Przejdź do treści

„N. strąca wszystko, co znajdzie się w zasięgu jej niszczycielskiej siły”. Czyli dwulatka pomaga w porządkach

dwulatka pomaga w porządkach
fot. Fotolia

N. nam pomaga w różnych pracach domowych. Nie musieliśmy się starać, namawiać jej, wyznaczać obowiązki, czy coś. Po prostu nagle zaczęła. Dwulatka pomaga w porządkach- jakie mogą być tego skutki…?

Na początku szło nieco niezdarnie, kiedy przymierzała się do różnych zadań – przypatrywała się temu, co my – ja i mama N. – robimy, po czym zaczynała naśladować. Kiedy zapytaliśmy, co robi, odpowiedziała „Pomagam!”.

Zobacz także: Podróż z dzieckiem. „Odkąd N. jeździ z nami bierzemy ze sobą kosmiczną ilość walizek”

Dwulatka pomaga w porządkach – po pierwsze zakupy

N. sama zadecydowała, w których obszarach naszych aktywności jej pomoc jest wskazana. Na przykład zakupy. Sprawunki przynosimy z auta w dwóch koszach – jeden termiczny na produkty, które trzeba trzymać w chłodzie, drugi zwykły kosz na wszystko inne.

Kiedy zakupy są już w domu, N. natychmiast wlecze je do kuchni. Kosze są dla niej za wielkie i za ciężkie, a więc zdarza się, że są częściowo opróżniane po drodze. Lżejsze można już przetaszczyć. Za N. idzie więc ktoś z nas – ja lub mama N. – i zbiera to, co zostało uznane za zbyt ciężkie i wylądowało na podłodze.

Segregację na rzeczy do lodówki i rzeczy do szafek od razu trafia szlag, bo N., po dotarciu do kuchni, zawartość obu koszy wywala na jedna stertę. Nic nie szkodzi, bo N. wie, gdzie powinny trafić poszczególne produkty.

Zobacz także: Rodzic idzie do lekarza, czyli kilka słów o zgubnych skutkach pośpiechu

Dwulatka pomaga w porządkach – segregowanie

Sęk w tym, że przy ich roznoszeniu na swoje miejsca kieruje się nieco innymi paradygmatami. Ja i mama N. nie do końca rozgryźliśmy, na czym polegają zasady tej autorskiej segregacji. Kiedy N. opuści kuchnię, wprowadzamy poprawki.

Samo umieszczanie produktów w przeznaczonej do tego przestrzeni też miewa charakter eksperymentalny. Na przykład lodówka. W lodówce półki wciąż są dla N. za wysoko, a więc żeby się do nich dostać, trzeba wspiąć się na kitchen helper.

To pomaga, ale nie zapewnia stuprocentowego sukcesu. Ustawienie poprzewracanych butelek i słoiczków, z trudem wturlanych na półki, jest już zadaniem moim bądź mamy N.

Zobacz także: A może by tak wyjść bez dziecka? „Ruszyliśmy bez obaw. Niesłusznie, oj jak niesłusznie…”

Dwulatka pomaga w porządkach – zamiatanie

Wśród prac domowych, które zostały przejęte przez N. jest też zamiatanie. Z wyjątkiem jednak. N. zdecydowała się zamiatać, ale tylko przy użyciu dużej szczotki. Naprawdę dużej, o wiele większej o samej N. To niesie ze sobą pewne konsekwencje.

Zamiatająca N. jest swoistym perpetum mobile – nie mogąc sprawnie manewrować za długim kijem od szczotki, N. strąca wszystko, co znajdzie się w zasięgu jej niszczycielskiej siły. Podłoga pokrywa się warstwą potłuczonych bądź rozsypanych przedmiotów. Które trzeba przecież pozamiatać.

N. nie pozwala sobie pomóc, zamiatanie to jej domena. Ja i mama N. możemy jedynie czekać, aż wygenerowany chaos spełni oczekiwania N. Wówczas porzuca miotłę i udaje się ku innym zajęciom. My – ja i mama N. – dopiero wtedy mamy szansę, żeby zacząć ratować sytuację. Chyba że N. zauważy, że skradamy się po miotłę. Wtedy nie mamy szansy.

Tata z Dzieckiem

Tata z dzieckiem. Pracuje, no i opiekuje się N. Pół tygodnia w pracy, pół tygodnia w domu z dzieckiem. W weekendy jedno i drugie.

Pierwszy Dzień Matki – jaki prezent wybrać? Te słowa młodych mam nie pozostawiają złudzeń!

Pierwszy Dzień Matki to ważne wydarzenie. Pokażmy młodym mamom, że widzimy ich potrzeby.

Dzień Matki zbliża się wielkimi krokami. Dla niektórych kobiet jest to pierwszy tak wyjątkowy dzień. Zastanawiając się zatem nad prezentem dla nich – tak, nie tylko dziecko może tego dnia obdarować mamę – warto zwrócić uwagę na zdania, które padły z ust świeżo upieczonych rodziców. Co sprawiłoby im w tym dniu największą radość?

Pierwszy Dzień Matki w odmiennej niż dotychczas roli, to ważne przeżycie. To jasny sygnał, że jest się już w zupełnie innym miejscu. Przeistoczenie z dziecka w rolę mamy – z beztroski w odpowiedzialność, z bycia osobą obdarowującą w osobę, która tego dnia będzie prezenty otrzymywać. Oczywiście ładne pakunki i piękne bukiety to tylko dodatek do docenienia, które jest znacznie głębsze. Wcale nie oznacza to jednak, że nawet małym drobiazgiem nie można uszczęśliwić młodej mamy.

Dlaczego warto to zrobić? W dużej mierze życie świeżo upieczonej mamy podporządkowane jest teraz dziecku, dobrze jest zatem zwrócić uwagę także na jej potrzeby i pokazać, że one wciąż są równie ważne.

Jakie prezenty chciałyby otrzymać młode mamy?

Kilka zdań cytuje huffpost:

  • Coś, co „zastąpi” sen, albo przynajmniej sprawi, że będzie się wyglądało, jakby było się wyspaną.
  • Coś, co ułatwi zniesienie zmian, które pojawiły się w ciele po ciąży.
  • Coś, co pozwoli odzyskać wolne ręce.

 

Czy takie wypowiedzi mogą dziwić? Chyba niekoniecznie: „Codzienność nieraz może przytłaczać. Bycie mamą często nie ułatwia sytuacji. Płacz, zarwane noce, bałagan i konieczność posiadania oczu dookoła głowy, które pracować powinny z prędkością światła” – pisaliśmy na naszym portalu, o tutaj: >>KLIK<<

Nic zatem dziwnego, że zdania te odnoszą się tak naprawdę do podstawowych potrzeb. Za nimi kryje się jednak coś znacznie więcej – odzyskanie swojego ciała, poczucie niezależności, chwila tylko dla siebie. Pokażmy młodym mamom, że jesteśmy owych potrzeb świadomi.

Drobiazg tylko dla niej

Krem, witaminy, zdrowe oleje, kosmetyki, balsamy, peelingi, chusta do noszenia malucha – to tylko niektóre z rzeczy, jakie pierwsze przychodzą na myśl po przeczytaniu wspomnianych zdań. Nie, celem nie jest tu wskazanie konkretnych produktów, marek, czy sklepów. Chodzi raczej o podkreślenie faktu, że powyższe odpowiedzi mówią o potrzebie otrzymania czegoś, co będzie „indywidualnym” prezentem. Nie jest to mikser, poduszka do salonu, czy zestaw ręczników. Jest to raczej drobiazg, który młoda mama będzie mogła wykorzystać tylko dla siebie.

Warto o tym pamiętać – świeżo upieczona mama to wciąż kobieta, która potrzebuje przestrzeni, troski i docenienia. Nawet jeśli w tej chwili nie trzyma malucha w ramionach.

Zobacz też: Dlaczego zdecydowałam się na dziecko? Z pamiętnika młodej mamy
Źródło pytania i odpowiedzihuffpost

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

„Przeproś!”, czyli jak uczyć dzieci empatii

Jak uczyć dzieci empatii
Jeśli dziecko „ma przeprosić”, zwykle wynika to stąd, że zawstydzony jest dorosły – fot. Fotolia

Znakomity psychoterapeuta dziecięcy, Peter Fonagy uważa, że wiele trudności psychicznych dzieci i młodzieży wynika z tego, że w kulturze zachodniej rodzice kładą nacisk na rozwój self, natomiast w innych kulturach priorytetem jest rozumienie innych. Mówi, że część dzieci wyrasta w przekonaniu, że są centrum wszechświata, co utrudnia im radzenie sobie z wyzwaniami życia codziennego.

Umiejętność myślenia o tym, co czują inni i reagowania na to jest ważna z kilku powodów. Na przykład ułatwia życie w grupie czy społeczeństwie. Ułatwia współpracę, planowanie, wspólne działania. Zjednuje przyjaciół, pomaga budować i podtrzymywać ważne relacje. Wrażliwość na potrzeby innych –  o ile nie jest przesadna – wiąże się też zwykle z umiejętnością rozpoznawania własnych uczuć i stanów psychicznych.

Większość rodziców czuje więc, że rozwijanie empatii u dzieci jest ważne. Tyle tylko, że sposób, w jaki często to robią przynosi skutki odwrotne od zamierzonych.

Zobacz też:  „Bo mamusi będzie przykro”. Wzbudzanie poczucia winy u dziecka, czyli kilka słów o okrutnej manipulacji

O co w tym tak naprawdę chodzi?

Przeproś kolegę.

Antoś nie będzie chciał się z tobą bawić, jeśli go nie przeprosisz.

Przeproś, nie udawaj.

Nie wstyd ci? Idź i ją przeproś.

Tak mniej więcej wyglądają reakcje dorosłych, kiedy dzieci są w konflikcie, powiedzą do dorosłej osoby coś lub w sposób, który ta uzna za obraźliwy, odburkną. Często wówczas w rodzicach czy opiekunach pojawia się potrzeba „korygowania” zachowania.

Jednak, jeśli się przyjrzeć, niekoniecznie wynika ona z myśli, że dziecko potrzebuje wsparcia w nabyciu bardziej konstruktywnych czy prospołecznych zachowań. Bardziej prawdopodobne, że to dorosły czuje się zawstydzony lub też na przykład:

  • Uważa, że zachowanie dziecka odzwierciedla jego umiejętności wychowawcze
  • Że zachowanie dziecka pokazuje, że jest zaniedbane lub dostaje zły przykład
  • Że to dorosły ma rację – w myśl zasady, że świat, w którym dzieci miałyby głos, stałby się chaosem
  • Że musi być zachowana hierarchia, w której dziecko powinno słuchać starszych
  • Że dorosły ma kontrolę nad sytuacją (i dzieckiem)

Ta lista mogłaby by dłuższa. Jeśli dziecko „ma przeprosić”, zwykle wynika to stąd, że zawstydzony jest dorosły. Nie ma to więc wiele wspólnego z możliwościami do oceny sytuacji przez dziecko czy tym bardziej jego autentyczną i szczerą chęcią, by przeprosić.

Co więcej, widzimy tylko fragment sytuacji, nie jesteśmy jej częścią. Może więc zagniewanie dziecka ma uzasadnienie? Może wydarzyła się sytuacja, którą przeżywa jako raniącą czy krzywdzącą i reaguje tak, jak zareagowałby każdy człowiek, niezależnie od wieku?

Zobacz też: Współczujące niemowlaki – czy empatia jest wrodzona?

Jak uczyć dzieci empatii?

Wielu dorosłych ma również doświadczenie bycia zawstydzanym i pouczanym w sytuacjach społecznych.  Nie mieli okazji dowiedzieć się, dlaczego postępowali w sposób, który spotykał się z krytyka i nakazem przeproszenia. Ale co ważniejsze, jako dzieci nie mieli okazji podjąć własnych decyzji, mających naprawić trudną sytuację.

Żeby „przepraszam” było szczere, musi być osobistą decyzją. Musi wypływać z wnętrza człowieka. Żeby przeprosić, trzeba mieć świadomość, własną, którą nabywa się z wiekiem i doświadczeniem, że kogoś się zraniło, czy też że ktoś na skutek naszych działań cierpi.

W przeciwnym razie jest to puste słowo. Dziecko przymuszane – niezależnie od tego, czy w łagodny, niemal niezauważalny sposób, czy też całkiem bezpośrednio – uczy się, że ktoś za nie podejmuje decyzje i że same sobie nie może ufać. Nie może też poznać swoich emocji.

Zobacz też: Empatia w rodzicielstwie. Skąd wynika nasze poczucie winy?

Co w zamian?

To, co najtrudniejsze, czyli modelowanie. Żeby dziecko mogło być empatyczne i szczerze przepraszać, samo musi tego doświadczać. Musi również widzieć, jak najważniejsi dla niego ludzie innych traktują z empatią.

Warto dziecku tłumaczyć sytuacje społeczne. Można je omawiać, opisywać i przede wszystkim nazywać, zarówno wydarzenia, jak i uczucia, które mogły się pojawić w dziecku.

Z czasem nauczy się ono reagować na uczucia innych ludzi. Nauczy się rozpoznawać ich stany psychiczne, podobnie jak własne.

Czy nazwiemy to uczeniem dziecka manier, czy rozwijaniem empatii, chodzi o budowanie relacji. Tej z dzieckiem, ale również dziecka z samym sobą. Rzecz w zaufaniu do dziecka.

Ważna jest również zgoda, jaką dorosły musi mieć w sobie na to, by postępować czasem inaczej niż większość. W wierze w to, że jego przekonania są słuszne, że jego relacja z dzieckiem wystarczająco silna i wspierająca.

Mogłoby się wydawać, że oczywista czynność związana z przypominaniem dziecku o tym, że trzeba przepraszać za wyrządzone szkody, nie powinna budzić wątpliwości. Nie ma powodu sądzić, ze jest czymś więcej niż zwykłym elementem wychowania. A jednak bez wątpienia jest.26

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Owłosione kobiece ciało – kontrowersja, czy natura? Te zdjęcia łamią tabu!

Źródło foto: Ben Hooper Instagram || Kobiece owłosione ciało - kontrowersja, czy natura?

Ciało nieustannie jest pod ostrzałem – za grube, za chude, na niskie, za wysokie, zbyt piegowate, zbyt pomarszczone, no i przede wszystkim (szczególnie jeśli chodzi o kobiety) zbyt owłosione. Na szczęście coraz częściej pojawiają się na całym świecie akcje mające na celu normalizację owłosienia na ciele. Kontrowersja, czy natura?

Niemalże każde podobne zdjęcia publikowane w mediach budzą ogromną dyskusję. Z jednej strony pojawiają się głosy, że jest to obrzydliwe, że owłosione kobiety nie są kobiece, że to niehigieniczne, że śmierdzi, że nie da się do kogoś takiego dotknąć… Zbliżonych stwierdzeń (nieraz wyrażanych w znacznie ostrzejszych formach) są miliony. Z drugiej strony, coraz częściej pojawiają się też zdania, że jest to po prostu natura. Tak stworzone zostało ludzkie ciało, a depilacja to wymysł kultury, który de facto ma niewiele wspólnego chociażby z higieną. Otaczają nas takie, a nie inne normy kulturowe świadczące o „zadbanym” ciele i to nimi się posługujemy. Zostały w nas wdrukowane i tak dogłębnie zinternalizowane, że nawet nie poddajemy ich głębszemu namysłowi.

Mądrość ciała

Jednak, gdy przyjrzymy się ciału z nieco większą uważnością, dojdziemy do wniosku, że jest maszyną idealną. Czy gdyby owłosienie nie było nam potrzebne – albo może inaczej: gdyby było dla nas szkodliwe – to naprawdę ewolucja całkiem by go nie wyeliminowała? Biorąc pod uwagę np. owłosienie okolic intymnych, jest ono u kobiet znakomitą naturalną barierą dla bakterii. Chroni przed podrażnieniami i zakażeniami tych przecież tak bardzo delikatnych miejsc. To raczej zbyt inwazyjna depilacja jest w tym przypadku szkodliwa, a nie obecność włosów!

Patrząc na hejt, jaki zbierają tego typu projekty, można dojść do wniosku, że nie ma się co angażować, emocjonować sprawą i lepiej odpuścić. Jeśli jednak nie będziemy normalizować wyglądu, funkcji, fizjologii ciała, to zawsze jego akceptacja będzie obwarowana niesamowicie wygórowanymi standardami, z którymi nie każdy człowiek ma siłę walczyć. A ciało to my. Fajnie, byśmy zatem nie musiały walczyć same ze sobą.

Zobacz też: Nie da się zmierzyć WSZYSTKICH ciał jedną miarą – nie róbmy sobie tego!

Sztuką w fikcję

Projekt „Natural Beauty” jest pomysłem londyńskiego artysty, fotografika i twórcy filmów, Bena Hoopera. Postanowił on w swojej pracy zmierzyć się ze standardami kobiecego piękna i dowiedzieć się, co stoi właśnie za tym, że kobiety z owłosieniem na ciele uważane są za męskie, obrzydliwe, czy wręcz odrażające.

Zastanawia się przy tym, dlaczego jest to tak ogromnym tabu, dlaczego ludzie czują silny przymus jego obrony. Do swoich sesji zaprosił kobiety, które biorąc pod uwagę panujące kanony, uważane są za piękne – modelki, aktorki. O zgrozo, mogą jednak pochwalić się także widocznym owłosieniem! Jak zatem mają się do siebie te dwa, zupełnie przecież sprzeczne, „bieguny piękna”?

Pod zdjęciami kobiety opowiadały swoje historie, doświadczenia z ciałem i owłosieniem. Jakie dostawały na jego temat komentarze z zewnątrz, czy jest to według nich akceptowalne i, co chyba najważniejsze, jak się z tym czują. Już po tych kilku wypowiedziach widać wielkie różnice. Dla jednych kobiet owłosienie jest całkowicie naturalne i wyrastały w domu, w którym nie było pod tym względem żadnej opresji. Dla innych zaś, przyzwolenie sobie na brak depilacji, jest ogromnym krokiem ku poczuciu wolności, swobody i walki o samoakceptację.

Zobacz też: Kobietka ze złączonymi kolankami – czy moje ciało jest naprawdę MOJE?!

Opresją nie zwalczysz opresji

Co ważne, należy też pamiętać, abyśmy z tym, co tworzy opresję, nie walczyły takimi samymi metodami, jakie właśnie owa opresja wykorzystuje. Jeśli zatem odnosisz wrażenie, że musisz teraz skończyć z depilacją, bo tylko to będzie dla ciebie drogą do bycia blisko ze swoim ciałem, ale tak naprawdę nie czujesz się na to gotowa i zupełnie nie masz takiej potrzeby, nie twórz sobie w głowie kolejnego wymagania.

Sensem jest raczej zaakceptowanie faktu, że jest to naturalna składowa część ciała – nie definiuje nas, nie ogranicza, nie powinna stać się koniecznością, ani tym bardziej bazą do jakiejkolwiek oceny. To, czy decydujesz się depilować, czy nie, jest twoją indywidualną sprawą. Chodzi o to, abyś nie musiała podejmować tej decyzji pod presją i niezależnie od tego, jaka ona będzie, będziesz czuła się z nią jak najbardziej w porządku.

Źródło info: boredpanda

Źródło foto: Ben Hooper Instagram

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Podróże z niemowlakiem. „Pierwszy raz wyjechaliśmy, gdy córeczka miała 2 miesiące”

podróże z niemowlakiem
Przed narodzinami dziecka wiele osób mówiło: "Zobaczycie – teraz skończy się jeżdżenie!" No i zobaczyliśmy – wiele nowych, ciekawych miejsc – fot. Fotolia

„Serdeczne pozdrowienia znad morza przesyła Alina, Mariusz i Laryska. Pogoda dopisuje, słońce świeci i jest ciepło, aczkolwiek wietrznie. Mieszkamy u cioci Jasi pod Słupskiem, codziennie jeździmy nad morze do Ustki, gdzie spacerujemy i chodzimy na obiad do lokalnej smażalni na najlepszego w okolicy dorsza z masełkiem. Szkoda, że Was tu nie ma. Do zobaczenia w przyszłym tygodniu”.

Tak mogłaby wyglądać nasza pocztówka z wakacji. To już któryś rodzinny wyjazd w tym roku. W erze przed dzieciowej bardzo lubiliśmy podróżować i nie przestaliśmy również potem.

Zobacz też: Hejtujące matki na Facebooku. „Fotelik tego typu to dno, śmierć na miejscu”. Skąd ta zawiść?

Pierwsze podróże z niemowlakiem 

Na pierwszym wspólnym wyjeździe byliśmy, gdy córeczka skończyła 2 miesiące. I to był najwyższy czas, ponieważ już zaczynałam wariować w domu. Ze zmęczenia oraz samotności, bo jednak dużo czasu spędzałyśmy same w domu; mężowi już dawno skończył się urlop tacierzyński i przez większość czasu opieka nad niemowlakiem spoczywała na mnie.

Pojechaliśmy nad morze, do tej samej cioci, u której jesteśmy teraz. Cała droga minęła spokojnie, aczkolwiek jechaliśmy o wiele dłużej niż zwykle ze względu na częste karmienia. Córeczka przespała większość drogi, dopiero ostatnią godzinę marudziła. Nudziło się jej, jak nam wszystkim. Towarzyszyła nam teściowa, która następnie razem z ciocią odciążyła nas w opiece nad dzieckiem.

Pozostały nam wspomnienia z chwili oddechu oraz piękne pierwsze zdjęcia z nad morza. Pomimo listopada było słonecznie, a morze spokojne jak jezioro bez fal.

Dalsze podróże

Następny był wyjazd do Katowic w styczniu i zwiedzanie tamtejszych postindustrialnych terenów; oraz Częstochowa z Jasnogórskim klasztorem, który udekorowany śnieżnym puchem, świątecznymi lampkami i lasem choinek stwarzał prawdziwie magiczne wrażenie.

Z kolei w lutym odbyliśmy jedną z najdalszych podróży w naszym życiu – ponad 5 tys. kilometrów i 7 godzin w samolocie. Cabo Verde, czyli Wyspy Zielonego Przylądka przywitały nas huraganowym wiatrem oraz szerokim uśmiechem mieszkających tam Kreolów. Córeczka była trochę zdziwiona widząc ciemniejsze twarze, jednak szybko przywykła i z radością witała nowych znajomych.

W marcu odwiedziliśmy Ciechocinek, gdzie stwierdziłam, iż stolica seniorów i miłości emeryckiej doskonale nadaje się na relaks z dzieckiem, zaś kilometrowe spacery wzdłuż tężni cudownie uspokajają. W pobliskim Toruniu wypiekaliśmy własnoręcznie zrobione pierniki oraz nawiedziliśmy monumentalną świątynię Ojca Rydzyka.

Zobacz też: Dlaczego zdecydowałam się na dziecko? Z pamiętnika młodej mamy

„Zobaczycie, teraz skończy się jeżdżenie”

Przed narodzinami dziecka wiele osób, znając nasze upodobanie do podróży, mówiło: „Zobaczycie – teraz skończy się jeżdżenie!” No i zobaczyliśmy – wiele nowych, ciekawych miejsc, a kolejne pół świata czeka na nas.

Dlatego zachęcam każdego kogo ciągnie w świat i planuje dziecko, aby nie rezygnował z marzeń. Oczywiście pewnym ograniczeniem mogą być tu finanse; podróże kosztują, a dziecko nie dokłada do budżetu. Jednak największym ograniczeniem są chęci i determinacja. W końcu zawsze można, jak Wojciech Cejrowski, sprzedać lodówkę i wyjechać do Meksyku.

Alina HRabina

Zawodowo związana z branżą HR. Obecnie na urlopie macierzyńskim. Mieszka w Warszawie, chętnie odbywa podróże małe i duże.