Przejdź do treści

Impreza z dzieckiem? „Jak się zrobi luźniej, to gdzieś ją znajdę. Bałem się tylko, że podeptaną”

Pojechaliśmy z N. do znajomych. Sobota, wieczór, za miasto, N. usnęła już w aucie. Tym lepiej, wyśpi się, to nie będzie marudzić. Okazało się tylko, że jak N. usypia w nowym foteliku, w którym już jeździ na siedząco, to opada jej głowa. A nie powinna. Można przywiązać tę głowę szalikiem, ale trzeba pomyśleć o podkładce pod ten fotelik, żeby był bardziej odchylony.

Godzina „zero”

Przybyliśmy jako pierwsi. Rodzicom z dziećmi mówi się, że impreza zaczyna się wcześniej niż innym gościom, bo rodzice z dzieckiem zawsze się się spóźnią. Przez przypadek przyjechaliśmy prawie punktualnie, oprócz gospodarzy i kota, dom był pusty. N. rozpoczyna zwiedzanie, my możemy odpocząć. Trochę strach o kominek, ale N. sama „powiedziała”, że gorący i że nie wolno dotykać (skąd, skąd taki maluch to wie? atawizm jakiś, czy co?).

Kiedy zjawili się goście, skończyło się odpoczywanie. Kilkadziesiąt osób, dwa razy więcej nóg. Stoją, chodzą, tańczą, a między nimi – biega N. Byłem przekonany, że ją stratują, próbowałem ratować. N. między nogami, ja się przepycham za nią. Nic z tego. Kiedy wymijam jedną osobę, N. się przeciska trzy pary nóg dalej. Trudno, jak się zrobi luźniej, to ją gdzieś znajdę. Bałem się tylko, że podeptaną i spłaszczoną.

Zrezygnowanie z pogoni było błędem. N. pierwsza dotarła do stolików z jedzeniem. Wszystkie sztućce trafiły do miski z sałatką, sosy z salaterek zostały zmieszane ze sobą. Zdążyłem akurat, żeby uratować dzbanek z sokiem. Postanowiliśmy zwiać na drugi koniec salonu, żeby nie było na nas (w biegu N. przypomniała, żeby omijać kominek, bo „gorący”).

Przycupnęliśmy w kącie pod schodami, znowu błąd. Wysokie stopnie, brak barierki, przepaść i śmierć, absolutnie nie dla dzieci, czyli idealne miejsce do zabawy. Od dwóch tygodni N. umie się wspinać po schodach, nie odpuści żadnym. Wchodziliśmy więc na górę – N. przodem, ja za nią i schodziliśmy na dół – ja człapię tyłem, a N. za mną. Kurs za kursem, do góry i na dół. Schody wąskie i kręte. Każda mijanka z innymi gości, to N. musi iść na ręce, no bo brak tej barierki. Sobota, wieczór, wspaniały sposób na spędzenie czasu.

Krew, pot i łzy

Robi się późno. Jestem wykończony gonitwami, schodami, ucieczkami, chcę wracać do domu. N. nie chce, ona wciąż się dobrze bawi. Nie ma mowy o założeniu kurtki, buciki są nie do przyjęcia, N. nie założy ich już nigdy w życiu. Swoją niechęć do ubierania ogłasza wszystkim w domu, bardzo głośno i z płaczem. Gdyby nie zmęczenie, to pewnie byłoby mi jej żal – nie jest!

Po drodze N. znów usypia w aucie. Opadającą głowę trzeba przywiązać szalikiem. Muszę pomyśleć o podkładce pod fotelik.

Tata z Dzieckiem

Tata z dzieckiem. Pracuje, no i opiekuje się N. Pół tygodnia w pracy, pół tygodnia w domu z dzieckiem. W weekendy jedno i drugie.

„Kończyłem bieg ze łzami w oczach!” – co dzieje się na trasie biegu ultra? Krystian Pietrzak wie to najlepiej! [PODCAST]

Krystian Pietrzak
Fot. archiwum prywatne Krystiana Pietrzaka

Zdaje się, że najbardziej mityczną odległością biegową jest maraton – zapewne wiesz, jak skończył posłaniec Filippides, który niósł Ateńczykom wieść o nadciągającej flocie perskiej? Zgadza się, padł nieżywy, chociaż ów mit głosi, że jego trasa miała „zaledwie” długość 42 km 195 m. Cóż, gdyby na jego miejscu był Krystian Pietrzak lub inni biegacze ultra… starożytna historia mogłaby potoczyć się zupełnie inaczej. Wracając jednak do teraźniejszości – posłuchaj II części PODCASTU ze sportowcem, który w trakcie jednych zawodów przebiega nawet… 350 km!

Jeśli na początku wykona się pewną pracę, później jest łatwiej. Później jest tylko łatwiej!

Krystian Pietrzak, biegacz ultra

Katarzyna Miłkowska: Odległości, jakie pokonujesz – chociażby 300 km w trakcie ostatnich zawodów w Portugalii (odbyły się w grudniu 2019 ) – przekraczają granice wyobraźni przeciętnego człowieka.

Krystian Pietrzak: Faktycznie, moje postrzeganie biegania jest inne, ale zależne jest to od perspektywy z jakiej patrzę – a znajduje się ona na dalszym już etapie. Nie zmienia to jednak faktu, że ja też stawiałem pierwsze kroki. Rozumiem więc, że dla wielu absolutnie niewyobrażalne wydaje się przebiegnięcie półmaratonu, maratonu, a następnie myśl o pokonaniu go w lepszym stylu – sam byłem w tym punkcie. Wszystko jednak zaczyna się w treningu, od tych małych kroków – „baby steps” – które codziennie wykonujesz.

Kiedyś opisałem to nawet w jednym z wywiadów, którego udzielałem w Niemczech, gdzie na co dzień mieszkam. Psycholożka sportu próbowała dociec, co pcha ludzi do takich wyczynów – bieg 300 km i spanie w jego trakcie przez zaledwie godzinę, dwie, czasem wcale… Zaznaczyłem wtedy, że to właśnie wspomniany trening stanowi bazę. To właśnie on jest symulacją zawodów – tylko co kluczowe, symulacją podawaną w małych porcjach, które są możliwe do przyjęcia.

Czyli mówisz o swego rodzaju „szczepionce”?

Dokładnie, ponieważ tak na dobrą sprawę, szczepionka jest aplikowaniem czegoś, co powoduje, że zachwiana zostaje nasza naturalna równowaga. Jednak to zachwianie podane w małych porcjach sprawia, że organizm adaptuje się do nowej sytuacji. Dlatego trzeba zdawać sobie sprawę, że o treningu mówimy wtedy, kiedy wychodzimy poza strefę komfortu. Kiedy doświadczamy owego „szczepionkowego” zachwiania.

Wysłuchaj podcastu z Krystianem Pietrzakiem! Dowiesz się z niego znacznie więcej:

  • o tym, co może wydarzyć się na trasie biegu ultra?
  • o emocjach pojawiających się na mecie – co czuje człowiek, który właśnie skończył 300-kilometrowy bieg?!
  • o granicach, których nawet tacy wyczynowcy jak on nie przekraczają!

 

 

Krystian Pietrzak

Fot. archiwum prywatne Krystiana Pietrzaka

Fot. archiwum prywatne Krystiana Pietrzaka

 

 

 

I część rozmowy:Biegi 300 km po górach? No problem! Krystian Pietrzak: „ Każdy jest w stanie zrobić coś podobnego” [PODCAST]

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Jak pomóc osobie z depresją? Na pewno nie tymi słowami!

Jak pomóc osobie z depresją
Jak pomóc osobie z depresją? Na pewno nie na siłę, a z dużą dawką empatii i uważności.

Depresja to choroba niepatrząca na wiek, płeć, status społeczny – może dotknąć każdego. I coraz częściej dotyka. Dane są alarmujące, a świat nie nadąża z łataniem dziur, jakie w związku z tą chorobą powstają. Co jednak ważne, powinniśmy „łatać” je wspólnie, bo zapewne każdy z nas (nawet jeśli o tym nie wie) ma w swoim otoczeniu osobę chorą. Jak zatem pomóc osobie z depresją i owo „łatanie” wziąć w swoje ręce?

Co istotne, za określeniem „łatanie” stoi wspieranie bliskiej nam osoby, empatyczne reagowanie na jej problemy, pomoc w sytuacjach kryzysowych i po prostu bycie – bez oceniania, krytykowania, unieważniania jej stanu, emocji czy doświadczeń. W żadnym wypadku nie jest to równoznaczne z braniem pełnej odpowiedzialności za chorego/chorą, bowiem warto, aby to „reguła maski tlenowej” wiodła tu prym. Jak w samolocie – najpierw rodzic zakłada ją sobie, dopiero później dziecku. Analogicznie jest tutaj – osoba chcąca nieść wsparcie powinna mieć pod kontrolą przede wszystkim swój stan. Pomoc własnym kosztem nie będzie skuteczna tak, jak by mogła być. Rodzi zwykle o wiele więcej frustracji i zwiększa ryzyko wypowiedzenia słów, które pomocne na pewno nie będą.

Jak pomóc osobie z depresją? Tych słów unikaj!

1. Wszystko jest kwestią nastawienia.

2. Inni mają gorzej i jakoś sobie radzą.

3. Leki nie są rozwiązaniem – to sama chemia.

4. Musisz się rozruszać – poćwicz, wyjdź gdzieś, pojedź na wakacje.

5. Dlaczego wcześniej nie mówiłeś/aś, że coś się dzieje?

6. Z Tobą to zawsze jakiś problem…

7. Zobacz, jak mama cierpi, kiedy widzi Cię w takim stanie – nie rób jej tego.

Powyższe zdania mają ze sobą wiele wspólnego. Po pierwsze, kilka z nich ewidentnie przerzuca „winę” za depresję na chorego. Jeśli się nad tym zastanowić, żadnego sensu w tym oczywiście nie ma – czy naprawdę ludzie sami z siebie chcą doprowadzać się do stanu często związanego z niechęcią życia, smutkiem i brakiem jakichkolwiek sił?

Po drugie, część z nich ma w sobie całkowitą niewiarę w powagę sytuacji. Bagatelizuje cierpienie chorego – wręcz zabiera mu do niego prawo, a absolutnie każdy je ma! Po trzecie, pokazywanie osobie z depresją, jak jest dla świata trudna i ile bólu sprawia swoim cierpieniem innym jest niezwykle zagrażające.

Po czwarte, nie stygmatyzujmy leków, które jak najbardziej owym rozwiązaniem mogą być! Jeśli bliska nam osoba dostała receptę, raczej starajmy się dbać o to, by regularnie przyjmowała zaleconą farmakoterapię, a nie zasiewajmy w niej dodatkowe wątpliwości – i tak ma ich zbyt wiele.

Po piąte, nie narzucajmy na siłę swoich rozwiązań. Każdy jest inny, ma inne granice, potrzeby, upodobania, temperament. Radzenie introwertykowi, aby poprawiał sobie humor wyjściem na imprezę, może nie być pomocne… Co przy tym ważne, szanujmy „nie” i nie obrażajmy się, jeśli spotkamy się z odmową czy wręcz wybuchem trudnych do zniesienia emocji. Wcale nie muszą być skierowane przeciwko nam. Zły nastrój, drażliwość, smutek czy płaczliwość mogą być elementem choroby – miejmy to na uwadze.

Zobacz też: Pierwsza wizyta u psychoterapeuty – 3 pytania, których możesz się spodziewać

Przyjmując pomocną dłoń

Powyższe słowa tworzą zaledwie kilka zdań. Zastanawiając się jednak głębiej nad tym, jak pomóc osobie z depresją, powinniśmy stworzyć książkę – dwie, trzy, pięć, a najlepiej oddzielną publikacją dla każdego indywidualnego przypadku. Jest to bowiem na tyle skomplikowane, że naprawdę każdy z nas w zderzeniu z depresją – swoją czy bliskiego – ma pełne prawo odczuwać zagubienie. Jeśli nas ono przerasta lub po prostu czujemy, że potrzebujemy dowiedzieć się o opisywanej tu chorobie więcej, nie bójmy się prosić o pomoc specjalistów. Psycholog, psychoterapeuta czy psychiatra niosą wsparcie także bliskim osób chorujących – bo pytanie: „jak pomóc osobie z depresją” nie powinno pozostać bez odpowiedzi!

Zobacz też: Dlaczego tak trudno zdecydować się na terapię?

Inspiracja: forumprzeciwdepresji.plhuffpost.com

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Koń terapeuta – czemu nie? Okiełznaj emocje i ściągnij cugle z Karoliną Czarnecką! WYWIAD

Konie towarzyszą człowiekowi od zawsze. Służą do pracy, transportu, rozrywki oraz… terapii. O terapeutycznej mocy koni, ich podmiotowości i wpływie na nasz rozwój rozmawiałam z Karoliną Czarnecką, psycholożką i facylitatorką programów rozwojowych z końmi.

Alina Windyga-Łapińska: Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z końmi?

Karolina Czarnecka: Wiele lat temu, gdy byłam kilkuletnią dziewczynką. Odwiedzając daleką rodzinę na wsi, zostałam posadzona na dużego pociągowego konia i tak już zostało, jak to się mówi „łyknęłam bakcyla”. Rodzice mówili, że mam „radar” na konie, gdyż wyczuwałam je z daleka i nie potrafiłam przejść obojętnie, musiałam chociaż popatrzeć, pogłaskać.

Stopniowo zdobywałam doświadczenie pod okiem trenerów w państwowych i prywatnych stadninach. Startowałam w zawodach i uczyłam młodych adeptów sztuki jeździeckiej.

Często, żeby jeździć konno, wstawałam bardzo wcześnie rano i jeszcze przed szkołą jechałam do stajni. Pomagałam tam wyrzucać gnój z boksów – co uważam za bardzo cenne, uczące doświadczenie. Zaufanie osób, z którymi współpracowałam, zaowocowało pracą polegającą na przygotowywaniu koni do pracy pod jeźdźcem.

Zobacz też: Jak blisko jest zbyt blisko. Czy rodzice i dzieci mogą się przyjaźnić?

Obecnie pracujesz również z tzw. trudnymi końmi. Na czym polega taka praca?

W żargonie jeździeckim „trudny koń” to koń stwarzający problemy, który np. kopie, gryzie, ucieka, atakuje, ponosi, zrzuca i myślę, że takich zachowań mogłabym wymieniać bardzo dużo, ale w głównej mierze możemy powiedzieć, że trudny koń to taki, który nie jest podporządkowany.

W pracy z końmi zauważyłam, że problem często nie jest w samym zwierzęciu, ale w doświadczeniach, jakie miało w kontakcie z człowiekiem. Pracę z końmi, które zostały zmuszone do stosowania wszystkich znanych im technik obronnych, można podzielić na części, fundamenty.

Pierwszym z nich jest czas – dużo czasu, po to, by zbudować relację opartą na wzajemnym szacunku i zaufaniu. Kolejnym fundamentem są umiejętności, znajomość środowiska, potrzeb, sposobu komunikacji koni. Aby być dobrym przewodnikiem koni, trzeba umieć dostosować siebie i swoje założenia treningowe do aktualnego stanu konia. Wchodząc w relację z koniem, poznając go, potrafimy określić, w jakiej jest formie, czego potrzebuje. Dla mnie jest to pierwsza czynność po przyjściu do stajni – sprawdzam jak koń się miewa, co chce mi powiedzieć.

Trzecim fundamentem jest znajomość siebie samego, swoich potrzeb, emocji, stanu, w jakim aktualnie jesteśmy. Konie od pierwszych chwil, gdy do nich wchodzimy, wiedzą co jest w nas autentyczne i na to reagują. Jeśli sami jesteśmy nerwowi, koń też staje się nerwowy. Często obserwowałam i w dalszym ciągu obserwuję jeźdźców, którym nie idzie trening i mówią, że to wina konia, bo jest trudny, krnąbrny. Wtedy zadaję im pytanie:  „A jak jest z Tobą?”

Dobre pytanie! Dlaczego jeszcze warto przebywać z końmi?

Konie są roślinożercami, zwierzętami stadnymi, posiadają niezwykle rozwiniętą chęć współpracy, wrażliwość oraz umiejętność komunikacji niewerbalnej. Podczas gdy ludzie mogą mówić, wyjaśniać i racjonalizować myśli, konie żyją w całkowicie społecznej strukturze, opartej na działaniu. Konie reagują i odzwierciedlają emocje osób, z którymi wchodzą w relacje; stają się ich lustrem. Dzieje się tak dlatego, że konie są znacznie bardziej świadome mowy ciała, niż ludzie, łatwiej rozpoznają i reagują na poziomy gniewu, niepokoju, lęku lub smutku, które są niedostrzegalne dla ludzi.

Z racji bycia w stadzie, konie mają jasną strukturę i hierarchię. Szukają poczucia bezpieczeństwa. W celu przetrwania wytworzyły precyzyjny podział ról, co umożliwia im szybkie podejmowanie decyzji w chwili zagrożenia.

Współpraca z końmi oparta na dobrowolności. Wymaga od nas jednoznacznej komunikacji, szczerości, zaufania oraz zorientowania na cel. Bezpośrednie obcowanie z końmi wyzwala własną inicjatywę i kreatywność, a także uczy opanowania. Tego typu doświadczenie umożliwia wzmocnienie swojej pozycji i uwolnienie ukrytych kompetencji.

Jak już wspominałam, często widziałam i nadal obserwuję jak osoby trenujące, przyjeżdżając na trening, przynoszą ze sobą emocje z całego dnia. W takich sytuacjach założenia treningowe nie są spełniane – koń stawał się nerwowy, płochliwy, nie chciał współpracować, pokazywał całym sobą to, co dzieje się z jeźdźcem w środku, z jego emocjami. Konie nie kwestionują motywów, reagują na podejmowane działania. Są obecne tu i teraz, nie w sytuacji, która wydarzyła się kiedyś czy przewidujemy, że się wydarzy.
Konie nie oceniają tego, kim jesteśmy, ani jak wyglądamy; są obecne w realnej sytuacji, realnej relacji na chwilę obecną, i reagują na nasze sygnały. Dzięki temu mamy informację zwrotną w czasie rzeczywistym.

Konie są szczere, nie znają naszego kodu zachowań, odpowiadają na to, co widzą, słyszą i odczuwają w danej chwili, tu i teraz. Przede wszystkim, dają nam szansę na zmianę…

W jaki sposób koń „mówi” do nas? Jak prowadzić efektowny dialog z koniem?

Konie w naturalnym środowisku, między osobnikami w stadzie porozumiewają się bezgłośnie. Komunikacja niewerbalna jest im to potrzebne do przetrwania, gdyż w razie niebezpieczeństwa stawiają na ucieczkę. W związku z tym w głównej mierze posługują się językiem ciała. My, jako drapieżnicy, każdym swoim ruchem oddziałujemy na konia, ale też tym, co mamy w środku, co przynosimy i wnosimy z dnia codziennego.

Mam poczucie, że my jako ludzie, często zapominamy o tym, że konie czują, mogą mieć, tak jak my, gorszy lub lepszy dzień, a my swoimi potrzebami czy ambicjami „zabijamy” ich osobowość, zamykamy się na dialog z nimi. Efektywna komunikacja z końmi to w pierwszej kolejności praca nad samym sobą, swoją samoświadomością.

Zobacz też: „Warto być drogowskazem, nie dyktatorem” – wywiad z ekspertką na temat Pozytywnej Dyscypliny w wychowaniu dzieci

Jak koń może pomóc nam pomóc w pracy nad sobą?

Myślę, że już po części odpowiedziałam na to pytanie. Już samo przebywanie z końmi daje nam wiele – wycisza, uspokaja, każdy z nas czerpie coś innego.

Pracując z klientami opieram się o HORSE ASISTED EDUCATION, w skrócie HAE, co tłumaczy się dosłownie: NAUKA W ASYŚCIE KONI. Jest to innowacyjna metoda rozwoju osobistego w bardzo szerokim zakresie, od samoświadomości po przywództwo, dążenie do celu, zmianę. W tej niezwykłej metodzie nauczycielami są konie. Metoda ta tworzy jedyną w swoim rodzaju przestrzeń, do przyjrzenia się sobie od środka.

Podczas warsztatów pracujemy na rzeczywistej relacji człowieka z koniem, co umożliwia przyglądanie się sobie w realnej sytuacji. Obszary, którymi zajmujemy się pracując na warsztatach HAE, to: emocje, relacje, postawy, przywództwo, potrzeby, granice, wewnętrzna siła.

Czy my też mamy wpływ na konia? Czy dzięki nam koń również się rozwija?

Jak najbardziej, wszystko opiera się na autentyczności, samoświadomości, ale też przywództwie, czyli na tym, czy jako prawdziwy lider będę w stanie przedłożyć dobro członków stada, w tym wypadku konia, z którym wejdę w relację, nad swoje potrzeby.

Konie nieustannie szukają poczucia bezpieczeństwa i zadają nam pytanie: Czy będziesz w stanie poświęcić się i mi służyć? Rozumiem, że może to brzmieć dziwnie, natomiast chodzi tu o to, czy sobą, swoimi emocjami, postawą, tym co komunikujemy, dajemy koniom poczucie bezpieczeństwa, czy zapewniamy podstawowe potrzeby.

Niejednokrotnie pracując z końmi, obserwuję ich zmiany. Pamiętam jednego wałacha, który był właśnie koniem trudnym, pracowałam z nim ponad rok. Z konia, który nie dawał się złapać, atakował, straszył, stał się koniem, który chętnie przebywa z człowiekiem, podąża za nim sam z nieprzymuszonej woli.

Konie, jak my ludzie, mają swoje osobowości. Ważne żeby je akceptować, oczywiście z uważnością na szacunek nie tylko do konia; mamy też prawo wymagać szacunku od konia. Niedopuszczalne jest używanie przemocy. Czas, uważność, znajomość komunikatów, jakie wysyła nam koń, znajomość siebie, potrafi działać cuda.

Co jeszcze warto wiedzieć na temat terapeutycznej mocy konia?

Myślę, że w pierwszej kolejności warto powiedzieć o tym, że aby czerpać terapeutyczną moc od koni, musimy się zastanowić, czy jesteśmy gotowi na to, żeby otworzyć się na uczenie od koni – zwierząt, które przez wieki stały dużo niżej od nas w hierarchii. Od tego wszystko się zaczyna… Dla mnie magia koni i ich terapeutyczna moc są nie do opisania, ich trzeba doświadczyć na różnych płaszczyznach.

Zobacz też: Coach czy psychoterapeuta – kto lepiej pomoże Ci się zmienić?

Słyszeliśmy, że ostatnio zaadoptowałaś półrocznego konia, który miał trafić do rzeźni. Opowiesz, jak to było?

Oczywiście. W głowie kiełkował mi pomysł, aby powoli zacząć rozglądać się za kolejnym koniem do teamu koni trenerów HorseSpirit. Oglądałam kilka koni z ogłoszeń z polecenia, na różnym etapie ich życia i rozwoju, ale coś nie zagrało. Postanowiłam jeszcze trochę poczekać, dać sobie czas. Po kilku tygodniach odebrałam telefon od bliskiej mi osoby, z zapytaniem, czy nie znam kogoś, kto by chciał młodego konia. Zaczęłam dopytywać, co to za koń, co się dzieje i czemu tak szybko poszukiwany jest nowy właściciel. Okazało się, że jest to młodziutki ogierek, który ma trafić do rzeźni. W moich poszukiwaniach nie brałam pod uwagę tak młodego konia i do tego tak dużego – Polski Koń Zimnokrwisty. Konie tej rasy wykorzystywane są do prac polowych, zrywki drewna, ale też są hodowane na mięso. Cena sprzedaży u handlarza to ok. 12 zł za kilogram. I tak też miało się stać z tym maluchem.

Kilka dni intensywnie myślałam, rozmawiałam z bliskimi i zapadła decyzja, że go wykupuję. Pojechałam zobaczyć konia. Przyznam, że z jednej strony głowa sprowadzała mnie na ziemię, mówiąc: Spokojnie, nie widziałaś konia, najpierw sprawdź, czy jest zdrowy itd., ale serce było już przy nim. Z tymi wieloma myślami w trakcie drogi dotarłam na miejsce i zobaczyłam uwiązanego na łańcuchu źrebaka, który był bardzo niepewny i patrzył, kim jestem i czego od niego chcę.

Po tygodniu udało mi się zorganizować transport. Chciałam, żeby pierwszą swoją podróż miał komfortową i bezpieczną. Zależało mi na konkretnej osobie, która miała go przewieźć i tak też się stało. Konik był zafascynowany tym, jaki świat jest różnorodny. Dotychczasowe życie spędził przywiązanym w jednym boksie dzielonym z mamą. Po około 15 minutach udało się bez większych trudności załadować konia do przyczepy i ruszyliśmy w drogę. Po godzinie dotarliśmy na miejsce.

Raban, bo tak się nazywa, bardzo się zmienił – rośnie, zmężniał, waży już około 500 kg. Ma kolegów, z którymi chodzi na padoku, bawi się. Jak przystało na dziecko poznaje wszystko poprzez częste branie do pyszczka różnych rzeczy,  jest ciekawski i odważny. Raban jest w końskim przedszkolu, ma czas na rozwijanie się, naukę relacji, spanie w dzień, jedzenie.

Mogę powiedzieć, że dołączył do naszego teamu młody koń, który będzie w przyszłości koniem trenerem – jeśli oczywiście będzie miał na to ochotę.

Ekspert

Karolina Czarnecka

Certyfikowany facylitator programów rozwojowych z końmi (certyfikat EAHAE), Dyplomowany psycholog, certyfikowany specjalista przeciwdziałania przemocy w rodzinie, certyfikowany specjalista pomocy ofiarom przemocy, specjalista pracy ze sprawcą przemocy według modelu Partner Plus oraz Rodzina, szkoleniowiec, właścicielka firmy Syntonia. Na co dzień związana z Ogólnopolskim Pogotowiem dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia” Instytutu Psychologii Zdrowia i Ośrodkiem dla osób pokrzywdzonych przestępstwem, gdzie prowadzi konsultacje indywidualne, zajęcia grupowe, warsztatowe oraz szkolenia.

horsespirit.pl

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat pracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, po urlopie macierzyńskim postanowiła nie wracać i zajęła się pisaniem.

Mama dwójki – czy to już czas?

mama dwójki
Mama dwójki - czy już "powinnam" nią być?

Zanim zostałam mamą, głośno mówiłam o tym, że chciałabym szybko urodzić drugie dziecko. Najlepiej odczekać rok i zajść w kolejną ciążę. Tak przecież wszyscy radzą, bo dzieci będą się razem bawiły, a jak się już wyjdzie raz z pieluch, to później ciężko zdecydować się na kolejne dziecko. Trzeba iść za ciosem! Brzmi to jak rozsądny plan.

Mijały miesiące, ja nadal w głowie miałam ten „idealny” plan i mocne postanowienie, że za chwilę postaramy się o kolejne dziecko. Na pewno dam sobie radę, wiele rodzin w końcu daje. Dodatkowo lata lecą i nie robię się młodsza, muszę o tym pamiętać. Sytuacja finansowa jest stabilna, mieszkanie wystarczająco duże. W zasadzie nie ma żadnych przeszkód. Co więcej, mojej córce przyda się rodzeństwo.

To jak będzie?

Postanowiłam się jednak na chwilę zatrzymać i raz jeszcze wszystko przeanalizować. Dopuściłam do głosu swoje uczucia i zadałam sobie kilka pytań. Czy ja chcę „dawać radę”? Czy mój partner chce „dawać radę”? Przecież chyba nie z takim poczuciem, że „jakoś to będzie” powinniśmy zapraszać do naszego życia kolejnego członka rodziny.

Dokonała się wtedy w mojej głowie mała batalia, w której po jednej stronie stały przekonania ludzi z zewnątrz, a po drugiej moje uczucia. Początki rodzicielstwa nie są łatwe, bezwarunkowo jest to jeden z piękniejszych momentów w życiu, ale bywa ciężko. Kolki, skoki rozwojowe, ząbkowanie i nieprzespane noce – nie to było dla mnie najtrudniejsze. Najtrudniejsze było – i nadal jest – poczucie odpowiedzialności emocjonalnej za moje dziecko. Musiałam zmierzyć się z tym, że to MY budujemy podstawy, z którymi ONA wkroczy w życie.

Poznajmy się lepiej!

Czuję, że te podstawy budujemy głównie poprzez nasze podejście do dziecka, samych siebie oraz otwartość, z jaką podchodzimy do świata. Ta świadomość zachęciła mnie do odkrywania schematów, jakimi ja sama się posługuję oraz sprawdzania skąd się one wzięły. Czasami to tylko obserwacje, a czasami silna potrzeba zmiany. Nie chodzi tu o bycie ideałem, bo tacy ludzie nie istnieją. Nie ma również rodziców, którzy nie popełniają błędów. Może chodzi tylko o to, aby dać sobie przyzwolenie na te błędy, zauważać je i badać. Otworzyć się na siebie i swoje dziecko.

Niewątpliwie trwa właśnie przepiękna i najbardziej intensywna pod kątem rozwoju przygoda w moim życiu. Właśnie to – emocjonalność – jest dla mnie w macierzyństwie najtrudniejsze i pochłania najwięcej energii. Dlatego dziś czuję, że to jeszcze nie czas. Nie mam w sobie jeszcze przestrzeni, żeby ponownie zostać mamą. Może za miesiąc, może za rok… Dzisiaj jestem dumna, że pozwoliłam to sobie poczuć – Ty też nie bój się weryfikować swoich planów i uczuć.

Zobacz też: „Dobra rada? Nie, dziękuję!” – okiem młodej mamy

Paulina Skwarzyńska

Zawodowo zajmuje się marketingiem afiliacyjnym. Prywatnie mama 1,5 rocznej Michaliny, fanka rodzicielstwa bliskości, miłośniczka koni.