Przejdź do treści

Jedz, módl się, kochaj i ciesz się wolnością

Jedz, kochaj, módl się i ciesz się wolnością

Autorka bestsellerowej książki „Jedz, módl się, kochaj” swoją twórczością i życiem udowadnia, że do życia najbardziej potrzebujemy wolności. Właśnie ukazała się kolejna książka Elizabeth Gilbert „Miasto dziewcząt”, której bohaterką jest kobieta, potrafiąca odrzucić strach przed wstydem i stać się osobą, którą jest naprawdę. Pisarka znowu stworzyła historię, która dla wielu kobiet może być drogowskazem.

„Nigdy nie kochałam tych ludzi, których miałam obowiązek kochać” – mówi bohaterka jej najnowszej książki. Jak przyznaje Gilbert, to zdanie z jej życia. „Czasami w życiu mamy plan, coś wygląda na dobry pomysł, więc się na to decydujemy. Ale miłość, prawdziwa miłość nie ma nic wspólnego z wyborem, nic wspólnego z planowaniem. Spada na nas jak nagła zmiana pogody. I zaskakuje nas tym, kogo tak naprawdę kochamy”. Kiedy na Instagramie pokazała zdjęcia z ceremonii ślubnej ze swoją partnerką, wielbicielki jej literatury wstrzymały oddech. Zakochana w kobiecie, rozwiodła się z mężem, aby opiekować się Rayyą (chorą na raka trzustki i wątroby) – miłością swojego życia – i być z nią do końca jej dni. Niczego nie żałuje, bo gdyby próbowała być dobrą żoną i starała się być lojalna w małżeństwie, to – jak pisze – spełniłaby się koszmarna wizja nadchodzącej depresji i potwornej samotności. Dzięki wolności, która w jej życiu ma więcej wartości niż poczucie bezpieczeństwa, jest szczęśliwa. I dlatego miliony kobiet (i mężczyzn) traktują jej książki jak wskazówki do życia lepszego życia.

Zobacz też: Jak żyć czyli 8 lekcji supermodelki

Jedz, módl się, kochaj

10 milionów sprzedanych egzemplarzy na całym świecie. Wbrew pozorom to nie jest książka o jedzeniu pizzy we Włoszech, medytowaniu w Indiach czy zakochiwaniu się na Bali, nie o rozwodzie, duchowości i podróżowaniu. To książka o tym, co się dzieje, kiedy pozwolimy sobie na zmianę. Gilbert mówi, że pisze o zmartwychwstaniu i przeobrażaniu, a książka „A wszystko dzięki Jedz, módl się, kochaj” jest zbiorem esejów ludzi, którzy uwierzyli, że zmiana jest możliwa i przychodzi moment w życiu, w którym mogą sobie powiedzieć „moje życie nie musi już tak wyglądać”. Nawet jak w przypadku bohaterki książki, Liz – można mieć wszystko i czuć się najbardziej nieszczęśliwą osobą na świecie.

Wielka magia 

Jak tworzyć? Jak odkryć w sobie kreatywność lub nasycić swoje życie pasją? Na te pytania szuka odpowiedzi Elizabeth Gilbert w książce, która jest odpowiedzią na wykład autorki na platformie TED, który oglądało 15 mln ludzi. „Twoje własne powody, by tworzyć, są wystarczające. Robiąc to, co kochasz, możesz nieświadomie pomóc nam wszystkim. Rób zatem wszystko, co sprawia, że chce ci się żyć. Kieruj się swoimi fascynacjami, obsesjami czy przymusami. Zaufaj im. Twórz rzeczy, które wywołują poruszenie w twoim sercu”. Reszta potoczy się sama”. Ta książka to podręcznik dla tych, którzy noszą w sobie marzenie, aby tworzyć – co tu kryć, to rady od autorki bestsellerów, tym bardziej cenne.

Zobacz też: Dziennik naszego szczęścia

Miasto dziewcząt

Najnowsza książka Gilbert to wspaniała opowieść o wolności. Osadzona w realiach nowego Jorku krótko przed wybuchem II wojny światowej i w jej trakcie, opowiada historię Vivian, wyrzuconej z prestiżowej uczelni, która trafia do podupadającego teatru rewiowego swojej ciotki. Dzięki „edukacji” tancerek i aktorek staje się wyzwoloną kobietą, a dzięki chwilowemu „upadkowi”, dowie się czego pragnie i jak to osiągnąć. „Zaczęłam myśleć, że małżeństwo to ostatecznie wcale nie jest żadna wielka sprawa dla kobiety. Kiedy tak się przyglądała wszystkim znajomym kobietom, które były mężatkami od pięciu albo dziesięciu lat, to nie zauważyłam ani jednej, której bym miała czego zazdrościć. Romantyczne uczucia z czasem bladły i życie tych kobiet przeobrażało się w nieustającą służbę. (…) Ich mężowie też nie sprawiali wrażenia ekstatycznie szczęśliwych, że żyją w takim układzie, muszę powiedzieć. Nie zamieniłabym się z żadną z nich”.

To książka nie tylko o wolności i znanym już temacie odnajdywania siebie – ale przede wszystkim o niesamowitej miłości dwojga ludzi, których, jak się wydaje na początku – więcej dzieli niż łączy. Kto na kilka godzin chce przenieść się do Nowego Jorku lat trzydziestych, poczuje się jak w kapsule czasu – realia, klimat tamtych lat, a przede wszystkim pełnokrwiste, świetnie nakreślone postaci – sprawiają, że czyta się ją jednym tchem. Wspaniała książka o sile kobiet!

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Koń terapeuta – czemu nie? Okiełznaj emocje i ściągnij cugle z Karoliną Czarnecką! WYWIAD

Konie towarzyszą człowiekowi od zawsze. Służą do pracy, transportu, rozrywki oraz… terapii. O terapeutycznej mocy koni, ich podmiotowości i wpływie na nasz rozwój rozmawiałam z Karoliną Czarnecką, psycholożką i facylitatorką programów rozwojowych z końmi.

Alina Windyga-Łapińska: Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z końmi?

Karolina Czarnecka: Wiele lat temu, gdy byłam kilkuletnią dziewczynką. Odwiedzając daleką rodzinę na wsi, zostałam posadzona na dużego pociągowego konia i tak już zostało, jak to się mówi „łyknęłam bakcyla”. Rodzice mówili, że mam „radar” na konie, gdyż wyczuwałam je z daleka i nie potrafiłam przejść obojętnie, musiałam chociaż popatrzeć, pogłaskać.

Stopniowo zdobywałam doświadczenie pod okiem trenerów w państwowych i prywatnych stadninach. Startowałam w zawodach i uczyłam młodych adeptów sztuki jeździeckiej.

Często, żeby jeździć konno, wstawałam bardzo wcześnie rano i jeszcze przed szkołą jechałam do stajni. Pomagałam tam wyrzucać gnój z boksów – co uważam za bardzo cenne, uczące doświadczenie. Zaufanie osób, z którymi współpracowałam, zaowocowało pracą polegającą na przygotowywaniu koni do pracy pod jeźdźcem.

Zobacz też: Jak blisko jest zbyt blisko. Czy rodzice i dzieci mogą się przyjaźnić?

Obecnie pracujesz również z tzw. trudnymi końmi. Na czym polega taka praca?

W żargonie jeździeckim „trudny koń” to koń stwarzający problemy, który np. kopie, gryzie, ucieka, atakuje, ponosi, zrzuca i myślę, że takich zachowań mogłabym wymieniać bardzo dużo, ale w głównej mierze możemy powiedzieć, że trudny koń to taki, który nie jest podporządkowany.

W pracy z końmi zauważyłam, że problem często nie jest w samym zwierzęciu, ale w doświadczeniach, jakie miało w kontakcie z człowiekiem. Pracę z końmi, które zostały zmuszone do stosowania wszystkich znanych im technik obronnych, można podzielić na części, fundamenty.

Pierwszym z nich jest czas – dużo czasu, po to, by zbudować relację opartą na wzajemnym szacunku i zaufaniu. Kolejnym fundamentem są umiejętności, znajomość środowiska, potrzeb, sposobu komunikacji koni. Aby być dobrym przewodnikiem koni, trzeba umieć dostosować siebie i swoje założenia treningowe do aktualnego stanu konia. Wchodząc w relację z koniem, poznając go, potrafimy określić, w jakiej jest formie, czego potrzebuje. Dla mnie jest to pierwsza czynność po przyjściu do stajni – sprawdzam jak koń się miewa, co chce mi powiedzieć.

Trzecim fundamentem jest znajomość siebie samego, swoich potrzeb, emocji, stanu, w jakim aktualnie jesteśmy. Konie od pierwszych chwil, gdy do nich wchodzimy, wiedzą co jest w nas autentyczne i na to reagują. Jeśli sami jesteśmy nerwowi, koń też staje się nerwowy. Często obserwowałam i w dalszym ciągu obserwuję jeźdźców, którym nie idzie trening i mówią, że to wina konia, bo jest trudny, krnąbrny. Wtedy zadaję im pytanie:  „A jak jest z Tobą?”

Dobre pytanie! Dlaczego jeszcze warto przebywać z końmi?

Konie są roślinożercami, zwierzętami stadnymi, posiadają niezwykle rozwiniętą chęć współpracy, wrażliwość oraz umiejętność komunikacji niewerbalnej. Podczas gdy ludzie mogą mówić, wyjaśniać i racjonalizować myśli, konie żyją w całkowicie społecznej strukturze, opartej na działaniu. Konie reagują i odzwierciedlają emocje osób, z którymi wchodzą w relacje; stają się ich lustrem. Dzieje się tak dlatego, że konie są znacznie bardziej świadome mowy ciała, niż ludzie, łatwiej rozpoznają i reagują na poziomy gniewu, niepokoju, lęku lub smutku, które są niedostrzegalne dla ludzi.

Z racji bycia w stadzie, konie mają jasną strukturę i hierarchię. Szukają poczucia bezpieczeństwa. W celu przetrwania wytworzyły precyzyjny podział ról, co umożliwia im szybkie podejmowanie decyzji w chwili zagrożenia.

Współpraca z końmi oparta na dobrowolności. Wymaga od nas jednoznacznej komunikacji, szczerości, zaufania oraz zorientowania na cel. Bezpośrednie obcowanie z końmi wyzwala własną inicjatywę i kreatywność, a także uczy opanowania. Tego typu doświadczenie umożliwia wzmocnienie swojej pozycji i uwolnienie ukrytych kompetencji.

Jak już wspominałam, często widziałam i nadal obserwuję jak osoby trenujące, przyjeżdżając na trening, przynoszą ze sobą emocje z całego dnia. W takich sytuacjach założenia treningowe nie są spełniane – koń stawał się nerwowy, płochliwy, nie chciał współpracować, pokazywał całym sobą to, co dzieje się z jeźdźcem w środku, z jego emocjami. Konie nie kwestionują motywów, reagują na podejmowane działania. Są obecne tu i teraz, nie w sytuacji, która wydarzyła się kiedyś czy przewidujemy, że się wydarzy.
Konie nie oceniają tego, kim jesteśmy, ani jak wyglądamy; są obecne w realnej sytuacji, realnej relacji na chwilę obecną, i reagują na nasze sygnały. Dzięki temu mamy informację zwrotną w czasie rzeczywistym.

Konie są szczere, nie znają naszego kodu zachowań, odpowiadają na to, co widzą, słyszą i odczuwają w danej chwili, tu i teraz. Przede wszystkim, dają nam szansę na zmianę…

W jaki sposób koń „mówi” do nas? Jak prowadzić efektowny dialog z koniem?

Konie w naturalnym środowisku, między osobnikami w stadzie porozumiewają się bezgłośnie. Komunikacja niewerbalna jest im to potrzebne do przetrwania, gdyż w razie niebezpieczeństwa stawiają na ucieczkę. W związku z tym w głównej mierze posługują się językiem ciała. My, jako drapieżnicy, każdym swoim ruchem oddziałujemy na konia, ale też tym, co mamy w środku, co przynosimy i wnosimy z dnia codziennego.

Mam poczucie, że my jako ludzie, często zapominamy o tym, że konie czują, mogą mieć, tak jak my, gorszy lub lepszy dzień, a my swoimi potrzebami czy ambicjami „zabijamy” ich osobowość, zamykamy się na dialog z nimi. Efektywna komunikacja z końmi to w pierwszej kolejności praca nad samym sobą, swoją samoświadomością.

Zobacz też: „Warto być drogowskazem, nie dyktatorem” – wywiad z ekspertką na temat Pozytywnej Dyscypliny w wychowaniu dzieci

Jak koń może pomóc nam pomóc w pracy nad sobą?

Myślę, że już po części odpowiedziałam na to pytanie. Już samo przebywanie z końmi daje nam wiele – wycisza, uspokaja, każdy z nas czerpie coś innego.

Pracując z klientami opieram się o HORSE ASISTED EDUCATION, w skrócie HAE, co tłumaczy się dosłownie: NAUKA W ASYŚCIE KONI. Jest to innowacyjna metoda rozwoju osobistego w bardzo szerokim zakresie, od samoświadomości po przywództwo, dążenie do celu, zmianę. W tej niezwykłej metodzie nauczycielami są konie. Metoda ta tworzy jedyną w swoim rodzaju przestrzeń, do przyjrzenia się sobie od środka.

Podczas warsztatów pracujemy na rzeczywistej relacji człowieka z koniem, co umożliwia przyglądanie się sobie w realnej sytuacji. Obszary, którymi zajmujemy się pracując na warsztatach HAE, to: emocje, relacje, postawy, przywództwo, potrzeby, granice, wewnętrzna siła.

Czy my też mamy wpływ na konia? Czy dzięki nam koń również się rozwija?

Jak najbardziej, wszystko opiera się na autentyczności, samoświadomości, ale też przywództwie, czyli na tym, czy jako prawdziwy lider będę w stanie przedłożyć dobro członków stada, w tym wypadku konia, z którym wejdę w relację, nad swoje potrzeby.

Konie nieustannie szukają poczucia bezpieczeństwa i zadają nam pytanie: Czy będziesz w stanie poświęcić się i mi służyć? Rozumiem, że może to brzmieć dziwnie, natomiast chodzi tu o to, czy sobą, swoimi emocjami, postawą, tym co komunikujemy, dajemy koniom poczucie bezpieczeństwa, czy zapewniamy podstawowe potrzeby.

Niejednokrotnie pracując z końmi, obserwuję ich zmiany. Pamiętam jednego wałacha, który był właśnie koniem trudnym, pracowałam z nim ponad rok. Z konia, który nie dawał się złapać, atakował, straszył, stał się koniem, który chętnie przebywa z człowiekiem, podąża za nim sam z nieprzymuszonej woli.

Konie, jak my ludzie, mają swoje osobowości. Ważne żeby je akceptować, oczywiście z uważnością na szacunek nie tylko do konia; mamy też prawo wymagać szacunku od konia. Niedopuszczalne jest używanie przemocy. Czas, uważność, znajomość komunikatów, jakie wysyła nam koń, znajomość siebie, potrafi działać cuda.

Co jeszcze warto wiedzieć na temat terapeutycznej mocy konia?

Myślę, że w pierwszej kolejności warto powiedzieć o tym, że aby czerpać terapeutyczną moc od koni, musimy się zastanowić, czy jesteśmy gotowi na to, żeby otworzyć się na uczenie od koni – zwierząt, które przez wieki stały dużo niżej od nas w hierarchii. Od tego wszystko się zaczyna… Dla mnie magia koni i ich terapeutyczna moc są nie do opisania, ich trzeba doświadczyć na różnych płaszczyznach.

Zobacz też: Coach czy psychoterapeuta – kto lepiej pomoże Ci się zmienić?

Słyszeliśmy, że ostatnio zaadoptowałaś półrocznego konia, który miał trafić do rzeźni. Opowiesz, jak to było?

Oczywiście. W głowie kiełkował mi pomysł, aby powoli zacząć rozglądać się za kolejnym koniem do teamu koni trenerów HorseSpirit. Oglądałam kilka koni z ogłoszeń z polecenia, na różnym etapie ich życia i rozwoju, ale coś nie zagrało. Postanowiłam jeszcze trochę poczekać, dać sobie czas. Po kilku tygodniach odebrałam telefon od bliskiej mi osoby, z zapytaniem, czy nie znam kogoś, kto by chciał młodego konia. Zaczęłam dopytywać, co to za koń, co się dzieje i czemu tak szybko poszukiwany jest nowy właściciel. Okazało się, że jest to młodziutki ogierek, który ma trafić do rzeźni. W moich poszukiwaniach nie brałam pod uwagę tak młodego konia i do tego tak dużego – Polski Koń Zimnokrwisty. Konie tej rasy wykorzystywane są do prac polowych, zrywki drewna, ale też są hodowane na mięso. Cena sprzedaży u handlarza to ok. 12 zł za kilogram. I tak też miało się stać z tym maluchem.

Kilka dni intensywnie myślałam, rozmawiałam z bliskimi i zapadła decyzja, że go wykupuję. Pojechałam zobaczyć konia. Przyznam, że z jednej strony głowa sprowadzała mnie na ziemię, mówiąc: Spokojnie, nie widziałaś konia, najpierw sprawdź, czy jest zdrowy itd., ale serce było już przy nim. Z tymi wieloma myślami w trakcie drogi dotarłam na miejsce i zobaczyłam uwiązanego na łańcuchu źrebaka, który był bardzo niepewny i patrzył, kim jestem i czego od niego chcę.

Po tygodniu udało mi się zorganizować transport. Chciałam, żeby pierwszą swoją podróż miał komfortową i bezpieczną. Zależało mi na konkretnej osobie, która miała go przewieźć i tak też się stało. Konik był zafascynowany tym, jaki świat jest różnorodny. Dotychczasowe życie spędził przywiązanym w jednym boksie dzielonym z mamą. Po około 15 minutach udało się bez większych trudności załadować konia do przyczepy i ruszyliśmy w drogę. Po godzinie dotarliśmy na miejsce.

Raban, bo tak się nazywa, bardzo się zmienił – rośnie, zmężniał, waży już około 500 kg. Ma kolegów, z którymi chodzi na padoku, bawi się. Jak przystało na dziecko poznaje wszystko poprzez częste branie do pyszczka różnych rzeczy,  jest ciekawski i odważny. Raban jest w końskim przedszkolu, ma czas na rozwijanie się, naukę relacji, spanie w dzień, jedzenie.

Mogę powiedzieć, że dołączył do naszego teamu młody koń, który będzie w przyszłości koniem trenerem – jeśli oczywiście będzie miał na to ochotę.

Ekspert

Karolina Czarnecka

Certyfikowany facylitator programów rozwojowych z końmi (certyfikat EAHAE), Dyplomowany psycholog, certyfikowany specjalista przeciwdziałania przemocy w rodzinie, certyfikowany specjalista pomocy ofiarom przemocy, specjalista pracy ze sprawcą przemocy według modelu Partner Plus oraz Rodzina, szkoleniowiec, właścicielka firmy Syntonia. Na co dzień związana z Ogólnopolskim Pogotowiem dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia” Instytutu Psychologii Zdrowia i Ośrodkiem dla osób pokrzywdzonych przestępstwem, gdzie prowadzi konsultacje indywidualne, zajęcia grupowe, warsztatowe oraz szkolenia.

horsespirit.pl

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat pracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, po urlopie macierzyńskim postanowiła nie wracać i zajęła się pisaniem.

Mamy TARG – targi w Łodzi, nie tylko dla mam

Mamy TARG

Targi rodzinne MAMY TARG to wydarzenie skierowane do kobiet w ciąży oraz przyszłych i obecnych rodziców, którzy cenią sobie najwyższą jakość, oryginalny design i dbałość o szczegóły. Jeżeli szukasz wyjątkowych produktów zaprojektowanych z wyobraźnią i myślą o dziecięcej wygodzie, to dobrze trafiłaś/trafiłeś!

Kolejna edycja targów rodzinnych  MAMY TARG już 29 marca 2020!

Ponad 100 wyselekcjonowanych wystawców zaprezentuje produkty zaprojektowane z wyobraźnią i myślą o wygodzie najmłodszych i ich rodziców. Będą to m.in.: niebanalne ubranka, piękne pościele i inne tekstylia, chusty i nosidła, wózki i foteliki samochodowe, kreatywne zabawki, książki, mebelki, artykuły wyposażenia wnętrz oraz odzież dla kobiet w ciąży i przydatne akcesoria dla mam.

Wszystko w jednym czasie, w wielofunkcyjnej przestrzeni łódzkiej hali EXPO.

Zobacz też: Helicopter parenting – dobre intencje, które prowadzą do kiepskich rezultatów

MAMY TARG to miejsce, w którym nie tylko zrobicie zakupy, ale także aktywnie spędzicie czas z rodziną. Na rodziców czeka wiele inspiracji i ciekawe warsztaty, a na najmłodszych liczne niespodzianki. Będą mogli smakować, poznawać, odkrywać i doświadczać wszystkimi swoimi zmysłami. Organizatorzy liczą na to, że spędzicie z nimi cały dzień. Obiecują strefę jedzenia uwzględniającą najbardziej wymagające gusta.

Ponadto czekają na Was:

➡ ciekawe prelekcje i warsztaty dla rodziców
➡ strefa animacji dla dzieci
➡ konkursy z nagrodami
➡ strefa z pysznym jedzeniem i kawą
➡ strefa dla karmiących mam

MAMY TARG vol. 9

HALA EXPO
POLITECHNIKI 4, ŁÓDŹ
29/03/2020, godz. 11 – 18
WSTĘP: 7 zł (1 os.), 10 zł (2 os.)
DZIECI do 12 roku życia GRATIS

Bilety do nabycia ONLINE ( https://evenea.pl/event/355580-93/) lub na miejscu w dniu wydarzenia.

Filmik z poprzedniej edycji targów pokazuje, jakim zainteresowaniem cieszyły się targi:

Zobacz też: „Dobra rada? Nie, dziękuję!” – okiem młodej mamy

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat pracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, po urlopie macierzyńskim postanowiła nie wracać i zajęła się pisaniem.

Situationship, czyli tak trochę miłość

W situationship również zdarzają się spory. – 123rf.com

Kiedyś sprawa była prosta: albo się kogoś kochało, albo nie. Dziś miłość ma tak wiele odcieni, tyle rodzajów, że często nie do końca wiadomo, czy jest miłością. Tym „stanom pośrednim” nadawane są różne anglojęzyczne nazwy, a niedawno pojawiła się nowa – situationship. Co to takiego?

Situationship to układ bez zobowiązań, w którym liczy się nie tylko seks. Para może ze sobą mieszkać, wyjeżdżać na wakacje, spędzać dużo czasu, a jednocześnie zaprzeczać, jakoby chodziło o coś więcej niż znajomość czy przyjaźń. Oboje partnerzy są bowiem psychicznie gotowi na to, że w każdej chwili mogą się po prostu rozejść. Bez długotrwałych kłótni oraz procesów sądowych, przygnębiającej, wielomiesięcznej depresji.

Zobacz też: Jak blisko jest zbyt blisko. Czy rodzice i dzieci mogą się przyjaźnić?

Zasady

Osoby żyjące w relacji typu situationship często podkreślają, że nie snują wspólnych planów na przyszłość. Łączy je w gruncie rzeczy tylko chwila obecna, potrzeba ucieczki przed samotnością, pragnienie sypiania u czyjegoś boku, ale brak temu wszystkiemu oparcia w uczuciach. Z drugiej strony, partnerzy nierzadko pozostają sobie wierni. Układ typu situationship rządzi się zatem bardzo jasno i precyzyjnie określonymi regułami, choć na dobrą sprawę każda para definiuje je we własnym zakresie. Co jednak najważniejsze, kobieta i mężczyzna otwarcie deklarują, iż nie łączy ich żadna zażyła więź. Nie czują potrzeby, aby przestawiać partnera\partnerkę rodzicom lub znajomym. Jeśli jednak razem mieszkają, często są do tego poniekąd zmuszeni. Takie życie bywa nazywane pseudozwiązkiem.

Domena millenialsów

Tak kruche relacje najczęściej utrzymują przedstawiciele młodego pokolenia, co bywa niepokojące. Duża część nurtów psychologicznych głosi, że w ludzkiej naturze leży potrzeba stabilizacji, osiągnięcia czegoś pewnego, trwałego, zakotwiczenia się. Bardzo często zdarza się, że jedno z dwojga pragnie przekształcić ten pseudozwiązek w prawdziwy. Tymczasem druga osoba się na to nie zgadza, bo np. ma złe doświadczenia z przeszłości. Wówczas, pomimo niezobowiązującego charakteru relacji typu situationship, staje się ona toksyczna. Dochodzi do coraz liczniejszych sporów, napięć. Zdaniem ekspertów w kulminacyjnym momencie najlepiej po prostu się rozstać. Dzięki temu i ona, i on, zyskają szansę nawiązania nowych relacji, lepiej odpowiadających indywidualnym potrzebom. Nie warto więc tracić czasu na coś, co zmierza ku gorszemu. Być ze sobą, ale tylko trochę. Pragnąć tej drugiej osoby, jednak nie zawsze i nie na zawsze.

Zobacz też: Coach czy psychoterapeuta – kto lepiej pomoże Ci się zmienić?

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.

Czym jest miłość?

Czym jest miłość?
Czym jest miłość?

Potrafi zmienić nasze życie w ułamku sekundy – uczynić nas najszczęśliwszymi i zarazem najbardziej nieszczęśliwymi ludźmi na świecie. Spełniona i niespełniona. Przytrafia się każdemu. Miłość.  Marzymy o niej, idealizujemy, cierpimy, szalejemy, robimy głupstwa, marnujemy życie. Czy kiedykolwiek ją zrozumiemy?

Naukowcy od lat próbują odgadnąć, czym jest miłość, co kieruje nami, kiedy się zakochujemy, jakie są rodzaje miłości. Miłość znajdujemy na Tinderze i innych portalach randkowych, a mimo narzekań o niemożności doświadczenia jej w realu, biznes ślubny ma się całkiem dobrze – czyli jest, istnieje! Nic dziwnego, że Walentynki także u nas stały się prawie narodowym świętem, obchodzonym nawet w przedszkolach. Chcemy kochać.

„Nie kocham mężczyzny czy kobiety. Kocham ciebie”

„Uwielbiamy miłość romantyczną – pisze Helen Fisher, autorka „Anatomii miłości” – filmy, sztuki teatralne, opery, balety opiewają namiętność, fascynuje nas seksualność. Jednak najważniejsze jest przywiązanie – uczucie zadowolenia, dzielenia się i kosmicznej jedności z drugą osobą. To najpiękniejszy spośród trzech podstawowych popędów (pozostałe to pożądanie i miłość romantyczna) – wspólne wieczorne czytanie lub oglądanie telewizji, śmianie się z komedii albo spacer za rękę po parku czy plaży wyzwala uczucie duchowej łączności. Świat staje się rajem” – uważa Fisher, profesor antropologii, zajmująca się miłością, pożądaniem, przywiązaniem i innymi zachowaniami związanymi z tworzeniem związków.

„Nie ma już przed, nie ma po. Jest tylko teraz, tylko ty, tylko ja…”

MIŁOŚĆ JAK NARKOTYK

Kiedy jesteśmy zakochani, uaktywnia się układ nagrody w mózgu, który w podobny sposób reaguje w momencie zażywania narkotyków – dlatego uczucia miłości albo pożądania często przypominają oszołomienie, jakiego doznajemy pod wpływem środków odurzających. Jak twierdzi Laura Mucha, autorka książki „No właśnie, miłość”, istnieją różne rodzaje miłości. Przeżywamy je w odmienny sposób i mają one różną podstawę neurologiczną. Jeden z nich – miłość namiętna, budząca ekscytację i podniecenie – angażuje w mózgu wspomniany wyżej układ nagrody. To miłość, która działa na nas z ogromna siłą – bez niej przypuszczalnie nie przetrwaliśmy jako gatunek.

„Teraz jesteś tutaj. Bierzesz mnie w ramiona. Świat wstrzymał krok”.

JAK KOCHAMY?

Teoria przywiązania zmieniła rozumienie związków między ludźmi. Każdy z nas inaczej postrzega intymność i zaangażowanie. Zazwyczaj cechuje nas pewien „styl przywiązania”, który wywiera ogromny wpływ na nasze związki uczuciowe – w dużej mierze wynika z naszego wychowania. Ewolucyjnie nie jesteśmy stworzeni do życia w pojedynkę i jesteśmy tak zaprogramowani, że jeśli chcemy przetrwać, musimy rozwijać w sobie przywiązanie do innych – w dzieciństwie jest to kwestia życia i śmierci – ten system działa z ogromną siłą i wpływa na nasze myślenie, pamięć i zachowania.

Istnieją cztery style przywiązania: bezpieczny, lękowy, unikający oraz zdezorganizowany. Bezpieczny styl przywiązania rozwija się zwykle w przypadku, gdy przynajmniej jedna osoba stanowi dla nas bezpieczną przystań w czasach kryzysów oraz bazę podczas eksploracji świata. Nie mamy wtedy raczej problemów z intymnością i zaangażowaniem, kiedy zaś potrzebujemy pomocy, prosimy o nią i nie martwimy się, że możemy stracić partnera.

„Bo wolę cierpieć przez ciebie, niż bez ciebie żyć”

SPRAWDŹ, JAK KOCHASZ

3 rodzaje miłości według Laury Muchy:

Pożądanie (namiętność, pragnienie seksualne albo popęd seksualny) – bardzo silny, oszałamiający i upajający obsesyjny popęd, którego celem jest doprowadzenie do reprodukcji naszego gatunku. Zdarza się, że jest skierowany na wiele różnych osób i trwa jedynie chwilę – ale bywa także skoncentrowany (i tak jest najczęściej) na jednej osobie i trwa miesiące albo lata.

Miłość romantyczna (bycie zakochanym, kochanie kogoś, namiętna miłość, miłość erotyczna) obejmuje intymność, która wymaga czasu i otworzenia się na drugą osobę, oraz pożądanie – ale niekoniecznie oznacza emocjonalne zaangażowanie. Podobnie jak w pożądaniu, w miłości romantycznej na początku pojawia się pewna idealizacja obiektu uczuć, która najczęściej z czasem słabnie – ale nie zawsze.

Miłość oparta na wspólnocie jest rodzajem spokojnej, stabilnej miłości, jaką często obserwujemy w dojrzałych związkach uczuciowych o wieloletnim stażu. Przypomina bardziej przyjaźń niż gwałtowne, namiętne zauroczenie. W odróżnieniu od miłości romantycznej nie zawsze od początku jest w niej obecne pożądanie. Partnerzy w takim związku odczuwają raczej głębsze i bardziej wyciszone poczucie wzajemnej atrakcyjności.

 „Dłonie zakochanych nie zaciskają się w pięść. W pięści nie ma miłości”.

Źródła:

„Anatomia miłości” – Helen Fisher Wyd. Rebis

„No własnie miłość” Laura Mucha . Wydawnictwo Marginesy

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Miłość” Helene Deeforge, Quentin Greban Wyd. Media Rodzina

Zobacz też: Co tracimy zyskując współmałżonka? Związek okiem psychologa

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.