Przejdź do treści

Jacy są wegetarianie? Okazuje się, że ich ciało i osobowość są…

Wpływ diety na zdrowie to temat wszechobecny i poruszany od dawna. Ciekawsze wydaje się inne zagadnienie: jak jedzenie – a ściślej rzecz biorąc, wegetarianizm – wpływa na osobowość? Oto co mówią badania!

Im mniej produktów pochodzenia zwierzęcego spożywa dana osoba, tym niższy jest jej wskaźnik BMI (masy ciała) i tym niższe prawdopodobieństwo, że to ekstrawertyk/tyczka. Takie wnioski płyną z zakrojonych na dużą skalę badań przeprowadzonych przez naukowców z Instytutu Maxa Plancka. Interesował ich zwłaszcza wpływ diety na osobowość. W sumie przeanalizowali dane 9000 osób, uwzględniając takie informacje jak ich wiek, płeć czy wykształcenie.

Pobudzacze apetytu

Im mniej ktoś spożywa mięsa, tym mniej waży – to pierwsza teza, jaką udowodnili naukowcy. „Produkty ciężkostrawne, bogate w tłuszcz i cukry, sprzyjają tyciu. Pobudzają apetyt, a jednocześnie sprawiają, że uczucie sytości pojawia się z opóźnieniem. Wegetarianie nie mają do czynienia z tym zjawiskiem” – wyjaśnia Evelyn Medawar, autorka artykułu opublikowanego w piśmie „Nutrients” (pol. „Składniki odżywcze”).

Warzywa i owoce zawierają błonnik, regulujący pracę jelit i pozytywnie wpływający na mikrobiom. To kolejny powód, dla którego zapewniają uczucie sytości szybciej niż produkty pochodzenia zwierzęcego.

Wege introwertycy

Okazało się także, że dieta jest powiązana z osobowością. Według naukowców z Instytutu Maxa Plancka, ludzie spożywający głównie rośliny są bardziej introwertyczni od innych. „Trudno jednoznacznie powiedzieć, dlaczego tak się dzieje. Być może introwertycy mają skłonność do bardziej restrykcyjnych nawyków żywieniowych albo są wykluczani ze względu na nie” – zastanawia się Veronica Witte, przewodnicząca zespołu badawczego, której słowa cytuje portal News Medical.

Zobacz też: Czy moja relacja z ćwiczeniami jest toksyczna?

Jedzenie a nastrój

Naukowcy starali się też ustalić, czy dieta jest powiązana z nastrojami depresyjnymi, tak jak wcześniej przypuszczano. Badacze z Instytutu Maxa Plancka nawiązali współpracę ze szpitalem w Lipsku. Rozdawali pacjentom kwestionariusze z pytaniami odnoszącymi się do tego, jak często w ciągu minionego roku spożywali mięso. Niestety ankiety nie pozwoliły jednoznacznie stwierdzić, czy rodzaj pokarmu wpływa na nastrój, m.in. dlatego, że introwertycy generalnie częściej popadają w melancholię, podobnie jak osoby z niskim BMI.

Niewykluczone, że już wkrótce będzie wiadomo na ten temat coś więcej. Wpływ warzyw i owoców na ciało został już zatem gruntownie przebadany, ale jeśli chodzi o psychikę – nadal wielu rzeczy nie możemy być pewni.

Na podstawie: News MedicalNutrients

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.

Targi Trends 4 Kids po raz czwarty w Gliwicach!

trends4kids gliwice
fot. materiały prasowe

Arena Gliwice

ul. Akademicka 50

13 września 2020

Godz. 10:00-17:00

Zapraszamy przyszłych rodziców, rodziców z dziećmi w wieku od 0-9 lat oraz wszystkich tych, którzy cenią produkty hand made, nowoczesny design, wysoką jakość, oryginalne oraz pomysłowe propozycje od polskich twórców.

Nasi Goście będą poruszać się i korzystać z czterech specjalnie wyznaczonych stref:

STREFA ZAKUPÓW – w tej strefie będzie można znaleźć odzież, buciki, zabawki, dekoracje do pokoików dziecięcych, książeczki oraz produkty dla kobiet w ciąży i mam karmiących. Wystawcy specjalnie na dzień targów przygotowują atrakcyjne rabaty.

Realizując zakupy na stoiskach w kwocie łącznej 250 zł, będzie można odebrać prezent w punkcie organizatora (liczba przewidzianych prezentów jest ograniczona).

STREFA ŚWIADOMEGO RODZICA – dla rodziców i przyszłych rodziców przygotowaliśmy bogaty program prelekcji i warsztatów, w jakich będzie można brać udział przez cały dzień. To niecodzienna okazja do skorzystania bezpłatnie z porad i konsultacji u ekspertów wielu dziedzin związanych z wychowaniem dziecka oraz prawidłowym dbaniem o jego zdrowie.

STREFA ZABAWY – w tej przestrzeni dzieci będą mogły bezpłatnie skorzystać z licznych zajęć kreatywnych i rozwijających warsztatów. Nuda tego dnia jest u nas zabroniona! Najmłodsi Goście brać udział w zajęciach sensoplastycznych oraz uczyć się przez zabawę języka angielskiego. Sam Pan Profesor Ambroży Kleks będzie częstował wszystkich niczym innym jak swoimi: PIEGAMI a doktor Pai-Chi-Wo wykona efektowne eksperymenty z wykorzystaniem ciekłego azotu i zimnego lodu.

STREFA EKO WYBORU – jest dla nas szalenie ważne, by najmłodsze pokolenie wyrastało w świadomości ekologicznej, bo dzisiejsze wybory wpłyną na to, w jakim świecie przyjdzie żyć naszym dzieciom, gdy dorosną. Na warsztatach recyklingowych będziemy edukować i pokazywać w jaki sposób małymi krokami zmieniać codzienne nawyki, by zadbać o lepsze jutro dla nas i naszej planety.

Rodziców i wystawców także będziemy zarażać ideą less waste i pokazywać jak można stać się eco friendly. Warto sprawdzić na naszej stronie w jaki sposób można pomóc włączając się akcje i aktywności, jakie przygotowaliśmy na dzień naszego wydarzenia.

Więcej na stronie www wydarzenia <KLIK> i na Facebooku <KLIK>.

Zobacz też: 7 EKO-sposobów, jak oszczędzać wodę!

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.

„Owłosiona” reklama – koniec zafałszowanego obrazu kobiecego ciała!

owłosiona kobieta - reklama Billie
Fot Screen z reklamy golarek Billie

Ze świecą szukać reklamy golarki dla kobiet, w której widać owłosione ciało. Na ekranach telewizorów mamy do czynienia z goleniem idealnie gładkiej i nakremowanej skóry. A przecież rzeczywistość wygląda zupełnie inaczej. Producent maszynek do golenia „Billie” postanowił powiedzieć „nie” sztuczności i zafałszowanemu obrazowi kobiecego ciała. Powstała nietuzinkowa reklama!

Owłosione ciało tematem tabu

Choć brzmi nieco absurdalnie, to wszystkie aktorki w spotach reklamowych golą perfekcyjnie gładkie ciało, w szczególności nogi i pachy. Wiadomo, że owłosienie nie wygląda zachęcająco, a u niektórych wręcz może wzbudzić niesmak. Dlatego też producenci maszynek do golenia postanowili zafałszować rzeczywistość. Jednak przecież owłosione ciało nie powinno być tematem tabu, o czym od niedawna przekonuje nas pewien nieco kontrowersyjny, ale jakże prawdziwy spot reklamowy.

Nietuzinkowa reklama

W reklamie promującej maszynki „Billie” możemy podziwiać kobiety, które nie dość, że mają owłosione ciało, to jeszcze posiadają inne niedoskonałości. Jednak cellulit, wystający brzuszek, czy tak zwane motylki na rękach, nie odbierają im piękna, wdzięku ani seksualności. Owłosione ręce, pachy, czy okolice bikini są zupełnie naturalną rzeczą, dlaczego więc reklama ta budzi tak wielkie zdziwienie?

Ta niecodzienna i nietuzinkowa reklama pokazuje prawdziwe oblicze kobiet, o odmiennych figurach i różnym kolorze skóry. Każda z nas może odnaleźć siebie w przygotowanym spocie reklamowych – właśnie to jest cudowne i wyjątkowe! Mamy szansę odczarować prezentowany w reklamach obraz kobiecego piękna, który – nie ukrywajmy – bardzo często znacząco odbiega od rzeczywistości. Może właśnie ta szczerość i odwaga sprawi, że producent, a co za tym idzie produkt, skradnie serca milionom kobiet?

 

 

 

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Billie (@billie)

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Billie (@billie)

Zobacz też: Owłosione kobiece ciało – kontrowersja, czy natura? Te zdjęcia łamią tabu!

Stewardessa, pilot i kot – wywiad z Dominiką i Filipem Kocurami

Stewardessa, pilot i kot - wywiad z Dominiką i Filipem Kocurami
Fot. archiwum prywatne - Dominika i Filip Kocur

Stewardessa i pilot, para z Warszawy. Mimo tego, że dużo wyjeżdżają (w końcu na tym polega ich praca) zdecydowali się zaadoptować kota z fundacji. Szarowłosa Zosia trafiła do nich kilka miesięcy temu. Z miejsca podbiła serca opiekunów – nie tylko Dominiki i Filipa, ale również sąsiadów i znajomych, którzy zajmują się nią podczas nieobecności opiekunów.

Alina Windyga-Łapińska: Ciekawi mnie Wasza historia – jak się poznaliście?

Dominika Kocur: Oboje pochodzimy z Gliwic. Poznaliśmy się w szkole średniej, chodziliśmy do jednej klasy. Parą zostaliśmy w klasie maturalnej – idąc razem na studniówkę. W szkole działaliśmy wspólnie w samorządzie, organizowaliśmy różnego rodzaju wydarzenia kulturalne, przedstawienia, koncerty charytatywne. Od początku mieliśmy wiele wspólnych pasji.

Czy dzieliliście również pasję do lotnictwa?

Filip Kocur: Nie. Lotnictwo od zawsze było moim głównym zainteresowaniem i celem, do którego chciałem dążyć. Dominika płakała, gdy mówiłem, że chcę zostać pilotem.

Dominika: To prawda. Filip marzył o zostaniu pilotem wojskowym. Rozpaczałam z tego powodu, ale on nie zważał na to i konsekwentnie dążył do celu. Już w wieku 16 lat latał szybowcem i robił licencję na samoloty. Mnie bardziej zajmowała muzyka, granie, śpiewanie. Nigdy nie leciałam samolotem i nie interesowało mnie to.

Potem już, będąc parą, poszliśmy na różne studia. Filip do Dęblina do szkoły lotniczej („szczęśliwie” nie dostał się na studia wojskowe, tylko cywilne), a ja na rusycystykę do Krakowa. 3,5 roku żyliśmy w związku na odległość.

Filip: Ubolewałem nad tym, że nie dostałem się do wojska, ale w końcu stwierdziłem, że studia cywilne też są ok. Po trzecim semestrze wybrałem specjalizację pilotaż. Bardzo trudno jest się na nią dostać, ponieważ z bardzo dużej liczby chętnych studentów uczelnia rekrutuje tylko 20 osób – przyszłych pilotów.

Jak to się stało, że oboje zaczęliście „pracę w przestworzach”?

Dominika: Nigdy wcześniej nie interesowało mnie latanie ani świat lotniczy. Jednak będąc ze studentem pilotażu, odwiedzając go regularnie w Dęblinie, poznawałam jego środowisko. Filip jest z natury małomówny, ze mnie za to niezła gaduła. Samoloty to jedyny temat, na który on lubił rozmawiać, byłam więc poniekąd zmuszona zacząć zgłębiać lotnicze tematy i nie ukrywam – wtedy narodziła się u mnie prawdziwa ciekawość przestworzy i latających maszyn.

Gdy ktoś pytał się mnie, co chcę robić po studiach – mówiłam, że zostanę tłumaczem albo asystentką w zagranicznej firmie. A jak nie, pójdę na stewardessę! Mówiłam to jako żart.

Moja praca w lotnictwie to szczęśliwy przypadek, który wszystko zmienił. Na czwartym roku studiów Filip wysłał do mnie ogłoszenie, że linia lotnicza z Warszawy poszukuje stewardess z językiem rosyjskim.

Filip: Wysłałem, bo byłem ciekawy, co to za firma. Chciałem, żeby Dominika poszła na rekrutację, spróbowała swoich sił i jednocześnie sprawdziła, z czym wiąże się mój świat i wizja na przyszłość.

Dominika: Dzień przed rozmową mówiłam, że chyba jednak nie pojadę, bo musiałam wstać o 4 rano na pociąg z Krakowa do Warszawy, ale zrobiłam to i… dostałam tę pracę! Moja firma obsługuje klientów VIP, oferuje loty dyspozycyjne samolotami klasy biznes.

A Ty, Filipie, kiedy rozpocząłeś pracę jako pilot?

Filip: Zaraz po studiach. Firma, dla której pracuje, współpracuje z uczelniami wyższymi i prowadzi rekrutację bezpośrednio w szkole. Wybrali kilka osób i ja byłem w tej szczęśliwej grupie.

Niestety, moja pierwsza baza była w Rumunii, w mieście Timisoara, co oznaczało rozstanie z rodziną. To był ciężki czas. Na szczęście po pół roku udało mi się przenieść do Anglii, a następnie do Warszawy, gdzie mieszkała Dominika.

Jak wygląda Wasz dzień pracy?

Filip: Ja, jako pierwszy oficer, przed lotem przygotowuję dokumentacje, następnie omawiam ją z kapitanem. Podejmujemy decyzje na podstawie informacji operacyjnych i pogodowych – ile potrzebujemy paliwa i jak podzielimy swoje role w danym dniu. Następnie mamy wspólny briefing pilotów i załogi pokładowej. Omawiamy trasę lotu, pogodę, możliwe turbulencje i ewentualne sytuacje niestandardowe bądź niebezpieczne. Przepisy bezpieczeństwa kładą nacisk na kooperacje w miłej atmosferze, oczywiście z zachowaniem hierarchii służbowej. Po briefingu idziemy do samolotu.

W lotnictwie low costowym, w którym pracuje, zawsze startujemy i wracamy do bazy macierzystej, latamy w tę i z powrotem. Jeżeli mamy lot poranny to wracamy do domu ok. 14:00, jeżeli wieczorny to ok. 22-23.

Moja firma ma jedną z najmłodszych flot na świecie. Filozofią lotnictwa niskokosztowego jest oszczędność na wszystkim poza bezpieczeństwem i flotą. To bardzo ważne, ponieważ nasi pasażerowie mogą być pewni, że swoją podróż do miejsca docelowego odbędą stosunkowo nowym samolotem oraz z zachowaniem najwyższych możliwych standardów bezpieczeństwa

Dominika: Moja praca diametralnie różni się od modelu przedstawionego przez Filipa. Obecnie jestem na dyżurze pod telefonem – taki dyżur trwa 14 dni. W przypadku wezwania mam dwie godziny na pojawienie się na lotnisku. Cały czas mam, a przynajmniej powinnam mieć, spakowaną walizkę.

Wykonujemy loty dyspozycyjne dla klientów prywatnym odrzutowcem. Firma ma kilka samolotów do wynajęcia. Klient płaci za godzinę lotu, nie za liczbę pasażerów, sam decyduje gdzie i o której godzinie chce polecieć.

Jak nie ma lotu powrotnego, nie wracam do bazy. Latamy wszędzie, głównie do Rosji, Stanów Zjednoczonych oraz do destynacji typowo wakacyjnych – na południe Europy, Malediwy, Seszele czy Karaiby. Muszę mieć ważny paszport i książeczkę szczepień. W przerwach firma zapewnia hotel 4-5 gwiazdkowy. W pracy używam głównie języka rosyjskiego, częściej niż angielskiego. Mogę więc praktykować wiedzę zdobytą podczas studiów, co jest dla mnie bardzo wartościowym atutem tej pracy.

Nasza firma czasami chwali się sławnymi pasażerami, czasami to oni sami wrzucają fotki na Instagrama z naszym samolotem. Latają z nami najważniejsi politycy, muzycy, celebryci.

Zobacz też: Miejsce wypełnione miłością. Wywiad z Magdaleną Różczką

Co lubicie w Waszej pracy, a czego nie?

Filip: Lubię, że nie chodzę do pracy za karę. Coś, co jest moją pasją, pozwala mi zarabiać na życie. Podoba mi się, że każdy dzień przynosi coś nowego. Przed lotem odczuwam stres – ale taki pozytywny. Do latania trzeba podchodzić z pokorą i respektem. Należy wierzyć w umiejętności swoje i kolegów, ale jednocześnie mieć też w głowie myśl, że jesteśmy tylko ludźmi popełniającymi błędy, które poprzez współpracę można zawsze naprawić.

Dominika: Mnie praca nie stresuje. Podczas pobytów za granicą mogę uporać się ze zwykłymi domowymi frustracjami, mam czas tylko dla siebie. Kiedy jestem w Warszawie uwielbiam zajmować się domem, gotować, dogadzać mężowi. Będąc na wylocie, mieszkając w hotelach, jedząc w restauracjach, mam wszystko podane, nie muszę gotować, ani sprzątać. To miła odskocznia od codziennych obowiązków.

Nienawidzę wstawać wcześnie rano i w nocy na loty. Najgorszy jest moment wyjścia z domu. Zostawienie męża w ciepłym łóżku i wyjście ze świadomością, że nie będzie mnie tydzień albo dwa, nigdy nie jest to łatwe. Czasami nie wiadomo, gdzie będziemy lądować, czy w mroźnej Moskwie, czy gorącej Nicei. Muszę mieć przygotowaną garderobę na każde warunki atmosferyczne.

Jak podczas wyjazdów radzicie sobie z rozłąką i samotnością? A może nie odczuwacie tego w negatywny sposób?

Filip: Nie do końca podoba mi się praca Dominiki. Dlaczego? Nie lubię, gdy Dominiki nie ma w domu. Jestem domatorem, ale nie samotnikiem. Słabo radzę sobie z jej nieobecnością, wolałbym, aby w naszym życiu nie było takich długich okresów nieobecności.

Dominika: Gdybym poszła do pracy biurowej, to wcale nie miałbym więcej czasu…

Na studiach to ja gorzej radziłam sobie z rozłąką. Obecnie czas spędzony za granicą maksymalnie wykorzystuje – zwiedzam sama albo wraz z załogą. Zawsze mam plan, nigdy się nie nudzę.

Różnimy się. Ja jestem pełna energii, cały czas coś planuje, staram się wykorzystać czas maksymalnie. Filip ma potrzebę bycia w domu, nie szuka tylu wrażeń. Jednak nadal lubimy razem podróżować i aktywnie spędzać czas – zimą na nartach, latem na kajcie.

Kotka Zosia

Kotka Zosia Fot. archiwum prywatne

Dlaczego zdecydowaliście się na adopcję kota z fundacji?

Filip: Ze mną koty były od zawsze, o czym świadczy moje nazwisko – Kocur. Od dziecka w moim domu były zwierzęta. Gdy wyjechałem na studia do Dęblina, wziąłem ze sobą mojego kota. Podróżowałem z nim tam i z powrotem – co weekend do Gliwic (do rodziców) lub do Krakowa (do Dominiki). Potem mieliśmy wspólnie z Dominiką dwa koty rasy brytyjskiej, niestety, już odeszły z powodu choroby. To była Handra (przez samo H) i Armani.

Po studiach, gdy wyprowadziliśmy się na stałe z domu rodzinnego, nie wyobrażałem sobie, aby nie było wokół nas szczęścia w postaci kociaka. Zaczęliśmy się zastanawiać i postanowiliśmy, że tym razem nie weźmiemy kota rasowego z hodowli, tylko takiego, którego szczęście opuściło.

Jak trafiła do Was Zosia?

Dominika: Zosię wzięliśmy z fundacji „Koty z Grochowa”. Koleżanka z pracy powiedziała mi o tej fundacji. Zaczęłam obserwować jej profil na Facebooku i dowiedziałam się, jak wygląda procedura adopcji. Pewnego dnia, przeglądając Facebooka, trafiłam na post ze zdjęciem Zosi – szary kot umaszczony jak nasze Brytyjczyki. Wysłałam zdjęcie Filipowi. Nie, żebym namawiała go na wzięcie kota, chciałam jedynie zobaczyć jego reakcje – a ona przerosła moje oczekiwania! Powiedział, żebym od razu (on akurat był na wyjeździe) pojechała ją zobaczyć. „Nie ma opcji, musimy mieć Zosię” – mówił. Tak więc pojechałam na pierwsze spotkanie sama.

Zosia była maleńka, miała 6-7 miesięcy. Została znaleziona na ulicy przy ośrodku dla bezdomnych mężczyzn. Była zima, a ona nie miała futerka zimowego. Miała hipnotyzujące oczy, w których od razu się zakochałam.

Zastanawialiśmy się, czy nie wziąć dwóch kotów, ale nie zdecydowaliśmy się na to ze względu na małe mieszkanie. Myślę, że dobrze zrobiliśmy, bo fundacja ostrzegała nas, że Zosia może mieć problem z aklimatyzacją, podczas mieszkania w azylu miała problem z posikiwaniem. Jednak jak przywieźliśmy ją do domu, od razu wiedziała jak trafić do kuwety. W azylu była wycofana, bała się innych kotów. U nas w domu rozkwitła.

Dlaczego, mimo swojego trybu życia, zdecydowaliście się na adopcję kota? Wiele osób mówi, że chciałoby mieć zwierzę w domu, ale nie ma dla niego czasu.

Dominika: Wiedzieliśmy, że kot będzie dużym ograniczeniem. Koty nie lubią nowych miejsc, są zwierzętami terytorialnymi. Początkowo nie mogłam uwierzyć kociej behawiorystce, że kotu samemu w domu będzie lepiej, niż ze mną na wyjeździe. Dla kota podróż to stres i może nawet się od tego rozchorować. Wierzyliśmy, że z odrobiną pomocy będziemy mogli zapewnić kotu właściwą opiekę na miejscu.

Zaangażowaliście wiele osób w opiekę nad Zosią, między innymi sąsiadów. Czy było to trudne zadanie?

Dominika: Pierwszy raz pomogła koleżanka z pracy, potem druga koleżanka z pracy. Jednak one też latają i ciężko je uchwycić. Trzeba było zaczerpnąć pomocy z zewnątrz. Narodził się więc pomysł, aby uwierzyć w ludzi i zaangażować społeczność sąsiedzką. „Na pewno nie jesteśmy jedyną parą z kotem w okolicy” – pomyśleliśmy: „Może ktoś nas zrozumie i pomoże!”

Nawiązaliśmy kontakt z trzema parami z osiedla i to oni pomagają nam podczas nieobecności. Niestety, póki co, nie mamy okazji się odwdzięczyć, ale okazuje się, że to wcale nie jest problem. Ludzie odwiedzają nas bezinteresownie.

Zosia daje nam wiele szczęścia. Rozmiękcza nasze serca – ma wdzięczność w oczach. To nic, że przybyło nam obowiązków – wizyty u weterynarza, zakup karmy. Uczy nas to organizacji dnia. Zosia nas scala, łączy, a obowiązki nad nią sprawiły, że staliśmy się sobie jeszcze bliżsi.

Filip: Kot to duża odpowiedzialność, nie na rok, ani dwa, ale na bardzo długi czas.

Dziękuję za rozmowę.

PS. Rozmowa ta odbyła się kilka miesięcy temu. W międzyczasie Państwo Kocurowie zostali rodzicami. Niedawno, razem z kotką Zosią, przeprowadzili się w rodzinne strony na Śląsk.

Zobacz też: Pies – najlepszy przyjaciel rodziny? Wywiad z trenerką psów

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat przepracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, podczas urlopu macierzyńskiego rozpoczęła przygodę z dziennikarstwem i social mediami.

MAMA WIE – spotkania online dla przyszłych i obecnych rodziców

webinar mama wie
fot. materiały prasowe

Już 13 września zapraszamy na ostatnie w tej edycji spotkania MAMA WIE online.

Każdy przyszły rodzic potrzebuje fachowej wiedzy, a w obecnej rzeczywistości najlepiej poznawać tajniki opieki i pielęgnacji maluszków z domowego zacisza.  Bezpiecznie i wygodnie możecie teraz zdobywać cenną wiedzę bez wychodzenia z domu. Gościem specjalnym, który towarzyszy spotkaniom od początku, będzie znany fizjoterapeuta Paweł Zawitkowski – specjalizujący się w terapii neurorozwojowej, oddechowej i terapii jedzenia. Od lat doradza rodzicom jak przez dotyk, ruch oraz zwariowane pomysły wspierać prawidłowy rozwój ich dzieci.

Szczegółowy program poniżej:

  • PODSTAWY PIERWSZEJ POMOCY
  • ROZWÓJ PRZEZ ZABAWĘ. EMOCJONALNE I ŚRODOWISKOWE UWARUNKOWANIA ROZWOJU. PROSTE ZASADY OCENY I WSPOMAGANIA ROZWOJU DZIECKA – gość specjalny Paweł Zawitkowski – fizjoterapeuta
  • BEZPIECZEŃSTWO PRZEWOŻENIA DZIECI W AUCIE
  • TRIPP TRAPP® – KRZESŁO, KTÓRE ROŚNIE Z DZIECKIEM

Dodatkowo konkurs z super nagrodami od partnerów akcji.

Linki do rejestracji:

godz. 10-13 <KLIK>

godz. 15-18 <KLIK>

Więcej informacji na www.mama-wie.pl oraz na www.facebook.com/mamawiewarsztaty

VIDEO ZAPROSZENIE NA WEBINAR <KLIK>

Zobacz też: Idealny przepis na pierwszą podróż z niemowlakiem

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.