Przejdź do treści

Grzeczne dziewczynki idą do nieba… a niegrzeczne zostają szefowymi Facebooka! „Włącz się do gry” z Sheryl Sandberg

Pierwszym warunkiem dojścia kobiet do władzy jest realizacja hasła „usiądź do stołu, włącz się do gry”, – fot. 123 rf

Kto przychodzi ci do głowy, gdy myślisz Facebook? Zapewne jego twórca, młody chłopak w szarym podkoszulku – Mark Zuckerberg. A czy wiesz, że za sukcesem tego największego na świecie portalu społecznościowego stoi również kobieta? Starsza o 15 lat, doświadczona absolwentka Harvardu – Sheryl Sandberg. Dyrektor operacyjna Facebooka od 2008 roku, szczęśliwa żona i matka dwójki dzieci. Prezes fundacji „Lean In”, której celem jest zachęta kobiet do realizacji własnych ambicji. „Włącz się do gry. Kobiety, praca i chęć przywództwa”, to jej motyw przewodni oraz tytuł książki, którą napisała. Książki, która zrobiła na mnie duże wrażenie. Której przesłaniem pragnę się z wami podzielić.

Obecnie jestem mamą, wkrótce wracam na rynek pracy. Macierzyństwo to według Sandberg jeden z kluczowych czynników eliminujących kobiety z rynku pracy i zniechęcających je do walki o kluczowe stanowiska. Brzmi przygnębiająco… i jakże prawdziwie.

Nie czekaj na zaproszenie – włącz się do gry!

Zacznijmy od początku. Chłopcy i dziewczynki rozpoczynają z tego samego poziomu – szkoła, potem pierwsza praca. Wyniki w nauce mają podobne, dziewczynki nawet wykazują się lepszymi ocenami i wyższym wykształceniem – kobiety stanowią 60% kończących studia magisterskie. Gdy jednak rozważymy dalsze ścieżki kariery, wyraźnie widać nadwyżkę mężczyzn na stanowiskach kierowniczych.

Autorka przekonuje, że kobiety i mężczyźni mają takie same zdolności przywódcze, różnią ich jedynie ambicje. Dodatkowo płeć piękną ograniczają krzywdzące stereotypy oraz ich własne przekonania.

Pierwszym warunkiem dojścia kobiet do władzy jest realizacja hasła „usiądź do stołu, włącz się do gry”, czyli nie siadaj z boku, walcz o swoje. To co czyni nas wzorowymi uczennicami – skromność, uległość, grzeczność – nie pozwala nam awansować. Robienie kariery wymaga podejmowania ryzyka i promowania własnej osoby, do czego nie jesteśmy przyzwyczajone. Do tego istnieje stereotyp kobiety pracującej – hetery, która idzie po trupach do celu, tak jak np. jak w filmie „Diabeł ubiera się u Prady”. Kobiety sukcesu nie są lubiane, niezależnie od swojego zachowania. I jest to udowodnione naukowo – w biografii przedsiębiorcy wystarczy zmienić imię z męskiego na żeńskie, aby poziom sympatii gwałtownie spadł i mniej ankietowanych chciało pracować z daną osobą.

Zobacz też: Dzień, który zmienił moje życie – dobre pomysły Mam

Co byś zrobiła, gdybyś się nie bała?

Dodatkowo wiele kobiet cierpi na tzw. „syndrom oszusta”. Dotyka on kompetentne osoby, które nie wierzą we własne siły i źle czują się chwalone za osiągnięcia. Boją się, że zaraz wyjdzie, że wcale nie są takie dobre, a sukcesy to dzieło przypadku i owoc pomocy innych osób. (Ojej – teraz wszyscy dowiedzą się, że moje teksty to marna grafomania, a pomysły zainspirowane radami bliskich. Brr… dobrze to znamy, brońcie przed pochlebcami!)

Jaką radę Sandberg daje zagubionym kobietom? Po pierwsze – udawaj pewność siebie póki naprawdę jej nie poczujesz. Po drugie – zadaj sobie pytanie: Co bym zrobiła, gdybym się nie bała? A potem idź i zrób to.

Dla osiągnięcia sukcesu kluczowe jest wykorzystywanie nadarzających się okazji i wyjście z inicjatywą. Sandberg radzi: „W zasadzie nie ma idealnej propozycji, gdy szuka się nowego wyzwania. Musisz skorzystać z szansy i dopasować ją do siebie, a nie na odwrót. Umiejętność uczenia się jest najważniejszą z cech charakteryzujących lidera.”

Autorka pokierowała swoją karierą zgodnie z tą zasadą – do Google-a, a potem do Facebooka dołączyła, gdy te były w fazie dobrze zapowiadającego się start-upu. I rosła razem z nimi, wierząc w ich misje. Według niej przy wyborze oferty pracy liczy się tylko jedno kryterium – szybki rozwój.

Zgodnie z badaniami firmy Hewlett Packard kobiety ubiegają się o wolne stanowisko, gdy spełniają 100% wymagań, zaś mężczyzną wystarczy 60%. Kobiety uważają, że awans należy im się za zasługi, zaś mężczyźni aplikują gdy mają potencjał do spełnienia się w nowej roli. Zgadnij kogo częściej wybierają?

Zobacz też: Mama inna niż wszystkie – rzuciła pracę i otworzyła kawiarnie będąc w ciąży

Uczyń swojego partnera prawdziwym partnerem

Obecnie kobiety i mężczyźni mają równe prawa, a bariery instytucjonalne są zniesione. Aby jednak szanse były równe nie tylko w teorii, potrzeba równouprawnienia w pracach domowych i opiece nad dziećmi. Trudno robić karierę, gdy po godzinach w biurze pracuje się na drugi etat w domu, a wiele kobiet zmuszonych jest żyć w takiej rzeczywistości. Dlatego kluczowy jest udział partnera.

Sandberg przekonuje, że najważniejszą decyzją zawodową, jaką musi podjąć kobieta, jest to, kto będzie jej partnerem życiowym. Udowadnia, podpierając się rankingiem firm Fortune 500, że nie ma kobiety na pozycji lidera, której partner w pełni nie popierałby jej kariery.

Nie odchodź, zanim nie odejdziesz

Kolejną radą, która udziela autorka jest – nie odchodź, zanim nie odejdziesz. Kobiety często rezygnują lub nie ubiegają się o wyższe stanowiska z uwagi na planowane macierzyństwo, nawet na kilka lat do przodu. Potem tkwią dłuższy czas w nieciekawej pracy, bo a nuż.. Gdy już urodzą dziecko to wcale nie mają ochoty wracać do nudnej, mało ambitnej roboty. A gdyby wcześniej zadbały o fascynującą karierę? Byłoby inaczej.

Amerykański milioner Warren Buffet mawia, iż odniósł tak wielki sukces w biznesie tylko dlatego, że musiał o niego walczyć „z mniej inteligentną połową ludzkości” – czyli mężczyznami. Miejmy nadzieje, że dzięki radom Sheryl Sandberg wkrótce to nie będzie takie proste.

A Ty co byś zrobiła, gdybyś się nie bała?

Zródło: „Włącz się do gry. Kobiety, praca i chęć przywództwa”, Sheryl Sandberg; Wyd. Sonia Draga 2013

Alina HRabina

Zawodowo związana z branżą HR. Obecnie na urlopie wychowawczym. Mieszka w Warszawie, chętnie odbywa podróże małe i duże.

“Łatwo jest przypiąć komuś łatkę lenia albo pustej lali” – Kaya Szulczewska i Ciałopozytyw! Czy soma już całkiem zgubiła psyche?!

Ciałopozytyw i jego twórczyni Kaya Szulczewska - jak znaleźć spójność pomiędzy emocjami a ciałem?

Soma i psyche – rozstrzał, który stworzyła nie tylko terminologia medyczna, ale też kultura, panujące w społeczeństwie stereotypy, wszelkiego rodzaju lęki, obawy, nieustanne oceny. Nic więc dziwnego, że tak trudno jest nam połapać się we własnych emocjach względem ciała, ale i odwrotnie – jak to właśnie ciało wpływa na sferę psyche. Kiedy jednak napływają łzy, nie sposób dłużej unikać tematu: „Każdy ma za sobą swoją indywidualną, długą drogę i żadna z nich nie jest ani gorsza, ani lepsza” – o wspólnych poszukiwaniach najlepszej dla każdego z nas ścieżki, mówi Kaya Szulczewska, twórczyni Ciałpozytywu.

Katarzyna Miłkowska: Ciałopozytyw to siłą rzeczy głównie treści związane z cielesnością. Jednak tematy, o których w ostatnim czasie rozmawiała Pani ze swoimi obserwatorkami i obserwatorami, w dużej mierze przejął wątek emocji. Konkretnie mówiąc, pojawił się temat płaczu – skąd pomysł, a może właściwie potrzeba, żeby o tym mówić?

Kaya Szulczewska: Ciałopozytyw z założenia miał być miejscem do omawiania różnorodnych wątków. Wątków związanych zarówno z szeroko pojmowaną cielesnością, ale także i psychiką – w moim rozumieniu świata są to elementy nieodłączne. Idąc więc tym tropem, od początku wiedziałam, że Ciałopozytyw nie będzie ograniczał się tylko do kwestii wyglądu zewnętrznego, ale zajmę się również psychoedukacją, w tym właśnie normalizowaniem emocji. Są one naszą codziennością, ale te trudne – jak np. smutek i towarzyszący mu płacz – nieraz stanowią swego rodzaju tabu. Nie umiemy sobie z nimi radzić, często też ich po prostu nie akceptujemy – zarówno u siebie, jak i u innych.

Będę zatem „adwokatem diabła” – ale to przecież takie „nie-Instagramowe”!

To prawda, płacz i smutek to coś, czego raczej nie widzimy w medium takim jak Instagram. Stanowi ono raczej platformę, która nastawiona jest na kreowanie wyidealizowanych obrazów życia. Normalizowanie tej przestrzeni jest zatem kolejnym argumentem, wskazujący na potrzebę otwartej rozmowy o tak trudnych stanach.

No dobrze, w pewnym sensie tłumaczy to osobom zaskoczonym niektórymi tematami obecnymi na Ciałopozytywie, dlaczego tak wiele przestrzeni zajmują emocje, a nie stricte ciało – nie da się tych części od siebie oderwać. Mam jednak wrażenie, że współczesny świat postanowił działać zupełnie na przekór i mimo wszystko owo oderwanie wykreować, a następnie na siłę w nim żyć.

Być może coś w tym jest. W moim odczuciu, kultura, w której żyjemy, nie tylko mocno oddziela psychikę od ciała, ale też poddaje je wartościowaniu. Wiele piszących do mnie osób doświadcza czegoś w rodzaju bagatelizowania ich problemów psychicznych. Dostawałam też liczne wiadomości mówiące o tym, iż ludzie wstydzą się okazywania pełnego wachlarza emocji w obecności bliskich.

Co więcej, odbija się to także w drugą stronę – część osób przyznała, iż nie wie, jak radzić sobie w momencie, gdy to nie oni płaczą, ale za to są świadkami tego typu reakcji.

Skoro jesteśmy przy perspektywie płaczu jako reakcji – także tej z zakresu fizjologii – niewątpliwie wiele osób nauczonych jest, by łzy hamować (to przecież „wstyd i okazanie słabości!”). Jeżeli podobnie podejdziemy chociażby do wymagań względem wagi – musi być niska, bo tylko wtedy jest dobra – to w zasadzie okazuje się, że baza jest ta sama. „Przejmij kontrolę nad swoim ciałem i dopasuj je do potrzeb świata zewnętrznego!” – w tłumaczeniu: zatrzymaj łzy i pilnuj każdego kilograma. Widzę tu niesamowite podobieństwo!

Tak, na pewno jakiś rodzaj analogii istnieje. Bazuje na pewnych wzorcach narzuconych przez kulturę, które dotyczą zarówno wyglądu, jak i właśnie okazywania emocji, uczuć, słabości, mówienia o intymnych sprawach etc.

Co istotne, w dużej mierze schematy owych zachowań są też uzależnione od płci – mężczyznom nie wypada płakać, kobietom zaś okazywać agresji. Pewne cechy i zachowania kulturowo przypisujemy określonej grupie osób, a przez to zamykamy się na rozmaite, szerokie formy ekspresji. Czy słusznie?

Myślę, że jednak poza byciem jednostką dookreśloną przez konkretne kategorie, przede wszystkim jesteśmy ludźmi i warto poznać cały wachlarz dostępnych nam emocji. Dobrze jest nauczyć się z nimi mądrze pracować, co nie znaczy wyparcia, a raczej transformowanie ich w coś budującego lub – jak w przypadku płaczu – w coś, co nas po prostu rozładowuje i oczyszcza. 

Zobacz też: „Zostaw to ciało w świętym spokoju!” – Agata Ziemnicka i Kobiety bez diety! Dlaczego dla własnego dobra lepiej się w ogóle się odchudzać?

Czyli znów łączymy cielesność i psychikę w jedno – jeśli tłumimy uczucia i nie dajemy im żadnego zdrowego ujścia, to narastające napięcie musi przejąć ciało. Koniec końców odczuwamy różnego rodzaju bóle, pojawiają się choroby, mięśnie są w nieustannym dyskomforcie…

Zdecydowanie, wyuczone tłumienie uczuć, emocji i nieumiejętność radzenia sobie z nimi odbijają się na ciele w bardzo negatywny sposób. Problemy psychiczne mogą wpłynąć m.in. na postrzeganie ciała, na jego możliwości, a co za tym idzie – także na nasz wygląd i funkcjonowanie organizmu. Warto wspomnieć w tym momencie o randze samoświadomości, z czym nieodłącznie wiąże się znajomość własnych stanów psychicznych. Kiedy jesteśmy otwarte na swoje uczucia i dostrzegamy moment, gdy dzieje się z nami coś naprawdę złego, możemy sięgnąć po profesjonalną pomoc. Nie mając pełnego kontaktu ze sobą, łatwo jest przegapić punkt, w którym owa profesjonalna interwencja lekarska lub psychologiczna stają się niezbędne.

Dlatego też chciałabym, aby obserwujące mnie osoby mogły spróbować odnaleźć własną spójność pomiędzy tym, co cielesne, a tym, co psychiczne. Zaakceptować nie tylko to, jakie mają ciało, ale też towarzyszące im emocje i uczucia. Chciałabym, aby nauczyły się żyć z tym, co mają i jednocześnie traktowały siebie z troską oraz miłością – zarówno ciało, jak i psychikę, do których warto jest podejść bez presji osiągnięcia konkretnego celu, ale raczej z uważnością nastawioną na całościowe działanie na swoją korzyść.

Dojście do tego może by długą, mozolną i niezwykle bolesną drogą. Znów widzę przykład w płaczu – zdarza się przecież, że ludzie nie ronią łez latami, co może być związane z ogromnymi blokadami, ciężkimi przeżyciami i wieloletnimi wręcz traumami. Później – np. w trakcie terapii, czyli teoretycznie pracy nad psychiką – nagle zaczyna współpracować też ciało, a wieloletnie łzy znajdują ujście. W takich momentach zastanawiam się, co jest pierwsze – czy to ciało podąża za psychiką, czy jednak psyche za somą?

Na linii ciało-psychika zachodzi bardzo wiele reakcji i są one ze sobą powiązane w naprawdę skomplikowany sposób. Nie jest to prosty mechanizm, albo też taki, który do tego uproszczenia da się w ogóle sprowadzić. Nie jestem naukowczynią zajmującą się psychofizjologią, aby to wszystko objaśniać. Nie będę więc się w to zagłębiać – zostańmy przy tym, że owo połączenie po prostu jest.

Coś o czym warto jednak pamiętać, nawet z punktu widzenia laika, to fakt, iż część tłumionych emocji może odbijać się w ciele w bardzo nieoczywisty sposób, a nam zwykle zdarza się oceniać ludzi bardzo powierzchownie. Nie mamy jednak zazwyczaj pojęcia, jakie za danym wyglądem i ciałem stoją historie, emocje, być może problemy psychiczne. Często bagatelizujemy wpływ psychiki na wygląd, wydając mocne sądy. Nieraz widać to w przypadku krytyki wysyłanej w stronę grubych osób, czy też kobiet, które miały dużo operacji plastycznych. Łatwo jest przypiąć komuś łatkę lenia albo pustej lali. Kiedy jednak posłuchamy tych osób, okazuje się, że każda z nich ma za sobą długą, niepowtarzalną drogę i co najważniejsze, żadna z owych ścieżek nie jest ani gorsza, ani lepsza.

Cialopozytywność ma na celu uczenie właśnie tego rodzaju szacunku. Zachęca do pozostawania otwartym na rozmaite historie skrywane przez ciało, a także dawanie wolności i przestrzeni do wyborów, jakie ludzie podejmują względem ich własnej cielesności. Nawet jeśli te wybory są dla nas niezrozumiałe.

Zobacz też: Owłosione kobiece ciało – kontrowersja, czy natura? Te zdjęcia łamią tabu!

To ciekawe, kiedy stopień po stopniu schodzimy w dalsze części rozmowy, okazuje się, że od samego początku rozmawiamy o czymś znacznie głębszym, niż tylko widoczny na zewnątrz wizerunek. Mam wrażenie, że podobnie rozwija się też Ciałopozytyw. Krok po kroku prowadzi Pani swoich obserwatorów i obserwatorki do coraz głębszych zakamarków myślenia, czucia, konfrontacji z samymi sobą. Czy jest to jakiś zauważalny przez Panią proces?

Droga Ciałopozytywu to w zasadzie po części i moja prywatna podróż. Co więcej, myślę, że ta osobista strona Cialopozytywu, moja otwartość i szczerość, to ważny element sukcesu, jaki w tej przestrzeni odnoszę – widzę, że ludzie bardzo to doceniają. Za istotne uważam także to, że ukończyłam kursy coachingu i w taki też sposób staram się ten profil prowadzić. 

W taki, czyli jaki?

Staram się zadawać dużo pytań, a przy tym pomagać moim widzkom i widzom samodzielnie znaleźć na nie odpowiedź. Nikomu nie chcę narzucać jakiejś konkretnej drogi, czy wyglądu. Owszem, promuję zdrowe postawy, ale nie forsuję jedynej słusznej formy wizerunku zewnętrznego, czy też działań, jakie ostatecznie dany człowiek „powinien” podjąć w związku ze swoim ciałem. To właśnie dzięki temu kontakt robi się tak głęboki – cała ta przestrzeń staje się bowiem sumą wspólnej podróży do wnętrza. Staje się też miejscem, w którym możemy dzielić się z innymi odkryciami, jakich dokonaliśmy na przebytej przez nas drodze do samoakceptacji. Wszystko to napędza do jeszcze głębszych poszukiwań.

Razem zawsze raźniej.

Rzeczywiście mam wrażenie, że wiele osób czuje się w tym kontekście samotnymi – nie widzą w mediach emocji, ani też ciał podobnych do swoich. Wywołuje to w nich myśl, że są jedynymi osobami na świecie z danym kompleksem. Kiedy jednak okazuje się, że więcej osób ma podobne ciała i związane z nimi doświadczenia, coś pęka. Solidarność, wsparcie i brak oceniania sprawiają, że kompleksy powoli się rozpuszczają – to, co kiedyś budziło w nas niepokój, staje się czymś normalnym.

W zasadzie myślę, że to właśnie jest esencją akceptacji – jeśli coś akceptujemy, przestaje to budzić w nas napięcie. Staje się powszednie, naturalne i nie musimy już o tym myśleć. Póki co dostaję jednak codziennie kilkadziesiąt wiadomości i wiem, że jest ogromna potrzeba poruszenia jeszcze wielu tematów. Tematów, które owego napięcia nieustannie budzą zdecydowanie zbyt wiele.

Zobacz też: Nie da się zmierzyć WSZYSTKICH ciał jedną miarą – nie róbmy sobie tego!

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

20 dobrych rad dla rodziców od najsłynniejszego pedagoga w Polsce

20 dobrych rad dla rodziców od najsławniejszego pedagoga w Polsce
fot.Pixabay

Janusz Korczak (naprawdę: Henryk Goldszmit) wpisał się w historię Polski, ostatnie chwile jego życia są opisane w każdym podręczniku do historii. Niewiele osób wie o Korczaku cokolwiek ponad to, jak zginął. Dlatego prezentujemy Wam 20 Przykazań Dobrego Rodzica, które Janusz Korczak sformułował w jednej ze swoich prac teoretycznych na temat wychowania dzieci. 

Pionier swoich czasów

Korczak stworzył oryginalny system pracy z dziećmi, oparty na idei partnerstwa, diagnozowania wychowawczego oraz podążania za zainteresowaniami dziecka i za jego/jej potrzebami. Był prekursorem działań na rzecz praw dziecka. Działał społecznie, opiekował się sierotami, pisał prace naukowe, artykuły do gazet i wygłaszał odczyty. Był autorem powieści dla dzieci, do najbardziej znanych należą Król Maciuś Pierwszy, Kajtuś czarodziej.

Inne znane publikacje, tym razem o dzieciach dla dorosłych, to np Jak kochać dziecko, Prawo dziecka do szacunku, Sam na sam z Bogiem, Kiedy znów będę mały i Pedagogika żartobliwa W 1937 został odznaczony Złotym Wawrzynem Akademickim Polskiej Akademii Literatury.

Zobacz też: Rodzina szczepionką na samobójstwo

20 Przykazań dla Rodziców 

Mimo, że minęło prawie sto lat od momentu, kiedy Korczak spisał te przykazania, większość z nich jest zaskakująco aktualna. 

Rady Korczaka dla rodziców:

1. Nie psuj mnie. Dobrze wiem, że nie powinienem mieć tego wszystkiego, czego się domagam. To tylko próba z mojej strony.

2. Nie bój się stanowczości. Właśnie tego potrzebuję – poczucia bezpieczeństwa.

3. Nie bagatelizuj moich złych nawyków. Tylko Ty możesz mi pomóc zwalczyć zło, póki jest to jeszcze w ogóle możliwe.

4. Nie rób ze mnie większego dziecka, niż jestem. To sprawia, że przyjmuję postawę głupio dorosłą.

5. Nie zwracaj mi uwagi przy innych ludziach, jeśli nie jest to absolutnie konieczne. O wiele bardziej przejmuję się tym, co mówisz, jeśli rozmawiamy w cztery oczy.

6. Nie chroń mnie przed konsekwencjami. Czasami dobrze jest nauczyć się rzeczy bolesnych i nieprzyjemnych.

7. Nie wmawiaj mi, że błędy, które popełniam, są grzechem. To zagraża mojemu poczuciu wartości.

8. Nie przejmuj się za bardzo, gdy mówię, że Cię nienawidzę. To nie Ty jesteś moim wrogiem, lecz Twoja miażdżąca przewaga!

9. Nie zwracaj zbytniej uwagi na moje drobne dolegliwości. Czasami wykorzystuję je, by przyciągnąć Twoją uwagę.

10. Nie zrzędź. W przeciwnym razie muszę się przed Tobą bronić i robię się głuchy.

11. Nie dawaj mi obietnic bez pokrycia. Czuję się przeraźliwie tłamszony, kiedy nic, z tego wszystkiego nie wychodzi.

12. Nie zapominaj, że jeszcze trudno mi jest precyzyjnie wyrazić myśli. To dlatego nie zawsze się rozumiemy.

13. Nie sprawdzaj z uporem maniaka mojej uczciwości. Zbyt łatwo strach zmusza mnie do kłamstwa.

14. Nie bądź niekonsekwentny. To mnie ogłupia i wtedy tracę całą moją wiarę w Ciebie.

15. Nie odtrącaj mnie, gdy dręczę Cię pytaniami. Może się wkrótce okazać, że zamiast prosić Cię o wyjaśnienie, poszukam ich gdzie indziej.

16. Nie wmawiaj mi, że moje lęki są głupie. One po prostu są.

17. Nie rób z siebie nieskazitelnego ideału. Prawda na Twój temat byłaby w przyszłości nie do zniesienia. Nie wyobrażaj sobie, iż przepraszając mnie stracisz autorytet. Za uczciwą grę umiem podziękować miłością, o jakiej nawet ci się nie śniło.

18. Nie zapominaj, że uwielbiam wszelkiego rodzaju eksperymenty. To po prostu mój sposób na życie, więc przymknij na to oczy.

19. Nie bądź ślepy i przyznaj, że ja też rosnę. Wiem, jak trudno dotrzymać mi kroku w tym galopie, ale zrób, co możesz, żeby nam się to udało.

20. Nie bój się miłości. Nigdy.

Zobacz też: Powrót do szkoły – jak możemy nauczyć nasze dzieci koncentracji?

Redakcja

Portal o rodzinie.

Często używasz telefonu przy dziecku? Zobacz, jak to wpływa na jego psychikę

Niedawne badania pokazały, że rodzice małych dzieci średnio aż 67 razy dziennie sprawdzają telefon – fot. 123rf

Kto jest bez winy, niech pierwszy…wyłączy telefon. Rzeczywistość jest taka, że telefony, tablety i inne ekrany są wszędzie. Zwłaszcza telefony. Nie tak dawno temu dzieci czekały na wieczór, by móc obejrzeć dobranockę. Wspólne oglądanie filmu było rodzinnym rytuałem, który trzeba było zaplanować wokół programu telewizyjnego lub kinowego. Jednak te czasy minęły- wydaje się – bezpowrotnie.

Dziś filmy, kreskówki czy drugi człowiek są na wyciągniecie ręki. Strony z filmami, komunikatory –  wszystko to jest dostępne po jednym kliknięciu. Ten brak ograniczeń jest kuszący. Informacje można znaleźć w kilka sekund, porozmawiać ze znajomym – albo nieznajomym – będącym na drugim krańcu świata, obejrzeć dowolnie wybrany film.

Jesteśmy pierwszym pokoleniem, które ma takie możliwości i chętnie z nich korzystamy. To musi mieć jakiś wpływ na zmianę dynamiki relacji rodzinnych. Pytanie, jaki i co możemy z tym zrobić.

Dzisiejsze dzieci znają swoich rodziców z telefonem w ręku. Nawet na salę porodową można zabrać telefon. Potem bywa równie interesująco. Bo czasem dziecko musi poczekać aż mama czy tata odpowiedzą na maila, bo na plac zabaw idą z rodzicem i jego telefonem, bo to, co wyświetla się na ekranie wymaga natychmiastowej uwagi mamy lub taty.

Zobacz też: Roztargnieni rodzice, zagubione dzieci – „Który współczesny rodzic wyobraża sobie dzień bez telefonu?”

Rodzic i telefon komórkowy

Wszyscy tego doświadczyliśmy, rodzice i dzieci ery telefonów komórkowych.

Jednak dziecko, które bawi się na przykład na placu zabaw i nie uzyska odpowiedzi na zadane pytanie, ponieważ rodzic jest zajęty telefonem – z jakiegokolwiek byłoby to powodu – może poczuć, że jest mniej ważne, mniej interesujące, nie warte tego, by odłożyć aktualnie wykonywaną czynność.

To czasami dla rodzica również trudna sytuacja, ponieważ choćby z racji powszechnej dostępności Internetu oraz urządzeń mobilnych, również wobec pracowników pojawiają się wymagania bycia ciągle dostępnym. Internet, który zdaje się nie mieć granic, również w jego użytkownikach te granice zaciera.

Dlatego też ojciec czy mama wpatrzeni w ekran telefonu mogą być zajęci pracą i mogą czuć, że muszą tę pracę wykonać. Jednak dla dziecka nie ma to większego znaczenia.

Badania pokazują, że zajęci ekranem rodzice mniej mówią do dzieci, mniej z nimi rozmawiają, co może zaburzać rozwój mowy.

Inne z kolei badania pokazały, że rodzice zajęci tabletem czy telefonem podczas rodzinnej wyprawy do restauracji, byli bardziej skorzy do gwałtownych reakcji w odpowiedzi na zachowanie dzieci. Rodzice ci reagowali ostrzej i mieli mniej cierpliwości do dzieci. Jak zauważają badacze, silne zaabsorobowanie rodziców ekranem przekładało się też na zniecierpliwienie dzieci i w konsekwencjipogarszało ich zachowanie [1].

Nawet starsze dzieci i młodzież czują, kiedy ich rodzice są pochłonięci ekranem. Czują, że ekran odgradza ich od rodziców. [2]To z kolei modeluje określone zachowanie i sposób funkcjonowania, zgodnie z którym komórka czy tablet ostatecznie bywa ważniejszy niż druga osoba.

Zobacz też: Uwaga! Cyberprzemoc!

Rzeczywistość i potrzeby

Nie wyeliminujemy telefonów komórkowych z naszej rzeczywistości. Chyba też nie ma też potrzeby. Wydaje się natomiast, że trzeba raczej korzystać z tych urządzeń z większą świadomością.

Przede wszystkim nie zawsze telefon musi znajdować się w dłoni, nie na każdego maila trzeba odpowiadać natychmiast. A jeśli telefon jest używany do rozrywki, warto określić ramy, w których po niego sięgamy. Można na przykład zrezygnować ze wszystkich ekranów na czas posiłku. Jest to czas, który w naturalny sposób sprzyja wymianie i rozmowom. Włączanie w tym czasie telefonu może tę dynamikę znacznie zaburzyć.

Wydaje się, że nieważne jest co zrobimy z telefonem czy tabletem, ale czy cokolwiekw ogóle zrobimy. Dopiero kiedy odłożymy sprzęt na półkę można zobaczyć, jak wiele czasu spędzamy patrząc na ekran.

Bardzo niedawno przeprowadzane badania pokazały, że rodzice małych dzieci aż 67 razy dziennie sprawdzali telefon, choć deklarowali, że robią znacznie rzadziej (i zapewne tak też sądzili)[3].

Dlatego też uzasadnionym działaniem wydaje się zaplanowanie sobie korzystania z telefonu. Można go sprawdzać co godzinę lub w określonych momentach dnia. I znowu – nie chodzi o religijne trzymanie się zasad, ale raczej o świadomość, jak wiele czasu może pochłaniać telefon i jaki to może mieć wpływ zwłaszcza na dzieci.

Technologia nie jest zła z zasady. Możliwość skorzystania z urządzenia mobilnego w wyjątkowo trudnym dniu, możliwość porozmawiania poprzez komunikator z ważnym dorosłym, który jest daleko w chwili, kiedy wyjątkowo trudno być rodzicem, może pomóc rodzicowi przywrócić dobre samopoczucie.

Dlatego cała rzecz w rozsądnym używaniu sprzętu elektronicznego i uznaniu, że rodzic skupiony na ekranie telefonu jest obserwowany przez dzieci. Uwaga, która poświęca urządzeniu jest uwagą, której nie daje swojemu dziecku. Dzieci bacznie obserwują swoich rodziców. A to, co widzą jest ważniejsze od tego, co słyszą podczas najdłuższych nawet pogadanek.

[1]https://pediatrics.aappublications.org/content/133/4/e843.full

[2]https://www.sciencedirect.com/science/article/pii/S074756321830311X

[3]https://www.nature.com/articles/s41390-019-0452-2

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Jak wzmocnić odporność dziecka? Oto 5 naturalnych produktów – czy znasz je wszystkie?

Jak wzmocnić odporność dziecka - poznaj produkty, które w naturalny sposób wspierają układ immunologiczny!

Dużym wsparciem dla rozwijającego się układu immunologicznego dziecka jest odpowiednia dieta, która wraz z aktywnością fizyczną stanowi podstawę codziennej troski o zdrowie. Chcąc zatem jak najlepiej wykorzystać tak ogromny potencjał, warto poznać produkty, które rzeczywiście zadziałają immunostymulująco – sprawdź, jak wzmocnić odporność dziecka!

1. Propolis (kit pszczeli)

Propolis może poszczycić się licznymi składnikami odznaczającymi się dużą aktywnością biologiczną. Jest źródłem witamin – A, C, E które są silnymi antyoksydantami. Dostarcza organizmowi także inne istotne przeciwutleniacze – flawonoidy. Posiada w swoim składzie mikroelementy, m.in. bardzo ważny dla odporności cynk oraz takie substancje prozdrowotne, jak chociażby kwas salicylowy.

Ciekawostka – pochodne wspomnianego tu hydroksykwasu (tj. kwasu salicylowego) stanowią ważny element aspiryny!

2. Imbir

Imbir świetnie sprawdza się m.in. w problemach związanych z układem trawiennym (zaparcia, niestrawność) – co ciekawe, ponieważ działa również przeciwwymiotnie, nieraz wchodzi w skład środków stosowanych w przypadku choroby lokomocyjnej.

Jeśli zaś skupimy się na wirusowych infekcjach dróg oddechowych (potocznie nazywanych przeziębieniem), imbir pomoże w łagodzeniu takich objawów, jak ból gardła, czy gorączka. Swój udział mają w tym m.in. olejki eteryczne i gingerole – działają przeciwzapalnie, przeciwwirusowo, aseptycznie, a także łagodzą ból.

Co ważne, ze względu na intensywny smak, imbiru nie powinno podawać się dzieciom zanim skończą rok. Następnie również należy zachować umiar i wprowadzać go do diety malucha stopniowo.

3. Zioła

Fitoterapia (ziołolecznictwo) to oddzielna gałąź medycyny, co wskazuje na poparte badaniami dowody dotyczące skuteczności oddziaływania tego typu roślin. W zakresie odporności warto stosować je zarówno w przypadku leczenia zaistniałej już infekcji, jak i w ramach prewencji. 

Jakie zioła pomagają wzmocnić układ immunologiczny dziecka?

  • Bez czarny
  • Jeżówka purpurowa
  • Rumianek
  • Tymianek
  • Szałwia i inne.

Pamiętaj jednak, że zioła – pomimo naturalnego pochodzenia i szerokiej dostępności – także mają swoje przeciwwskazania do stosowania. Przede wszystkim jest to ewentualna alergia. Jeżeli zatem dziecko miało lub ma problemy z różnego typu uczuleniami (zwłaszcza związanymi z produktami roślinnymi), należy stosować tego typu wsparcie z odpowiednią dozą uwagi – najlepiej pod okiem specjalisty.

Zobacz też: Olejek esencjonalny z rozmarynu poprawia pamięć

4. Czosnek

W aptekach i sklepach zielarskich dostępne są środki, np. w formie kapsułek lub syropów, które bazują właśnie na tym produkcie. Czosnek powinno się jednak spożywać przede wszystkim w świeżej formie, ponieważ wtedy jego aktywność jest największa. Jak przemycić go dziecku? Świetnie sprawdza się jako składnik sosu do sałatek – co ważne, nie musimy poddawać go wtedy obróbce termicznej (gotowanie, pieczenie, smażenie czosnku znacznie zmniejsza jego walory terapeutyczne).

Dlaczego warto podawać dziecku – jak i sobie – czosnek? Działa on bowiem przeciwbakteryjnie (wykazują na niego wrażliwość m.in. bakterie Salmonelli), przeciwgrzybiczo, przeciwzapalnie, przeciwnowotworowo, immunomodulująco, a także wspierająco dla układu sercowo-naczyniowego. 

5. Rokitnik

Jest to roślina, która stanowi znakomite źródło “królowej odporności” – witaminy C. Dane wskazują, iż w 100 g owoców znajduje się nawet 600 mg kwasu askorbinowego! Rokitnik dostarcza organizmowi również m.in. flawonoidy, aminokwasy, sole mineralne, nienasycone kwasy tłuszczowe oraz liczne mikroelementy. 

Wszystko to sprawia, że rokitnik jest niezwykle silnym środkiem wspomagającym odporność, jak i również ułatwiającym walkę z bieżącymi objawami przeziębienia i grypy. Co ważne w przypadku dzieci, podawany jest w wielu formach, w tym także pod postacią dżemów, syropów i soków – takimi witaminami nawet największy niejadek nie pogardzi!

Konsultacja merytoryczna – Aneta Łańcuchowska

Dyplomowany dietetyk kliniczny, blogerka kulinarna na anetalancuchowska.pl i kucharka telewizyjna.
Jako ekspert w zakresie żywienia oraz gotująca dietetyczka, zapraszana cyklicznie do wszystkich największych telewizji śniadaniowych w Polsce.

Jak wzmocnić odporność dziecka – źródła:

Dymarska, E., Grochowalska, A., Krauss, H., Chęcińska-Maciejewska, A., Naturalne modyfikatory odpowiedzi immunologicznej, Problemy Higieny i Epidemiologii 2016, 97(4): 297-307 [dostęp: 02.05.2019] LINK

Krzysik, M., Biernat, J., Grajeta, H., Wpływ wybranych składników odżywczych pożywienia na funkcjonowanie układu odpornościowego Cz. II. Immunomodulacyjne działanie witamin i pierwiastków śladowych na organizm człowieka, Advances in Clinical and Experimental Medicine, 2007, vol. 16, nr 1, s. 123–133 [dostęp: 02.05.2019] LINK

Kwiecień, M., Winiarska-Mieczan, A., Czosnek jako zioło kształtujące właściwości prozdrowotne, Problemy Higieny i Epidemiologii2011, 92(4): 810-812  [dostęp: 30.04.2019] LINK

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.