Przejdź do treści

„O chłopcu, który ujarzmił wiatr” – niezwykła opowieść dla całej rodziny

O CHŁOPCU, KTÓRY UJARZMIŁ WIATR
fot. Wyd. Edgard

Od dwóch tygodni w  księgarniach dostępny jest polski przekład światowego bestsellera o życiu Williama Kamkwamby, nastolatka, który uratował bliskich przed śmiercią głodową. Książka ,,O chłopcu, który ujarzmił wiatr” stała się inspiracją dla filmu Netflixa z Chiwetelem Ejioforem i Maxwellem Simbą w rolach głównych.

Nigdy nie wątp w siebie!

 Dokonania Williama Kamkwamby są najlepszym przykładem tego, ile możemy zrobić, w obliczu przeciwności, przed którymi stajemy. Jego książka opowiada poruszającą i ekscytującą historię. – powiedział Al Gore, były wiceprezydent USA i laureat Pokojowej Nagrody Nobla.

William Kamkwamba był nastolatkiem, gdy jego wioskę w afrykańskim Malawi nawiedziła straszliwa klęska głodu. Z powodu braku pieniędzy William musiał porzucić szkołę. Mimo obecnych w jego świecie szamanów i wiary w magię, chłopiec był zdeterminowany, by szukać rozwiązań w nauce. Dzięki pomysłowości i uporowi udało mu się odmienić życie wielu ludzi.

Chłopiec postanowił skonstruować wiatrak z części znalezionych na złomowisku. Niezwykła maszyna pozwoliła mu doprowadzić prąd do domów i umożliwiła nawadnianie pola, ratując przed śmiercią głodową mieszkańców wioski. Został bohaterem, znanym na całym świecie jako ,,chłopiec, który ujarzmił wiatr”.

Myślcie o waszych pomysłach jak o małych maszynach do spełniania marzeń ukrytych głęboko w środku was, gdzie nikt i nic nie może ich dosięgnąć. Im więcej wiary w nich pokładacie, tym większe rosną, aż pewnego dnia zaczną żyć własnym życiem i zabiorą was ze sobą – podkreśla William Kamkwamba.

Zobacz też: Pierwsza wizyta u psychoterapeuty – 3 pytania, których możesz się spodziewać

Dalsze losy Chłopca

William wyjechał do Stanów Zjednoczonych, gdzie ukończył studia i rozpoczął pracę w organizacjach pomocy krajom trzeciego świata. Działa na rzecz rozwoju i poprawy warunków szkolnictwa w Afryce i Azji.

Książkę napisał z nim Bryan Mealer, amerykański dziennikarz. W latach 2003-2007 pracował jako korespondent Demokratycznej Republice Konga. W 2008 roku zainteresował się historią młodego wynalazcy ze środkowego Malawi. Pomógł mu opisać swoją historię. Ich wspólna książka, ,,O chłopcu, który ujarzmił wiatr” stała się światowym bestsellerem

Recenzje

  • Ta książka opowiada o tym, jak bitwę o ocalenie naszej planety i zaspokojenie potrzeb ludzkości wygrają ludzie tacy jak William Kamkwamba. Przeczytaj tę książkę, działaj zgodnie z jej przesłaniem i przekaż dalej.

Carter Roberts, dyrektor generalny WWF

  • Po raz pierwszy spotkałem Williama na scenie na TED. (…) Historia, którą wtedy opowiedział, była zachwycająca. Ta książka udowadnia, to, co pokazał podczas swojego krótkiego wystąpienia: jest niezwykle inspirującą osobą, która udowadnia, że każdy jest w stanie zmienić swoje życie.

Chris Anderson, redaktor naczelny miesięcznika Wired

  • Najlepsza książka, jaką w życiu przeczytałam.

Sarah, goodreads.com

  • Zdumiewająca, inspirująca historia opowiedziana z naturalnym humorem i szczerością.

Ross Blocher, goodreads.com

Zobacz też: Wrzuć na luz i zacznij żyć

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.

„Bridget na ostro”, czyli „50 twarzy Tindera”

50 twarzy Tindera
fot. materiały prasowe

Tinder sprowadza poszukiwanie partnera/partnerki do paru puknięć palcem w ekran smartfona. Aplikacja stała się tak popularna, że Joanna Jędrusik wydała książkę „50 twarzy Tindera”. Czy warto dać jej szansę?

Tytuł w oczywisty sposób nawiązuje do najpopularniejszej powieści erotycznej ostatnich lat. Na odwrocie książki znajduje się jeszcze jedno odwołanie: „Bridget Jones na ostro!”. Cóż, perypetie Bridget były pełne ciepłego, brytyjskiego humoru. W „50 twarzach Tindera” jest on dużo dosadniejszy, nierzadko wulgarny. Joanna Jędrusik wypracowała własny styl opowiadania, który nie każdemu przypadnie on do gustu.

Zobacz też: Situationship, czyli tak trochę miłość

O sztuce randkowania

Autorka twierdzi, iż ze względu na wyścig szczurów kochamy szybko i powierzchownie. W odniesieniu do Tindera poczyniła szereg użytecznych spostrzeżeń. Z tej arcypopularnej aplikacji randkowej korzystają przedstawiciele najróżniejszych klas społecznych, zwolennicy wszelkich możliwych frakcji politycznych, wyznawcy najróżniejszych religii. Autorka podzieliła mężczyzn na kilka kategorii („naukowcy”, „nerdy”, „dziennikarze kulturalni” itd.), po czym pokrótce opisała, komu dać szansę, a kogo lepiej unikać. Książkę można więc traktować jako niby-poradnik, w którym mniej lub bardziej udane dowcipy przeplatają się z gorzką opowieścią o nieudanym małżeństwie autorki. Jeśli chodzi o walory rozrywkowo-relaksacyjne, trudno coś zarzucić tej konwencji.

Nie dla każdego

Cięty, dosadny, wulgarny język wyraźnie oddaje emocje bohaterki, czyli samej Joanny Jędrusik. Nie wiem, czy nie ubarwiła swoich przeżyć, ale to nie wpływa na wrażenia z czytania. Te zaś generalnie są pozytywne, choć żarty autorki momentami ocierają się o grafomanię: „Przyznałabym się nawet do wydania rozkazu strzelania do górników w kopalni Wujek, gdyby to było konieczne, żeby uratować moje małżeństwo”. W ogólnym rozrachunku odbiór tej książki zależy przede wszystkim od indywidualnej wrażliwości. Jeśli krzywisz się na widok licznych bluzgów, nie wiesz, kto to „nerd” i postrzegasz internetowe randki jako przejaw zepsucia moralnego, rozejrzyj się za inną lekturą.

Zobacz też: Love is all around – Najpiękniejsze sceny miłosne z filmów

Tinderowe kompendium

Przyznam, że „50 twarzy Tindera” niezbyt mi się podobało, gdyż… jako mężczyzna nie mogłem się utożsamić z bohaterką :). Myślę jednak, że większość czytelniczek nie będzie miała tego problemu, szczególnie jeśli doskwiera im samotność i same korzystają z tytułowej aplikacji. Jeśli nie – z książki dowiedzą się o niej praktycznie wszystkiego. Z drugiej strony, sugerowana cena detaliczna tego osobliwego kompendium (40 zł) wydaje mi się dość wygórowana. Nie mam złudzeń co do tego, że za jakiś czas dzieło Joanny Jędrusik trafi do hipermarketowych koszy z napisem „Wyprzedaż”. Ale czy wtedy ktoś będzie jeszcze korzystał z Tindera? Aplikacja powoli traci popularność na rzecz konkurencyjnego Badoo, a o poczciwej sympati.pl pamiętają już głównie osoby 50+. Sięgając po „50 twarzy Tindera”, warto mieć to wszystko na uwadze.

          

 

 

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.

Grając, dbasz o mózg

Coraz popularniejsze planszówki są świetnym pretekstem do spotkań z rodziną i znajomymi. Ale nie tylko. Co dzieje się z naszym mózgiem, kiedy gramy? Dlaczego powinniśmy grać z babciami i dziadkami? Na nasze pytania odpowiada Piotr Milewski, wykładowca w Katedrze Badania i Projektowania Gier w Bydgoszczy.

Dlaczego powinniśmy grać w planszówki?

Badania jasno pokazują, że dzięki graniu zwiększa się szybkość myślenia, łatwiej stawiamy czoło problemom i do tego polepszamy naszą pamięć. Dotyczy to także starszych osób – emerytów, ludzi po 70-tym roku życia, którzy zaczęli grać w gry towarzyskie i planszowe, łamigłówki, układać układanki, rozwiązywać krzyżówki. Badania wykazały spowolnienie demencji starczej i innych schorzeń związanych z wiekiem Jak się okazuje, nigdy nie jest za późno, bo nasz mózg zmienia się przez całe życie. Gry, które wymagają logicznego myślenia, ćwiczą go – rozwijają obszary dobrze rozwinięte i pobudzają te, których używamy rzadziej. W wielu grach stykamy się z przeszkodami, których nie napotykamy w naszym codziennym życiu. Dzięki temu przełamujemy rutynę i utrzymujemy nasz mózg w dobrej formie.

Jest Pan specjalistą od gier jakiego rodzaju?

Przedmioty, których uczę, to gry edukacyjne, gry planszowe i karciane. A także gry miejskie i gry z elementami rzeczywistości rozszerzonej.

Zobacz też: Grajmy, zwłaszcza w planszówki

Zachęcamy nasze dzieci do gry w planszówki, a zabraniamy gier wideo. Słusznie?

To, co łączy wszystkie gry wideo – bo istnieje tutaj rozbieżność gatunkowa oczywiście  – jest taka, że gramy w nie raczej w samotności. Kontakt z drugim człowiekiem w tym wypadku jest raczej ograniczony. Jeśli chodzi o planszówki czy gry karciane – odkładając wszelkie pasjanse – to one zawsze wymagają obecności drugiej osoby. I to jest szalenie istotne. Po pierwsze dlatego, że kultura nam się zmieniła, bo tego drugiego człowieka mamy znacznie mniej niż kiedyś, więcej rzeczy robimy zdalnie, komunikacja też stała się bardziej cyfrowa – częściej piszemy niż dzwonimy do kogoś. Nie uczymy się umiejętności społecznych. Nasza edukacja jest pod tym względem fatalna, ponieważ zmusza nas do zdobywania jakiejś wiedzy o charakterze kognitywnym czyli faktograficznym, konkretnym. Nie przygotowuje nas niestety do tego, jak  – gdy pójdziemy do pracy, gdzie czekają nas nowe zadania i gdzie będziemy „musieli się odnaleźć” – przyjąć nowe role społeczne. Szkoła traktuje nas jak takie indywidualne wiadra, w które trzeba nalać wiedzę, ale zupełnie nie uczy nas tego, jak później będziemy te nabytą wiedzę stosować. Nie tylko na sobie samych, ale przede wszystkim z innymi ludźmi. A tego uczą nas właśnie gry.

Mózg powinien rozwijać się w szkole.

Rozwija się lewa półkula, odpowiedzialna za zdolności językowe, za liczenie, analizę. Natomiast prawa półkula, która odpowiada za kreatywność i wyobraźnię, syntezę  oraz łączenie różnych elementów czy nowe pomysły, jest wyraźnie zaniedbywana. Wyrzucono ze szkoły wszystkie przedmioty artystyczne, jedna godzina plastyki tygodniowo tego nie załatwi. Jednym słowem nie dostarczamy żadnej pożywki naszej kreatywnej stronie. Nie ma teatru, muzyki, kompozycji, prac ręcznych.

Grywalizacja jest terminem, który na stale wchodzi do wielu dziedzin życia: biznesu, psychologii, edukacji.

Tak, to jeden z przedmiotów, który wykładałem na uczelni. To słowo- wytrych, którym przykrywa się wiele rzeczy. Grywalizacja to stosowanie mechanizmów pochodzących z gier w sytuacjach nie będących grami, w celu zwiększenia zaangażowania użytkownika. Ja jestem zwolennikiem nurtu game-based learning, czyli edukacji poprzez grę. Analizujemy gry, które są zaprojektowane w celu stricte rozrywkowym, sprawdzamy czego uczymy się, gdy staramy się wygrać… A potem sprawdzamy, czy te umiejętności przypadkiem nie pokrywają się z efektami kształcenia jakiegoś przedmiotu. Najpopularniejszy przykład takiego zastosowania to tłumaczenie zasad prawdopodobieństwa na przykładzie gier karcianych.

Wielu biznesmenów m.in. Bill Gates mówi w wywiadach, że zawsze grał w planszówki i nadal gra z rodziną. Czyli za mało gramy i zbyt demonizujemy gry wideo?

Zdecydowanie. Ostatnie badania pokazały, że sprawcy masowych strzelanin w Stanach Zjednoczonych grali statystycznie rzadziej i krócej niż ich rówieśnicy. Tyle na temat tego, że gry powodują przemoc.

No właśnie. Wielu rodziców tak myśli.

Ja w takim wypadku zawsze pytam, w jakie gry grali naziści, Kaligula, Neron i uczestnicy Pierwszej Krucjaty Ludowej roku 1096 -go.

Jakie jest marzenie specjalisty od gier?

Chciałbym, żebyśmy odeszli od tych klasycznych gier, żeby nie męczyć dzieci tym nieszczęsnym chińczykiem i nie grać ciągle w Czarnego Piotrusia. Pojawiło się całe mnóstwo gier karcianych i zachęcam do tego, żeby wypróbowywać nowe tytuły, które się pojawiają na rynku, bo są świetnie zaprojektowane. Są angażujące, wymagające i mogą rosnąć razem z graczem, który z wiekiem będzie się uczył taktyki i strategii oraz będzie poznawał kolejne warstwy danej gry. I nie wszystkie mają instrukcje rozmiaru nowelki. Warto je wypróbować!

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Mama dwójki – czy to już czas?

mama dwójki
Mama dwójki - czy już "powinnam" nią być?

Zanim zostałam mamą, głośno mówiłam o tym, że chciałabym szybko urodzić drugie dziecko. Najlepiej odczekać rok i zajść w kolejną ciążę. Tak przecież wszyscy radzą, bo dzieci będą się razem bawiły, a jak się już wyjdzie raz z pieluch, to później ciężko zdecydować się na kolejne dziecko. Trzeba iść za ciosem! Brzmi to jak rozsądny plan.

Mijały miesiące, ja nadal w głowie miałam ten „idealny” plan i mocne postanowienie, że za chwilę postaramy się o kolejne dziecko. Na pewno dam sobie radę, wiele rodzin w końcu daje. Dodatkowo lata lecą i nie robię się młodsza, muszę o tym pamiętać. Sytuacja finansowa jest stabilna, mieszkanie wystarczająco duże. W zasadzie nie ma żadnych przeszkód. Co więcej, mojej córce przyda się rodzeństwo.

To jak będzie?

Postanowiłam się jednak na chwilę zatrzymać i raz jeszcze wszystko przeanalizować. Dopuściłam do głosu swoje uczucia i zadałam sobie kilka pytań. Czy ja chcę „dawać radę”? Czy mój partner chce „dawać radę”? Przecież chyba nie z takim poczuciem, że „jakoś to będzie” powinniśmy zapraszać do naszego życia kolejnego członka rodziny.

Dokonała się wtedy w mojej głowie mała batalia, w której po jednej stronie stały przekonania ludzi z zewnątrz, a po drugiej moje uczucia. Początki rodzicielstwa nie są łatwe, bezwarunkowo jest to jeden z piękniejszych momentów w życiu, ale bywa ciężko. Kolki, skoki rozwojowe, ząbkowanie i nieprzespane noce – nie to było dla mnie najtrudniejsze. Najtrudniejsze było – i nadal jest – poczucie odpowiedzialności emocjonalnej za moje dziecko. Musiałam zmierzyć się z tym, że to MY budujemy podstawy, z którymi ONA wkroczy w życie.

Poznajmy się lepiej!

Czuję, że te podstawy budujemy głównie poprzez nasze podejście do dziecka, samych siebie oraz otwartość, z jaką podchodzimy do świata. Ta świadomość zachęciła mnie do odkrywania schematów, jakimi ja sama się posługuję oraz sprawdzania skąd się one wzięły. Czasami to tylko obserwacje, a czasami silna potrzeba zmiany. Nie chodzi tu o bycie ideałem, bo tacy ludzie nie istnieją. Nie ma również rodziców, którzy nie popełniają błędów. Może chodzi tylko o to, aby dać sobie przyzwolenie na te błędy, zauważać je i badać. Otworzyć się na siebie i swoje dziecko.

Niewątpliwie trwa właśnie przepiękna i najbardziej intensywna pod kątem rozwoju przygoda w moim życiu. Właśnie to – emocjonalność – jest dla mnie w macierzyństwie najtrudniejsze i pochłania najwięcej energii. Dlatego dziś czuję, że to jeszcze nie czas. Nie mam w sobie jeszcze przestrzeni, żeby ponownie zostać mamą. Może za miesiąc, może za rok… Dzisiaj jestem dumna, że pozwoliłam to sobie poczuć – Ty też nie bój się weryfikować swoich planów i uczuć.

Zobacz też: „Dobra rada? Nie, dziękuję!” – okiem młodej mamy

Paulina Skwarzyńska

Zawodowo zajmuje się marketingiem afiliacyjnym. Prywatnie mama 1,5 rocznej Michaliny, fanka rodzicielstwa bliskości, miłośniczka koni.

Czym jest miłość?

Czym jest miłość?
Czym jest miłość?

Potrafi zmienić nasze życie w ułamku sekundy – uczynić nas najszczęśliwszymi i zarazem najbardziej nieszczęśliwymi ludźmi na świecie. Spełniona i niespełniona. Przytrafia się każdemu. Miłość.  Marzymy o niej, idealizujemy, cierpimy, szalejemy, robimy głupstwa, marnujemy życie. Czy kiedykolwiek ją zrozumiemy?

Naukowcy od lat próbują odgadnąć, czym jest miłość, co kieruje nami, kiedy się zakochujemy, jakie są rodzaje miłości. Miłość znajdujemy na Tinderze i innych portalach randkowych, a mimo narzekań o niemożności doświadczenia jej w realu, biznes ślubny ma się całkiem dobrze – czyli jest, istnieje! Nic dziwnego, że Walentynki także u nas stały się prawie narodowym świętem, obchodzonym nawet w przedszkolach. Chcemy kochać.

„Nie kocham mężczyzny czy kobiety. Kocham ciebie”

„Uwielbiamy miłość romantyczną – pisze Helen Fisher, autorka „Anatomii miłości” – filmy, sztuki teatralne, opery, balety opiewają namiętność, fascynuje nas seksualność. Jednak najważniejsze jest przywiązanie – uczucie zadowolenia, dzielenia się i kosmicznej jedności z drugą osobą. To najpiękniejszy spośród trzech podstawowych popędów (pozostałe to pożądanie i miłość romantyczna) – wspólne wieczorne czytanie lub oglądanie telewizji, śmianie się z komedii albo spacer za rękę po parku czy plaży wyzwala uczucie duchowej łączności. Świat staje się rajem” – uważa Fisher, profesor antropologii, zajmująca się miłością, pożądaniem, przywiązaniem i innymi zachowaniami związanymi z tworzeniem związków.

„Nie ma już przed, nie ma po. Jest tylko teraz, tylko ty, tylko ja…”

MIŁOŚĆ JAK NARKOTYK

Kiedy jesteśmy zakochani, uaktywnia się układ nagrody w mózgu, który w podobny sposób reaguje w momencie zażywania narkotyków – dlatego uczucia miłości albo pożądania często przypominają oszołomienie, jakiego doznajemy pod wpływem środków odurzających. Jak twierdzi Laura Mucha, autorka książki „No właśnie, miłość”, istnieją różne rodzaje miłości. Przeżywamy je w odmienny sposób i mają one różną podstawę neurologiczną. Jeden z nich – miłość namiętna, budząca ekscytację i podniecenie – angażuje w mózgu wspomniany wyżej układ nagrody. To miłość, która działa na nas z ogromna siłą – bez niej przypuszczalnie nie przetrwaliśmy jako gatunek.

„Teraz jesteś tutaj. Bierzesz mnie w ramiona. Świat wstrzymał krok”.

JAK KOCHAMY?

Teoria przywiązania zmieniła rozumienie związków między ludźmi. Każdy z nas inaczej postrzega intymność i zaangażowanie. Zazwyczaj cechuje nas pewien „styl przywiązania”, który wywiera ogromny wpływ na nasze związki uczuciowe – w dużej mierze wynika z naszego wychowania. Ewolucyjnie nie jesteśmy stworzeni do życia w pojedynkę i jesteśmy tak zaprogramowani, że jeśli chcemy przetrwać, musimy rozwijać w sobie przywiązanie do innych – w dzieciństwie jest to kwestia życia i śmierci – ten system działa z ogromną siłą i wpływa na nasze myślenie, pamięć i zachowania.

Istnieją cztery style przywiązania: bezpieczny, lękowy, unikający oraz zdezorganizowany. Bezpieczny styl przywiązania rozwija się zwykle w przypadku, gdy przynajmniej jedna osoba stanowi dla nas bezpieczną przystań w czasach kryzysów oraz bazę podczas eksploracji świata. Nie mamy wtedy raczej problemów z intymnością i zaangażowaniem, kiedy zaś potrzebujemy pomocy, prosimy o nią i nie martwimy się, że możemy stracić partnera.

„Bo wolę cierpieć przez ciebie, niż bez ciebie żyć”

SPRAWDŹ, JAK KOCHASZ

3 rodzaje miłości według Laury Muchy:

Pożądanie (namiętność, pragnienie seksualne albo popęd seksualny) – bardzo silny, oszałamiający i upajający obsesyjny popęd, którego celem jest doprowadzenie do reprodukcji naszego gatunku. Zdarza się, że jest skierowany na wiele różnych osób i trwa jedynie chwilę – ale bywa także skoncentrowany (i tak jest najczęściej) na jednej osobie i trwa miesiące albo lata.

Miłość romantyczna (bycie zakochanym, kochanie kogoś, namiętna miłość, miłość erotyczna) obejmuje intymność, która wymaga czasu i otworzenia się na drugą osobę, oraz pożądanie – ale niekoniecznie oznacza emocjonalne zaangażowanie. Podobnie jak w pożądaniu, w miłości romantycznej na początku pojawia się pewna idealizacja obiektu uczuć, która najczęściej z czasem słabnie – ale nie zawsze.

Miłość oparta na wspólnocie jest rodzajem spokojnej, stabilnej miłości, jaką często obserwujemy w dojrzałych związkach uczuciowych o wieloletnim stażu. Przypomina bardziej przyjaźń niż gwałtowne, namiętne zauroczenie. W odróżnieniu od miłości romantycznej nie zawsze od początku jest w niej obecne pożądanie. Partnerzy w takim związku odczuwają raczej głębsze i bardziej wyciszone poczucie wzajemnej atrakcyjności.

 „Dłonie zakochanych nie zaciskają się w pięść. W pięści nie ma miłości”.

Źródła:

„Anatomia miłości” – Helen Fisher Wyd. Rebis

„No własnie miłość” Laura Mucha . Wydawnictwo Marginesy

Wszystkie cytaty pochodzą z książki „Miłość” Helene Deeforge, Quentin Greban Wyd. Media Rodzina

Zobacz też: Co tracimy zyskując współmałżonka? Związek okiem psychologa

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.