Przejdź do treści

Czym jest RIE – czyli jak wychować superbohatera!

Jak najlepiej wychować dziecko? Jak się nim zajmować, żeby wyrosło na szczęśliwego i pewnego siebie człowieka? Jak pomóc dziecku rozwijać jego potencjał? Jak reagować na jego potrzeby, a jednocześnie nie zatracić się w tym? Czy małe dzieci manipulują?

Miliony pytań

Lista wątpliwości, jakie mają przyszli i młodzi rodzice jest długa. Im bardziej rodzicielstwo jest znane, im większe ma się w nim doświadczenie, tym wątpliwości mniej. Łatwiej zaufać sobie, łatwiej uwierzyć, że ma się wystarczające umiejętności do tego, żeby dziecko nie tylko przeżyło dzieciństwo, ale rozpoczęło dorosłość z jako takim poczuciem własnej wartości. Zadajemy więc pytanie, jak ważny jest rodzic w rozwoju dziecka? Analizujemy zachowania rodzica, jego słowa, interwencje. Ale przecież dziecko rodzi się z jakimiś predyspozycjami, temperamentem, zestawem cech. Nietrudno to przeoczyć, skupiając się na rodzicu.

Z pomocą przychodzą liczne systemy i filozofie rodzicielstwa. Można je kochać lub nienawidzić. Można się ich trzymać religijnie lub sięgać po wybrane aspekty. Niektóre są ciekawsze, oparte na rzetelnej wiedzy i obserwacjach, inne zideologizowane, promujące wąski sposób rozumienia dziecka i wywołujące silne poczucie winy w opiekunach.

RIE

Jedną z ciekawszych, również długoterminowo, filozofii opieki nad dzieckiem jest Resources for Infant Educarers, znane również jako RIE. Termin dość trudny do przetłumaczenia na język polski; oznacza przede wszystkim określony sposób interakcji z dziećmi, zwłaszcza niemowlętami. RIE skupia się przede wszystkim na pierwszych dwóch latach życia dziecka wychodząc z założenia, że obrana wówczas filozofia w naturalny sposób będzie kontynuowana w kolejnych etapach jego rozwoju. Co więcej, jest to filozofia, po którą mogą sięgać nie tylko rodzice, ale wszystkie osoby mające regularny kontakt z małymi dziećmi, na przykład opiekunowie w placówkach, lekarze, pielęgniarki.

Wyobraźmy sobie taką sytuację: trzeba zmienić niemowlęciu pieluszkę. Układamy więc dziecko na wybranej powierzchni, sięgamy po pieluchę, zmieniamy, ubieramy dziecko, zużytą pieluszka ląduje w koszu. Dziecko leży podczas „zabiegu” spokojnie albo ucieka, wyraźnie niezadowolone lub rozdrażnione. Czynność średnio przyjemna, którą jednak trzeba wykonać. Albo inny scenariusz: dziecko płacze, matka lub opiekunka wie, że ma mokro. Mówi do dziecka na przykład: „Zmoczyłaś pieluszkę, więc ci ją zmienię”.

Mówienie do dziecka powoduje również, że opiekun zwalnia. Są to dwie główne zasady RIE. Celem takiego działania, zamiast możliwie jak najszybszego wykonania niekoniecznie lubianego zadania, jest szacunek wobec dziecka i uszanowanie jego odrębności. Pozornie nic w tym odkrywczego, przecież każdy rodzic dba o swoje dziecko najlepiej jak umie, szanuje jego potrzeby i reaguje na nie. Jednak jeśli przyjrzymy się  bliżej codziennym czynnościom, którym poddawane jest dziecko, widzimy inną rzeczywistość.

Szacunek i miłość

RIE jest historycznie łączone przede wszystkim z Emmi Pikler, pediatrą pracującą między innymi w węgierskich sierocińcach oraz jej bliską współpracownicą Magdą Gerber. Ta ostatnia zaszczepiła ideę RIE w Stanach Zjednoczonych, do których wyemigrowała wraz z rodziną w latach pięćdziesiątych ubiegłego wieku. Magda Gerber była przekonana, że rozwój dzieci powinien przebiegać naturalnie, nie powinien być w żaden sposób przyspieszany ani modyfikowany. Miała zdolność formułowania myśli w niezwykle celny sposób. Mówiła na przykład: „Jeśli niemowlę jest gotowe, żeby coś zrobić, zrobi to. Co więcej, jeśli niemowlę jest gotowe, musi to zrobić”, „Wcześniej nie znaczy lepiej”, „Rób mniej, obserwuj więcej i przede wszystkim ciesz się”, „Wiele zła zostało wyrządzone w imię miłości, ale nic złego nie może wydarzyć się w imię szacunku[1].

W praktyce więc Magda, podobnie jak jej liczni słuchacze i entuzjaści RIE, odradzali na przykład sadzenie dziecka zanim nabędzie ono naturalną zdolność, kładzenie niemowlęcia na brzuchu (jeśli nie potrafi ono samo wrócić do pozycji wyjściowej; pozycja na brzuchu jest dla niego nieuzasadnioną torturą, mówią osoby praktykujące RIE). Umieszczanie dziecka w huśtawkach, bujaczkach lub nawet nosidłach na wiele godzin również rozumiane jest jako brak szacunku dla niego i służy przede  wszystkim uciszeniu go.  RIE sprzeciwia się również noszeniu dzieci w chuście, poza sytuacjami, kiedy chusta jest traktowana jako środek transportu. Jest to jedna z bardziej kontrowersyjnych zasad RIE, ale też całkowicie zrozumiała w kontekście tej konkretnej filozofii. Gerber wspierała naturalny rozwój dziecka, co wiąże się również z akceptacją wszystkich jego emocji. Rodzice często sięgają po chusty, kiedy dziecko jest niespokojne, płaczliwe lub z innego powodu rozdrażnione. Rodzic działa pośpiesznie, obierając za cel uspokojenie dziecka. Gerber z kolei mówiła o roli obserwacji, która pozwala lepiej zrozumieć, co komunikuje dziecka i przede wszystkim stwarza dziecku przestrzeń do przeżywania wszystkich emocji.

Płacz nie jest niczym złym ani przerażającym. Jeśli rodzic nie czuje się zagrożony emocjami dziecko, również ono nie będzie się ich bać. A to jest bardzo ważne dla jego dalszego rozwoju. W tym sensie zwolennicy RIE widzą chusty jako narzędzie mające na celu przede wszystkim zaspokojenie potrzeb rodzica, nie dziecka.

RIE z zasady pozostaje w kontrze do tego, co wiąże się z brakiem szacunku dla dziecka. Postuluje natomiast traktowanie dziecka jak „pełnej” osoby już od chwili jego narodzin, zdolnej do samodzielnego rozwoju. W konsekwencji zyskuje nie tylko dziecko, ale również rodzice. Bo okazuje się, że rodzic nie musi zabawiać swojego dziecka całymi dniami, nie musi mu organizować rozrywki, nie musi go nosić, jest też bardziej zrelaksowany.

Janet Lansbury, autorka niezwykle poczytnego bloga, właśnie doświadczenie własnego wczesnego macierzyństwa wskazuje jako źródło poszukiwań i zachwytu dla RIE. Pisze w ten sposób: „Czekałam na macierzyństwo całe życie i zakładałam, że będzie ono dla mnie czymś naturalnym. Tymczasem, szybko okazało się, że nie mam o nim pojęcia. Potrzeby mojej wspaniałej córeczki były nie do zaspokojenia, zwłaszcza że błędnie zakładałam, że powinnam ją nieustannie zabawiać. Po tym, jak wkładałam całą energię w odpowiadanie na jej potrzeby, dziecko potrafiło mimo to płakać z nieznanego mi powodu, co z kolei mnie popychało do granic wytrzymałości. Byłam głęboko rozczarowana i zawiedziona sobą, zagubiona i przygnieciona[2] . Dopiero wzięcie udziału w zajęciach prowadzonych przez Magdę Gerber w ramach jej organizacji non-profit pozwoliły Lansbury odkryć, czego tak naprawdę potrzebuje jej dziecko.

Jednych RIE zachwyca, inni pozostają sceptyczni. Warto pamiętać, że jest to pewna propozycja, z której można skorzystać. Ostatecznie jednak trzeba być przede wszystkim wystarczająco dobrym rodzicem, niezależnie od tego, skąd czerpie się wiedzę.

[1] http://www.azquotes.com/author/53467-Magda_Gerber

[2] http://www.janetlansbury.com/about/

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Dlaczego terapeuci pytają o naszą przeszłość? Czyli wpływ dzieciństwa na dorosłe życie

Wpływ dzieciństwa na dorosłe życie
fot. Pixabay

„Po co rozdrapywać stare rany?” Nie chcę marnować czasu na rozgrzebywanie dzieciństwa?”  Lub też: „Miałam szczęśliwe dzieciństwo.” Bardzo często słyszymy te słowa w gabinecie terapeuty. Wiele osób unika podjęcia terapii, ponieważ uważa, że będą się zajmować głównie dzieciństwem.

Biorąc pod uwagę, jak kosztowna jest psychoterapia, roztrząsanie spraw z przeszłości wydaje się zwykłym marnowaniem czasu. Bo przecież problem jest dziś. Jednak rzeczywistość gabinetowa pokazuje, że przeszłość może zarówno wzbogacać, jak i ograniczać naszą teraźniejszość. Ciepło i miłość, jakie dostaliśmy od rodziców pomaga nam dziś budować satysfakcjonujące związki, natomiast nadużycia lub emocjonalnie niedostępni opiekunowie są źródłem niskiej samooceny oraz większym ryzykiem pojawienia się choroby psychicznej.

Psychoterapia psychoanalityczna posługuje się niezwykłym narzędziem, jakim jest przeniesienieRozpoczynając psychoterapię doświadczamy tak zwanego przymusu powtarzania. Oznacza to, że przynosimy do gabinetu te mechanizmy i te zachowania, z których korzystamy w codziennym życiu. Nie mamy na to wpływu.

Terapeuta staje się odbiorcą i obserwatorem tych mechanizmów. Jego wykształcenie oraz zdolność do empatycznego bycia z pacjentem pozwala na pokazanie pacjentowi, co dzieje się w gabinecie i dlaczego pacjent cierpi w codziennym życiu. Bo przecież to cierpienie jest powodem, dla którego ludzie decydują się na psychoterapię.

Zobacz także: Uzależnienia, depresja, bezsilność – co jest po drugiej stronie gabinetu?

Wpływ dzieciństwa na dorosłe życie – historia Alicji

Alicja rozpoczęła psychoterapię u terapeutki. Od początku była przekonana, że może pracować tylko z kobietą. Problem, z którym się zgłosiła do terapii dotyczył zbyt częstego wchodzenia w związki. Alicja miała tendencje do wikłania się w krótkotrwałe romanse, z których nie czerpała żadnej satysfakcji. Nie bywała zakochana ani też nie przywiązywała się. Dawały jej jednak poczucie, że może zdobyć każdego mężczyznę, na którego spojrzy.

Dość szybko w terapii okazało się, że silnie rywalizuje z terapeutką. Fantazjowała, jakie zarobki ma terapeutka i czy są wyższe od jej, porównywała wykształcenie, ukończone uczelnie, a nawet mężczyzn, z którymi obie kobiety były w związkach. Terapeutka czuła się atakowana tymi porównaniami i przymuszana do tego, żeby być gorszej sytuacji życiowej niż pacjentka.

Na pierwszych sesjach konsultacyjnych Alicja wyraźnie zaznaczyła, że nie wierzy w „te wszystkie bzdury o dzieciństwie” i że chce pracować nad swoim aktualnym problemem. Bardzo się zdziwiła, kiedy sama zaczęła opowiadać o swojej rodzinie, a chwilę później o wczesnodziecięcych doświadczeniach.

Zobacz także: Brak dostrojenia między matką a dzieckiem. Jakie mogą być konsekwencje?

Toksyczna relacja z matką

Okazało się, że miała siostrę starszą o trzy lata. Rodzicie pozostawali w trwałym, ale zimnym związku. Każde z nich zajęte było pracą zawodową, z tą jednak różnicą w przeżyciu Alicji, że ojca pamiętała jako tego, który zasypywał ją prezentami i czułościami, a matkę jako wycofaną emocjonalnie i samolubną.

Na matce też skupiła się początkowa narracja Alicji. Wspólnie z terapeutką stawiały hipotezę, że potrzeba Alicji, by rywalizować wiąże się z relacją z siostrą. Obiektem, do którego obie próbowały się dostać była, oczywiście, matka. Kolejne sesje odkrywały jednak coraz głębsze poziomy trudności.

Matka, jak się okazało, była równie oschła dla obu córek. Nic, co robiły jej dzieci nie zdawało się mieć na nią jakiegokolwiek wpływu. Temat rywalizacji powracał wielokrotnie w terapii Alicji. Pewnego dnia spotkała w poczekalni inną pacjentkę swojej terapeutki. Poczuła się dziwnie, ale nie była w stanie powiedzieć o tym terapeutce. Dopiero po kilku tygodniach wniosła ten temat na sesji i okazało się, że poczuła się jakby znowu miała 7 lat i była „gorszą siostrą”. To wydarzenie uruchomiło w niej fantazje, że jest gorszą córką swojej terapeutki.

Zobacz także: Rozpędzić czarne chmury

Dychy dzieciństwa ścigają nas przez całe życie

Przed rozpoczęciem terapii Alicja wiedziała, że nie ma najlepszych relacji z siostrą. Niejednokrotnie próbowała je naprawić, jednak ciągle coś się nie udawało. Nie mogła zrozumieć, dlaczego tak często kłócą się z siostrą. Dopiero gruntowne i wielokrotne omówienie tematu w terapii, możliwość skorzystania z uczuć terapeutki oraz przeniesienia pomogły jej zrozumieć mechanizmy rządzące jej relacją z siostrą. Mogła też zacząć je zmieniać i zacząć pracować nad związkiem z siostrą.

Również dzięki przeniesieniu Alicja zrozumiała, że przez całe życie czuła się niechciana i niekochana przez matkę. Dość szybko nauczyła się, że żeby zostać zauważoną przez matkę, trzeba było zrobić coś niezwykłego, coś, co pozwoliłoby matce widzieć córki jak trofea (matka zawodowo uprawiała sport). Liczne przygody z mężczyznami, traktowanie ich jak trofea, a siebie jak zdobywcę przypominało jej dawno zapomniane, dziecięce uczucia, które miała wobec matki. To, co działo się w jej dzieciństwie, powróciło w terapii, jednak bezpieczna relacja z terapeutką pomogła pacjentce pozwolić im odejść.

Duchy dzieciństwa nie przestają nas ścigać przez całe życie. Jeśli uda się zauważyć, że kłopoty, w które wpadamy, związki, które się rozpadają, niepowodzenia zawodowe nie wynikają jedynie z pecha lub przypadku, może próbować coś zmienić. Zwykle jednak próbujemy zmienić rzeczywistość zewnętrzną. Siebie bardzo trudno przebudować, zwłaszcza bez wsparcia i nieoceniających obserwacji płynących od drugiego człowieka. I choć bywa to poważną inwestycją, jest też często jedyną szansą na realną zmianę w życiu. A to jest bezcenne.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Jak skompletować naturalną apteczkę? Podpowiada farmaceutka

Naturalna apteczka w koszyku: mniszek lekarski i zioła
Fot. Pixabay.com

Każda mama lubi być przygotowana na różne sytuacje – szczególnie gdy chodzi o zdrowie dziecka. Dlatego warto wcześniej się zabezpieczyć i przygotować zestaw produktów, które przyniosą ulgę w dziecięcych dolegliwościach. O tym, jak skomponować naturalną apteczkę, opowiada mgr farmacji Joanna Żarnowska.

Domowe apteczki to w wielu domach zbiór przypadkowych leków, których termin ważności dawno minął. W takiej zbieraninie trudno znaleźć coś, co pomoże nam złagodzić częste dolegliwości. Dlatego zamiast kupować kolejne preparaty o doraźnym działaniu, gdy pojawią się ku temu wskazania, warto zabezpieczyć się zawczasu – przygotowując podręczny zestaw naturalnych leków. Wskazówek, co powinno się w nim znaleźć, udzieliła mgr Joanna Żarnowska, włocławska farmaceutka prowadząca aptekę w ramach programu „PARTNER+”.

Naturalna apteczka na dziecięce dolegliwości

Gdy boli brzuch:

  • herbata imbirowa – przynosi ulgę w rozstrojach żołądkowych
    i współwystępujących nudnościach.
  • siemię lniane – poprawia pracę jelit, osłania i regeneruje błony śluzowe żołądka.
  • herbatka rumiankowa – zaparzenie rumianku działa łagodząco na ból brzucha, a dzięki zawartości spiroeteru i związków kumaryny ma działanie uspokajające. Kąpiel w rumianku może zaś ułatwić zasypianie.

 

Kiedy męczy kaszel:

  • lipa – dzięki działaniu przeciwzapalnemu i napotnemu jest pomocna w stanach zapalnych górnych dróg oddechowych, które przebiegają z gorączką.
  • syrop z sosny – specyfik ten pomaga wzmocnić organizm, dlatego polecany jest w walce nie tylko z kaszlem, ale również z przeziębieniem.
  • liść podbiału  – stosowany jest w stanach zapalnych jamy ustnej i oskrzeli; działa przeciwbakteryjnie i wykrztuśnie.
  • bluszcz – syrop z bluszczu ma działanie przeciwzapalne, wykrztuśne i łagodnie rozkurcza oskrzela. Łagodzi dokuczliwy kaszel, można stosować go również w infekcjach górnych dróg oddechowych.

 

Na rany i skaleczenia

  • maść propolisowa – propolis opisywany jest jako jeden z antybiotyków naturalnie występujących w przyrodzie. Ma właściwości przeciwbakteryjne oraz przyspiesza gojenie ran.
  • babka lancetowata – jest rośliną stosowaną na zranienia i opuchlizny. Jej właściwości antybakteryjne sprawdzą się szczególnie w leczeniu ran, które trudno się goją.
  • maść nagietkowa – dzięki swoim właściwościom przeciwzapalnym łagodzi podrażnienia skóry oraz zabija część bakterii.

 

A na katar…

  • sól fizjologiczna – inhalacje z soli fizjologicznej działają nawilżająco na śluzówkę nosa, zapobiegając jednocześnie namnażaniu się bakterii. Trzeba pamiętać jednak, że fiolkę należy zużyć w ciągu 24 godzin od otwarcia!
  • olejek pichtowy – zawarte w nim substancje aktywne nasilają przepływ krwi, co aktywizuje oczyszczanie organizmu. Intensywny aromat olejku udrażnia drogi oddechowe i ułatwia oddychanie.
  • czystek – herbata z czystka jest bogata w polifenole – skuteczne w walce z drobnoustrojami i wirusami.
  • maść majerankowa – łagodzi podrażniony nos oraz ułatwia oddychanie.

A co na zwiększenie odporności?

Ciekawym surowcem wykorzystywanym w farmacji jest również porost islandzki, który stymuluje układ odpornościowy i jest bardzo dobrze tolerowany przez dzieci powyżej 4. roku życia.

– Proponuje się go przy stanach zapalnych i w podrażnieniach jamy ustnej, zachowując odpowiednie nawilżenie gardła – wyjaśnia Joanna Żarnowska.

Pamiętajmy jednak, że naturalna apteczka nie może zastąpić tradycyjnych form leczenia. W przypadku wystąpienia nasilonych objawów chorobowych należy skonsultować się z lekarzem.

Źródło: NEUCA

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.

Twoje dziecko kłamie? To dobry znak

dziecko kłamie
fot. Pixabay

Mało który rodzic jest szczęśliwy, jeśli jego dziecko kłamie. Budzi to opiekunach niepokój i obawy o prawidłowy rozwój dziecka. Tymczasem okazuje się, że kłamanie jest cenną umiejętnością.

Kiedy tylko zauważymy przejawy nieuczciwości ze strony dziecka, staramy się je odpowiednio wychować, co zwykle oznacza zaszczepienie mu wartości moralnych, naukę uczciwości i w konsekwencji odpowiedzialności. Czytamy więc dzieciom na przykład historię Pinokia – opowieść o chłopca, który źle wyszedł na kłamstwie.

Kłamstwo pojawia się w narracji dzieci bardzo wcześnie i jest częścią ich naturalnego i prawidłowego rozwoju. W okresie drugich urodzin dzieci zaczynają mówić w sposób, który wyraźnie mija się z prawdą. Jednak jak pokazują badania, jest to nie tylko zdrowy element rozwoju, ale dowód na inteligencję dziecka.

Zobacz także: „Trudne” dziecko – czy jest w życiu skazane na porażkę?

Dziecko kłamie? To oznaka inteligencji i kreatywności!

W jednym z eksperymentów poproszono dzieci, żeby nie zaglądały w miejsce, gdzie ukryto zabawkę, kiedy badacz opuszczał pokój pod jakimś pretekstem. Kilka minut później badacz wracał do pokoju i pytał dziecko, czy podglądało.

Eksperyment ten zaprojektował w połowie lat osiemdziesiątych ubiegłego wieku psycholog Michael Lewis i przeprowadził w rożnych formach na setkach dzieci, osiągając podobne rezultaty. Wnioski są dwa.

Po pierwsze zasadnicza większość dzieci podejrzy zabawkę w ciągu kilku sekund od chwili, kiedy zostanie sama w pokoju. Po drugie- większość będzie kłamać na ten temat. Im starsze dzieci, tym bardziej prawdopodobne, że skłamią. Co najmniej jedna trzecia dwulatków, połowa trzylatków i około 80 proc. czterolatków skłamie na temat swojego zachowania.

Co więcej badania pokazują, że dzieci są wytrawnymi kłamcami. Kiedy poproszono nauczycieli, pracowników społecznych, a nawet policjantów, żeby obejrzeli nagrania dzieci opowiadających różne historie. Zadanie polegało na tym, żeby określić, które z dzieci kłamało. Okazało się, że nikt z badanych nie był w stanie wskazać wszystkich kłamiących dzieci.

Dzieci sięgają po kłamstwo na różnych etapach swojego życia. Jednak to, co wyróżnia te, które kłamią najwcześniej, to inteligencja. Profesor Lewis, który zagadnieniu kłamstwa wśród dzieci poświęcił wiele lat swojego zawodowego życia doszedł do wniosku, że dwulatki, które kłamią na temat podglądania zabawki mają wyraźnie wyższe IQ niż ich „uczciwi” rówieśnicy.

Jeszcze inne badania pokazały, że dzieci, które kłamały umiały lepiej kontrolować swoje impulsy oraz potrafiły skupić się na zadaniu. Miały również lepiej rozwiniętą zdolność do widzenia rzeczywistości z perspektywy innych osób.

Zobacz także: Odporni i mazgaje – czy wychowujemy nadwrażliwców?

Nagroda działa lepiej niż kara

Na przeciwnym krańcu znajdują się dzieci będące na spektrum autyzmu, uznawane są za niezdolne do kłamstwa, ale również za mające ograniczoną zdolność do widzenia rzeczywistości z perspektywy innych osób. Badacze doszli więc do wniosku, że mali oszuści są znacznie lepiej dostosowani do świata zewnętrznego i żywiej czerpią z relacją społecznych.

Żeby móc kłamać, trzeba być wystarczająco inteligentnym i kreatywnym. Kłamstwa dzieci nie mają więc wiele wspólnego z moralnością dorosłych.

Są jednak takie sytuacje, kiedy dziecko musi powiedzieć prawdę w jak najbardziej dorosłym znaczeniu, wówczas kiedy chodzi o jego bezpieczeństwo lub zdrowie. W jaki więc sposób postępować, żeby dziecko było w stanie poinformować dorosłych o rzeczywistych wydarzeniach?

Przede wszystkim nie działa kara. Badania przeprowadzone na dzieciach w wieku przedszkolnym w zachodniej Afryce pokazały, że te dzieci, które były za kłamstwo karane bardzo surowo kłamały częściej i były w tym lepsze niż ich rówieśnicy, którzy za karę co najwyżej trafiali na dywanik dyrektora placówki.

Skuteczniejsze są sytuacje, w których dziecko widzi, jak ktoś inny jest nagradzany za uczciwość lub też zwyczajnie zobowiąże się mówić prawdę. We wspomnianym wcześniej eksperymencie, w którym poproszono dzieci o niepodglądanie częściej powstrzymywały się przed tym te, które wcześniej obiecały tego nie robić.

Co ciekawe, nawet jeśli nie do końca rozumiały, czym jest obietnica. Okazuje się, że krótko po ukończeniu pierwszego roku życia dzieci zaczynają rozumieć zręby komunikacji i słownych zobowiązań.

Na tej samej zasadzie nieskuteczne w nauce prawdomówności są bajki typu „Pinokio”. Nieznacznie skuteczniejsze są historie, w których promowana jest prawdomówność.

Zobacz także: Dlaczego rodzicielstwo jest trudne?

Kłamstwo ma inne znaczenie dla dzieci

O kłamstwie myślimy przede wszystkim w kategoriach moralnych. Myślimy szybko, automatycznie. W takim rozumieniu kłamstwo jest nieakceptowalne, budzi w dorosłych lęk przed utrwaleniem tego typu zachowania.

Nierzadko więc pojawia się w opiekunach myśl, że dziecko trzeba ukarać, a na pewno szybko naprawi błąd, który poskutkował kłamstwem. Tymczasem okazuje się, że kłamstwo ma zupełnie inne znaczenie dla dzieci. Jest umiejętnością, świadczącą o ich kreatywności i inteligencji.

Nie ma więc powodu załamywać rąk, kiedy dwu czy trzylatek patrząc rodzicowi w oczy mówi, że umył zęby, choć jego szczoteczka od wielu godzin nie miała kontaktu z wodą. Najwyraźniej jest wystarczająco inteligentny.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Kawa, a na niej twoje zdjęcie! Oto najnowszy hit – selfiecinno

selfiecinno
fot. Pixabay

Urocze kotki, pandy i fantazyjne kwiaty – takie obrazki do tej pory klienci kawiarni mogli zobaczyć na przyrządzanych przez baristów kawach. Właściciele londyńskiej kawiarni poszli jednak o krok dalej. W ich menu znajduje się selfiecinno, czyli kawa z wizerunkiem klienta!

Na ten niebanalny pomysł wpadli właściciele kawiarni The Tea Terrace znajdującej się przy Oxford Street w centrum Londynu.

Co zrobić, aby uraczyć się kawą ze swoim portretem? Wystarczy specjalna aplikacja, poprzez którą klienci wysyłają zdjęcie bezpośrednio do baristy.

Selfiecinno // fot. Facebook – The Tea Terrace

Selfiecinno – ile to kosztuje?

Zobacz także: Kobiece mleko w warszawskiej kawiarni?

Następnie obraz przesyłany jest do specjalnej maszyny o nazwie „Cino”, która skanuje go i tworzy „kawowe dzieło sztuki”. Jadalny portret produkowany jest z barwników spożywczych. Cały proces zajmuje ok. 4 minuty.

Przyjemność wypicia kawy z własnym (lub osoby bliskiej) wizerunkiem kosztuje 5,57 funtów, czyli ponad 26 zł.

Strzał w dziesiątkę

Zobacz także: Kawa dodaje ci energii? Naukowcy odkryli lepszy sposób – będziesz zaskoczony!

The Tea Terrace to pierwsza w Europie kawiarnia serwująca napoje z portretem klienta. Wcześniej takie usługi oferował jeden z singapurskich lokali.

Zdaje się, że pomysł londyńskiej kawiarni był strzałem w dziesiątkę. Tylko w ciągu jednego tygodnia sprzedano ponad 400 selfiecinno. Oprócz selfie można oczywiście przesłać zdjęcie bliskiej osoby, czy ukochanego zwierzaka.

Źródło: gazeta.com, 

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.