Przejdź do treści

„Zostaw to ciało w świętym spokoju!” – Agata Ziemnicka i Kobiety bez diety! Dlaczego dla własnego dobra lepiej się w ogóle się odchudzać?

Kobiety bez diety - czyżbyśmy robiły kolejny krok ku sobie? || Fot: Facebook Kobiety bez diety

Pogoń za idealną sylwetką, wieczna dieta, ćwiczenia aż do braku tchu i nieustanna krytyka – krytyka samej siebie. I chociaż teoretycznie punktem wyjścia jest chęć lepszego samopoczucia, to koniec końców lądujemy zazwyczaj w zupełnie innym miejscu. Niewątpliwie świadkami tego są dietetyczki, które zapewne milion razy w swoim życiu słyszały zdanie: „Muszę schudnąć!”. Czy oby na pewno muszę? „Zostaw to ciało w świętym spokoju!” – mówi w rozmowie z nami Agata Ziemnicka, jedna z siedmiu twórczyń Fundacji „Kobiety bez diety”.

Katarzyna Miłkowska: Dietetyczki mówiące diecie „nie” – chyba domyślasz się, że budzi to zdziwienie?

Agata Ziemnicka: Właściwie to nawet trochę o to chodzi. Przy czym nasze „nie” skierowane jest do osób zdrowych. Jeżeli ktoś musi stosować dany sposób żywienia, bo zmaga się np. z insulinoopornością, czy różnego rodzaju kłopotami ze strony układu pokarmowego, to na „nie” miejsca tutaj oczywiście nie ma. Często jednak bazowym problemem okazuje się nie tyle stan zdrowia, co chęć bycia ekstremalnie szczupłą.

To ciekawe, że decydujecie się o tym mówić. Wyobrażam sobie, że duża część Waszych pacjentek to właśnie kobiety, które chcą schudną i najzwyczajniej w świecie starają się jakoś sprostać wymaganiom diet culture.

Dokładnie tak jest! Szczerze mówiąc, w moim gabinecie pojawiają się głównie takie pacjentki. Część ma zaburzenia odżywiania i one wymagają zupełnie innej pomocy, ale gro z nich chce po prostu zrzucić kilogramy. I mówienie diecie „nie” wcale nie oznacza, że „zakazujemy” tym kobietom chudnięcia. Tym bardziej nie promujemy też otyłości – zupełnie nie o to chodzi.

Zobacz też: Te zdjęcia dają jasny przekaz – nasze ciała to nie są manekiny, piękno ma różną formę!

A zapewne mogą pojawić się tego typu komentarze.

Dlatego też ważne jest, żeby dokładnie posłuchać i otworzyć się na zrozumienie konceptu, jakim jest intuicyjne jedzenie. Jest ono czymś zupełnie przeciwnym, niż diety polegające na ekspresowym ograniczeniu dużej ilości kalorii, wszelkiego rodzaju mono-diety, czy też diety wyłączają całą grupę składników, jak np. dieta dr Dąbrowskiej, w trakcie której zupełnie przestajesz jeść białko. Nie mówię już nawet o korzystaniu z takich absurdalnych pomysłów, jak picie pszenicy, czy jedzenie przez kilka tygodni tylko samej kaszy. Tego typu rozwiązania, które na celu mają wyłącznie pozbycie się jak najwięcej tkanki tłuszczowej w jak najkrótszym czasie, są dla nas bez sensu. Zresztą nie tylko dla nas! To nie jest tak, że nagle kilka dietetyczek wymyśliło sobie, że zacznie mówić: Ludzie nie odchudzajcie się. Chcemy raczej powiedzieć:

Ludzie bądźcie zdrowi, dbajcie o siebie, ale nie korzystajcie przy tym z diet, które po prostu nie działają.

 

Będę adwokatem diabła – jak to nie działają? Przecież internet pełen jest niesamowitych przemian!

Jest to w pełni potwierdzone badaniami naukowymi. Po stosowaniu nieadekwatnych do potrzeb ciała diet, poziom tkanki tłuszczowej i ewentualny nadmiar kilogramów wracają z nawiązką. Kończy się to gorzej, niż było na początku.

To dlaczego my-kobiety wciąż jednak to sobie robimy?

Bo na piedestale stawiana jest szczupłość! Ciało, które jest zdrowe i ma dobrą wagę, ale nie mieści się w wymarzonym rozmiarze M, albo nawet L, przymuszamy do tego, żeby na siłę chudło. Nawet jeśli od zawsze miałaś mocniejszą budowę ciała, czyli dużą ilość tkanki tłuszczowej i mocne kości – mówisz nie i już! Nagle ma to być ciało drobne i wyglądać tak, jak wszystkie inne panie, które akurat w standardy diet culture wpisują się idealnie.

Bądź taka, jaka jesteś i odpuść sobie! Dopóki nie jesteś chora, dopóki nie masz problemów z układem pokarmowym, czy nie borykasz się z innymi trudnościami somatycznymi, to daj sobie po prostu luz. Zostaw to ciało w świętym spokoju!

 

Ale jak tu sobie ten spokój dać skoro sama mówisz, że koniec końców dieta powoduje przytycie?! Przecież tym bardziej trzeba się za siebie wziąć i na nowo starać się zredukować te „nadprogramowe” kilogramy – rozumiem, że tak zaczyna się błędne koło odchudzania?

Co więcej, popadasz w tym kole w irracjonalną wręcz obsesję. Biegniesz jak ten chomik w kołowrotku, a cała energia dotycząca cielesności i jedzenia jest w tym czasie skoncentrowana wokół tego, czego ci nie wolno. Cały czas trzeba coś ograniczyć – najpierw kalorie, później wielkość porcji, następnie konkretne składniki, szukasz kolejnych i kolejnych sposobów…

Czyli zupełnie tracimy rozeznanie w tym, co się tak naprawdę dzieje?

Tak, takie myślenie jest kompletnie odklejone od tego, czym ciało faktycznie jest i co dzięki niemu możemy zrobić – że możemy chodzić, rozmawiać, przyjaźnić się, uprawiać seks, smakować, pracować, doświadczać. Zamiast tego, zamykamy się w swego rodzaju pudełku, które musi wyglądać i to wyglądać w bardzo konkretny sposób. Tak, jak wszystkie inne ciała w gazetach – niezależnie od tego, czy są wyretuszowane, czy nie. Wybacz, ale nie wszyscy jesteśmy tacy szczupli, tak jak i nie wszyscy jesteśmy wysocy.

 

Wzrost i waga to chyba jednak coś innego. Kilogramy wydają się być czymś, nad czym „przejęliśmy” kontrolę.

Tylko wiesz… chęć bycia szczupłą i wpasowania się w panujący kanon powoduje kompletne odklejenie od rzeczywistych potrzeb ciała. Wręcz od odczuwania cielesności w ogóle, a co za tym idzie, także kobiecości. Nie jest to bowiem coś, co ogranicza się tylko do aspektu fizycznego. Potrafi generować szereg różnych problemów, od depresji po natręctwa, nerwice, zaburzenia seksualne, rozpady związków, relacji. Tak potwornie skupiasz się na własnym ciele, że nic więcej się nie liczy, a błędne koło osiągania tego, co jest po prostu niemożliwe, nakręca się tylko i wyłącznie jeszcze bardziej.

Brzmi to przerażająco, niebezpiecznie, wręcz nieludzko… A przecież nieraz w ogóle tego nie zauważamy.

Dlatego właśnie głośno mówimy STOP. Chcemy pokazać kobietom, żeby tego chorego kręgu w ogóle nie zaczynały.

Jeśli bowiem ciągle zabraniasz sobie kawałka czekolady, to w pewnym momencie myślisz już tylko o niej! Sęk w tym, że wtedy nie jest to przyjemna myśl, a wręcz poczucie popełniania jakiejś przerażającej zbrodni. Wyrzuty sumienia stają się gigantyczne, pojawia się wstyd i poczucie porażki.

A przecież tak naprawdę zjedzenie od czasu do czasu deseru jest czymś absolutnie normalnym! I to deseru z cukrem, a nie ksylitolem i z mąką, a nie ze zmiksowanymi kasztanami – prawdziwej słodkości z cukrem, mąką i masłem!

 

Już samo to, jak o tym mówisz, sprawia błogą przyjemność (śmiech).

No widzisz! A wyobraź sobie jak ten cukier, masło i mąkę własnoręcznie przerabiasz. Widzisz ile tego jest, co się tam znajduje, że to są prawdziwe składniki. Później wystarczy zjedzenie jednego kawałka i już wiesz, że to było to!

Dzięki daniu sobie przyzwolenia na cieszenie się wszystkim tym, co teoretycznie jest „zakazane”, nie czujesz, że zaraz rzucisz się na jedzenie. Wiesz, że może być pysznie, że możesz w tym maśle „być”, a jednocześnie nie musisz się za to dobijać. Nie napinasz się niepotrzebnie, kortyzol nie skacze, nie musisz też tkwić w poczuciu wiecznego prześladowania samej siebie.

Brzmi to niczym prawda objawiona, a przecież powinno być to coś zupełnie naturalnego.

Wiesz, sama przechodzę teraz etap, w którym w pewnym sensie wracam do korzeni. Staram się na swój własny sposób połączyć ciało z duszą. Koncept jest taki, żeby najzwyczajniej w świecie móc się w odpowiednim momencie zatrzymać i zapytać siebie:

Dobra, czego ja tak naprawdę chcę? Czego potrzebuję? Co lubię?

 

No dobrze, zadajesz sobie takie pytania i co dalej?

Akurat dzisiaj miałam właśnie taki dzień. Obudziłam się z poczuciem, że nie jestem w stanie nic zjeść. Rzeczywiście nie zrobiłam więc sobie śniadania, a normalnie Pani Dietetyczka zawsze rano je odpowiedni posiłek i koniec kropka – jestem pod tym względem dla siebie dość surowa. Co ciekawe, po dwóch godzinach poczułam, że wcale nie chcę owsianki, którą miałam zaplanowaną. Potrzebuję białka, pieczywa i bardzo dużej ilości pomidorów. Gdybym siebie o to nie zapytała, zjadłabym to, co było rozpisane – o to mi właśnie chodzi!

Owszem, czasem pewnie moje śniadanie nie będzie w związku z tym idealne. Dziś usmażyłam sobie jajko sadzone – czy to jest szał? Nie, ale kluczem jest to, że akurat właśnie tego potrzebowałam. Nawet jeżeli więc twoje ciało mówi ci, żebyś przez dwa tygodnie jadła cały czas czekoladę, to nie powinnaś przestawać go słuchać. Być może tak długo zabraniałaś sobie tej słodkości, że jak tylko poczuło wolność, to musi odreagować. Przysięgam, po dwóch tygodnia usłyszysz: Wszystko fajnie, ale teraz wolę coś sensownego. Teraz potrzebuję botwinki i to koniecznie z fetą, która właściwie jest ohydna, ale coś mnie w niej kręci. Powie ci to twoje własne ciało – nie dietetyczki, nie profesorowie.

Zobacz też: Nie da się zmierzyć WSZYSTKICH ciał jedną miarą – nie róbmy sobie tego!

Czyli wszystko co wiemy, mamy odstawić na bok?

Nie, nie chodzi tu o kompletne odejście od nauki – to byłaby skrajność w drugą stronę. Bardzo fajnie jest wiedzieć, że orzechy włoskie mają omega-3, a migdały są bogate w witaminę E. Kiedy np. masz problemy ze skórą, to siadasz i sprawdzasz, jakie składniki będą pomocne i na nich się skupiasz. Znajdujesz powiedzmy 50 produktów będących źródłem potrzebnych ci elementów i wtedy zadajesz sobie pytania o to, które z nich lubisz? Jaki jest teraz sezon? Na co masz ochotę?

Mam jednak wrażenie, że nauczyliśmy się na tyle narzędziowo traktować swoje ciała, że chyba ciężej jest odnajdywać w sobie te odpowiedzi na nowo, niż gdybyśmy zaczynali od zera.

Pewnie, że tak! Trzeba włożyć w to ogromny wysiłek, ale jest to naprawdę możliwe i przez lata tak przecież właśnie było. Czy to, że pojawiła się wielka nauka o żywieniu sprawiło, że nagle nikt nie może niczego zjeść sam, bo nie umie? Oczywiście, że umie! Być może trochę będzie trzeba poeksperymentować, popróbować, posprawdzać. Może przy okazji się przez to przytyje – a cholera to wie, może przytyjesz. No trudno! Jeśli będzie ci z tym źle, to zastanowisz się, co mogłabyś ewentualnie zmienić i najwyżej będziesz szukać dalej.

Dopóki nie jesteś chora, ty sama wiesz, co masz jeść. Kluczem jest jednak to, żeby odpuścić sobie myślenie o jedzeniu i aktywności fizycznej jedynie przez pryzmat potrzeby bycia szczupłą, czy wręcz wyjątkowo chudą – właśnie takiemu myśleniu Kobiety Bez Diety mówią „nie”.

 

Zobacz też: „Moje dziecko nie lubi swojego ciała!” Jak możemy pomóc dzieciom w samoakceptacji?

Ekspert

Agata Ziemnicka

Jestem dietetyczką i psycholożką. Zajmuję się zdrowym odchudzaniem lub zdrowym tyciem. Specjalizuję się w psychodietetycznej pracy z osobami odchudzającymi się i z zaburzeniami odżywiania, również z młodzieżą. Od 2006 roku prowadzę Centrum Psychodietetyki RÓWNOWAGA. Odbywają się tam konsultacje indywidualne oraz warsztaty. Z Olgą Kwiecińską prowadziłam program kulinarno-dietetyczny w TVN Style „REWOLUCJA NA TALERZU“. Następnie, w tym samym kanale,  program o zdrowym gotowaniu “Szczypta Smaku”. Wydałam książki kulinarne z przepisami z programów oraz najnowszą SOKI I KOKTAJLE W MINUTĘ. Jestem mamą Niny i Gai. Uwielbiam jeść i gotować

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Koronawirus ma z czym konkurować – oto najgorsze epidemie i pandemie w dziejach

najgorsze epidemie i pandemie
Epidemie nękały ludzkość od zarania dziejów. || – fot. 123rf.com

Choć pandemia koronawirusa ogarnęła cały świat, nie jest na szczęście tak groźna jak plagi, które nękały ludzkość w przeszłości. Oto najgorsze epidemie i pandemie w dziejach – wiedzieliście o nich?

1. Prehistoria: ok. 3000 p.n.e.

W północnozachodnich Chinach badacze odkryli liczące 5000 lat ruiny wioski, którą nawiedziła nieznana choroba. Zmarłych grzebano razem. Zdaniem archeologów i antropologów, epidemia szerzyła się zbyt szybko, aby dokonać godnego pochówku. Stanowisku nadano nazwę Hamin Mangha. Podobne odkrycia miały miejsce w innej wiosce, Miaozigou, co świadczy prawdopodobnie o tym, że prehistoryczna zaraza rozprzestrzeniła się w całym regionie.

2. Zaraza ateńska: 430 rok p.n.e.

Wiemy o niej dzięki zapiskom Tukidydesa – słynnego historyka, autora „Wojny peloponeskiej”. Ateny, będące wówczas militarną potęgą, toczyły wojnę ze Spartą. Niespodziewanie w pierwszym z państw-miast zaczęła szerzyć się nieznana zaraza, zbierająca obfite żniwo. Tukidydes podejrzewał, że choroba pochodzi z Etiopii. Nie znano na nią lekarstwa. Była jednakowo groźna dla ludzi starych i młodych.

3. Dżuma Justyniana: ok. 541-542

Choroba rozprzestrzeniła się w całej Europie i doprowadziła do wyludnienia znacznej części kontynentu. Za czasów Justyniana Bizancjum było mocarstwem; m.in. z powodu epidemii zaczęło podupadać. Co ciekawe, sam Justynian (znany choćby z tego, że wybudował słynną świątynię Hagia Sophia) zachorował na dżumę i przeżył.

Zobacz też: Czy przetrwamy pandemię?

4. Czarna śmierć: 1346-1353

Według niektórych szacunków doprowadziła do tego, że populacja Europy zmniejszyła się nawet o połowę. Dziś wiadomo, że za rozprzestrzenianie się dżumy odpowiadały m.in. pchły żerujące na gryzoniach. Czarna śmierć zapoczątkowała także powolny upadek gospodarki opartej na poddaństwie: po wygaśnięciu pandemii trudniej było znaleźć chętnych (i zdolnych) do pracy.

5. Epidemia cocoliztil: 1545-1548

Przykład na to, że śmiercionośne pandemie szerzyły się nie tylko w Azji i Europie. Cocolitzil znacząco przyczyniła się do wymarcia całej populacji Azteków. Chorobę przywlekli do Nowego Świata europejscy konkwistadorzy; rdzenna ludność nie była na nią uodporniona. Współcześni naukowcy ustalili, że pod tajemniczą nazwą – Cocolitzil – kryła się jedna z odmian salmonelli.

6. Grypa hiszpanka: 1918-1920

Dziś trudno sobie to wyobrazić, ale na hiszpankę zachorowało 500 milionów (!) ludzi na całym świecie, z czego jedna piąta zmarła. Organizmy wielu ofiar były osłabione po trudnym okresie I wojny światowej. Pandemia, wbrew swojej nazwie, wcale nie zaczęła się w Hiszpanii. Po prostu tamtejsza prasa, nieobjęta cenzurą w trakcie wojny, jako pierwsza zaczęła donosić o zgonach spowodowanych przez nieznaną dotąd chorobę.

Powyższy przegląd jest oczywiście niepełny. Wśród innych, powszechnie znanych epidemii/pandemii, można bowiem wymienić także: wielką zarazę w Londynie (1665-1666), dżumę w Marsylii (1720-1723), Rosji (1770-1772), a z bardziej współczesnych: AIDS, świńską grypę czy afrykańską ebolę.

Na podstawie:

livescience.comnaukawpolsce.pap.plnewsweek.pl

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.

Takie ich zdjęcia kochamy! Książę William świętuje z dziećmi swoje urodziny i Dzień Ojca

Książę William z dziećmi
Zdjęcie swojej rodzinie zrobiła Księżna Kate. || Via twitter.com/KensingtonRoyal

21. czerwca Książę William świętował swoje 38. urodziny. Ten wyjątkowy dzień upamiętnił przepięknymi, a zarazem zabawnymi zdjęciami ze swoimi dziećmi. Fani rodziny królewskiej nie kryją zachwytu – ujęcia są naprawdę urocze.

Zdjęcia pełne miłości

Książę William na huśtawce w otoczeniu trójki dzieci – 6-letniego George’a, 5-letniej Charlotte i 2-letniego Louisa – to jedno z najpiękniejszych zdjęć, jakie ostatnio widzieliśmy. Na przepełnionych szczęściem i miłością fotografiach nie ma jednak Księżnej Kate, bo podobnie jak większość zdjęć rodziny królewskiej, tak i te, robiła właśnie ona.

„Książę i Księżna Cambridge z przyjemnością dzielą się nowym zdjęciem Księcia z Księciem Jerzym, Księżniczką Charlotte i Księciem Ludwikiem przed jutrzejszymi urodzinami Księcia” – czytamy w podpisie zdjęcia. „Zdjęcie zostało zrobione na początku tego miesiąca przez Księżną”.

29. kwietnia Kate i William obchodzili swoją 9. rocznicę ślubu. Aż trudno uwierzyć, że ta bajkowa uroczystość obyła się tyle lat temu. Od tego czasu para książęca doczekała się trójki dzieci, a małżeństwo zyskało jeszcze większą rzeszę fanów. Nic wiec dziwnego, że pod zdjęciami pojawiło się tysiące ciepłych komentarzy.

Pałac Kensington niestety nie podał żadnych innych szczegółów – nie wiemy gdzie zostało zrobione ujęcie. Jednak książę William wydaje się być ubrany w ten sam strój, w którym odwiedził piekarza w miasteczku King’s Lynn w Norfolk, niedaleko królewskiej posiadłości Sandringham.

21. czerwca to szczególna data w kalendarzu rodziny królewskiej – to nie tylko urodziny księcia Williama, ale także Dzień Ojca, który w Wielkiej Brytanii obchodzony jest 2 dni wcześniej niż w Polsce.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Thank you everyone for your very kind wishes on The Duke of Cambridge’s birthday today! 🎂 🎈

Post udostępniony przez Duke and Duchess of Cambridge (@kensingtonroyal)

Źródło: popsugar / Fot: Instagram oraz Twitter

Zobacz też: Kiedy najtrudniej być rodzicem?

 

„Tato, jak mam…?” – niechciany syn, którego kanał YouTube oglądają miliony

Traumatyczne dzieciństwo Roba Kenneya skłoniło go do założenia kanału na YouTube. Za jego pomocą pomaga dzieciom i nastolatkom potrzebującym wsparcia.

Rob dorastał w latach 70-tych w mieście Bellevue. Doskonale pamięta dzień, w którym jego ojciec oświadczył, że nie chce mieć nic wspólnego ze swoimi dziećmi. „Powiedział: <<Lepiej wykombinujcie, co ze sobą zrobić, bo inaczej oddam was do sierocińca>>” – wspomina Rob po latach. Gdy sam został tatą, postanowił pomóc kilkulatkom i nastolatkom wychowującym się bez ojca. Założył więc kanał „Tato, jak mam…?” („Dad, how do I?”) w najpopularniejszym internetowym serwisie video.

Piękno prostoty

Inicjatywa Roba jest o tyle ciekawa i nietypowa, że w swoich filmikach nie wdaje się w głębokie, psychologiczne przemyślenia na temat roli i obowiązków ojca. Wręcz przeciwnie, siłą nagrań jest prostota ich przekazu. Rob pokazuje przykładowo, jak zawiązać krawat, posługiwać się narzędziami, przetkać zapchany odpływ, właściwie się ogolić, sprawdzić poziom oleju, wymienić koło w samochodzie… niektórzy naśmiewają się z tych instruktarzy, ale każdy świadomy odbiorca prędko zorientuje się, co je łączy. Otóż społecznie utarło się, że to ojciec powinien nauczyć syna, jak wykonywać określone czynności.

Zobacz też: Porażka matką sukcesu! Dlaczego nie chcemy się dzielić tym, co nam nie wyszło?

Nie tylko dzieci

Filmiki Roba w krótkim czasie zyskały ogromną popularność: jego kanał ma już ponad 2 miliony subskrybentów! Oczywiście nie wszyscy widzowie pochodzą z ubogich, rozbitych rodzin. Wręcz przeciwnie, wielu niezaradnych mężczyzn dorastało w zamożnych domach, gdzie proste prace zlecano osobom z zewnątrz. Ponadto Amerykanie ogółem mają opinię – delikatnie mówiąc – mało operatywnych. Bo jaki inny naród trzeba przestrzegać przed tym, że kawa z automatu jest gorąca, a ubrań nie należy prasować bezpośrednio na ciele? Nie bez przyczyny tamtejsze instrukcje obsługi są takie zapobiegliwe.

Pozytywny przekaz

Inicjatywa Boba Kenneya przypadła do gustu także paniom, które z różnych przyczyn muszą zajmować się typowo „męskimi” obowiązkami. W mediach społecznościowych prędko zaroiło się od pozytywnych wpisów na temat kanału. To kolejny przykład na to, że proste pomysły bywają najlepsze, a doznana w przeszłości trauma może doprowadzić do czegoś dobrego, o ile tylko ktoś zechce przekuć swoje trudne doświadczenia w pozytywne działanie.

Dad, how do I?

Screen YouTube Dad, how do I?

Zobacz też: Dlaczego tak trudno o ojca w domu? Wyznania pełnoetatowego taty

Źródła: shatteredmagazine.net / popsugar.co.uk / YouTube Dad, how do I?

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.

ADHD u dziewczynek – objawy trudne do rozpoznania

ADHD u dziewczynek

Nadpobudliwość psychoruchowa z deficytem uwagi, inaczej ADHD, to zaburzenie neurorozwojowe, której jest wywołane nieprawidłowym funkcjonowaniem ośrodkowego układu nerwowego. Zauważono, że u dzieci poszczególne struktury mózgu rozwijają się nierównomiernie, a wpływ na występowanie tych zmian ma genetyka.

Statystyki wykazują, że nadpobudliwość psychoruchowa znacznie częściej występuje wśród chłopców, jednakże to zaburzenie jest diagnozowane również u dziewczynek.

Rozpoznanie ADHD stwierdza się między 6 a 9 rokiem życia. Objawy u dziecka są stałe i trwają powyżej sześciu miesięcy. Zaburzają one codzienne funkcjonowanie dziecka i ujawniają się w różnych okolicznościach: w domu, szkole oraz w czasie zabawy z rówieśnikami.

ADHD wśród dziewczynek

Dziewczynki, u których stwierdzono ADHD, znacznie częściej mają problemy z koncentracją uwagi, co przekłada się na osiągane wyniki w nauce i codziennej pracy. W przeciwieństwie do chłopców, u dziewczynek rzadziej występuje impulsywność oraz nadpobudliwość.

Badania wskazują, że dziewczynki znacznie lepiej niż chłopcy „maskują” swoje deficyty. Dlatego postawienie odpowiedniej diagnozy wśród dziewcząt z tym zaburzeniem jest trudne i niekiedy mylące. Z wiekiem objawy ADHD zmniejszają się, jednakże koncentracja uwagi w dalszym ciągu jest znacznie zaburzona.

Do niepokojących zachowań wśród dziewczynek należą:

  1. Zaburzenia koncentracji uwagi, które wpływają na niższe osiągnięcia (mimo włożonej przez dziecko pracy).
  2. Problemy z czytaniem oraz rozumieniem tekstu.
  3. Długi czas wykonywanych zadań – ciągłe rozproszenie przez bodźce zewnętrzne, przerywanie czynności.
  4. Duża trudność w podejmowaniu decyzji oraz problem z zaplanowaniem aktywności.
  5. Dziecko ucieka myślami, nie słucha komunikatu, który jest do niego kierowany.

Zobacz też: Jak pracować z dzieckiem z ADHD?

Zapamiętaj – to ważne!

Dziewczynki u których zdiagnozowano ADHD rzadziej niż chłopcy cierpią na współistniejące zaburzenia i choroby takie jak: depresja, zaburzenia zachowania oraz zaburzenia opozycyjno – buntownicze. U dziewcząt z ADHD częściej zauważa się występowanie zaburzeń lękowych oraz problemów z uzależnieniami.

ADHD i co dalej?

Istotne jest zrozumienie dziecka, u którego zdiagnozowano nadpobudliwość psychoruchową. Psychoedukacja dla rodziców i opiekunów to szczególny aspekt, który pozwoli lepiej dostrzegać potrzeby dziecka oraz ułatwi odpowiednie postępowanie i wsparcie. Natomiast dla dziecka ważna może być współpraca z psychologiem (ewentualnie terapia indywidualna), udział w zajęciach integracji sensorycznej, zajęciach rozwijających umiejętności społeczne. W formach pomocy wymieniana jest również farmakoterapia, która zajmuje się niwelowaniem objawów oraz polepszeniem funkcjonowania dziecka. Należy jednak pamiętać, że przyjmowane leki nie usuną przyczyny zaburzenia.

Aby skutecznie pomóc dziecku ze stwierdzonym ADHD, bardzo ważna jest współpraca wszystkich opiekunów oraz specjalistów, którzy wychowują, wspierają rozwój oraz dbają o lepsze funkcjonowanie dziecka.

Bibliografia:

Januszewska, E., Januszewski, A. (2016) Nadpobudliwość psychoruchowa — kryteria diagnostyczne, przebieg i trudności na różnych etapach rozwoju. Rocznik Filozoficzny Ignatianum, XXII / 2, 28- 51

Zobacz też: Presja i ciężar najmłodszych – zdrowie psychiczne naszych dzieci pod lupą

Aleksandra Nosarzewska

Studentka V roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS. Jej pasją jest psychologia dziecka oraz pedagogika. Na co dzień współpracuje z dziećmi z zaburzeniami ze spektrum autyzmu.