Przejdź do treści

Grając, dbasz o mózg

Coraz popularniejsze planszówki są świetnym pretekstem do spotkań z rodziną i znajomymi. Ale nie tylko. Co dzieje się z naszym mózgiem, kiedy gramy? Dlaczego powinniśmy grać z babciami i dziadkami? Na nasze pytania odpowiada Piotr Milewski, wykładowca w Katedrze Badania i Projektowania Gier w Bydgoszczy.

Współczesna Rodzina: Dlaczego powinniśmy grać w planszówki?

Piotr Milewski: Badania jasno pokazują, że dzięki graniu zwiększa się szybkość myślenia, łatwiej stawiamy czoło problemom i do tego polepszamy naszą pamięć. Dotyczy to także starszych osób – emerytów, ludzi po 70-tym roku życia, którzy zaczęli grać w gry towarzyskie i planszowe, łamigłówki, układać układanki, rozwiązywać krzyżówki. Badania wykazały spowolnienie demencji starczej i innych schorzeń związanych z wiekiem Jak się okazuje, nigdy nie jest za późno, bo nasz mózg zmienia się przez całe życie. Gry, które wymagają logicznego myślenia, ćwiczą go – rozwijają obszary dobrze rozwinięte i pobudzają te, których używamy rzadziej. W wielu grach stykamy się z przeszkodami, których nie napotykamy w naszym codziennym życiu. Dzięki temu przełamujemy rutynę i utrzymujemy nasz mózg w dobrej formie.

Jest Pan specjalistą od gier jakiego rodzaju?

Przedmioty, których uczę, to gry edukacyjne, gry planszowe i karciane. A także gry miejskie i gry z elementami rzeczywistości rozszerzonej.

Zobacz też: Grajmy, zwłaszcza w planszówki

Zachęcamy nasze dzieci do gry w planszówki, a zabraniamy gier wideo. Słusznie?

To, co łączy wszystkie gry wideo – bo istnieje tutaj rozbieżność gatunkowa oczywiście  – jest taka, że gramy w nie raczej w samotności. Kontakt z drugim człowiekiem w tym wypadku jest raczej ograniczony. Jeśli chodzi o planszówki czy gry karciane – odkładając wszelkie pasjanse – to one zawsze wymagają obecności drugiej osoby. I to jest szalenie istotne. Po pierwsze dlatego, że kultura nam się zmieniła, bo tego drugiego człowieka mamy znacznie mniej niż kiedyś, więcej rzeczy robimy zdalnie, komunikacja też stała się bardziej cyfrowa – częściej piszemy niż dzwonimy do kogoś. Nie uczymy się umiejętności społecznych. Nasza edukacja jest pod tym względem fatalna, ponieważ zmusza nas do zdobywania jakiejś wiedzy o charakterze kognitywnym czyli faktograficznym, konkretnym. Nie przygotowuje nas niestety do tego, jak  – gdy pójdziemy do pracy, gdzie czekają nas nowe zadania i gdzie będziemy „musieli się odnaleźć” – przyjąć nowe role społeczne. Szkoła traktuje nas jak takie indywidualne wiadra, w które trzeba nalać wiedzę, ale zupełnie nie uczy nas tego, jak później będziemy te nabytą wiedzę stosować. Nie tylko na sobie samych, ale przede wszystkim z innymi ludźmi. A tego uczą nas właśnie gry.

Mózg powinien rozwijać się w szkole.

Rozwija się lewa półkula, odpowiedzialna za zdolności językowe, za liczenie, analizę. Natomiast prawa półkula, która odpowiada za kreatywność i wyobraźnię, syntezę  oraz łączenie różnych elementów czy nowe pomysły, jest wyraźnie zaniedbywana. Wyrzucono ze szkoły wszystkie przedmioty artystyczne, jedna godzina plastyki tygodniowo tego nie załatwi. Jednym słowem nie dostarczamy żadnej pożywki naszej kreatywnej stronie. Nie ma teatru, muzyki, kompozycji, prac ręcznych.

Grywalizacja jest terminem, który na stale wchodzi do wielu dziedzin życia: biznesu, psychologii, edukacji.

Tak, to jeden z przedmiotów, który wykładałem na uczelni. To słowo- wytrych, którym przykrywa się wiele rzeczy. Grywalizacja to stosowanie mechanizmów pochodzących z gier w sytuacjach nie będących grami, w celu zwiększenia zaangażowania użytkownika. Ja jestem zwolennikiem nurtu game-based learning, czyli edukacji poprzez grę. Analizujemy gry, które są zaprojektowane w celu stricte rozrywkowym, sprawdzamy czego uczymy się, gdy staramy się wygrać… A potem sprawdzamy, czy te umiejętności przypadkiem nie pokrywają się z efektami kształcenia jakiegoś przedmiotu. Najpopularniejszy przykład takiego zastosowania to tłumaczenie zasad prawdopodobieństwa na przykładzie gier karcianych.

Wielu biznesmenów m.in. Bill Gates mówi w wywiadach, że zawsze grał w planszówki i nadal gra z rodziną. Czyli za mało gramy i zbyt demonizujemy gry wideo?

Zdecydowanie. Ostatnie badania pokazały, że sprawcy masowych strzelanin w Stanach Zjednoczonych grali statystycznie rzadziej i krócej niż ich rówieśnicy. Tyle na temat tego, że gry powodują przemoc.

No właśnie. Wielu rodziców tak myśli.

Ja w takim wypadku zawsze pytam, w jakie gry grali naziści, Kaligula, Neron i uczestnicy Pierwszej Krucjaty Ludowej roku 1096 -go.

Jakie jest marzenie specjalisty od gier?

Chciałbym, żebyśmy odeszli od tych klasycznych gier, żeby nie męczyć dzieci tym nieszczęsnym chińczykiem i nie grać ciągle w Czarnego Piotrusia. Pojawiło się całe mnóstwo gier karcianych i zachęcam do tego, żeby wypróbowywać nowe tytuły, które się pojawiają na rynku, bo są świetnie zaprojektowane. Są angażujące, wymagające i mogą rosnąć razem z graczem, który z wiekiem będzie się uczył taktyki i strategii oraz będzie poznawał kolejne warstwy danej gry. I nie wszystkie mają instrukcje rozmiaru nowelki. Warto je wypróbować!

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Stewardessa, pilot i kot – wywiad z Dominiką i Filipem Kocurami

Stewardessa, pilot i kot - wywiad z Dominiką i Filipem Kocurami
Fot. archiwum prywatne - Dominika i Filip Kocur

Stewardessa i pilot, para z Warszawy. Mimo tego, że dużo wyjeżdżają (w końcu na tym polega ich praca) zdecydowali się zaadoptować kota z fundacji. Szarowłosa Zosia trafiła do nich kilka miesięcy temu. Z miejsca podbiła serca opiekunów – nie tylko Dominiki i Filipa, ale również sąsiadów i znajomych, którzy zajmują się nią podczas nieobecności opiekunów.

Alina Windyga-Łapińska: Ciekawi mnie Wasza historia – jak się poznaliście?

Dominika Kocur: Oboje pochodzimy z Gliwic. Poznaliśmy się w szkole średniej, chodziliśmy do jednej klasy. Parą zostaliśmy w klasie maturalnej – idąc razem na studniówkę. W szkole działaliśmy wspólnie w samorządzie, organizowaliśmy różnego rodzaju wydarzenia kulturalne, przedstawienia, koncerty charytatywne. Od początku mieliśmy wiele wspólnych pasji.

Czy dzieliliście również pasję do lotnictwa?

Filip Kocur: Nie. Lotnictwo od zawsze było moim głównym zainteresowaniem i celem, do którego chciałem dążyć. Dominika płakała, gdy mówiłem, że chcę zostać pilotem.

Dominika: To prawda. Filip marzył o zostaniu pilotem wojskowym. Rozpaczałam z tego powodu, ale on nie zważał na to i konsekwentnie dążył do celu. Już w wieku 16 lat latał szybowcem i robił licencję na samoloty. Mnie bardziej zajmowała muzyka, granie, śpiewanie. Nigdy nie leciałam samolotem i nie interesowało mnie to.

Potem już, będąc parą, poszliśmy na różne studia. Filip do Dęblina do szkoły lotniczej („szczęśliwie” nie dostał się na studia wojskowe, tylko cywilne), a ja na rusycystykę do Krakowa. 3,5 roku żyliśmy w związku na odległość.

Filip: Ubolewałem nad tym, że nie dostałem się do wojska, ale w końcu stwierdziłem, że studia cywilne też są ok. Po trzecim semestrze wybrałem specjalizację pilotaż. Bardzo trudno jest się na nią dostać, ponieważ z bardzo dużej liczby chętnych studentów uczelnia rekrutuje tylko 20 osób – przyszłych pilotów.

Jak to się stało, że oboje zaczęliście „pracę w przestworzach”?

Dominika: Nigdy wcześniej nie interesowało mnie latanie ani świat lotniczy. Jednak będąc ze studentem pilotażu, odwiedzając go regularnie w Dęblinie, poznawałam jego środowisko. Filip jest z natury małomówny, ze mnie za to niezła gaduła. Samoloty to jedyny temat, na który on lubił rozmawiać, byłam więc poniekąd zmuszona zacząć zgłębiać lotnicze tematy i nie ukrywam – wtedy narodziła się u mnie prawdziwa ciekawość przestworzy i latających maszyn.

Gdy ktoś pytał się mnie, co chcę robić po studiach – mówiłam, że zostanę tłumaczem albo asystentką w zagranicznej firmie. A jak nie, pójdę na stewardessę! Mówiłam to jako żart.

Moja praca w lotnictwie to szczęśliwy przypadek, który wszystko zmienił. Na czwartym roku studiów Filip wysłał do mnie ogłoszenie, że linia lotnicza z Warszawy poszukuje stewardess z językiem rosyjskim.

Filip: Wysłałem, bo byłem ciekawy, co to za firma. Chciałem, żeby Dominika poszła na rekrutację, spróbowała swoich sił i jednocześnie sprawdziła, z czym wiąże się mój świat i wizja na przyszłość.

Dominika: Dzień przed rozmową mówiłam, że chyba jednak nie pojadę, bo musiałam wstać o 4 rano na pociąg z Krakowa do Warszawy, ale zrobiłam to i… dostałam tę pracę! Moja firma obsługuje klientów VIP, oferuje loty dyspozycyjne samolotami klasy biznes.

A Ty, Filipie, kiedy rozpocząłeś pracę jako pilot?

Filip: Zaraz po studiach. Firma, dla której pracuje, współpracuje z uczelniami wyższymi i prowadzi rekrutację bezpośrednio w szkole. Wybrali kilka osób i ja byłem w tej szczęśliwej grupie.

Niestety, moja pierwsza baza była w Rumunii, w mieście Timisoara, co oznaczało rozstanie z rodziną. To był ciężki czas. Na szczęście po pół roku udało mi się przenieść do Anglii, a następnie do Warszawy, gdzie mieszkała Dominika.

Jak wygląda Wasz dzień pracy?

Filip: Ja, jako pierwszy oficer, przed lotem przygotowuję dokumentacje, następnie omawiam ją z kapitanem. Podejmujemy decyzje na podstawie informacji operacyjnych i pogodowych – ile potrzebujemy paliwa i jak podzielimy swoje role w danym dniu. Następnie mamy wspólny briefing pilotów i załogi pokładowej. Omawiamy trasę lotu, pogodę, możliwe turbulencje i ewentualne sytuacje niestandardowe bądź niebezpieczne. Przepisy bezpieczeństwa kładą nacisk na kooperacje w miłej atmosferze, oczywiście z zachowaniem hierarchii służbowej. Po briefingu idziemy do samolotu.

W lotnictwie low costowym, w którym pracuje, zawsze startujemy i wracamy do bazy macierzystej, latamy w tę i z powrotem. Jeżeli mamy lot poranny to wracamy do domu ok. 14:00, jeżeli wieczorny to ok. 22-23.

Moja firma ma jedną z najmłodszych flot na świecie. Filozofią lotnictwa niskokosztowego jest oszczędność na wszystkim poza bezpieczeństwem i flotą. To bardzo ważne, ponieważ nasi pasażerowie mogą być pewni, że swoją podróż do miejsca docelowego odbędą stosunkowo nowym samolotem oraz z zachowaniem najwyższych możliwych standardów bezpieczeństwa

Dominika: Moja praca diametralnie różni się od modelu przedstawionego przez Filipa. Obecnie jestem na dyżurze pod telefonem – taki dyżur trwa 14 dni. W przypadku wezwania mam dwie godziny na pojawienie się na lotnisku. Cały czas mam, a przynajmniej powinnam mieć, spakowaną walizkę.

Wykonujemy loty dyspozycyjne dla klientów prywatnym odrzutowcem. Firma ma kilka samolotów do wynajęcia. Klient płaci za godzinę lotu, nie za liczbę pasażerów, sam decyduje gdzie i o której godzinie chce polecieć.

Jak nie ma lotu powrotnego, nie wracam do bazy. Latamy wszędzie, głównie do Rosji, Stanów Zjednoczonych oraz do destynacji typowo wakacyjnych – na południe Europy, Malediwy, Seszele czy Karaiby. Muszę mieć ważny paszport i książeczkę szczepień. W przerwach firma zapewnia hotel 4-5 gwiazdkowy. W pracy używam głównie języka rosyjskiego, częściej niż angielskiego. Mogę więc praktykować wiedzę zdobytą podczas studiów, co jest dla mnie bardzo wartościowym atutem tej pracy.

Nasza firma czasami chwali się sławnymi pasażerami, czasami to oni sami wrzucają fotki na Instagrama z naszym samolotem. Latają z nami najważniejsi politycy, muzycy, celebryci.

Zobacz też: Miejsce wypełnione miłością. Wywiad z Magdaleną Różczką

Co lubicie w Waszej pracy, a czego nie?

Filip: Lubię, że nie chodzę do pracy za karę. Coś, co jest moją pasją, pozwala mi zarabiać na życie. Podoba mi się, że każdy dzień przynosi coś nowego. Przed lotem odczuwam stres – ale taki pozytywny. Do latania trzeba podchodzić z pokorą i respektem. Należy wierzyć w umiejętności swoje i kolegów, ale jednocześnie mieć też w głowie myśl, że jesteśmy tylko ludźmi popełniającymi błędy, które poprzez współpracę można zawsze naprawić.

Dominika: Mnie praca nie stresuje. Podczas pobytów za granicą mogę uporać się ze zwykłymi domowymi frustracjami, mam czas tylko dla siebie. Kiedy jestem w Warszawie uwielbiam zajmować się domem, gotować, dogadzać mężowi. Będąc na wylocie, mieszkając w hotelach, jedząc w restauracjach, mam wszystko podane, nie muszę gotować, ani sprzątać. To miła odskocznia od codziennych obowiązków.

Nienawidzę wstawać wcześnie rano i w nocy na loty. Najgorszy jest moment wyjścia z domu. Zostawienie męża w ciepłym łóżku i wyjście ze świadomością, że nie będzie mnie tydzień albo dwa, nigdy nie jest to łatwe. Czasami nie wiadomo, gdzie będziemy lądować, czy w mroźnej Moskwie, czy gorącej Nicei. Muszę mieć przygotowaną garderobę na każde warunki atmosferyczne.

Jak podczas wyjazdów radzicie sobie z rozłąką i samotnością? A może nie odczuwacie tego w negatywny sposób?

Filip: Nie do końca podoba mi się praca Dominiki. Dlaczego? Nie lubię, gdy Dominiki nie ma w domu. Jestem domatorem, ale nie samotnikiem. Słabo radzę sobie z jej nieobecnością, wolałbym, aby w naszym życiu nie było takich długich okresów nieobecności.

Dominika: Gdybym poszła do pracy biurowej, to wcale nie miałbym więcej czasu…

Na studiach to ja gorzej radziłam sobie z rozłąką. Obecnie czas spędzony za granicą maksymalnie wykorzystuje – zwiedzam sama albo wraz z załogą. Zawsze mam plan, nigdy się nie nudzę.

Różnimy się. Ja jestem pełna energii, cały czas coś planuje, staram się wykorzystać czas maksymalnie. Filip ma potrzebę bycia w domu, nie szuka tylu wrażeń. Jednak nadal lubimy razem podróżować i aktywnie spędzać czas – zimą na nartach, latem na kajcie.

Kotka Zosia

Kotka Zosia Fot. archiwum prywatne

Dlaczego zdecydowaliście się na adopcję kota z fundacji?

Filip: Ze mną koty były od zawsze, o czym świadczy moje nazwisko – Kocur. Od dziecka w moim domu były zwierzęta. Gdy wyjechałem na studia do Dęblina, wziąłem ze sobą mojego kota. Podróżowałem z nim tam i z powrotem – co weekend do Gliwic (do rodziców) lub do Krakowa (do Dominiki). Potem mieliśmy wspólnie z Dominiką dwa koty rasy brytyjskiej, niestety, już odeszły z powodu choroby. To była Handra (przez samo H) i Armani.

Po studiach, gdy wyprowadziliśmy się na stałe z domu rodzinnego, nie wyobrażałem sobie, aby nie było wokół nas szczęścia w postaci kociaka. Zaczęliśmy się zastanawiać i postanowiliśmy, że tym razem nie weźmiemy kota rasowego z hodowli, tylko takiego, którego szczęście opuściło.

Jak trafiła do Was Zosia?

Dominika: Zosię wzięliśmy z fundacji „Koty z Grochowa”. Koleżanka z pracy powiedziała mi o tej fundacji. Zaczęłam obserwować jej profil na Facebooku i dowiedziałam się, jak wygląda procedura adopcji. Pewnego dnia, przeglądając Facebooka, trafiłam na post ze zdjęciem Zosi – szary kot umaszczony jak nasze Brytyjczyki. Wysłałam zdjęcie Filipowi. Nie, żebym namawiała go na wzięcie kota, chciałam jedynie zobaczyć jego reakcje – a ona przerosła moje oczekiwania! Powiedział, żebym od razu (on akurat był na wyjeździe) pojechała ją zobaczyć. „Nie ma opcji, musimy mieć Zosię” – mówił. Tak więc pojechałam na pierwsze spotkanie sama.

Zosia była maleńka, miała 6-7 miesięcy. Została znaleziona na ulicy przy ośrodku dla bezdomnych mężczyzn. Była zima, a ona nie miała futerka zimowego. Miała hipnotyzujące oczy, w których od razu się zakochałam.

Zastanawialiśmy się, czy nie wziąć dwóch kotów, ale nie zdecydowaliśmy się na to ze względu na małe mieszkanie. Myślę, że dobrze zrobiliśmy, bo fundacja ostrzegała nas, że Zosia może mieć problem z aklimatyzacją, podczas mieszkania w azylu miała problem z posikiwaniem. Jednak jak przywieźliśmy ją do domu, od razu wiedziała jak trafić do kuwety. W azylu była wycofana, bała się innych kotów. U nas w domu rozkwitła.

Dlaczego, mimo swojego trybu życia, zdecydowaliście się na adopcję kota? Wiele osób mówi, że chciałoby mieć zwierzę w domu, ale nie ma dla niego czasu.

Dominika: Wiedzieliśmy, że kot będzie dużym ograniczeniem. Koty nie lubią nowych miejsc, są zwierzętami terytorialnymi. Początkowo nie mogłam uwierzyć kociej behawiorystce, że kotu samemu w domu będzie lepiej, niż ze mną na wyjeździe. Dla kota podróż to stres i może nawet się od tego rozchorować. Wierzyliśmy, że z odrobiną pomocy będziemy mogli zapewnić kotu właściwą opiekę na miejscu.

Zaangażowaliście wiele osób w opiekę nad Zosią, między innymi sąsiadów. Czy było to trudne zadanie?

Dominika: Pierwszy raz pomogła koleżanka z pracy, potem druga koleżanka z pracy. Jednak one też latają i ciężko je uchwycić. Trzeba było zaczerpnąć pomocy z zewnątrz. Narodził się więc pomysł, aby uwierzyć w ludzi i zaangażować społeczność sąsiedzką. „Na pewno nie jesteśmy jedyną parą z kotem w okolicy” – pomyśleliśmy: „Może ktoś nas zrozumie i pomoże!”

Nawiązaliśmy kontakt z trzema parami z osiedla i to oni pomagają nam podczas nieobecności. Niestety, póki co, nie mamy okazji się odwdzięczyć, ale okazuje się, że to wcale nie jest problem. Ludzie odwiedzają nas bezinteresownie.

Zosia daje nam wiele szczęścia. Rozmiękcza nasze serca – ma wdzięczność w oczach. To nic, że przybyło nam obowiązków – wizyty u weterynarza, zakup karmy. Uczy nas to organizacji dnia. Zosia nas scala, łączy, a obowiązki nad nią sprawiły, że staliśmy się sobie jeszcze bliżsi.

Filip: Kot to duża odpowiedzialność, nie na rok, ani dwa, ale na bardzo długi czas.

Dziękuję za rozmowę.

PS. Rozmowa ta odbyła się kilka miesięcy temu. W międzyczasie Państwo Kocurowie zostali rodzicami. Niedawno, razem z kotką Zosią, przeprowadzili się w rodzinne strony na Śląsk.

Zobacz też: Pies – najlepszy przyjaciel rodziny? Wywiad z trenerką psów

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat przepracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, podczas urlopu macierzyńskiego rozpoczęła przygodę z dziennikarstwem i social mediami.

Kto śpi lepiej – agnostycy i ateiści czy katolicy i baptyści?

sen a wiara
fot. unsplash.com

Nowe badania wykazały związek między przynależnością religijną, poglądami na temat zbawienia a… długością snu. O co w tym wszystkim chodzi?

Amerykańska Akademia Medycyny Snu przeprowadziła ankietę, której wyniki okazały się dość zaskakujące. Wykazały one, że aż 73% ateistów i agnostyków przesypia siedem lub więcej godzin na dobę, co zdaniem AAMS jest wartością optymalną. Tymczasem wśród katolików i baptystów odsetek podobnych odpowiedzi był znacznie niższy – wyniósł odpowiednio 63 i 55%. Ponadto niewierzący częściej deklarowali, że nie mają problemów z samym zasypianiem.

Wyspani i wierni

„Wiemy, że niedostatek snu ogranicza cechy będące kluczowymi z punktu widzenia wspólnot religijnych: pozytywny stosunek do społeczności, zdolność okazywania miłości i porównywania zamiast osądzania […] Czy lepszy sen umacnia ludzką wiarę i pomaga w staniu się lepszym chrześcijaninem? Tego nie możemy stwierdzić z całą pewnością, ale bez wątpienia wysypianie się pozytywnie wpływa na samopoczucie i psychikę” ­– stwierdziła Kyla Fergason, studentka z Baylor University w Waco i jednocześnie główna autorka badania. Warto nadmienić, że w ankiecie wzięło udział ponad 1500 osób. Odpowiedziały na pytania dotyczące m.in. jakości i długości swojego snu.

Zobacz też: Rozwodowe ABC – co zrobić, żeby zakończyć małżeństwo?

Optymizm a sen

Ale zapewne najciekawszy – i w sumie dość zabawny – wniosek płynący z badań brzmi następująco: osoby wierzące, które śpią siedem godzin lub dłużej, są częściej przeświadczone o tym, iż trafią do nieba. Krótko mówiąc, zdrowy, odpowiednio długi sen, faktycznie pozwala ludziom bardziej optymistycznie spojrzeć na świat (najwyraźniej nie tylko ten doczesny).

A skoro już mowa o optymizmie, warto wspomnieć także o innych badaniach, odbywających się pod kierunkiem Jakuba Weitzera i Ewy Schernhammer, epidemiologów z Uniwersytetu w Wiedniu. Niedawno opublikowali artykuł w „Journal of Sleep Research” na temat tego, jak optymizm i sen wypływają na długość życia.

Jak wyćwiczyć optymizm

Najważniejszym wnioskiem, do jakiego doszli Austriacy, jest stwierdzenie, iż optymiści cierpią na bezsenność o wiele rzadziej niż pesymiści. Co ciekawe, autorzy badania twierdzą, że optymizm można… wyćwiczyć. Jak? Proponują zadanie polegające na tym, by „wyobrażać sobie idealne życie i regularnie je opisywać”. „Po kilku tygodniach może ono pomóc w zwiększeniu poziomu optymizmu” – twierdzą dalej naukowcy. Zaznaczają przy okazji, że nie chodzi o to, aby ta „idealna” wizja się ziściła, tylko o wyznaczenie sobie określonych celów i dążenie do nich.

Na podstawie: News Medical

Zobacz też: Bezsenność – czy powoduje depresję i inne zaburzenia nastroju?

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.

7 ciekawostek o kotach – czy wiedziałeś, że…

ciekawostki o kotach
fot. 123rf.com

Debata nad tym, kto jest lepszym przyjacielem człowieka – pies, czy kot – wciąż trwa. Dla wielu osób drugie z wymienionych tu zwierząt wygrywa w przedbiegach – cóż, nie sposób się nie zgodzić, że koty są niezwykle fascynujące. Jednak bez względu na to, które z tych dwóch domowych zwierząt jest bliższe waszemu sercu, warto poznać wyjątkowe ciekawostki o kotach – niektóre z nich mogą was zaskoczyć!

7 ciekawostek o kotach

  1. Wiecie, że koci język jest chropowaty niemalże tak, jak tarka? Zastanawiacie się dlaczego? Koci język pełni funkcję szczotki do włosów. Do pielęgnacji futerka koty i inne drapieżniki (lamparty, tygrysy czy lwy) używają właśnie swojego języka.
  2. Budowa anatomiczna kota też może niejednego zaskoczyć. Zwierzaki te nie posiadają obojczyka, dlatego zmieszczą się niemalże wszędzie, wcisną się we wszystkie szczeliny, są gibkie i żadne sztuczki nie są im straszne. Warto dodać, że w ciele kota znajduje się aż 240 kości, a 10 proc. z nich umieszczonych jest w samym ogonie.
  3. Koty mają działanie terapeutyczneprzy ich pomocy prowadzi się felinoterapię, która jest jedną z metod zooterapii, polegającą na kontakcie właśnie z tym zwierzęciem. Felinoterapię bardzo często stosuje się u dzieci ze stwierdzonymi zaburzeniami np. ze spektrum autyzmu, z upośledzeniem umysłowym, czy ADHD. Podczas terapii dzieci bawią się z kotem, karmią go, uczą się jego pielęgnacji, a także mają okazję popracować nad emocjami.
  4. Koty są doskonałymi towarzyszami życia osób starszych. Podnoszenie, głaskanie i przytulanie zwierzaka zwiększa aktywność seniorów oraz motywację do niej. Co więcej, temperatura ciała kota wynosi 38-39 stopni, co wykorzystywane jest m.in. przy bólach reumatycznych – ogrzanie bolesnych miejsc zawsze miło widziane!
  5. Zastanawialiście się kiedyś, dlaczego oczy kota świecą w nocy? To tylko pozory, tak naprawdę kocie oczy tylko odbijają światło. Zapytasz: „Ale jakie światło?! Przecież kiedy zapada zmrok i robi się ciemno, nic nie widać, a dookoła jest czarno” – nie do końca, ponieważ księżyc i gwiazdy dają trochę światła, które przebija nawet przez chmury. I to właśnie te promienie wykorzystuje kot. Ukryta w jego oku specjalna błona odblaskowa, odbija promienie, a ponadto skupia je na tyle, że ułatwia kotu polowanie.
  6. Mruczenie kota uznajemy za coś naturalnego, zwyczajnego. Czy jednak zastanawialiście się kiedyś, dlaczego koty wydają taki dźwięk? Mruczeniem kot wyraża swoje zadowolenie i wdzięczność. Miłośnicy kotów porównują mruczenie do uśmiechu, a uśmiechamy się przecież wtedy, gdy jesteśmy szczęśliwi!
  7. Czy wiesz, że koty mają z przodu pięć palców, a z tyłu cztery?
  8. Ponoć koty zawsze spadają na cztery łapy, czy to prawda? To tylko powiedzenie, które wzięło się stąd, że koty umieją balansować na cienkiej gałęzi i mają doskonały zmysł równowagi. Mimo wszystko należy jednak uważać, ponieważ kocie wypadki też się zdarzają – wszyscy opiekunowie powinni więc bacznie obserwować swoje mruczki, dając im jednocześnie wiele swobody. Wspólne przygody będą wtedy nieocenione!
  9. Jaki jest ulubiony koci zapach? Oczywiście kocimiętka! Koty szaleją na jej punkcie – zapach ten wywołuje w nich wręcz narkotyczne odurzenie! Mogą wtedy ocierać się, tarzać, gryźć, lizać etc. Trwa to zazwyczaj około kilkunastu minut i bez żadnych „skutków ubocznych” mija. Co prawda nie reagują tak wszystkie koty, ale większość. Co ciekawe, podobne doznania powoduje waleriana.

Źródło: medycynawetMagazyn Weterynaryjny

Zobacz też: Stewardessa, pilot i kot – wywiad z Dominiką i Filipem Kocurami

Roślinny comfort food – oto przepisy, którymi inspiruje erVegan! Spróbujesz?

Roślinny comfort food dla każdego erVegan
Fot - "Roślinny comfort food dla każdego"

Kuchnia roślinna wydaje Ci się nudna, a ciekawe przepisy jawią się jako trudne i wymagające? Nic bardziej mylnego! Oto przykłady, które sprawią, że wegańskie dania potraktujesz jako istne comfort food’y – poznaj hedonizm na talerzu, który proponuje Ci Eryk Wałkowicz, znany w sieci jako erVegan! 

Resztkowa zapiekanka makaronowa

To mój ulubiony przepis w dwóch kategoriach: dań „z resztek” oraz dań „na winie”. W tej pierwszej do gotowania wykorzystuje się wszelkie resztki pozostałe z kilku ostatnich dni, a w tej drugiej używa się tego, „co się nawinie”. Proste ciasto z tofu oraz mąki z ciecierzycy spaja wszystkie składniki, a odpowiednio dobrane przyprawy sprawiają, że zapiekanka nadaje się też na specjalne okazje.

Składniki na 4 porcje
  • ok. 400 g ugotowanego al dente makaronu (świderki, rurki lub wstążki)
  • ulubione warzywa: papryka, pieczarki, cukinia, bakłażan, brokuły, pomidory itp.
  • 1 szklanka mąki z ciecierzycy
  • woda lub napój sojowy
  • kostka (180 g) tofu wędzonego
  • 1 łyżeczka wędzonej papryki
  • 1 łyżka sosu sojowego
  • sól, pieprz

Sposób wykonania

1. Mąkę z ciecierzycy wymieszaj z przyprawami i dodaj do niej pokruszone tofu. Wymieszaj całość z taką ilością wody, aby powstała lejąca się masa, o konsystencji ciasta na naleśniki.

2. Ugotowany makaron oraz warzywa wymieszaj w dużym naczyniu żaroodpornym i zalej je przygotowanym ciastem. Wymieszaj całość i wstaw do piekarnika nagrzanego do 180°C. Piecz ok. 20 minut, aż woda odparuje, a warzywa się ugotują i zaczną się podpiekać. Taka zapiekanka to pełnowartościowy posiłek, więc nie musisz martwić się o dodatki, nie zaszkodzi jednak, jeśli zjesz ją z jakąś surówką. Smacznego!

1 porcja bez dodatków (sama masa zapiekanki)

Energia (kcal) Białko (g) Węglowodany (g) Tłuszcze (g) Wapń (mg) Żelazo (mg)
284,7 16,6 45,1 5,7 143,7 3,8

Makaron z truskawkami, czyli letnie szczęście za dzieciaka

To jeden z tych obrazów, które zapadają w pamięć: dzieciństwo, lato, świeże truskawki, a więc i prosty makaron z truskawkami i twarogiem, który do jedzenia zachęcał już samym swoim zapachem. W dorosłej wersji tego „wykwintnego” dania używam makaronu pełnoziarnistego (jednak nadal w kształcie świderków!), a zamiast twarogu wybieram ukwaszone w cytrynie tofu. Nie pomijam odrobiny cukru, bo jednak charakterystyczne zgrzytanie jego drobinek między zębami przywołuje u mnie miłe wspomnienia.

Składniki na 4 porcje
  • 2½ szklanki pełnoziarnistego makaronu świderki
  • 3 szklanki truskawek
  • 1 kostka (180 g) tofu naturalnego
  • 2 łyżeczki cukru lub ksylitolu
  • sok z 1 cytryny
  • świeża mięta (opcjonalnie)
Sposób wykonania

1. Makaron ugotuj w osolonej wodzie i odstaw do ostygnięcia.

2. Tofu pokrusz palcami lub rozdrobnij widelcem w małej misce. Zalej sokiem z cytryny i zostaw, aż się zamarynuje.

3. Truskawki oczyść z szypułek (zrobisz z nich np. lemoniadę lub zmiksujesz je w koktajlu) i pokrój na mniejsze kawałki – ćwiartki, ósemki lub plasterki.

4. Tofu odcedź z cytrynowego soku i wymieszaj z makaronem. Dodaj truskawki wymieszane z cukrem oraz miętę. Całość możesz podać od razu, ale równie dobrze możesz to danie przechować w lodówce – serwowane na zimno zapewni idealne ochłodzenie w letnie upały. Smacznego!

1 porcja przy 4 całości

Energia (kcal) Białko (g) Węglowodany (g) Tłuszcze (g) Wapń (mg) Żelazo (mg)
243,6 11,6 44,5 3,2 103,7 2,78

 

Przepisy pochodzą z książki Eryka Wałkowicza Roślinny comfort food dla każdego
premiera 14 października!

Eryk erVegan

 

Eryk Wałkowicz erVegan

Dyplomowany dietetyk i entuzjasta kuchni roślinnej. Pokazuje, że dieta roślinna może być zbilansowana, smakowita i różnorodna. Uwielbia ziemniaki, cebulę i czekoladowe ciasto z zakalcem, a przez traumatyczne doświadczenia z przedszkola nienawidzi chrupać surowej marchewki.

Zobacz też: Jacy są wegetarianie? Okazuje się, że ich ciało i osobowość są…

Redakcja

Portal o rodzinie.