Przejdź do treści

Mama dwójki – czy to już czas?

mama dwójki
Mama dwójki - czy już "powinnam" nią być?

Zanim zostałam mamą, głośno mówiłam o tym, że chciałabym szybko urodzić drugie dziecko. Najlepiej odczekać rok i zajść w kolejną ciążę. Tak przecież wszyscy radzą, bo dzieci będą się razem bawiły, a jak się już wyjdzie raz z pieluch, to później ciężko zdecydować się na kolejne dziecko. Trzeba iść za ciosem! Brzmi to jak rozsądny plan.

Mijały miesiące, ja nadal w głowie miałam ten „idealny” plan i mocne postanowienie, że za chwilę postaramy się o kolejne dziecko. Na pewno dam sobie radę, wiele rodzin w końcu daje. Dodatkowo lata lecą i nie robię się młodsza, muszę o tym pamiętać. Sytuacja finansowa jest stabilna, mieszkanie wystarczająco duże. W zasadzie nie ma żadnych przeszkód. Co więcej, mojej córce przyda się rodzeństwo.

To jak będzie?

Postanowiłam się jednak na chwilę zatrzymać i raz jeszcze wszystko przeanalizować. Dopuściłam do głosu swoje uczucia i zadałam sobie kilka pytań. Czy ja chcę „dawać radę”? Czy mój partner chce „dawać radę”? Przecież chyba nie z takim poczuciem, że „jakoś to będzie” powinniśmy zapraszać do naszego życia kolejnego członka rodziny.

Dokonała się wtedy w mojej głowie mała batalia, w której po jednej stronie stały przekonania ludzi z zewnątrz, a po drugiej moje uczucia. Początki rodzicielstwa nie są łatwe, bezwarunkowo jest to jeden z piękniejszych momentów w życiu, ale bywa ciężko. Kolki, skoki rozwojowe, ząbkowanie i nieprzespane noce – nie to było dla mnie najtrudniejsze. Najtrudniejsze było – i nadal jest – poczucie odpowiedzialności emocjonalnej za moje dziecko. Musiałam zmierzyć się z tym, że to MY budujemy podstawy, z którymi ONA wkroczy w życie.

Poznajmy się lepiej!

Czuję, że te podstawy budujemy głównie poprzez nasze podejście do dziecka, samych siebie oraz otwartość, z jaką podchodzimy do świata. Ta świadomość zachęciła mnie do odkrywania schematów, jakimi ja sama się posługuję oraz sprawdzania skąd się one wzięły. Czasami to tylko obserwacje, a czasami silna potrzeba zmiany. Nie chodzi tu o bycie ideałem, bo tacy ludzie nie istnieją. Nie ma również rodziców, którzy nie popełniają błędów. Może chodzi tylko o to, aby dać sobie przyzwolenie na te błędy, zauważać je i badać. Otworzyć się na siebie i swoje dziecko.

Niewątpliwie trwa właśnie przepiękna i najbardziej intensywna pod kątem rozwoju przygoda w moim życiu. Właśnie to – emocjonalność – jest dla mnie w macierzyństwie najtrudniejsze i pochłania najwięcej energii. Dlatego dziś czuję, że to jeszcze nie czas. Nie mam w sobie jeszcze przestrzeni, żeby ponownie zostać mamą. Może za miesiąc, może za rok… Dzisiaj jestem dumna, że pozwoliłam to sobie poczuć – Ty też nie bój się weryfikować swoich planów i uczuć.

Zobacz też: „Dobra rada? Nie, dziękuję!” – okiem młodej mamy

Paulina Skwarzyńska

Zawodowo zajmuje się marketingiem afiliacyjnym. Prywatnie mama 1,5 rocznej Michaliny, fanka rodzicielstwa bliskości, miłośniczka koni.

Jak blisko to zbyt blisko. Czy rodzice i dzieci mogą się przyjaźnić?

Parentyfikacja to odwrócenie ról - rodzic staje się zależnym dzieckiem – fot. 123rf

Matka zawsze najpierw kojarzy się z czułością, opieką i oddaniem dziecku. Takie skojarzenia ma każdy z nas, niezależnie od tego, czy matczynej opieki doświadczył, czy też nie. Swietłana Aleksijewicz w „Cynkowych chłopcach” pisze, że każdy z młodych żołnierzy na chwilę przed śmiercią lub w momencie największego cierpienia wzywał matkę.

Chcemy wierzyć, że matka będzie zawsze, że zawsze będzie zainteresowana i pomocna. A przecież nie zawsze tak jest.

Kultura dostarcza nam różnych przykładów matek, których zachowanie dalekie jest od opiekuńczego. Rafał, filmowy syn Krystyny Jandy z „Kochanków mojej matki” jest niedożywiony i zaniedbany, ale jego cierpienie jest znacznie bardziej dotkliwe. Oglądanie matki z kolejnymi mężczyznami jest stałą częścią jego dorastania. Joan Crawford sportretowana w  „Najdroższej mamusi” jest narcystyczna, być może nawet psychotyczna, a na pewno okrutna wobec swoich dzieci. Porzuca je emocjonalnie, wpada w furie, jej dzieci nigdy nie mogą poczuć się bezpiecznie przy matce, która nie ma żadnej kontroli nad swoimi emocjami.

Różne formy zaniedbania

Ale są też innego rodzaju nadużycia wobec dzieci, znacznie mniej drastyczne, a jednak skutkujące poważnymi konsekwencjami. Zaniedbanie, którego doświadcza wiele dzieci wiąże się z tym, że są niewidziane. Oznacza to, że ich potrzeby są nie dostrzegane zupełnie lub błędnie rozumiane. Bywa, że matki są nadmiernie krytyczne wobec dzieci lub mają oczekiwania nieadekwatne do ich możliwości. Czasami rodzice mają wyobrażenia, że dzieci są zbyt małe, by coś rozumieć lub też, że z pewnymi sytuacjami radzą sobie lepiej niż dorośli. Może się wydawać, że najważniejsze to zapewnić dziecku opiekę, fizyczną obecność dorosłego, które zadba o jego podstawowe potrzeby. Jednak poważnym zaniedbaniem wobec dziecka jest na przykład przenoszenie go z miejsca na miejsce, wspieranie się pomocą ze strony zmieniających się dorosłych, nieznanych dziecku.

Czasami rodzice wymagają od dzieci dowodów miłości, przywiązania lub też chcą zmusić dzieci do posłuszeństwa. Robią to często w bardzo manipulacyjny sposób. Czasami bardzo już dorośli ludzie opowiadają, jak mama „umierała” na ich oczach, kiedy byli niegrzeczni czy chcieli coś osiągnąć, jak chorowała, bo dziecko zachowywało się w sposób, którego nie mogła znieść.

Zobacz też: Matki i córki – trudne relacje

Matki i córki

Relacje matki i córki jest specyficzna. Córka patrząc na matkę uczy się różnych życiowych ról. Jeśli ta relacja jest wystarczająco dobra, to różnego rodzaje niepowodzenia, rozczarowania i zawody można zaakceptować. Ale jeśli nie, to nie tylko będzie to trudna relacja, ale również odnalezienie się w roli kobiety, matki, żony, czy przyjaciółki będzie dla córki trudne. Odrzucając matkę, może również odrzucić siebie w różnych rolach.

Tym, co chroni córki przed różnymi formami nadużyć ze strony matki są granice. Wiele kobiet zna uczucie, kiedy matka zwierza się jej z problemów z mężem, a jej ojcem. Wiele kobiet regularnie odbiera telefony od matek narzekających na swoich mężów, płaczących z bezsilności, przeklinających każdy dzień z nim spędzony. Słuchają jak ich matki cierpią, ale też są wciągane w intymną relację rodziców, do której nie chcą i nie powinny mieć takiego dostępu.

Jest to dość częsty sposób, w jaki granice pomiędzy matkami i córkami mogą zostać zachwiane. Co też tym trudniej zauważyć, że dzieci, nawet już bardzo dorosłe chcą pomagać swoim rodzicom, chcą by czuli oni się możliwie jak najlepiej, nawet jeśli odbywa się to ich, dzieci, kosztem.

Dziecko jako przedłużenie rodzica

Rodzice szczególnie narcystyczni traktują swoje dzieci jako przedłużenie siebie. Oczekują, że dzieci będą zachowywały się w określony sposób, miały określone osiągnięcia i przede wszystkim nieustannie odpowiadały na potrzeby rodzica. Narcystyczna matka może dawkować swoją miłość i zainteresowanie dzieckiem w zależności od tego, jakie ma ono osiągnięcia lub wycofywać się z relacji, jeśli na przykład dziecko zechce realizować swoje potrzeby. Może posunąć się do różnych, najbardziej skrajnych manipulacji, żeby uzyskać to, czego chce. Bycie blisko z takim rodzicem często skutkuje utratą poczucia własnej wartości, a nawet poczucia, kim się jest i czego się pragnie. Nawet kiedy narcystyczny rodzic wycofuje się z życia dziecko, ponieważ ono dorasta, jest ciągle obecny w kolejnych relacjach. Nadal szuka się pochwał, nadal jest się przekonanym, że na miłość trzeba zasłużyć, podobnie jak na bycie widzianym i słyszanym.

Zobacz też: Czy dobrze zrobiłam? Czyli o tym, że można żałować decyzji o macierzyństwie

Odwrócenie ról

Czasami rodzice szczerze kochają swoją dzieci. Zdają się robić wszystko, by o nie dbać, ale jednocześnie nie są zdolni podejmować pewnych decyzji, nie potrafią zadbać o siebie samych, czasem nawet na bardzo podstawowym poziomie. Są bardzo nieporadni i nieszczęśliwi, a jednocześnie nie potrafią pomóc sobie inaczej niż korzystając ze wsparcia ze strony dziecka. Przejmuje ono wówczas rolę pocieszyciela, opiekuna, doradcy. Zajmuje się na przykład chorym rodzicem lub też wysłuchuje smutków depresyjnej matki.

Na pozór w tego typu rodzinach relacje mogą wydawać się poprawne i bardzo bliskie. Dziecko może zdawać się być nadmiernie dojrzałe, ale jednocześnie otrzymuje z tego powodu liczne pochwały. Jest utrzymywane w tej pozycji. Sytuacja taka wiąże się z odwróceniem ról w rodzice – rodzic w jakimś sensie staje się zależnym dzieckiem, a rzeczywiste dziecko staje się dorosłe. Zjawisko to nazywa jest w psychologii parentyfikacją. Osoby, które parentyfikacji doświadczyły często przez całe życie zmagają się z rolą pocieszyciela i ratownika, gdziekolwiek pójdą i w jakiejkolwiek relacji z drugim człowiekiem się znajdą.

Pomiędzy rodzicami i dziećmi nie ma równości. Jakkolwiek byśmy tego pragnęli, niezależnie od tego, jak bardzo chciałoby się blisko ze ojcem czy matką, granice pomagają nam zyskać zdrową niezależność. Rodzice natomiast zawsze pozostaną rodzicami i zawsze w relacji z nimi będzie rodzaj zależności. Inaczej niż w przyjaźni. W relacji z przyjacielem obie strony mają podobne prawa, oczekiwania, wyobrażanie, możliwości.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Czym jest miłość?

Czym jest miłość?
Czym jest miłość?

Potrafi zmienić nasze życie w ułamku sekundy – uczynić nas najszczęśliwszymi i zarazem najbardziej nieszczęśliwymi ludźmi na świecie. Spełniona i niespełniona. Przytrafia się każdemu. Miłość.  Marzymy o niej, idealizujemy, cierpimy, szalejemy, robimy głupstwa, marnujemy życie. Czy kiedykolwiek ją zrozumiemy?

Naukowcy od lat próbują odgadnąć, czym jest miłość, co kieruje nami, kiedy się zakochujemy, jakie są rodzaje miłości. Miłość znajdujemy na Tinderze i innych portalach randkowych, a mimo narzekań o niemożności doświadczenia jej w realu, biznes ślubny ma się całkiem dobrze – czyli jest, istnieje! Nic dziwnego, że Walentynki także u nas stały się prawie narodowym świętem, obchodzonym nawet w przedszkolach. Chcemy kochać.

„Nie kocham mężczyzny czy kobiety. Kocham ciebie”

„Uwielbiamy miłość romantyczną – pisze Helen Fisher, autorka „Anatomii miłości” – filmy, sztuki teatralne, opery, balety opiewają namiętność, fascynuje nas seksualność. Jednak najważniejsze jest przywiązanie – uczucie zadowolenia, dzielenia się i kosmicznej jedności z drugą osobą. To najpiękniejszy spośród trzech podstawowych popędów (pozostałe to pożądanie i miłość romantyczna) – wspólne wieczorne czytanie lub oglądanie telewizji, śmianie się z komedii albo spacer za rękę po parku czy plaży wyzwala uczucie duchowej łączności. Świat staje się rajem” – uważa Fisher, profesor antropologii, zajmująca się miłością, pożądaniem, przywiązaniem i innymi zachowaniami związanymi z tworzeniem związków.

„Nie ma już przed, nie ma po. Jest tylko teraz, tylko ty, tylko ja…”

MIŁOŚĆ JAK NARKOTYK

Kiedy jesteśmy zakochani, uaktywnia się układ nagrody w mózgu, który w podobny sposób reaguje w momencie zażywania narkotyków – dlatego uczucia miłości albo pożądania często przypominają oszołomienie, jakiego doznajemy pod wpływem środków odurzających. Jak twierdzi Laura Mucha, autorka książki „No właśnie, miłość”, istnieją różne rodzaje miłości. Przeżywamy je w odmienny sposób i mają one różną podstawę neurologiczną. Jeden z nich – miłość namiętna, budząca ekscytację i podniecenie – angażuje w mózgu wspomniany wyżej układ nagrody. To miłość, która działa na nas z ogromna siłą – bez niej przypuszczalnie nie przetrwaliśmy jako gatunek.

„Teraz jesteś tutaj. Bierzesz mnie w ramiona. Świat wstrzymał krok”.

JAK KOCHAMY?

Teoria przywiązania zmieniła rozumienie związków między ludźmi. Każdy z nas inaczej postrzega intymność i zaangażowanie. Zazwyczaj cechuje nas pewien „styl przywiązania”, który wywiera ogromny wpływ na nasze związki uczuciowe – w dużej mierze wynika z naszego wychowania. Ewolucyjnie nie jesteśmy stworzeni do życia w pojedynkę i jesteśmy tak zaprogramowani, że jeśli chcemy przetrwać, musimy rozwijać w sobie przywiązanie do innych – w dzieciństwie jest to kwestia życia i śmierci – ten system działa z ogromną siłą i wpływa na nasze myślenie, pamięć i zachowania.

Istnieją cztery style przywiązania: bezpieczny, lękowy, unikający oraz zdezorganizowany. Bezpieczny styl przywiązania rozwija się zwykle w przypadku, gdy przynajmniej jedna osoba stanowi dla nas bezpieczną przystań w czasach kryzysów oraz bazę podczas eksploracji świata. Nie mamy wtedy raczej problemów z intymnością i zaangażowaniem, kiedy zaś potrzebujemy pomocy, prosimy o nią i nie martwimy się, że możemy stracić partnera.

„Bo wolę cierpieć przez ciebie, niż bez ciebie żyć”

SPRAWDŹ, JAK KOCHASZ

3 rodzaje miłości według Laury Muchy:

Pożądanie (namiętność, pragnienie seksualne albo popęd seksualny) – bardzo silny, oszałamiający i upajający obsesyjny popęd, którego celem jest doprowadzenie do reprodukcji naszego gatunku. Zdarza się, że jest skierowany na wiele różnych osób i trwa jedynie chwilę – ale bywa także skoncentrowany (i tak jest najczęściej) na jednej osobie i trwa miesiące albo lata.

Miłość romantyczna (bycie zakochanym, kochanie kogoś, namiętna miłość, miłość erotyczna) obejmuje intymność, która wymaga czasu i otworzenia się na drugą osobę, oraz pożądanie – ale niekoniecznie oznacza emocjonalne zaangażowanie. Podobnie jak w pożądaniu, w miłości romantycznej na początku pojawia się pewna idealizacja obiektu uczuć, która najczęściej z czasem słabnie – ale nie zawsze.

Miłość oparta na wspólnocie jest rodzajem spokojnej, stabilnej miłości, jaką często obserwujemy w dojrzałych związkach uczuciowych o wieloletnim stażu. Przypomina bardziej przyjaźń niż gwałtowne, namiętne zauroczenie. W odróżnieniu od miłości romantycznej nie zawsze od początku jest w niej obecne pożądanie. Partnerzy w takim związku odczuwają raczej głębsze i bardziej wyciszone poczucie wzajemnej atrakcyjności.

 „Dłonie zakochanych nie zaciskają się w pięść. W pięści nie ma miłości”.

Źródła:

„Anatomia miłości” – Helen Fisher Wyd. Rebis

„No własnie miłość” Laura Mucha . Wydawnictwo Marginesy

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Miłość” Helene Deeforge, Quentin Greban Wyd. Media Rodzina

Zobacz też: Co tracimy zyskując współmałżonka? Związek okiem psychologa

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

„Bridget na ostro”, czyli „50 twarzy Tindera”

50 twarzy Tindera
fot. materiały prasowe

Tinder sprowadza poszukiwanie partnera/partnerki do paru puknięć palcem w ekran smartfona. Aplikacja stała się tak popularna, że Joanna Jędrusik wydała książkę „50 twarzy Tindera”. Czy warto dać jej szansę?

Tytuł w oczywisty sposób nawiązuje do najpopularniejszej powieści erotycznej ostatnich lat. Na odwrocie książki znajduje się jeszcze jedno odwołanie: „Bridget Jones na ostro!”. Cóż, perypetie Bridget były pełne ciepłego, brytyjskiego humoru. W „50 twarzach Tindera” jest on dużo dosadniejszy, nierzadko wulgarny. Joanna Jędrusik wypracowała własny styl opowiadania, który nie każdemu przypadnie on do gustu.

Zobacz też: Situationship, czyli tak trochę miłość

O sztuce randkowania

Autorka twierdzi, iż ze względu na wyścig szczurów kochamy szybko i powierzchownie. W odniesieniu do Tindera poczyniła szereg użytecznych spostrzeżeń. Z tej arcypopularnej aplikacji randkowej korzystają przedstawiciele najróżniejszych klas społecznych, zwolennicy wszelkich możliwych frakcji politycznych, wyznawcy najróżniejszych religii. Autorka podzieliła mężczyzn na kilka kategorii („naukowcy”, „nerdy”, „dziennikarze kulturalni” itd.), po czym pokrótce opisała, komu dać szansę, a kogo lepiej unikać. Książkę można więc traktować jako niby-poradnik, w którym mniej lub bardziej udane dowcipy przeplatają się z gorzką opowieścią o nieudanym małżeństwie autorki. Jeśli chodzi o walory rozrywkowo-relaksacyjne, trudno coś zarzucić tej konwencji.

Nie dla każdego

Cięty, dosadny, wulgarny język wyraźnie oddaje emocje bohaterki, czyli samej Joanny Jędrusik. Nie wiem, czy nie ubarwiła swoich przeżyć, ale to nie wpływa na wrażenia z czytania. Te zaś generalnie są pozytywne, choć żarty autorki momentami ocierają się o grafomanię: „Przyznałabym się nawet do wydania rozkazu strzelania do górników w kopalni Wujek, gdyby to było konieczne, żeby uratować moje małżeństwo”. W ogólnym rozrachunku odbiór tej książki zależy przede wszystkim od indywidualnej wrażliwości. Jeśli krzywisz się na widok licznych bluzgów, nie wiesz, kto to „nerd” i postrzegasz internetowe randki jako przejaw zepsucia moralnego, rozejrzyj się za inną lekturą.

Zobacz też: Love is all around – Najpiękniejsze sceny miłosne z filmów

Tinderowe kompendium

Przyznam, że „50 twarzy Tindera” niezbyt mi się podobało, gdyż… jako mężczyzna nie mogłem się utożsamić z bohaterką :). Myślę jednak, że większość czytelniczek nie będzie miała tego problemu, szczególnie jeśli doskwiera im samotność i same korzystają z tytułowej aplikacji. Jeśli nie – z książki dowiedzą się o niej praktycznie wszystkiego. Z drugiej strony, sugerowana cena detaliczna tego osobliwego kompendium (40 zł) wydaje mi się dość wygórowana. Nie mam złudzeń co do tego, że za jakiś czas dzieło Joanny Jędrusik trafi do hipermarketowych koszy z napisem „Wyprzedaż”. Ale czy wtedy ktoś będzie jeszcze korzystał z Tindera? Aplikacja powoli traci popularność na rzecz konkurencyjnego Badoo, a o poczciwej sympati.pl pamiętają już głównie osoby 50+. Sięgając po „50 twarzy Tindera”, warto mieć to wszystko na uwadze.

          

 

 

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.

Koń terapeuta – czemu nie? Okiełznaj emocje i ściągnij cugle z Karoliną Czarnecką! WYWIAD

Konie towarzyszą człowiekowi od zawsze. Służą do pracy, transportu, rozrywki oraz… terapii. O terapeutycznej mocy koni, ich podmiotowości i wpływie na nasz rozwój rozmawiałam z Karoliną Czarnecką, psycholożką i facylitatorką programów rozwojowych z końmi.

Alina Windyga-Łapińska: Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z końmi?

Karolina Czarnecka: Wiele lat temu, gdy byłam kilkuletnią dziewczynką. Odwiedzając daleką rodzinę na wsi, zostałam posadzona na dużego pociągowego konia i tak już zostało, jak to się mówi „łyknęłam bakcyla”. Rodzice mówili, że mam „radar” na konie, gdyż wyczuwałam je z daleka i nie potrafiłam przejść obojętnie, musiałam chociaż popatrzeć, pogłaskać.

Stopniowo zdobywałam doświadczenie pod okiem trenerów w państwowych i prywatnych stadninach. Startowałam w zawodach i uczyłam młodych adeptów sztuki jeździeckiej.

Często, żeby jeździć konno, wstawałam bardzo wcześnie rano i jeszcze przed szkołą jechałam do stajni. Pomagałam tam wyrzucać gnój z boksów – co uważam za bardzo cenne, uczące doświadczenie. Zaufanie osób, z którymi współpracowałam, zaowocowało pracą polegającą na przygotowywaniu koni do pracy pod jeźdźcem.

Zobacz też: Jak blisko jest zbyt blisko. Czy rodzice i dzieci mogą się przyjaźnić?

Obecnie pracujesz również z tzw. trudnymi końmi. Na czym polega taka praca?

W żargonie jeździeckim „trudny koń” to koń stwarzający problemy, który np. kopie, gryzie, ucieka, atakuje, ponosi, zrzuca i myślę, że takich zachowań mogłabym wymieniać bardzo dużo, ale w głównej mierze możemy powiedzieć, że trudny koń to taki, który nie jest podporządkowany.

W pracy z końmi zauważyłam, że problem często nie jest w samym zwierzęciu, ale w doświadczeniach, jakie miało w kontakcie z człowiekiem. Pracę z końmi, które zostały zmuszone do stosowania wszystkich znanych im technik obronnych, można podzielić na części, fundamenty.

Pierwszym z nich jest czas – dużo czasu, po to, by zbudować relację opartą na wzajemnym szacunku i zaufaniu. Kolejnym fundamentem są umiejętności, znajomość środowiska, potrzeb, sposobu komunikacji koni. Aby być dobrym przewodnikiem koni, trzeba umieć dostosować siebie i swoje założenia treningowe do aktualnego stanu konia. Wchodząc w relację z koniem, poznając go, potrafimy określić, w jakiej jest formie, czego potrzebuje. Dla mnie jest to pierwsza czynność po przyjściu do stajni – sprawdzam jak koń się miewa, co chce mi powiedzieć.

Trzecim fundamentem jest znajomość siebie samego, swoich potrzeb, emocji, stanu, w jakim aktualnie jesteśmy. Konie od pierwszych chwil, gdy do nich wchodzimy, wiedzą co jest w nas autentyczne i na to reagują. Jeśli sami jesteśmy nerwowi, koń też staje się nerwowy. Często obserwowałam i w dalszym ciągu obserwuję jeźdźców, którym nie idzie trening i mówią, że to wina konia, bo jest trudny, krnąbrny. Wtedy zadaję im pytanie:  „A jak jest z Tobą?”

Dobre pytanie! Dlaczego jeszcze warto przebywać z końmi?

Konie są roślinożercami, zwierzętami stadnymi, posiadają niezwykle rozwiniętą chęć współpracy, wrażliwość oraz umiejętność komunikacji niewerbalnej. Podczas gdy ludzie mogą mówić, wyjaśniać i racjonalizować myśli, konie żyją w całkowicie społecznej strukturze, opartej na działaniu. Konie reagują i odzwierciedlają emocje osób, z którymi wchodzą w relacje; stają się ich lustrem. Dzieje się tak dlatego, że konie są znacznie bardziej świadome mowy ciała, niż ludzie, łatwiej rozpoznają i reagują na poziomy gniewu, niepokoju, lęku lub smutku, które są niedostrzegalne dla ludzi.

Z racji bycia w stadzie, konie mają jasną strukturę i hierarchię. Szukają poczucia bezpieczeństwa. W celu przetrwania wytworzyły precyzyjny podział ról, co umożliwia im szybkie podejmowanie decyzji w chwili zagrożenia.

Współpraca z końmi oparta na dobrowolności. Wymaga od nas jednoznacznej komunikacji, szczerości, zaufania oraz zorientowania na cel. Bezpośrednie obcowanie z końmi wyzwala własną inicjatywę i kreatywność, a także uczy opanowania. Tego typu doświadczenie umożliwia wzmocnienie swojej pozycji i uwolnienie ukrytych kompetencji.

Jak już wspominałam, często widziałam i nadal obserwuję jak osoby trenujące, przyjeżdżając na trening, przynoszą ze sobą emocje z całego dnia. W takich sytuacjach założenia treningowe nie są spełniane – koń stawał się nerwowy, płochliwy, nie chciał współpracować, pokazywał całym sobą to, co dzieje się z jeźdźcem w środku, z jego emocjami. Konie nie kwestionują motywów, reagują na podejmowane działania. Są obecne tu i teraz, nie w sytuacji, która wydarzyła się kiedyś czy przewidujemy, że się wydarzy.
Konie nie oceniają tego, kim jesteśmy, ani jak wyglądamy; są obecne w realnej sytuacji, realnej relacji na chwilę obecną, i reagują na nasze sygnały. Dzięki temu mamy informację zwrotną w czasie rzeczywistym.

Konie są szczere, nie znają naszego kodu zachowań, odpowiadają na to, co widzą, słyszą i odczuwają w danej chwili, tu i teraz. Przede wszystkim, dają nam szansę na zmianę…

W jaki sposób koń „mówi” do nas? Jak prowadzić efektowny dialog z koniem?

Konie w naturalnym środowisku, między osobnikami w stadzie porozumiewają się bezgłośnie. Komunikacja niewerbalna jest im to potrzebne do przetrwania, gdyż w razie niebezpieczeństwa stawiają na ucieczkę. W związku z tym w głównej mierze posługują się językiem ciała. My, jako drapieżnicy, każdym swoim ruchem oddziałujemy na konia, ale też tym, co mamy w środku, co przynosimy i wnosimy z dnia codziennego.

Mam poczucie, że my jako ludzie, często zapominamy o tym, że konie czują, mogą mieć, tak jak my, gorszy lub lepszy dzień, a my swoimi potrzebami czy ambicjami „zabijamy” ich osobowość, zamykamy się na dialog z nimi. Efektywna komunikacja z końmi to w pierwszej kolejności praca nad samym sobą, swoją samoświadomością.

Zobacz też: „Warto być drogowskazem, nie dyktatorem” – wywiad z ekspertką na temat Pozytywnej Dyscypliny w wychowaniu dzieci

Jak koń może pomóc nam pomóc w pracy nad sobą?

Myślę, że już po części odpowiedziałam na to pytanie. Już samo przebywanie z końmi daje nam wiele – wycisza, uspokaja, każdy z nas czerpie coś innego.

Pracując z klientami opieram się o HORSE ASISTED EDUCATION, w skrócie HAE, co tłumaczy się dosłownie: NAUKA W ASYŚCIE KONI. Jest to innowacyjna metoda rozwoju osobistego w bardzo szerokim zakresie, od samoświadomości po przywództwo, dążenie do celu, zmianę. W tej niezwykłej metodzie nauczycielami są konie. Metoda ta tworzy jedyną w swoim rodzaju przestrzeń, do przyjrzenia się sobie od środka.

Podczas warsztatów pracujemy na rzeczywistej relacji człowieka z koniem, co umożliwia przyglądanie się sobie w realnej sytuacji. Obszary, którymi zajmujemy się pracując na warsztatach HAE, to: emocje, relacje, postawy, przywództwo, potrzeby, granice, wewnętrzna siła.

Czy my też mamy wpływ na konia? Czy dzięki nam koń również się rozwija?

Jak najbardziej, wszystko opiera się na autentyczności, samoświadomości, ale też przywództwie, czyli na tym, czy jako prawdziwy lider będę w stanie przedłożyć dobro członków stada, w tym wypadku konia, z którym wejdę w relację, nad swoje potrzeby.

Konie nieustannie szukają poczucia bezpieczeństwa i zadają nam pytanie: Czy będziesz w stanie poświęcić się i mi służyć? Rozumiem, że może to brzmieć dziwnie, natomiast chodzi tu o to, czy sobą, swoimi emocjami, postawą, tym co komunikujemy, dajemy koniom poczucie bezpieczeństwa, czy zapewniamy podstawowe potrzeby.

Niejednokrotnie pracując z końmi, obserwuję ich zmiany. Pamiętam jednego wałacha, który był właśnie koniem trudnym, pracowałam z nim ponad rok. Z konia, który nie dawał się złapać, atakował, straszył, stał się koniem, który chętnie przebywa z człowiekiem, podąża za nim sam z nieprzymuszonej woli.

Konie, jak my ludzie, mają swoje osobowości. Ważne żeby je akceptować, oczywiście z uważnością na szacunek nie tylko do konia; mamy też prawo wymagać szacunku od konia. Niedopuszczalne jest używanie przemocy. Czas, uważność, znajomość komunikatów, jakie wysyła nam koń, znajomość siebie, potrafi działać cuda.

Co jeszcze warto wiedzieć na temat terapeutycznej mocy konia?

Myślę, że w pierwszej kolejności warto powiedzieć o tym, że aby czerpać terapeutyczną moc od koni, musimy się zastanowić, czy jesteśmy gotowi na to, żeby otworzyć się na uczenie od koni – zwierząt, które przez wieki stały dużo niżej od nas w hierarchii. Od tego wszystko się zaczyna… Dla mnie magia koni i ich terapeutyczna moc są nie do opisania, ich trzeba doświadczyć na różnych płaszczyznach.

Zobacz też: Coach czy psychoterapeuta – kto lepiej pomoże Ci się zmienić?

Słyszeliśmy, że ostatnio zaadoptowałaś półrocznego konia, który miał trafić do rzeźni. Opowiesz, jak to było?

Oczywiście. W głowie kiełkował mi pomysł, aby powoli zacząć rozglądać się za kolejnym koniem do teamu koni trenerów HorseSpirit. Oglądałam kilka koni z ogłoszeń z polecenia, na różnym etapie ich życia i rozwoju, ale coś nie zagrało. Postanowiłam jeszcze trochę poczekać, dać sobie czas. Po kilku tygodniach odebrałam telefon od bliskiej mi osoby, z zapytaniem, czy nie znam kogoś, kto by chciał młodego konia. Zaczęłam dopytywać, co to za koń, co się dzieje i czemu tak szybko poszukiwany jest nowy właściciel. Okazało się, że jest to młodziutki ogierek, który ma trafić do rzeźni. W moich poszukiwaniach nie brałam pod uwagę tak młodego konia i do tego tak dużego – Polski Koń Zimnokrwisty. Konie tej rasy wykorzystywane są do prac polowych, zrywki drewna, ale też są hodowane na mięso. Cena sprzedaży u handlarza to ok. 12 zł za kilogram. I tak też miało się stać z tym maluchem.

Kilka dni intensywnie myślałam, rozmawiałam z bliskimi i zapadła decyzja, że go wykupuję. Pojechałam zobaczyć konia. Przyznam, że z jednej strony głowa sprowadzała mnie na ziemię, mówiąc: Spokojnie, nie widziałaś konia, najpierw sprawdź, czy jest zdrowy itd., ale serce było już przy nim. Z tymi wieloma myślami w trakcie drogi dotarłam na miejsce i zobaczyłam uwiązanego na łańcuchu źrebaka, który był bardzo niepewny i patrzył, kim jestem i czego od niego chcę.

Po tygodniu udało mi się zorganizować transport. Chciałam, żeby pierwszą swoją podróż miał komfortową i bezpieczną. Zależało mi na konkretnej osobie, która miała go przewieźć i tak też się stało. Konik był zafascynowany tym, jaki świat jest różnorodny. Dotychczasowe życie spędził przywiązanym w jednym boksie dzielonym z mamą. Po około 15 minutach udało się bez większych trudności załadować konia do przyczepy i ruszyliśmy w drogę. Po godzinie dotarliśmy na miejsce.

Raban, bo tak się nazywa, bardzo się zmienił – rośnie, zmężniał, waży już około 500 kg. Ma kolegów, z którymi chodzi na padoku, bawi się. Jak przystało na dziecko poznaje wszystko poprzez częste branie do pyszczka różnych rzeczy,  jest ciekawski i odważny. Raban jest w końskim przedszkolu, ma czas na rozwijanie się, naukę relacji, spanie w dzień, jedzenie.

Mogę powiedzieć, że dołączył do naszego teamu młody koń, który będzie w przyszłości koniem trenerem – jeśli oczywiście będzie miał na to ochotę.

Ekspert

Karolina Czarnecka

Certyfikowany facylitator programów rozwojowych z końmi (certyfikat EAHAE), Dyplomowany psycholog, certyfikowany specjalista przeciwdziałania przemocy w rodzinie, certyfikowany specjalista pomocy ofiarom przemocy, specjalista pracy ze sprawcą przemocy według modelu Partner Plus oraz Rodzina, szkoleniowiec, właścicielka firmy Syntonia. Na co dzień związana z Ogólnopolskim Pogotowiem dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia” Instytutu Psychologii Zdrowia i Ośrodkiem dla osób pokrzywdzonych przestępstwem, gdzie prowadzi konsultacje indywidualne, zajęcia grupowe, warsztatowe oraz szkolenia.

horsespirit.pl

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat pracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, po urlopie macierzyńskim postanowiła nie wracać i zajęła się pisaniem.