  • Zdumiewająca, inspirująca historia opowiedziana z naturalnym humorem i szczerością.

Ross Blocher, goodreads.com

Zobacz też: Wrzuć na luz i zacznij żyć

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.