Przejdź do treści

Dlaczego zdecydowałam się na dziecko? Z pamiętnika młodej mamy

Dlaczego zdecydowałam się na dziecko?
W zależności od dnia tygodnia spacerujemy po osiedlu, idziemy po zakupy lub wsiadamy do autobusu i jedziemy na zajęcia – fot. Fotolia

Nigdy nie marzyłam o tym, aby zostać mamą. Wręcz przeciwnie – kojarzyło mi się to z niewolą domową, wiecznym niewyspaniem, ciągle płaczącym niemowlakiem i odmóżdżoną matką-wariatką. Zero radości z życia oraz wizji „lukrowanego” macierzyństwa. Nie marzyłam o słodkim dzidziusiu, a do dzieci koleżanek uśmiechałam się z obowiązku, aby świeżo upieczonym mamusiom nie było przykro. Obecnie jestem mamą 6-miesięcznej córeczki Larysy i stwierdzam, że bycie mamą wcale nie jest takie złe!

Pewnego dnia koleżanka zapytała mnie: – Jak się czujesz w roli mamy? – Dobrze, dziękuję – odpowiedziałam bez namysłu.

To z pozoru proste pytanie i moja grzecznościowa odpowiedź dały mi wiele do myślenia. Otóż, ja się wcale nie czuję! Nie czuję się matką, ale bardziej jak ktoś, kto dostał pod opiekę niemowlę i zajmuje się nim teraz przez 24 godziny 7 dni w tygodniu. Bycie mamą to nie jest jednorazowy akt, to jest długi proces stawania się, dzień po dniu.

Jak to się stało, że pomimo niechęci do dzieci zaszłam w ciąże i urodziłam dziecko? Chciane, planowane i kochane. Bez namawiania, nacisków rodziny (które oczywiście były, ale nie miały wpływu na moją decyzję), tykania zegara biologicznego itp.

Zobacz też: Rodzic idzie do lekarza, czyli kilka słów o zgubnych skutkach pośpiechu

Dlaczego zdecydowałam się na dziecko?

W pewnym momencie poczułam, że nadszedł TEN czas. Najlepszy na dziecko.

Czerpię z życia pełnymi garściami – pracuję, podróżuję, czytam książki (nałogowo), ćwiczę fitness (czasami), mam grono oddanych przyjaciół. W zeszłym roku wyszłam za mąż za Mariusza, którego znam od 10 lat; właśnie kupiliśmy własne mieszkanie na kredyt. Idealny moment.

Z drugiej strony – trudne relacje rodzinne, choroby i problemy finansowe. Każdy ma swoje ciemne strony i zakamarki, w które nie chce wpuszczać najbliższych.

Zapadła decyzja na TAK. Chcemy mieć dziecko. Chcę doświadczyć w życiu wszystkiego co jest potencjalnie dobre, a posiadanie dziecka takie jest; mimo wielu trudności i niedogodności po drodze. To stworzenie nowego człowieka. No i ta ciekawość jak wymieszają się nasze geny.

Teraz siedzę u ulubionej kawiarni na osiedlu „Słodkie Chwile”. Dziecko śpi smacznie w wózeczku, a ja piję ciepłą kawę i jem pyszne ciasto. Wzięłam ze sobą książkę „Mama wraca do pracy” Adeli Prochyry i najnowszy numer „Polityki”. Cudowne, spokojne chwile.

Przedtem byłam na spacerze dookoła pobliskiego jeziorka i obchodzie ulubionych miejsc na osiedlu, czyli żłobka i przedszkola. Od kiedy mam własne dziecko to lubię patrzeć na inne dzieci, aż sama się sobie dziwie, bo nigdy przedtem najmłodsi nie budzili we mnie takich emocji.

Jakiś czas temu poszłam na pocztę odebrać awizo. Przed wejściem stał wózek dziecięcy. Sam. Odruchowo zajrzałam do środka, aby zerknąć na dzidziusia śpiącego w środku. Po chwili z budynku poczty wybiegła zaniepokojona kobieta z pytaniem: – Co się stało? Czy obudził się?

Zawstydzona uśmiechnęłam się i odparłam, że nic. Chciałam tylko popatrzyć na dzidziusia – pomyślałam.

Zobacz też: A może by tak wyjść bez dziecka? „Ruszyliśmy bez obaw. Niesłusznie, oj jak niesłusznie…”

Jak wygląda mój dzień z dzieckiem?

To zależy od dnia tygodnia. We wtorki chodzimy na pilates do „Mama Ćwiczy”; klubu fitness na Kabatach, gdzie ja ćwiczę, a córeczka bawi się w sali obok pod okiem animatorki. W środy do Multikina na seanse dla mam z dziećmi. Czwartek to dzień w muzeum, dzięki darmowym wejściom zwiedziłyśmy m.in. Zachętę, Polin, Muzeum Etnograficzne i Pałac w Łazienkach. W piątki chodzimy na gordonki, zajęcia umuzykalniające dla najmłodszych, do Domu Kultury Kadr na Mokotowie oraz na kurs Pozytywnej Dyscypliny do Służewskiego Domu Kultury (aby przygotować się na tzw. bunt dwulatka i inne wyzwania rodzicielskie). Weekend spędzamy wspólnie z mężem na wizytach u rodziny i znajomych oraz spacerach po Warszawie z przewodnikiem.

Jak widać nasz każdy dzień, oprócz poniedziałku, jest zaplanowany i wypełniony ciekawymi zajęciami. Czy jest to potrzebne dziecku? Nie wiem. Na pewno jest to niezbędne mi. A dziecko nie narzeka, śpi w wózku kołysane spacerem niezależnie gdzie pójdziemy, lub z ciekawością rozgląda się dookoła. Zauważyłam, że córeczka jest o wiele spokojniejsza i mniej płacze, gdy wyjdziemy z domu; zaś ja jestem o niebo szczęśliwsza, gdy mogę uczestniczyć w zajęciach, robić coś konstruktywnego i spotkać się z innymi ludźmi.

A jak wygląda szara codzienność?

Każdego dnia przy dziecku trzeba wykonać szereg powtarzalnych czynności higienicznych, takich jak karmienie, przewijanie, mycie.

Rano wstajemy zwykle ok. godz. 6.00, czasami jest to 5.00, czasami 7.00, w zależności od „humoru” małego lokatora, który codziennie rano radosnym marudzeniem oznajmia mi, że się wyspał. Po przywitaniu i porannym obchodzie mieszkania, odkładam córeczkę na matę lub do bujaczka, a sama szybko ubieram się, ogarniam i szykuje śniadanie dla nas.

Po posiłku biorę wózek i wychodzimy z domu. W zależności od dnia tygodnia spacerujemy po osiedlu, idziemy po zakupy lub wsiadamy do autobusu i jedziemy na zajęcia – pilates, gordonki, do kina lub muzeum itd. Wracamy do domu ok. godz. 14:00 i czekamy, aż tatuś wróci z pracy. W międzyczasie karmię i przewijam dziecko.

W większości miejsc do których chodzę, jest dobra infrastruktura pro-dzieciowa, typu przewijak w toalecie, a w niektórych centrach handlowych takich jak Galeria Mokotów, Arkadia lub Blue City znajduje się nawet specjalny pokój dla matki z dzieckiem, gdzie można podgrzać butelkę z mlekiem w podgrzewaczu, obiadek w mikrofalówce, oraz nakarmić dziecko piersią w wygodnym fotelu.

Popołudnia spędzamy razem z tatą, w trójkę bawimy się, jemy obiad i oglądamy telewizję. Od czasu do czasu wychodzę sama z domu na dwie godziny do dentysty lub kosmetyczki. Czasami odwiedza nas babcia i pomaga przy dziecku.

O godz. 19:00 rozpoczynamy wieczorny rytuał – kąpiel, masaż oliwką i karmienie. O 20:00 dziecko zwykle już śpi w swoim łóżeczku. Wtedy mamy czas dla siebie, choć zazwyczaj nie trwa on długo, bo zaraz po 21:00 zbieram się do łóżka, gdzie czytam przed snem.

Weekendy wyglądają inaczej. Uwielbiam sobotnie i niedzielne poranki, ponieważ mąż wstaje wtedy rano razem z córeczką  i zabiera ją do drugiego pokoju, więc ja mogę wyspać się bez przeszkód, a następnie wziąć długą kąpiel, na co brakuje mi czasu w tygodniu.

Zobacz też: Podróż z dzieckiem. „Odkąd N. jeździ z nami bierzemy ze sobą kosmiczną ilość walizek”

Czy żałuję zostania mamą?

Na pewno nie! Pomimo ciężkich chwil, frustracji brakiem ciszy i spokoju, mocno ograniczonego czasu dla siebie; dziecko daje coś ważniejszego – sens istnienia i powrót do pierwotnych małych radości oraz zabawy.

Nie czuję się typową mamą, nie jestem kurą domową, nie spędzam czasu jedynie na bezcelowych spacerach i niańczeniu dziecka. Mam własne zainteresowania i pasje, dużo czytam i myślę o powrocie do pracy. Dziecko nie zabrało mi nic z siebie, a dało dużo od siebie. Kocham je i kocham cała moją trzy osobową rodzinę.

Mam nadzieję, że zawsze będziemy tacy szczęśliwi w naszej małej codzienności. 

Alina HRabina

Zawodowo związana z branżą HR. Obecnie na urlopie macierzyńskim. Mieszka w Warszawie, chętnie odbywa podróże małe i duże.

Dlaczego musimy sprzątać?

Dlaczego musimy sprzątać?
Co roku chcemy zaczynać coś od nowa. Dlatego zaczynamy od sprzątanie najbliższego świata. – Fot. Pixabay

Dlaczego ciągle męczy nas przymus sprzątania i to szczególnie na wiosnę? Czy uporządkowanie przestrzeni jest ważne i czy warto stać się minimalistą? Psycholog Bianca Beata Kotoro odpowiada na pytania.

Dlaczego tak bardzo zależy nam na posprzątaniu naszej przestrzeni na wiosnę?

Co roku chcemy zaczynać coś od nowa. Dlatego zaczynamy od sprzątanie najbliższego świata czyli przestrzeni, w której przebywamy. Jest to głęboko zakorzenione i bardzo potrzebne. Pytanie tylko, czy robimy to umiejętnie, ponieważ nie chodzi tylko o posprzątanie, tylko takie uporządkowanie tej przestrzeni, żeby mobilizowało nas do tego,, żeby to utrzymywać”.

Żeby za rok znowu nie obudzić się w tym samym miejscu – z nadmiarem rzeczy i podobnym bałaganem.

Nie jest to wbrew pozorom takie łatwe, ponieważ jesteśmy nauczeni sprzątania, gdzie musimy coś odkurzyć, poprzekładać, wytrzeć kurze, a nie bardzo umiemy świadomie pozbywać się rzeczy, których nie potrzebujemy. Dużo osób ma syndrom zbieracza, a panuje przecież kult dobrobytu, że dobrze jest mieć. Dużo.

Czasy i przebywanie w galeriach handlowych sprzyjają obrastaniu w rzeczy.

Tak, nabywamy je pod wpływem impulsu emocjonalnego, pod hasłem, że inni to mają, to i my musimy to mieć. Nie zastanawiamy się nad energetycznością przedmiotu, który kupujemy. Nie zadajemy sobie nawet pytania, czy on nam się podoba, czy wywołuje w nas radość. Wymieniamy stare, a dobre – na nowe, bo coś nam się znudziło albo zobaczyliśmy w reklamie. Z jednej strony mówi się o kwestiach dbania o środowisko, a z drugiej znikają usługi najróżniejszego typu – szewc, poprawki krawieckie, naprawy sprzętu – są na wymarciu.

Taniej kupić.

Nie staramy się nawet naprawiać, a jeśli nie dbamy o przedmioty, to jednocześnie uczymy się też, że nie ma co naprawiać innych rzeczy, na przykład relacji, skoro możemy je wymienić na nowe.

Przebija się skandynawski czy japoński minimalizm. Niektórzy chcą tak żyć.

Byłabym daleka od minimalizmu, skoro uwielbiamy płyty, zdjęcia, książki, figurki z podróży…

30 książek wg Marie Kondo?

Marie Kondo mówi w swoich programach i pisze w książkach –co jest mi bardzo bliskie – żeby posegregować przedmioty i zostawiać te, które lubimy, które są nam potrzebne, ale do których mamy także pozytywne nastawienie . Przedmiot wywołuje dane konotacje emocjonalne – na przykład od kogo i kiedy go otrzymaliśmy, lub dlaczego go nabyliśmy, przypominamy sobie, w jakiej wtedy byliśmy sytuacji życiowej, co z nami się działo.

Ale jak nam się zbije później ta filiżanka, którą dostaliśmy od brata, to rozpacz i bardziej boli.

Tak, ale mamy w swoim otoczeniu też inne rzeczy, które sprawiają nam radość. I to absolutnie nie chodzi o ich wyjątkowość . To nie muszą być luksusowe dary od prababci czy pradziadka. Ten komplet od kawy lubię, korzystam z niego, ale te dwa inne stoją i się kurzą. Mogę przecież zapytać znajomego, czy nie potrzebuje. Jest dużo miejsc, gdzie można to oddać – niech to trafi do ludzi, którzy się ucieszą tym drobiazgiem. Więc jeśli nasze myślenie idzie torem – robimy porządki wiosenne i musimy koniecznie wyrzucić dużo rzeczy – to nic dobrego z tego nie wyniknie.

No tak, bo wtedy wchodzimy do garderoby i musimy wyrzucić sukienkę, której nie miałyśmy na sobie dwa lata… I robi nam się smutno.

Niektórzy głoszą tę metodę, że jeśli jakiejś rzeczy nie nosiliśmy rok czy dwa, a jeżeli już trzy, to absolutnie się jej pozbywamy. Ale jeżeli to jest taka rzecz, którą lubimy i może jest szansa, że ją przerobimy albo schudniemy czy przytyjemy za moment, to jej nie wyrzucajmy. Tylko odłóżmy na górną półkę i przy segregowaniu stosujmy zasadę – zostawiam rzeczy, które sprawiają mi szeroko rozumianą radość. I mam przyjemność w ich posiadaniu. Wtedy pozbywamy się całej reszty – wyrzucamy na przysłowiowy śmietnik, ale niech to będzie miejsce, z którego ktoś, kto potrzebuje będzie mógł sobie te rzeczy wziąć, skorzystać z nich. Nam to nie jest potrzebne, ale innym może się bardzo przydać.

To jak sprzątać?

Na początku warto posegregować rzeczy tematycznie. Na przykład wszystkie ręczniki niech leżą w jednym miejscu, czy to będzie łazienka, sypialnia czy przedpokój. Wszystkie buty, wszystkich domowników w jednym miejscu. W danej szufladzie będą rzeczy tylko papiernicze – kredki, farby, długopisy.

Ułatwiamy sobie życie.

Tak, później łatwiej będzie je znaleźć, nie stracimy energii na szukanie. Te nasze metody sprzątania „po troszeczku” nie za bardzo się sprawdzają. Powinniśmy raczej przed rozpoczęciem skupić się na myśli – dzisiaj zajmuję się tylko bielizną, segreguję ją i umieszczam w jednym miejscu – najlepiej wyrzucić wszystko na łóżko, bo wtedy mamy ogląd całości i jestem w stanie dać sobie z tym radę. To na początku wydaje się trudne, ale ludzie, którzy zaczęli to robić i przeszli ten etap, zdecydowanie lepiej potrafili skupić się na relacjach i pracy. Ponieważ każdy z nas pewnie, a przynajmniej dobre 90% ma taki objaw, że kiedy mamy coś ważnego do zrobienia – mam do napisania artykuł, muszę przygotować się do egzaminu…to zaczyna sprzątać i nie zajmuje się tym co ważne na dana chwilę. A tak nie będzie wymówki i ucieczki.

Muszę zapłacić rachunki i nie robię tego teraz. A kiedy to już za mną, przychodzi ulga…

Właśnie. Uzależniamy się od adrenaliny i potrzebujemy tego ciśnienia. Jest jeszcze grupa ludzi, która odkładając coś ważniejszego na później, przykrywa to myśleniem: „teraz tego nie zrobię, bo muszę posprzątać, okna przetrzeć…”

Ugotować zupę…

I kiedy uda nam się zrobić tę ważną rzecz, to już odchodzi się od sprzątania i innych rozpraszaczy. To tylko pokazuje, jakim to jest kamuflażem. Ludzie, którzy nauczyli się porządkować swoją przestrzeń, zdają sobie sprawę, że muszę skupić się na jednej rzeczy. Czyli napisać artykuł czy zapłacić te rachunki, bo już nie mają innej wymówki.

Czyli jak mam bałagan i przez niego nie mogę się skupić, to nie jest to dobre?

Nie, bo musisz go uporządkować. I jak to zrobię, że chętnie usiądę do pisania? Nie chodzi o chętnie, tylko nie będziemy mieć tej alternatywy, co możemy innego „ważnego” zrobić. W praktyce znaczy to tyle, że możemy zmierzyć się z tym, że robimy sobie takie skoki adrenalinowe, od których się uzależniamy, w przesuwaniu pewnych czynności i maskowaniu tego.

Jak to zaplanować?

Wbić do kalendarza czy zapisać, w jakich godzinach pracujemy – a potem co dziennie 3 godziny, a w weekend nawet 7-8 godzin to segregowanie i porządkowanie. Każdy ma swój sposób, swoją metodę, ale zdecydowanie musi być plan, którego powinniśmy się trzymać. Musimy odczarować mit, bo kiedy usłyszymy hasło „wiosenne porządki” to widzimy kolejne 3-5 dni wypełnione sprzątaniem. A prawda jest taka, że jeżeli chcemy 50-60 metrowe mieszkanie posprzątać i posegregować to zajmie to nam około miesiąca. Trzeba sobie dać tę przestrzeń, że to nie będzie tak szybko. Z tym porządkowaniem to jest tak, że jeśli sobie zaplanujemy segregowanie przestrzeni zewnętrznej, żeby skupić się na tej wewnętrznej, to musimy przyjrzeć się swoim przekonaniom, które mamy na temat rzeczy, dbania o przedmioty, porządkowania. Bo oczywiście ta granica, w której traktuje się dom jak muzeum, jest bardzo cienka. Żeby była jasność – ten dom ma być do mieszkania. Zastanowić się, skąd mamy nawyki dotyczące sprzątania – czy przejęliśmy je od mamy czy od babci. Jak to przekonanie, że w sobotę zawsze trzeba sprzątnąć mieszkanie.

A najlepiej zacząć od piątku.

Tak, a jeśli tego nie zrobię, to mam wyrzuty sumienia. Bez zajrzenia w głąb siebie nie ruszymy do przodu, bo będzie to blokada, która na to nie pozwoli. Warto, tak jak przyroda się odradza, iść za tym cyklem, abyśmy mogli zrobić nasze wewnętrzne odrodzenie. Żebyśmy nie mówili sobie: teraz muszę posprzątać – i to jest okropne, straszne i wisi nade mną, to kara za bycie dorosłym. Z takim nastawieniem to się nie uda. Powinniśmy je robić z myślą, że są one do zrobienia, i będziemy mieli z tego korzyść, a nie uciemiężenie.

Jednym słowem to krok do dalszej drogi. A jak nauczyć nasze dzieci radzenia sobie ze sprzątaniem, żeby nie miały traumy.

Jeśli dzieci wychowują się w domu, w którym dba się o porządek, to będą umiały go utrzymać. Ja bym nie mówiła do 3-latka „ale masz tutaj bałagan, trzeba posprzątać”, tylko raczej, „kiedy wstajemy i idziemy myć ząbki, to tak samo powinniśmy wygładzić pościel, ułożyć ją”. Po zabawie mówimy: „a teraz bawimy się w układanie w pudełku, na półce”. Wszelkie badania pokazują, że jeśli było to zaszczepione od najmłodszych lat, to ten nawyk zostaje. Nawet jak w okresie nastoletnim mamy wrażenie jako rodzice, że nie. Modelowania poprzez naszą postawę jest kluczowe. Ważne jest, żeby dzieci dostawały dobry przekaz dotyczący sprzątania czy segregowania. To nie ma być kara.

Ekspert

Bianca Beata Kotoro
Psychoseksuolog, psychoonkolog, terapeuta, psycholog społeczny. Wykładowca na uczelniach wyższych i Uniwersytetach III Wieku. Dyrektor Instytutu Psychologiczno- Psychoseksuologicznego Terapii i Szkoleń „Beata Vita” w Warszawie, gdzie prowadzi terapię oraz szkolenia. Autorka m.in. programu ogólnopolskiego dla młodzieży: „100 % MNIE BEZ ZAGŁUSZACZY” oraz projektu dla kadry i rodziców „Ważne Sprawy Przedszkolaka” czy „Trudne tematy dla mamy i taty”.

 

 

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Dziennik naszego szczęścia

Dziennik szczęścia
Pokazujemy albumy, w których można zapisywać ważne chwile. – Fot. Pixabay

Jesteś w ciąży i rodzisz dziecko. Wszystko dzieje się bardzo szybko i kiedy przekraczacie z maluchem próg przedszkola, orientujesz się, że mnóstwo ważnych momentów już za wami. Pokazujemy albumy, w których możecie zapisywać ważne chwile, aby wspominanie było ciekawsze i pełniejsze.

Oprócz zrzuconych kilku zdjęć z komputera i paru wpisów na Facebooku, zauważasz braki – nie ma zdjęcia i daty wypadnięcia pierwszego mleczaka, pierwszych postrzyżyn, pierwszego słowa ­– zanim się obejrzysz, będziesz ze swoim dzieckiem świętować 18 urodziny. Aby cudowne chwile nie uleciały – a brak ci zdolności manualnych lub czasu, żeby wyprodukować wspomnieniowy album – na rynku znajdziesz gotowe rozwiązania.

Dziennik mojej ciąży Wyd. Arkady

Album dla przyszłych mam, które skrupulatnie chcą opisać dziewięć miesięcy z dzieckiem – jedna z rubryk to „nastrój w barwach”, a oprócz tego znajdą się tu cenne rady na każdy miesiąc ciąży – jak się czuje mama, dostrzegalne zmiany fizyczne, zmiany nastroju etc.

Moje pierwsze pięć lat. Wyd. Edycja Świętego Pawła

Dla wielbicieli znanej fotografki Anne Geddes. Jest tu miejsce na dedykację, zdjęcia, osobiste zapiski – oraz koperty, w które można włożyć mleczaki lub włoski dziecka.

Zobacz także: Współczesna rodzina na nowo zdefiniowana

Księga mojego dzieciństwa Wyd. Egmont

To album z ilustracjami z przepięknej książki Sama McBratney’a „Wszystkich was kocham najbardziej”. Tutaj także miejsce na masę zapisków dotyczących dziecka – koperty na pocztówki i pamiątki, miejsce na zapisanie wzrostu i wagi, zawiadomienie o narodzinach i notatki o najważniejszych chwilach.

Pamiątkowy album dla bliźniaków. Wyd. Arkady

Dwójka dzieci, więcej pisania, więc także więcej miejsca na notatki o podwójnym szczęściu i pierwszych chwilach dwójki maluchów.

Pamiętnik ciąży Wyd. Publicat

Kolejny album dla rodziców oczekujących. Tydzień po tygodniu ciąży i pierwszych miesiącach życia dziecka. Rodzice znajdą tu także porady i informacje specjalistów w kraju. Znajdzie się także miejsce na USG, zapisanie myśli i uczuć towarzyszącym kolejnym tygodniom ciąży.

Album dziecka Wyd. Arkady

Na okładce zabawka, którą dostanie dziecko, a w jej miejsce pojawi się zdjęcie bohatera albumu. W środku miejsce na najważniejsze chwile malucha do 3-go roku życia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Jak rozpoznać wampira energetycznego?

jak rozpoznać wampira energetycznego
Jak rozpoznać kogoś, kto wysysa z nas energię? – Fot. Pixabay

Dr Christiane Northrup jest znaną na całym świecie specjalistką od zdrowia kobiet, ginekolożką, położnikiem i chirurgiem, która pomaga kobietom odkryć siłę tkwiącą w ciele. Jej książka „Ciało kobiety, mądrość kobiety” to prawdziwa biblia zdrowia. W swojej książce „Wampiry energetyczne” objaśnia jak rozpoznać kogoś, kto wysysa z nas energię, w jaki sposób buduje toksyczne relacje i jak wpływa na nasze życie. I jak się przed nimi bronić.

Związki, które tworzymy mogą nas wzmacniać lub osłabiać, mogą być źródłem poczucia bezpieczeństwa lub chaosu. Dobry związek sprawia, że czujemy się silni, przypomina nam dlaczego żyjemy.  W toksycznej relacji jesteśmy wykończeni emocjonalnie, zrujnowani finansowo i fizycznie.

Świat jest pełen różnych typów ludzkich. Jeśli jesteś empatyczną osobą, swoją energię, ciepło i optymizm dajesz ludziom, których spotykasz. Na swojej drodze spotykamy często tzw. wampiry energetyczne – które musimy zidentyfikować i nauczyć się chronić przed nimi. Jak to zrobić? To niełatwe, bo są to osoby charyzmatyczne, odnoszące sukces i świetnie wyglądające.

Empatyczni ludzie posiadają zasoby pozytywnej energii i unikalną zdolność współodczuwania oraz dbania o ludzi, dlatego są idealnym celem dla wampirów, którzy żywią się tym, co dobre i używają tej wrażliwej natury przeciwko wrażliwcom. Wampir energetyczny sprawiają, że dopada nas smutek, zwątpienie w realizację planów, jesteśmy osłabieni i czujemy się przegrani.

Jeśli jesteś w związku z wampirem energetycznym, możesz nie zdawać sobie z tego sprawy, ale twoje ciało daje ci znaki – chorujesz na autoimmunologiczne choroby, chroniczne zmęczenie, problemy z tarczycą, boreliozę. Brak energii sprawia, że system odpornościowy jest słabszy, a przez to  bardziej podatny na schorzenia.

Zobacz też: Pokonać prokrastynację? Tak, to możliwe!

Jak rozpoznać wampira energetycznego?

1. Musi być w centrum uwagi

Chcą być w centrum uwagi, ale najczęściej chodzi im, aby inni ludzie ich żałowali – wymyślają najróżniejsze historie: zły związek, toksyczni rodzice, męcząca praca, choroby. Strzeż się ludzi, którzy ciągle narzekają.

2. Brak energii

Mimo tego, że wysysają energię z innych ludzi, sprawiają wrażenie jakby sami nie mieli żadnej. Nie mają celu, są zagubieni, wszystko wydaje się zagrożeniem. Najczęściej trudno im znaleźć motywację do wykonania jakiejś pracy, a najczęściej zwalają jej wykonanie na kogoś innego.

3. Brak uśmiechu

Najczęściej nie są szczęśliwymi ludźmi, więc i o uśmiech trudno. Jeśli masz do czynienia z osobą, która najczęściej jest nieszczęśliwa, chociaż obiektywnie nie ma ku temu powodu, zapewne masz do czynienia z wampirem energetycznym.

4. Brak przyjaciół

Kto chciałby spędzać czas z kimś, kto żyje w ciągłym negowaniu wszystkiego i wszystkich? Owszem, wampiry energetyczne chcą poznawać ludzi, ale tylko, żeby naładować swoje akumulatory pozytywną energią. To ktoś, kto większość czasu spędza samotnie, a do tego jest ciągle zmęczony i nieszczęśliwy.

5. Brak wsparcia

Zapomnij o komplementach i pozytywnym przekazie – to może się zdarzyć tylko wtedy, kiedy potrzebna jest twoja energia.

Zobacz też: Co nas uszczęśliwia? Relacje, relacje, relacje! PSYCHOLOGIA

Jak bronić się przed wampirem?

1.Codzienna medytacja

To najlepsza metoda na nie poddanie się emocjonalnej manipulacji. Medytacja zmienia mózg,              dzięki temu lepiej radzisz sobie z rzeczywistością.

2. Uśmiech

Wiadomo nie od dzisiaj, że uśmiechając się do kogoś, przesyłasz tej osobie pozytywną energię. W otoczeniu dobrych wibracji i w pozytywnym otoczeniu wampiry energetyczne czują się zagrożone – z zazdrości lub innych negatywnych emocji.

3. Nie rozmawiaj z wampirem

Jeśli zidentyfikowałeś wampira, starałeś się przekazać mu pozytywną energię, ale nic z tego nie wyszło, powinieneś przestać utrzymywać z nim stosunki. To będzie trudne, jeśli taka osoba jest bliską rodziną lub przyjacielem, ale nie możesz wzmacniać kogoś przez cały czas.

4. Naucz się afirmacji

W obecności wampira powtarzaj w myślach: „Jestem pozytywną osobą , pełną dobrej energii i nikt nie jest w stanie tego zmienić.

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Weekendowa lekcja wrażliwości – czego może nauczyć Cię świnia?

Azyl dla świń Chrumkowo
fot. Chrumkowo

Rodzinne weekendy i wakacje mogą być źródłem przyjemności nie tylko dla nas, ale też dla kogoś poza nami. By tak się stało, możemy połączyć aktywne spędzanie czasu z dziećmi z działaniem na rzecz jakiejś organizacji lub instytucji. Niektórzy decydują się na spacery z psami ze schroniska, albo rodzinne sprzątanie lasu. Inni wolą wybrać się do azylu dla zwierząt i pomóc w opiece nad nimi. Rodzinne robienie “czegoś dobrego”, w porównaniu do innych aktywności, ma pewną dodatkową wartość: pozwala dzieciom zdobyć nowe doświadczenia, uczy je szacunku do zwierząt i przyrody, buduje pozytywny wzorzec postępowania – pokazuje im, że pomaganie innym jest fajną rzeczą, którą mogą robić również same w przyszłości. Miejscem, w którym dziecko może to odkryć jest Azyl „Chrumkowo”, gdzie mieszka 29 świń, kozy, pies i dwie kobiety, które trzymają pieczę nad całym gospodarstwem.

Zobacz też: Dziecko i pies czyli 10 powodów, dlaczego warto powiększyć rodzinę

Azyl dla zwierząt – co to takiego?

Azyl, jak sama nazwa wskazuje, jest miejscem, w którym zwierzęta mogą żyć spokojnie i bezpiecznie, w zgodzie ze swoimi gatunkowymi potrzebami. W odróżnieniu od zoo, gospodarstwa ekologicznego, czy agroturystyki, w azylu zwierzęta nie są atrakcją, ani nie są hodowane dla mięsa, wełny czy jajek. Zwierzęta w azylu nie są dla ludzi, to ludzie są tam dla zwierząt. Idea jest taka, by dać bezpieczny dom potrzebującym: psom, kotom, koniom, zwierzętom fermowym i gospodarskim. Zwierzęta w azylu mają imiona, dostają możliwie najwięcej wolności w warunkach, które możliwie najlepiej pozwalają im realizować ich naturalne zachowanie.

W związku z tym, że zwierzęta w azylu nie są w żaden sposób wykorzystywane, osoby prowadzące takie miejsce nie zarabiają na nich pieniędzy. Utrzymują się zwykle, w zależności od statusu prawnego azylu, z darowizn, 1% podatku, pracy wolontariuszy lub własnych pieniędzy założycieli. Niektórzy darczyńcy przekazują karmę dla zwierząt, inni materiały budowlane lub potrzebny w gospodarstwie sprzęt, jeszcze inni pieniądze.

Wolontariusze pomagają karmić zwierzęta, sprzątać ich zagrody, budować lub remontować coś na terenie azylu. Właśnie w taki sposób można rodzinnie pomóc w azylu w wolnym czasie. A przy okazji pogłaskać krowę, przytulić świnię lub pobiegać z kozą. Poznać zwierzęta i zobaczyć je w warunkach, w których są szczęśliwe.

Azyl dla świń “Chrumkowo”

Azyl dla Świń Chrumkowo (klik)  powstał prawie dwa lata temu. Obecnie mieszka w nim 29 świń: świnie hodowlane, wietnamki, mangalice. “Chrumkowo” zosało założone przez dwie kobiety – Katarzynę i Dobrawę. Dlaczego stworzyły “Chrumkowo”?

Z miłości do świń. Dlatego, że świnie to cudowne, mądre i bardzo emocjonalne zwierzęta. Trzeba tylko dać im szansę i chcieć je poznać

 

Azyl dla Świń Chrumkowo

fot. Chrumkowo

Obie są wegankami (nie jedzą produktów pochodzenia zwierzęcego, takich jak mięso, nabiał, miód, nie noszą skóry ani wełny). Azyl  powstał na wykupionym kawałku ziemi w okolicy Torunia. Nie było tam budynków gospodarskich, ogrodzenia, domków dla świń. Katarzyna i Dobrawa założyły zbiórkę w Internecie i z pomocą ludzi zbudowały wszystko od zera. Ich największym marzeniem jest uratowanie jak największej liczby świń i stworzenie im warunków do wspaniałego, świńskiego życia. Miejsce, które stworzyły ma też misję edukacyjną:

Można przyjechać i pobyć ze świniami żyjącymi w normalnych warunkach, na powietrzu, na słońcu i zobaczyć jakie są wspaniałe, zabawne, czyste, jak kochają życie. Po takim spotkaniu świnie przestają już kojarzyć się wyłącznie z kotletem czy kiełbasą. Stają się pięknymi, czującymi istotami. One zasługują na dobre życie, na podmiotowe traktowanie, dokładnie tak samo jak psy czy koty – mówią Katarzyna i Dobrawa.

Wśród podopiecznych Katarzyny i Dobrawy są dwie lochy z młodymi. Opiekunki opowiadają o relacjach rodzinnych świń, o tym jak silna jest więź między lochą a prosiętami, również, gdy dzieci już dorosną. Świnie w warunkach azylu mają szansę zawierać przyjaźnie, tworzyć relacje społeczne i angażować się w życie stada. W “Chrumkowie” lochy mają możliwość komfortowego karmienia prosiąt tak długo, jak tego potrzebują. Prosięta są cały czas przy matce,  locha otacza je opieką, uczy “świńskich” zachowań.

Azyl dla Świń Chrumkowo

fot. Chrumkowo

Katarzyna i Dobrawa podkreślają, że ich celem jest danie świniom tego, co odbiera im przemysłowa hodowla, gdzie świnie rodzą i karmią prosięta w ciasnych kojcach porodowych, załatwiają się tam, gdzie śpią i jedzą (naturalnie świnie oddzielają te strefy, gdy tylko mają możliwość). W warunkach hodowli przemysłowej prosięta są zabierane od matek po około czterech tygodniach, same zaś po kilku dniach znów są zapładniane i rodzą kolejne dzieci lub trafiają do rzeźni. Świnie hodowane na mięso (tak zwane tuczniki) przetrzymywane są na powierzchni 1 m² do momentu, aż osiągną “masę ubojową” 110-135 kg, po czym trafiają do rzeźni.

Zobacz też: Wakacje po polsku, czyli Janusz i Grażyna nad morzem. 

 

 

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.