Przejdź do treści

Trend z porodówki – make up w wersji full wypas!

Jak wyglądać na porodówce? || Foto: Instagram makeupbyalaha / glamandgab / alexisjayda

Zmęczona, rozczochrana, spocona – o nie, taka mama na porodówce jest zdecydowanie passe. Co zrobić, natura nie ma tu już zbyt wiele do gadania! Szczególnie w dobie perfekcyjnych, instagramowych zdjęć. Czyżbyśmy wszyscy poszli o krok za daleko? A może przeciwnie – może to właśnie krytyka porodowego make up’u jest w tym wszystkim najsłabsza?

Makijaż na porodówce? Tak, nie, nie wiem

Pogoń za idealnym wyglądem niewątpliwie podkręcana jest przez social media. Cudne kadry, jak najlepsze ujęcia, doskonały makijaż– skoro wszystkie zdjęcia tak wyglądają, to dlaczego fotka z porodówki miałaby być inna?

Tym właśnie tropem zdaje się podążać część kobiet, które robią w sieci karierę. Okazuje się bowiem, że trend porodu w pełnym makijażu staje się coraz popularniejszy (chociaż de facto niczym nowym nie jest).

Wiele osób zapewne zapyta – jakim cudem?! Po pierwsze, ból. Przecież czas przed samym porodem do najprzyjemniejszych – delikatnie mówiąc – nie należy. Po drugie, skupienie. Przecież już samo znalezienie się w szpitali zwraca przeważnie myśli w zupełnie inną stronę niż to, jak wyglądamy. Po trzecie, co powoduje w kobietach potrzebę aż tak mocnego makijażu?

Zobacz też: Perfekcyjne fotki vs. rzeczywistość: „To zdjęcie naprawdę pokazuje, jak wyglądałam po porodzie” – mocne słowa blogerki!

Jak wyglądać na porodówce – któż to wie?!

W porządku, bardzo łatwo jest poddać tego typu trendy krytyce, bo rzeczywiście są one bezpośrednim odzwierciedleniem tego, jak bardzo na piedestale stawiany jest wygląd. Wydaje się wręcz, że to, jak wyjdzie w tym czasie sesja zdjęciowa jest ważniejsze, niż dziejące się emocje – tak, na ich przeżywanie trzeba mieć w sobie przestrzeń. Jeśli zaś przestrzeń ta zagospodarowana jest przez myśli o tym, czy mam odpowiednio pomalowane powieki, trudno jest odnaleźć w sobie jednocześnie inną wartość.

Z drugiej strony, część z tych kobiet pisze, że była to dla nich odskocznia i strategia pozwalająca radzić sobie z bólem oraz napięciem. Mogły chociaż na chwilę przestać myśleć o porodzie, który jest przecież nie tylko bardzo radosnym momentem, ale też wielką niewiadomą pokrytą ogromnym lękiem. Fakt, są to strategie raczej ucieczkowe. Nikt jednak nie mówi, że na krótką metę nie są one dla nas dobre. Jeśli tak na to spojrzymy – ma to sens.

Twoja – nie moja – decyzja

Jak zatem możemy się do tego odnieść? Chyba najlepiej bez oceniania. Jeśli chodzi o mnie, zdecydowanie bardziej podobają mi się zdjęcia kobiet całkowicie naturalnych – kwestie estetyczne, a o gustach się nie dyskutuje. Które zaś fotki budzą we mnie więcej emocji? Też zapewne właśnie te w wersji sauté. Czy to oznacza, że mam chęć napisania hejterskiego komentarza pod fotkami full make up? Nie, ale patrząc na dyskusje, które tocząc się w sieci, jest to temat budzący wiele emocji.

Na szczęście jednak większość kobiet zdaje się stawać po tej samej stronie i pozwala być innym takimi, jakie tylko sobie chcą:

Nie sądzę, że jest to robione na potrzeby social mediów. (…) Biorąc pod uwagę wszystkie moje przyjaciółki, które mają dzieci, nie widziałam ani jednego zdjęcia z czasu porodu lub zrobionego zaraz po nim. Wszystkie miały tę samą odpowiedź: „Wyglądałam na nich tragicznie i nigdy nie zobaczą one światła dziennego”. Pozwólmy im więc mieć zdjęcia, w trakcie pokazywania których będą czuły się komfortowo.

Nie depilowałam się przez miesiąc przed porodem i nie przejmowałam się tym, jak wyglądam o 5-tej rano, gdy po dziewięciu miesiącach ciąży zjawiłam się w szpitalu. Moim jedynym celem było tego dnia przytulenie dziecka i ponowne zobaczenie swoich stóp.

Cytowane komentarze pochodzą z boredpanda.com || Tak, negatywne też były, ale szkoda w tym kontekście miejsca na bezpodstawną krytykę.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Jak blisko to zbyt blisko. Czy rodzice i dzieci mogą się przyjaźnić?

Parentyfikacja to odwrócenie ról - rodzic staje się zależnym dzieckiem – fot. 123rf

Matka zawsze najpierw kojarzy się z czułością, opieką i oddaniem dziecku. Takie skojarzenia ma każdy z nas, niezależnie od tego, czy matczynej opieki doświadczył, czy też nie. Swietłana Aleksijewicz w „Cynkowych chłopcach” pisze, że każdy z młodych żołnierzy na chwilę przed śmiercią lub w momencie największego cierpienia wzywał matkę.

Chcemy wierzyć, że matka będzie zawsze, że zawsze będzie zainteresowana i pomocna. A przecież nie zawsze tak jest.

Kultura dostarcza nam różnych przykładów matek, których zachowanie dalekie jest od opiekuńczego. Rafał, filmowy syn Krystyny Jandy z „Kochanków mojej matki” jest niedożywiony i zaniedbany, ale jego cierpienie jest znacznie bardziej dotkliwe. Oglądanie matki z kolejnymi mężczyznami jest stałą częścią jego dorastania. Joan Crawford sportretowana w  „Najdroższej mamusi” jest narcystyczna, być może nawet psychotyczna, a na pewno okrutna wobec swoich dzieci. Porzuca je emocjonalnie, wpada w furie, jej dzieci nigdy nie mogą poczuć się bezpiecznie przy matce, która nie ma żadnej kontroli nad swoimi emocjami.

Różne formy zaniedbania

Ale są też innego rodzaju nadużycia wobec dzieci, znacznie mniej drastyczne, a jednak skutkujące poważnymi konsekwencjami. Zaniedbanie, którego doświadcza wiele dzieci wiąże się z tym, że są niewidziane. Oznacza to, że ich potrzeby są nie dostrzegane zupełnie lub błędnie rozumiane. Bywa, że matki są nadmiernie krytyczne wobec dzieci lub mają oczekiwania nieadekwatne do ich możliwości. Czasami rodzice mają wyobrażenia, że dzieci są zbyt małe, by coś rozumieć lub też, że z pewnymi sytuacjami radzą sobie lepiej niż dorośli. Może się wydawać, że najważniejsze to zapewnić dziecku opiekę, fizyczną obecność dorosłego, które zadba o jego podstawowe potrzeby. Jednak poważnym zaniedbaniem wobec dziecka jest na przykład przenoszenie go z miejsca na miejsce, wspieranie się pomocą ze strony zmieniających się dorosłych, nieznanych dziecku.

Czasami rodzice wymagają od dzieci dowodów miłości, przywiązania lub też chcą zmusić dzieci do posłuszeństwa. Robią to często w bardzo manipulacyjny sposób. Czasami bardzo już dorośli ludzie opowiadają, jak mama „umierała” na ich oczach, kiedy byli niegrzeczni czy chcieli coś osiągnąć, jak chorowała, bo dziecko zachowywało się w sposób, którego nie mogła znieść.

Zobacz też: Matki i córki – trudne relacje

Matki i córki

Relacje matki i córki jest specyficzna. Córka patrząc na matkę uczy się różnych życiowych ról. Jeśli ta relacja jest wystarczająco dobra, to różnego rodzaje niepowodzenia, rozczarowania i zawody można zaakceptować. Ale jeśli nie, to nie tylko będzie to trudna relacja, ale również odnalezienie się w roli kobiety, matki, żony, czy przyjaciółki będzie dla córki trudne. Odrzucając matkę, może również odrzucić siebie w różnych rolach.

Tym, co chroni córki przed różnymi formami nadużyć ze strony matki są granice. Wiele kobiet zna uczucie, kiedy matka zwierza się jej z problemów z mężem, a jej ojcem. Wiele kobiet regularnie odbiera telefony od matek narzekających na swoich mężów, płaczących z bezsilności, przeklinających każdy dzień z nim spędzony. Słuchają jak ich matki cierpią, ale też są wciągane w intymną relację rodziców, do której nie chcą i nie powinny mieć takiego dostępu.

Jest to dość częsty sposób, w jaki granice pomiędzy matkami i córkami mogą zostać zachwiane. Co też tym trudniej zauważyć, że dzieci, nawet już bardzo dorosłe chcą pomagać swoim rodzicom, chcą by czuli oni się możliwie jak najlepiej, nawet jeśli odbywa się to ich, dzieci, kosztem.

Dziecko jako przedłużenie rodzica

Rodzice szczególnie narcystyczni traktują swoje dzieci jako przedłużenie siebie. Oczekują, że dzieci będą zachowywały się w określony sposób, miały określone osiągnięcia i przede wszystkim nieustannie odpowiadały na potrzeby rodzica. Narcystyczna matka może dawkować swoją miłość i zainteresowanie dzieckiem w zależności od tego, jakie ma ono osiągnięcia lub wycofywać się z relacji, jeśli na przykład dziecko zechce realizować swoje potrzeby. Może posunąć się do różnych, najbardziej skrajnych manipulacji, żeby uzyskać to, czego chce. Bycie blisko z takim rodzicem często skutkuje utratą poczucia własnej wartości, a nawet poczucia, kim się jest i czego się pragnie. Nawet kiedy narcystyczny rodzic wycofuje się z życia dziecko, ponieważ ono dorasta, jest ciągle obecny w kolejnych relacjach. Nadal szuka się pochwał, nadal jest się przekonanym, że na miłość trzeba zasłużyć, podobnie jak na bycie widzianym i słyszanym.

Zobacz też: Czy dobrze zrobiłam? Czyli o tym, że można żałować decyzji o macierzyństwie

Odwrócenie ról

Czasami rodzice szczerze kochają swoją dzieci. Zdają się robić wszystko, by o nie dbać, ale jednocześnie nie są zdolni podejmować pewnych decyzji, nie potrafią zadbać o siebie samych, czasem nawet na bardzo podstawowym poziomie. Są bardzo nieporadni i nieszczęśliwi, a jednocześnie nie potrafią pomóc sobie inaczej niż korzystając ze wsparcia ze strony dziecka. Przejmuje ono wówczas rolę pocieszyciela, opiekuna, doradcy. Zajmuje się na przykład chorym rodzicem lub też wysłuchuje smutków depresyjnej matki.

Na pozór w tego typu rodzinach relacje mogą wydawać się poprawne i bardzo bliskie. Dziecko może zdawać się być nadmiernie dojrzałe, ale jednocześnie otrzymuje z tego powodu liczne pochwały. Jest utrzymywane w tej pozycji. Sytuacja taka wiąże się z odwróceniem ról w rodzice – rodzic w jakimś sensie staje się zależnym dzieckiem, a rzeczywiste dziecko staje się dorosłe. Zjawisko to nazywa jest w psychologii parentyfikacją. Osoby, które parentyfikacji doświadczyły często przez całe życie zmagają się z rolą pocieszyciela i ratownika, gdziekolwiek pójdą i w jakiejkolwiek relacji z drugim człowiekiem się znajdą.

Pomiędzy rodzicami i dziećmi nie ma równości. Jakkolwiek byśmy tego pragnęli, niezależnie od tego, jak bardzo chciałoby się blisko ze ojcem czy matką, granice pomagają nam zyskać zdrową niezależność. Rodzice natomiast zawsze pozostaną rodzicami i zawsze w relacji z nimi będzie rodzaj zależności. Inaczej niż w przyjaźni. W relacji z przyjacielem obie strony mają podobne prawa, oczekiwania, wyobrażanie, możliwości.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Żyj i chudnij zgodnie z rytmem okołodobowym

Nauka o rytmie okołodobowym jest już dzisiaj dziedziną wiedzy, którą m.in. zgłębiają biologowie, matematycy, psychologowie, badacze snu, endokrynolodzy, onkolodzy, genetycy. Dlaczego? Otóż okazuje się, że nasz współczesny styl życia narusza głęboko zakorzeniony, pierwotny przepis na zdrowe życie. Konsekwencją tego jest wzrost liczby chorób przewlekłych, zaczynających się już we wczesnym dzieciństwie i trwających przez całe życie. Jak pisze autor książki „Śpij, jedz i ruszaj się” Satchin Panda trzeba zacząć od tego, by wiedzieć, kiedy jeść i kiedy zgasić światło.

Regulacja rytmu okołodobowego nie ma nic wspólnego z dietą i nie ma tu żadnego liczenia kalorii – autor książki zapewnia jednak, że przy zmianie utrata wagi będzie nieunikniona. Dowiemy się, jaka pora dnia będzie najlepsza dla nas na produktywną pracę i w jakich godzinach powinniśmy ćwiczyć, spać i jeść.

Rytmy okołodobowe  optymalizują nasze funkcje biologiczne – ciało nie może  spełnić wszystkich swoich potrzeb naraz, dlatego każda funkcja organizmu odbywa się w określonym czasie. To rzeczywiste procesy biologiczne, które uwidaczniają się codziennie w życiu każdej rośliny, zwierzęcia i człowieka. U różnych gatunków rytmy te są zbieżne, a rządza nimi wewnętrzne zegary, nazywane okołodobowymi lub biologicznymi – nie mylić z „tykającym zegarem biologicznym”.

Jak się okazuje niemal każda z naszych komórek wykorzystuje jeden z takich zegarów, a są one zaprogramowane w taki sposób, by o różnych porach dnia i nocy włączać i wyłączać tysiące genów. Wpływają one na nasze zdrowie i jeśli jesteśmy w pełni sił, śpimy dobrze, rano z łatwością wstajemy i zabieramy się do pracy, nie mamy problemów z jelitami, odczuwamy głód, mamy siłę by regularnie ćwiczyć. Gdy nasze rytmy zostają zaburzone przez dzień lub dwa, nasze zegary nie mogą wysyłać genom prawidłowych informacji, co zaburza funkcjonowanie naszego organizmu. Jeśli trwa to dłużej, dopadają nas infekcje, choroby i najrozmaitsze dolegliwości. Jak się okazuje, każdy narząd w naszym ciele ma swój własny zegar, który do funkcjonowania nie potrzebuje instrukcji od mózgu – odkryto to dopiero  w 1997.  Dobra wiadomość jest taka, że w każdej chwili możemy zgrać się ze swoim rytmem na nowo, możemy dostroić nasze zegary w ciągu zaledwie kilku tygodni. Jak mówi autor – jesteśmy panami naszego zdrowia – zmiana niezdrowych nawyków jest kluczem do poprawy rytmu okołodobowego.

Zobacz też: Co niszczy mózg czyli jak ochronić się przed Alzheimerem

Przetestuj swój rytm okołodobowy

Najpewniej rodzimy się z silnym zegarem okołodobowym – to on ustala codzienny rytm, w którym powinniśmy kłaść się spać, wstawać i trenować. Nasze zdrowie zależy od tego, czy żyjemy w tempie dostosowanym do tego zegara. Pierwszym krokiem na drodze do zdrowia jest rozpoznanie, czy rzeczywiście mamy zaburzony rytm okołodobowy – w książce znajduje się test, który pomoże zrozumieć, jak zdrowie wpływa na jego funkcjonowanie. Wszyscy jesteśmy pracownikami zmianowymi – pisze Panda – i nawet jedna noc przebalowana może mieć opłakane skutki dla naszego rytmu. Ma to nawet swoją nazwę – jet lag społeczny. Co oznacza? Często zarywamy noce i nie martwimy się, że codziennie chodzimy spać po północy, a mózg pracownika zmianowego nie jest w stanie podejmować racjonalnych decyzji. Skutki mogą ciągnąc się przez cały tydzień – są to luki w pamięci lub chwile nieuwagi, które mogą uczynić nas podatnymi na złe nawyki. Dobrze wiemy z doświadczenia, że niewyspanie skutkuje także zmianą apetytu – późną nocą jesteśmy bardziej skłonni podjadać i to często niezdrowe „śmieciowe jedzenie”. Jak wykazały badania, prawdziwi pracownicy zmianowi, czyli ci, którzy pracują na przykład nocą, są grupą zawodową najbardziej zagrożoną zachorowaniem na raka. Jeśli więc nie dbamy o regularność rytmu okołodobowego, konsekwencję mogą być naprawdę groźne.

Zobacz też: Dieta długowieczności

Wystarczy przeanalizować porę jedzenia, snu, wyłączenia komputera lub smartfona  oraz wysiłku fizycznego i powoli wdrażać zdrowe nawyki.

  1. ŚWIATŁO

Współczesny tryb życia, w ramach którego większość czasu spędzamy w budynkach, patrząc na jasne ekrany komputerów, aktywuje melanopsynę (światłoczuła proteina, która jest fotoreceptorem synchronizującym cykl snu i czuwania ze światłem) o niewłaściwych porach dnia i nocy, co zaburza nasz rytm okołodobowy i obniża produkcję melatoniny, co jest powodem tego, że sen nie regeneruje sił.

  1. SEN

Zegary okołodobowe nastroją się najlepiej, gdy uda nam się wyregulować nasz sen co oznacza ograniczenie dostępu do światła. Dlaczego najpierw sen? Bo nie jest zjawiskiem biernym: ludzkie ciało przygotowuje się do nowego dnia już w poprzedzającą go noc. To co dzieje się z naszym organizmem ma fundamentalne znaczenie dla naszego samopoczucia następnego dnia. Jeśli więc jesteśmy zdrowi i sen trwał tyle, ile powinien – budzimy się wypoczęci.

  1. JEDZENIE

Mechanizm działania naszego zegara odpowiedzialnego za trawienie doskonale obrazuje przykład wcześniejszego śniadania przed lotem lub spotkaniem. Jemy o szóstej, chociaż nie jesteśmy głodni i codziennie jemy śniadanie o ósmej. Co się dzieje? Żołądek włącza tryb awaryjny i zaczyna przetwarzać jedzenie. Organizm rzuca wszystko, czym zajmował się np. o 6 rano i poświęca swoja uwagę przybywającemu posiłkowi. Zegary w żołądku, wątrobie, mięśniach, trzustce i innych narządach zdaja sobie sprawę z nadchodzącego śniadania i będą zdezorientowane, myśląc, że się pomyliły i jest ósma. Będą się starały nadrobić stracony czas i przyśpieszyć pracę narządów. Pamiętajmy, że każdy narząd jest tak zaprogramowany, by przy użyciu zegara okołodobowego – przetwarzać żywność około 10 godzin, poczynając od śniadania. Po tym czasie jelita i inne narządy odpowiedzialne za trawienie nadal przetwarzają składniki odżywcze, ale nie są już tak wydajne, bo nie zostały zaprogramowane na 24 /7. A ponieważ soki żołądkowe i hormony jelitowe wytwarzane są teraz w innym tempie, proces trawienia zwalnia, stąd biorą się problemy takie jak niestrawność czy zgaga.

  1. AKTYWNOŚĆ FIZYCZNA

Aktywność fizyczna ma olbrzymi wpływ na nasze zdrowie, a niektóre jej rodzaje mogą oddziaływać na rytm okołodobowy. Wiadomo, że ruch poprawia jakość snu, wzmacnia koncentrację, redukuje poziom lęku czy objawy depresji. Pamiętajmy, że ruch to niekoniecznie codzienny, 10 – kilometrowy bieg, tylko wszystko, co powoduje, że się ruszamy i spalamy kalorie. Tygodniowo potrzebujemy 150 minut wysiłku umiarkowanego lub 75 minut intensywnego wysiłku fizycznego. Czyli 30 minut dziennie przez 5 dni w tygodniu.

Na podstawie książki „Śpij, jedz i ruszaj się” Satchin Panda

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Meningokoki – czy Mazowsze będzie miało program darmowych szczepień?

meningokoki
Fot:choreograph / 123RF Zdjęcie Seryjne

Programem szczepień ochronnych przeciwko meningokolom, miałyby zostać objęte dzieci z Mazowsza, które nie ukończyły pierwszego roku życia. Na trwającą trzy lata akcję samorząd planuje przeznaczyć 3 mln złotych.

Bezpłatne szczepienia przeciwko meningokokom na Mazowszu

Choroba meningokokowa, najbardziej zauważalna w województwie mazowieckim, jest szczególnie groźna dla niemowląt pomiędzy 3. miesiącem a pierwszym rokiem życia. Może wywołać wiele chorób, a do najniebezpieczniejszych bez wątpienia zalicza się sepsa i zapalenie opon mózgowych.

Najskuteczniejszą metodą zapobiegającą zakażeniu, są zalecane przez Ministerstwo Zdrowia, ale nie refundowane przez NFZ, szczepionki. Koszt jednej dawki (z dwóch lub trzech) wynosi od 200 do nawet 450 zł. I to właśnie cena jest w tym przypadku główną przeszkodą, powstrzymującą rodziców przed zaszczepieniem dziecka. Samorząd wojewódzki, chcąc umożliwić darmowe szczepienia, postanowił przeznaczyć 3 mln złotych na trwającą trzy lata akcję. Aktualnie trwa ustalanie szczegółów, a jeśli wszystko zakończy się pomyślnie, akcja rozpocznie się w drugiej połowie 2020 roku.

Czym są meningokoki?

Meningokoki to gram ujemne bakterie chorobotwórcze, zwane inaczej dwoinkami zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych. Spośród 12 grup serologicznych, które zostały wyróżnione na podstawie różnic w budowie polisacharydowej otoczki, do najniebezpieczniejszych serogrup na świecie zaliczymy: A, B, C, W, Y. Z kolei najpowszechniejszym serotypem meningokoków w Polsce są te z grupy B i C.

Meningokoki – zagrożenie

Choć w większości przypadków kontakt z bakterią nie wiąże się z niebezpiecznymi konsekwencjami, to mimo wszystko meningokoki mogą spowodować:

  • zapalenie płuc,
  • zapalenie ucha środkowego,
  • ropne zapalenie stawów,
  • zapalenie opon mózgowych,
  • sepsę.

Zakażenie meningokami – objawy

Jak dochodzi do zarażenia meningokokami? Dwoinki zapalenia opon mózgowo-rdzeniowych rozprzestrzeniają się drogą kropelkową lub przez bezpośredni kontakt z osobą chorą.

Z uwagi na fakt, że początkowe objawy zakażenia meningokokami, są bardzo podobne do przeziębienia, zdiagnozowanie choroby nie jest prostą sprawą. Do symptomów, które powinny zaniepokoić, i na które należy zwrócić uwagę zaliczymy:

  • gorączkę,
  • bóle stawów,
  • bóle mięśni,
  • nudności,
  • wymioty,
  • złe samopoczucie,
  • brak apetytu.

Jeśli pomimo przyjmowanych leków powyższe objawy nie ustępują, a wręcz przeciwnie – nasilają się, niezbędna jest natychmiastowa konsultacja lekarska.

W przypadku wystąpienia wysypki wybroczynowej, charakterystycznego objawu zakażenia meningokokami, należy niezwłocznie udać się do szpitala. Pamiętajmy – choroba rozwija się bardzo szybko, a w niektórych przypadkach może zakończyć się trwałymi powikłaniami, a nawet śmiercią.

Źródło: warszawa.wyborcza.pl

Zobacz też: Koronawirus – co należy o nim wiedzieć?

„Bridget na ostro”, czyli „50 twarzy Tindera”

50 twarzy Tindera
fot. materiały prasowe

Tinder sprowadza poszukiwanie partnera/partnerki do paru puknięć palcem w ekran smartfona. Aplikacja stała się tak popularna, że Joanna Jędrusik wydała książkę „50 twarzy Tindera”. Czy warto dać jej szansę?

Tytuł w oczywisty sposób nawiązuje do najpopularniejszej powieści erotycznej ostatnich lat. Na odwrocie książki znajduje się jeszcze jedno odwołanie: „Bridget Jones na ostro!”. Cóż, perypetie Bridget były pełne ciepłego, brytyjskiego humoru. W „50 twarzach Tindera” jest on dużo dosadniejszy, nierzadko wulgarny. Joanna Jędrusik wypracowała własny styl opowiadania, który nie każdemu przypadnie on do gustu.

Zobacz też: Situationship, czyli tak trochę miłość

O sztuce randkowania

Autorka twierdzi, iż ze względu na wyścig szczurów kochamy szybko i powierzchownie. W odniesieniu do Tindera poczyniła szereg użytecznych spostrzeżeń. Z tej arcypopularnej aplikacji randkowej korzystają przedstawiciele najróżniejszych klas społecznych, zwolennicy wszelkich możliwych frakcji politycznych, wyznawcy najróżniejszych religii. Autorka podzieliła mężczyzn na kilka kategorii („naukowcy”, „nerdy”, „dziennikarze kulturalni” itd.), po czym pokrótce opisała, komu dać szansę, a kogo lepiej unikać. Książkę można więc traktować jako niby-poradnik, w którym mniej lub bardziej udane dowcipy przeplatają się z gorzką opowieścią o nieudanym małżeństwie autorki. Jeśli chodzi o walory rozrywkowo-relaksacyjne, trudno coś zarzucić tej konwencji.

Nie dla każdego

Cięty, dosadny, wulgarny język wyraźnie oddaje emocje bohaterki, czyli samej Joanny Jędrusik. Nie wiem, czy nie ubarwiła swoich przeżyć, ale to nie wpływa na wrażenia z czytania. Te zaś generalnie są pozytywne, choć żarty autorki momentami ocierają się o grafomanię: „Przyznałabym się nawet do wydania rozkazu strzelania do górników w kopalni Wujek, gdyby to było konieczne, żeby uratować moje małżeństwo”. W ogólnym rozrachunku odbiór tej książki zależy przede wszystkim od indywidualnej wrażliwości. Jeśli krzywisz się na widok licznych bluzgów, nie wiesz, kto to „nerd” i postrzegasz internetowe randki jako przejaw zepsucia moralnego, rozejrzyj się za inną lekturą.

Zobacz też: Love is all around – Najpiękniejsze sceny miłosne z filmów

Tinderowe kompendium

Przyznam, że „50 twarzy Tindera” niezbyt mi się podobało, gdyż… jako mężczyzna nie mogłem się utożsamić z bohaterką :). Myślę jednak, że większość czytelniczek nie będzie miała tego problemu, szczególnie jeśli doskwiera im samotność i same korzystają z tytułowej aplikacji. Jeśli nie – z książki dowiedzą się o niej praktycznie wszystkiego. Z drugiej strony, sugerowana cena detaliczna tego osobliwego kompendium (40 zł) wydaje mi się dość wygórowana. Nie mam złudzeń co do tego, że za jakiś czas dzieło Joanny Jędrusik trafi do hipermarketowych koszy z napisem „Wyprzedaż”. Ale czy wtedy ktoś będzie jeszcze korzystał z Tindera? Aplikacja powoli traci popularność na rzecz konkurencyjnego Badoo, a o poczciwej sympati.pl pamiętają już głównie osoby 50+. Sięgając po „50 twarzy Tindera”, warto mieć to wszystko na uwadze.

          

 

 

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.