Przejdź do treści

Francuski ilustrator pokazuje, co to znaczy być tatą

Yannick Vicente, komiks o ojcostwie
Ilustracja: Yannick Vicente (Facebook.com/Y.Dessin | Instagram.com/y.dessin)

Bycie rodzicem to jedna z najpiękniejszych, ale i najtrudniejszych ról w życiu. To praca, która nigdy się nie kończy: nie ma w niej urlopów, zwolnień ani premii uznaniowych. Sprawa dodatkowo komplikuje się, gdy z rodzicielstwem radzimy sobie na co dzień sami. Francuski ilustrator Yannick Vicente pokazuje, że to trudne życiowe zadanie daje też mnóstwo satysfakcji. Czym dla niego jest doświadczenie ojcostwa?

Yannick Vicente zajmuje się rysowaniem od wielu lat. Jednak to, co robił wcześniej, znacznie różni się od jego dzisiejszej twórczości. Gdy w 2011 roku narodziła się jego córka Anaé, swoją uwagę przekierował ze ściennych malowideł na tematykę parentingową.

Zainspirowany nowym życiowym doświadczeniem, zaczął tworzyć rysunki przedstawiające więź ojca i dziecka oraz rozpoczął przygodę z ilustracją książek dla najmłodszych. W końcu postanowił wykorzystać swoje umiejętności do zilustrowania własnej opowieści – o samotnym ojcostwie i relacji z córką. Rodzicielska miłość jest bowiem doświadczeniem, które trudno oddać za pomocą słów.

– Chciałem zrobić rysunki, z których moja córka byłaby dumna. Mam nadzieję, że gdy zobaczy je w przyszłości, uzmysłowi sobie, jak bardzo ją kocham – wyjaśnia w rozmowie z portalem Today.com.

Ciepło i szczerość autora docenili też inni rodzice. – Otrzymałem mnóstwo pozytywnych komentarzy od ojców, którzy sami znaleźli się w trudnej sytuacji po rozwodzie lub separacji. Wspaniałe jest również to, że i mamy uważają moje rysunki za inspirujące. Chciałbym, by moja twórczość dotarła do tak wielu osób, jak to możliwe – zaznacza Vicente w rozmowie z Upworthy.com.

Bycie tatą to układanie włosów i codzienna organizacja

Choć mama małej Anaé mieszka w pobliżu i jest zaangażowana w ważne decyzje dotyczące życia córki, to Yannick jest osobą, na której spoczywają codzienne obowiązki. A te dla pracującego taty są często nie lada wyzwaniem – zwłaszcza, gdy pojawiają się niełatwe pytania lub trzeba zmierzyć się ze stylizacją dziewczęcych włosów. – Opanowanie wszystkiego nie jest łatwe, ale wszystko przychodzi z czasem. Mam to szczęście, że moja cudowna córeczka pomaga mi w wielu rzeczach – podkreśla Vicente.

Yannick Vicente, komiks o doświadczeniu ojcostwa

Ilustracja: Yannick Vicente (Facebook.com/Y.Dessin | Instagram.com/y.dessin)

Bo mimo wielu trudów, bycie tatą to jedna z najpiękniejszych rzeczy w życiu. – Czym jest miłość, tato? – pyta na jednej z ilustracji dziewczynka. – To ty – odpowiada bez wahania tata. I to chyba najlepsze podsumowanie tego niepowtarzalnego doświadczenia.

Ilustracje Yannicka Vicentego można znaleźć na jego stronie w serwisie Facebook oraz na Instagramie.

Źródło: upworthy.com, today.com

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na UW. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Brudna 12 czyli co kupować w zieleniaku w 2019 roku

Brudna 12
Na pierwszym miejscu "czystej 12" znajduje się awokado. – Fot. Pixabay

Jak co roku w Stanach Zjednoczonych opublikowano listę warzyw i owoców skażonych pestycydami. Enviromental Working Group (EWG) „prześwietliło” najbardziej popularne produkty kupowane w „warzywniaku”. Warto się przyjrzeć obu listom, ponieważ u nas stosowane środki ochrony roślin są podobne lub identyczne do używanych w USA.

Niektóre z produktów zawierało 50 lub więcej różnego rodzaju pestycydów – mówi Olga Naidenko, ekspert do spraw nauki w EWG – przeanalizowaliśmy owoce i warzywa umyte w zimnej wodzie przez 15 do 20 sekund, część z nich po wcześniejszym obraniu.

Zobacz też: Dieta dla mózgu

Zaczniemy jednak od dobrych wiadomości i najpierw przedstawimy „czystą” dwunastkę. Na pierwszym miejscu znajduje się awokado, coraz popularniejsze ze względu na zawartość zdrowych tłuszczów. Jego naturalną ochroną przed pestycydami jest gruba skóra. Dzięki temu nie musisz kupować wersji ekologicznej, podobnie jeśli chodzi o wymienione poniżej warzywa i owoce.                                        Oto czysta 15:

  1. Awokado
  2. Słodka kukurydza
  3. Ananas
  4. Mrożony zielony groszek
  5. Cebula
  6. Papaja
  7. Bakłażan
  8. Szparagi
  9. Kiwi
  10. Kapusta
  11. Kalafior
  12. Melon
  13. Brokuły
  14. Grzyby

Jeśli chodzi o najbardziej zanieczyszczone warzywa i owoce na początku listy „brudnej 12” znajdują się truskawki. EWG tłumaczy to tym, że owoce często pryska się chemikaliami zarówno na farmie, jak i podczas transportu. To samo dotyczy jabłek, w których znaleziono difenyloaminę, dodawaną do owoców w celu uniknięcia brązowych plam, które pojawiają się w procesie przechowywania – w Unii Europejskiej została ona wycofana z powodu negatywnego wpływu na zdrowie.                                      Oto brudna 12: 

  1. Truskawki
  2. Szpinak
  3. Jarmuż
  4. Nektarynki
  5. Jabłka
  6. Winogrona
  7. Brzoskwinie
  8. Czereśnie
  9. Gruszki
  10. Pomidory
  11. Seler
  12. Ziemniaki

Zobacz też: 5 porad dietetyczki, jedzenie, które uczyni cię szczęśliwym

Na pewno lepiej wybrać ekologiczną wersję powyższych warzyw i owoców (przy okazji wspieramy lokalne rolnictwo), jednak jak zapewniają eksperci EWG, lepiej spożywać je z listy „brudnej dwunastki” niż sięgać po przetworzone produkty ze sklepowej półki. „Wiemy, że ekologiczne produkty nie są dostępne dla każdego, dlatego też stworzyliśmy ten przewodnik, aby wybór był łatwiejszy dla wszystkich kupujących”.

 

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

„Czy moje dziecko jest uzależnione?!” – ten wywiad powinni przeczytać wszyscy rodzice!

Czy moje dziecko jest uzależnione

Kiedy na drodze rodzica staje wyzwanie, jakim jest uzależnienie dziecka, albo nawet samo jego podejrzenie, świat może zacząć przytłaczać z ogromną siłą. Pierwsze pytanie zapewne brzmi wtedy, jak mogę ratować swojego syna, swoją córkę?! Chwila, chwila… a może to najpierw ja potrzebuję pomocy? Co zrobić, kiedy pojawia się chociażby myśl o tym, że twoje dziecko może mieć problem z różnymi psychoaktywnymi substancjami, mówi psycholożka, psychoterapeutka oraz specjalistka terapii uzależnień, Małgorzata Zembowicz-Kowalska.

Katarzyna Miłkowska: Zacznijmy od scenariusza, w którym do twojego gabinetu wchodzi rodzic podejrzewający, że jego dziecko jest uzależnione. Co cię wtedy zastanawia – twarde dowody, które takie domysły wywołały, czy może coś zupełnie innego?

Małgorzata Zembowicz-Kowalska: Wiesz, przede wszystkim dopytuję jednak o to, co sprowadza tego rodzica w jego własnej sprawie. Od pierwszego spotkania staram się prowadzić rozmowę w taki sposób, żeby było jasne, że ten rodzic przychodzi do mnie właśnie w swoim temacie, a nie w temacie dziecka.

Treścią terapii, nawet jeśli jest to terapia wsparciowa rodziców, czy w ogóle bliskich osób uzależnionych, nie są porady, co należy zrobić z osobą mającą problem z alkoholem, czy narkotykami.

Myślę, że to wcale nie jest takie oczywiste.

Nie dla wszystkich, to prawda. Co więcej, jest to chyba najpotężniejszy stereotyp, w którym funkcjonujemy. Przychodzenie na własną terapię po to, aby uzyskać pomoc dla bliskiej nam uzależnionej osoby jest założeniem z gruntu nieprawidłowym i nierealistycznym.

Wsparcie może uzyskać bowiem tylko ten człowiek, który się po nie zgłasza. Od pierwszego spotkania skupiam się więc raczej na tym, jakie emocje budzi w siedzącej przede mną osobie to, co dzieje się z jej bliskim. Jak sobie radzi w niepokojących ją sytuacjach. Czy jest zadowolona z tego sposobu, czy może chciałaby nauczyć się robić to inaczej.

W czasie rozmowy oczywiście jest też miejsce, żeby pomówić o faktach. Jak najbardziej wysłuchuję tego, co zaniepokoiło przychodzącego do mnie rodzica. Nie jest to jednak nigdy praca „detektywistyczna”, bo też nie jest to rozmowa, która ma czegoś dowodzi. Jest to rozmowa o człowieku, który właśnie jest obok mnie. Jest to spotkanie dla tej i o tej osobie, nie o jego dziecku, czy kimkolwiek innym.

Wyobrażam sobie, że często mogą padać w tym kontekście zdania typu: „Ale przecież to nie ja mam problem, to nie ja muszę coś ze sobą zrobić”. 

Zdarza się to bardzo często. Wtedy warto jest zauważyć, że jednak musi to być w jakiejś mierze pana/pani problem, bo to pan/pani tutaj siedzi. Konfrontacja z taką perspektywą jest jedną z pierwszych rzeczy pozwalających ruszyć w pracy systemowej rodziny, w której pojawia się właśnie problem uzależnienia.

Chodzi o zobaczenie, że dla każdego być może ten problem jest czymś innym, ale dla każdego jest on jego własną, niezależną trudnością. Jeżeli więc dany człowiek jest właśnie w gabinecie psychologa, psychoterapeuty, specjalisty terapii uzależnień, to oznacza, że na tym etapie to on się z tym mierzy.

Może być tak, że sam uzależniony póki co w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że coś jest nie tak. Jest jeszcze w fazie prekontemplacji, a będąc w niej, nie ma absolutnie możliwości zmiany. Nie ma wtedy nawet w ogóle takiego pomysłu, że należałoby się nad czymkolwiek pochylić.

Wiadomo, że to nie jest obiektywna ocena. Cały czas odwołujemy się po prostu do pewnych przeżyć, a bardzo często jest tak, że dla samego używającego to znacznie dłużej nie jest problem, niż dla jego bliskich.

Zobacz też: 7 wskazówek, jak rozmawiać z dzieckiem o depresji

Zaczęłaś mówić o systemie i o tym, że uzależnienie dotyka całej rodziny. Jeśli patrzeć na to przez pryzmat choroby, to mam wrażenie, że znacznie częściej opisuje się w takiej perspektywie np. depresję, czy oczywiście choroby stricte somatycznych. Cała rodzina angażuje się wtedy w leczenie. Zastanawiam się, jak daleko jest od tego uzależnienie, które – nie ukrywajmy – budzi stereotypowe postrzeganie choroby właśnie jako problemu tej jednej osoby.

Myślę, że to budzi nie tyle nawet stereotyp, czy konkretny sposób myślenia, ale tak naprawdę pragnienie pójścia tym właśnie tropem: „To tylko z tą osoba jest coś nie tak”. Rzeczywistość jest jednak odwrotna, również nieprawdziwa, ale jednak odwrotna.

W terapii osób, które podejmują ją właśnie z powodu uzależnienia kogoś bliskiego, bardzo szybko dochodzimy do ogromnego poczucia winy. Rodzic uważa, że w jakiś sposób to przez niego dziecko sięgnęło po różne substancje i tak naprawdę to właśnie z tego poczucia winy płynie bardzo dużo trudności.

Mówiąc zaś o perspektywie choroby, warto w takim kontekście w ogóle odchodzić od kategorii „winy”. Fakty są takie, że uzależnienie jest chorobą, więc rozmawianie o czyjejś winie wydaje się tu być zupełnie bez sensu. Warto uzależnienie uznać właśnie jako chorobę i po prostu skupić się na tym, jak można ją leczyć.

Czy to właśnie poczucie winy jest głównym elementem, jaki pojawia się w takich sytuacjach w rodzicach? Zastanawiam się, jakie jeszcze emocje mogą temu towarzyszyć. To, co przychodzi mi na myśl, to także złość – na siebie, na dziecko…

Tak, jest to złość, ale też strach, przerażenie i właśnie poczucie winy. Z drugiej strony, często pojawia się także jego przeciwny kraniec, czyli obwinianie i szukanie winnych na zewnątrz. Bardzo często tworzy się narracja mówiąca, że dziecko w domu zawsze było grzeczne, zanim nie trafiło w dane środowisko, nie poszło do danej szkoły itd.

Warto jednak pamiętać, że uzależnienie jest chorobą wieloczynnikową i nigdy nie jest tak, że to jedna konkretna rzecz spowodowała sięgnięcie po substancje.

Te przyczyny mają swoje kotwice, swoje początki zawsze w kilku różnych źródłach, które musiały wystąpić w odpowiednim natężeniu i w odpowiednim czasie. Zawsze jest to kumulacja kilku trudnych, dysfunkcyjnych, niekorzystnych kawałków, które doprowadzają do tego, że dana osoba zaczyna przy użyciu substancji np. regulować swoje emocje.

Jak mówisz o tym, że tych czynników może być bardzo dużo i bliska osoba zaczyna to widzieć – w jednym miejscu coś się działo, w drugim nie było dobrze, trzecie było jeszcze gorsze i być może coś jeszcze za tym wszystkim stoi – to wyobrażam sobie, że taka konfrontacja prowadzi do jakiejś przeogromnej bezsilności.

Ogromnej, zgadza się.

I to właśnie bezsilność jest tematem do pracy na początku terapii? Jakaś próba wrócenia tej osobie samoskuteczności i poczucia, że może coś zmienić, wziąć na siebie jakąś odpowiedzialność? 

Praca nad bezsilnością jest bardzo ważna. Pomyślałam sobie jednak, że jest to raczej praca nad jej uznaniem, bo przywracanie poczucia skuteczności jest w takiej sytuacji jednak budowaniem fikcji.

Zależy oczywiście o czym dokładnie mówimy. Jeżeli osoba, która ma kogoś uzależnionego w rodzinie, chce jak najszybciej odzyskać poczucie sprawstwa w związku z tym, co się z nią samą dzieje, czyli np. żeby mogła przestać płakać po nocach – to tak. Natomiast jeżeli chcemy przywrócić jej poczucie sprawstwa, że w jakiś sposób może ona wpłynąć na to, by bliska jej osoba przestała używać, to absolutnie nie.

To jest właśnie jedna z najsilniejszych patologii występujących w tych systemach – złudzenie innych osób, że jeśli coś zrobią, lub jeśli coś przestaną robić, to będzie miało to realne przełożenie na uzależnienie bliskiego im człowieka. Tak naprawdę to przełożenie jest jednak niewielkie.

W skrócie, jest to więc praca nad uznaniem bezsilności wobec tej drugiej osoby i skupienie się na poczuciu sprawstwa dotyczącego mnie.

No tak, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, że uzależnione jest dziecko, które nie ma jeszcze 18 lat, to w dużej mierze to właśnie rodzic jest odpowiedzialny za to, co się z nim dzieje.

To są bardzo dramatyczne sytuacje, bo faktycznie rodzic jest odpowiedzialny, ale de facto jego wpływ jest mocno ograniczony.

Oczywiście odrobinę większe możliwości ma rodzic nieletniego dziecka, ale pamiętajmy, że w pełni może decydować on do 16-tych urodzin syna, czy córki. Pomiędzy 16, a 18 rokiem życia decyzję o leczeniu podejmuje rodzic wraz z dzieckiem. Powyżej 18 lat decyduje o sobie rzecz jasna tylko sam uzależniony.

Jest to dosyć trudne. Myślę sobie, że to, co ten rodzić może zrobić, to przekonywać, namawiać, pokazywać zyski, jakie ten młody człowiek może mieć ze zgłoszenia się do specjalisty. Może też oczywiście zmuszać go do tego, co wydaje się być umiarkowanie skuteczną strategią.

A czy nie jest tak, że jeżeli wcześniej w tej relacji coś szwankowało, to może być trochę za późno na pokazywanie zysków i tego typu rozmowy?

Jest i nie jest, szczególnie jeśli rodzic, czy też rodzeństwo, sami zgłosili się na terapię. W takiej sytuacji oprócz mówienia, także modelują.

Dzięki temu zaczyna to nabierać innego kształtu, przestaje być tylko czczym gadaniem: „To ty teraz pójdź i oni tam coś z tobą zrobią”. Nic dziwnego, że w takim wypadku jest to bardzo często przeżywane przez dziecko, jako chęć pozbycia się problemu, oddelegowanie go na zewnątrz.

Czyli coś, o czym rozmawiałyśmy na początku – to jest tylko problem tej osoby, to z nią jest coś nie tak.

Zgadza się, dochodzi do tego jeszcze myśl: „Pozbądźmy się go”. Natomiast jeżeli ta rozmowa jest toczona w sposób, który mówi: „Zobacz, mnie ta sytuacja zaczęła przerastać. Miałam w związku z tym różne trudne emocje, zgłosiłam się na terapię i bardzo mi to pomaga. Czuję, że sobie lepiej radzę i zależy mi na tym, żebyś ty też mógł się lepiej poczuć” – to jest to już przekaz wysyłany do dziecka z zupełnie innego poziomu.

Zobacz też: Uzależnienia, depresja, bezsilność – co jest po drugiej stronie gabinetu? Terapeuta: „To my sami jesteśmy narzędziem naszej pracy”

Małgorzata Zembowicz-Kowalska
psycholożka, psychoterapeutka, specjalistka terapii uzależnień. Prowadzi konsultacje psychologiczne, terapię indywidualną, grupową, terapię par oraz terapię uzależnień. Zajmuję się również prowadzeniem zajęć treningowych, psychoedukacyjnych oraz działalnością szkoleniową i dydaktyczną – www.malgorzatazembowicz.pl

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

“Szczepimy bo myślimy” – obywatelska inicjatywa na rzecz obowiązkowych szczepień

“Szczepimy bo myślimy” - obywatelska inicjatywa na rzecz obowiązakowych szczepień to reakcja na ruch antyszczepionkowy
fot.Pixabay

Inicjatywa obywatelska “Szczepimy bo myślimy” zrodziła się w odpowiedzi na rosnącą liczbę niezaszczepionych dzieci w publicznych żłobkach, przedszkolach i szkołach.

Rodzice i lekarze, którzy wyszli z projektem zmian w ustawach* chcą, by warunkiem przyjęcia dziecka do publicznej placówki było okazanie dokumentów potwierdzających, że dziecko było szczepione.  W opozycji do nich stoją osoby związane z ruchem antyszczepionkowym, które odmawiają szczepienia dzieci ze wzglądu na niebezpieczne konsekwencje szczepionek dla zdrowia i dalszego rozwoju dziecka. W Polskich mediach teoba te głosy są słyszalne dość wyraźnie, przez co wiele niezgodnych z prawdą twierdzeń jest powielanych.

* Projekt ustawy obywatelskiej znajdziecie tutaj. Zmiany miałyby dotyczyć następujących aktów prawnych: u. o podstawowej opiece zdrowotnej, r. o opiece nad dziećmi w wieku do lat 3, prawo oświatowe.

O komentarz na temat mitów, którymi obrosła kwestia szczepień poprosiłyśmy pediatrę z Centrum Medycznego Damiana, lek.med. Renatę Sękowską.

Chbr: Często słyszymy twierdzenie, że z powodu szczepień mamy “epidemię autyzmu”. Ile w tym prawdy?

RS: Liczne badania kliniczne nie potwierdziły związku przyczynowo-skutkowego między szczepieniami, w tym skojarzoną szczepionką przeciw odrze, śwince, różyczce a ryzykiem wystąpienia zaburzeń ze spektrum autyzmu. W 2019 roku opublikowano badanie przeprowadzone z udziałem ponad 600 tys. Dzieci, które porównujące częstość występowania zaburzeń ze spektrum autyzmu u dzieci szczepionych i nieszczepionych. Autorzy badania wysunęli wniosek, że szczepienie MMR nie zwiększa ryzyka rozwoju autyzmu i zaburzeń ze spektrum autyzmu u dzieci, w tym również u dzieci z grup ryzyka rozwoju tych zaburzeń.

Szersze omówienie wspomnianego badania opublikowałyśmy tutaj: Szczepionka MMR nie powoduje autyzmu – nowe dowody naukowe

Chbr: Rodzice przeciwni szczepieniom mówią, że ich dziecko nie zaszkodzi innym dzieciom, bo one są zaszczepione. Czy te choroby w ogóle jeszcze istnieją?

RS: Dziecko, które nie zostało poddane szczepieniom jest narażone na zachorowanie na chorobę zakaźną. Tym samym jest źródłem zakażenia dla dzieci z  jego otoczenia, które mają realne przeciwwskazania do wykonywania szczepień, np. dzieci z niedoborami odporności, dzieci po leczeniu przeciwko nowotworom.

Czy te choroby istnieją? Dzięki wysokiemu odsetkowi wyszczepialności, na szczęście obserwujemy je bardzo rzadko. Ale niestety nadal występują. Najlepiej świadczy o tym zwiększona w ostatnich miesiącach ilość dzieci i dorosłych, którzy zachorowali na odrę. Potwierdzone przypadki zachorowań dotyczą dzieci i dorosłych, którzy nie otrzymali szczepionki przeciw odrze.  Również częstsze występowanie krztuśca tłumaczy się m.in. rezygnacją ze szczepień w niektórych środowiskach.

Zobacz też: Depresja – choroba naszych czasów. Ogólnopolski Dzień Walki z Depresją

Według przeciwników szczepień, wiele dzieci po szczepieniach doznaje wstrząsów i zapaści, niewydolności oddechowej, paraliżu. Zdarzają się przypadki śmiertelne.

NOP niepożądany odczyn poszczepienny – to wg definicji WHO medyczny objaw czasowo związany ze szczepieniem, który może być spowodowany wieloma przyczynami. Do najczęstszych niepożądanych odczynów poszczepiennych należy reakcja miejscowa (obrzęk, zaczerwienienie, bolesność), gorączka, wysypka po szczepieniu przeciwko odrze, śwince, różyczce.

Po podaniu każdej szczepionki może wystąpić reakcja anafilaktyczna (zagrażająca życiu, uogólniona reakcja nadwrażliwości na kontakt z podanym czynnikiem). Najcięższą postacią anafilaksji jest wstrząs anafilaktyczny. Średnie ryzyko wystąpienia anafilaksji po najczęściej stosowanych szczepionkach wynosiło 0,65 na milion podanych dawek. Najczęstszą przyczyna anafilaksji są pokarmy i leki.

Zobacz też: Jak rozmawiać z dzieckiem o seksie?

A co z argumentem, że szczepionki zawierają rtęć i inne metale ciężkie, które odkładają się w organizmie dziecka?  

Tiomersal, czyli etylen rtęci wykorzystywany był przy produkcji szczepionek jako substancja hamująca namnażanie bakterii. W latach 90. wysunięto podejrzenie, że związki te mogą kumulować się w organizmach niemowląt, powodując zaburzenia neurologiczne. W związku z tą hipotezą producenci szczepionek zastąpili etylen rtęci innymi konserwantami. Tiomersal jest wydalany z organizmu w ciągu 7 dni. Aktualne badania nie potwierdzają toksycznego działania tiomersalu, ani też jego kumulacji w organizmie. Obecnie spośród szczepionek stosowanych w Polsce etylen rtęci zawiera jedynie szczepionka DTPw (przeciwko krztuścowi). Nie wchodzi jednak w skład szczepionek wysoko skojarzonych (tzw.  „5 w 1” i „6 w 1”).

Na liście badań naukowych przytaczanych przez przeciwników szczepień znajdują się dane rzekomo dowodzące wpływu szczepień na zwiększenie ryzyka wystąpienia chorób alergicznych i autoimmunologicznych.

Nie stwierdzono wpływu szczepień na zwiększenie ryzyka wystąpienia chorób alergicznych.

Nie potwierdzono negatywnego wpływu szczepień na rozwój neuropsychologiczny dzieci. Badania obejmowały również szczepionki zawierające tiomersal.

Brak również danych potwierdzających hipotezę o wpływie szczepionek na występowanie chorób autoimmunologicznych. Wykluczono negatywny  wpływ szczepień na występowanie cukrzycy typu 1. Ostatnie doniesienia wskazują na zmniejszoną częstość rozpoznawania cukrzycy typu 1 u dzieci, które otrzymały szczepionkę przeciw rotawirusom. Wykluczono hipotezę o zwiększeniu  ryzyka zachorowań na stwardnienie rozsiane po szczepieniu przeciw WZW typu B.\

Czy w skład szczepionek wchodzą tkanki pochodzące od ludzkich płodów?

W Polsce zarejestrowane są szczepionki (MMRVax-Pro, Priorix i Priorix Tetra)  do produkcji których wykorzystuje się jedną z zarodkowych linii komórkowych. Linię te pobrano z płodu poddanego aborcji z przyczyn społecznych. Wykorzystuje się ją do namnażania wirusa różyczki przy produkcji szczepionki przeciwko odrze, śwince, różyczce.

Linie komórkowe stworzono w latach 60 XX wieku. Aborcji nie dokonano bezpośrednio w celu pobrania komórek, lekarze wykorzystali płody uprzednio usunięte z przyczyn pozamedycznych.

Zobacz też: Standardy edukacji seksualnej WHO to zagrożenie dla dzieci?

Czy szczepionki łączone (np. Infanrix hexa) powodują nagłą śmierć niemowląt?

Analiza przypadków nagłej śmierci łóżeczkowej i badania kontrolne szczepionki Infanrix hexa nie wykazały związku przyczynowo-skutkowego pomiędzy podaniem szczepionki a nagłym zgonem dzieci.

Czy wprowadzenie w życie założeń projektu “Szczepimy bo myślimy” jest w stanie skutecznie chronić dzieci przez chorobami zakaźnymi?

Gdy rozważamy temat szczepień u dzieci i rezygnacji ze szczepień musimy pamiętać, że decyzje podejmują rodzice, ale konsekwencje tych decyzji ponoszą dzieci. Gdy w mojej praktyce lekarskiej spotykam się z rodzicami, którzy odmawiają szczepień swojego dziecka wiem, że kierują się jego dobrem. Tak akurat to dobro pojmują. Takie informacje uzyskali – z Internetu czy od znajomych.

Zobacz też: Szczepionka przeciwko HPV będzie refundowana w Warszawie

Czy rozmowa Pani, jako lekarza, z niechętnymi wobec szczepień rodzicami przynosi efekty?

Moją rolą jest przekazać rodzicom rzetelną wiedzę na temat bezpieczeństwa szczepień. Rodzice muszą wiedzieć, dlaczego uważamy, że szczepienia są tak ważne i  przed jakimi chorobami zakaźnymi chronią. Jakie jest ryzyko wystąpienia tych chorób, jakie są następstwa zachorowania, oraz, że nie ma innych dostępnych metod, które mogłyby zapobiec zakażeniom.  

Edukacja i przekonanie tej grupy rodziców dałoby szansę na skuteczną ochronę ich dzieci i dzieci z otoczenia. Są bowiem dzieci, które ze względów medycznych nie mogą być szczepione. Na poziomie samorządów, władz państwowych powinny być podejmowane działania, które zapewnia tym dzieciom ochronę. Takim rozwiązaniem może być weryfikacja realizacji szczepień przy przyjmowaniu do publicznych placówek edukacyjnych.

 

Ekspert

lek.med. Renata Sękowska

Pediatra, Centrum Medyczne Damiana

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Dziennik naszego szczęścia

Dziennik szczęścia
Pokazujemy albumy, w których można zapisywać ważne chwile. – Fot. Pixabay

Jesteś w ciąży i rodzisz dziecko. Wszystko dzieje się bardzo szybko i kiedy przekraczacie z maluchem próg przedszkola, orientujesz się, że mnóstwo ważnych momentów już za wami. Pokazujemy albumy, w których możecie zapisywać ważne chwile, aby wspominanie było ciekawsze i pełniejsze.

Oprócz zrzuconych kilku zdjęć z komputera i paru wpisów na Facebooku, zauważasz braki – nie ma zdjęcia i daty wypadnięcia pierwszego mleczaka, pierwszych postrzyżyn, pierwszego słowa ­– zanim się obejrzysz, będziesz ze swoim dzieckiem świętować 18 urodziny. Aby cudowne chwile nie uleciały – a brak ci zdolności manualnych lub czasu, żeby wyprodukować wspomnieniowy album – na rynku znajdziesz gotowe rozwiązania.

Dziennik mojej ciąży Wyd. Arkady

Album dla przyszłych mam, które skrupulatnie chcą opisać dziewięć miesięcy z dzieckiem – jedna z rubryk to „nastrój w barwach”, a oprócz tego znajdą się tu cenne rady na każdy miesiąc ciąży – jak się czuje mama, dostrzegalne zmiany fizyczne, zmiany nastroju etc.

Moje pierwsze pięć lat. Wyd. Edycja Świętego Pawła

Dla wielbicieli znanej fotografki Anne Geddes. Jest tu miejsce na dedykację, zdjęcia, osobiste zapiski – oraz koperty, w które można włożyć mleczaki lub włoski dziecka.

Zobacz także: Współczesna rodzina na nowo zdefiniowana

Księga mojego dzieciństwa Wyd. Egmont

To album z ilustracjami z przepięknej książki Sama McBratney’a „Wszystkich was kocham najbardziej”. Tutaj także miejsce na masę zapisków dotyczących dziecka – koperty na pocztówki i pamiątki, miejsce na zapisanie wzrostu i wagi, zawiadomienie o narodzinach i notatki o najważniejszych chwilach.

Pamiątkowy album dla bliźniaków. Wyd. Arkady

Dwójka dzieci, więcej pisania, więc także więcej miejsca na notatki o podwójnym szczęściu i pierwszych chwilach dwójki maluchów.

Pamiętnik ciąży Wyd. Publicat

Kolejny album dla rodziców oczekujących. Tydzień po tygodniu ciąży i pierwszych miesiącach życia dziecka. Rodzice znajdą tu także porady i informacje specjalistów w kraju. Znajdzie się także miejsce na USG, zapisanie myśli i uczuć towarzyszącym kolejnym tygodniom ciąży.

Album dziecka Wyd. Arkady

Na okładce zabawka, którą dostanie dziecko, a w jej miejsce pojawi się zdjęcie bohatera albumu. W środku miejsce na najważniejsze chwile malucha do 3-go roku życia.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.