Przejdź do treści

O współczesnym rodzicielstwie z Moniką Mrozowską: „Ilość dzieci nie zwalnia z tego, żeby czujnie się im przyglądać”

Fot. archiwum prywatne Moniki Mrozowskiej

Aktorka, autorka książek, promotorka zdrowego stylu życia, a przy tym mama trójki dzieci. O współczesnym rodzicielstwie, swoich dzieciach i zdrowych granicach opowiedziała nam Monika Mrozowska.

Jest pani mamą trójki dzieci, co na współczesne standardy wydaje się nie być takie oczywiste.

Monika Mrozowska: Obserwuję dwa bieguny. Na jednym z nich jest całe grono ludzi w moim wieku, albo i młodszych, którzy decydują się na posiadanie kilkorga dzieci. Nie wypadają jednak przy tym z obiegu społecznego. Ciągle spotykają się ze znajomymi, żyją aktywnie. Ciągle spotykają się ze znajomymi, żyją aktywnie. Przy czym ta aktywność ukierunkowana jest na wspólne spędzanie czasu, a nie ucieczkę od dzieci. Co więcej, absolutnie nie są to rodziny, które możemy kojarzyć z wielodzietnością.

Mam wrażenie, że wciąż panują w tym temacie pewne stereotypy.

Jest takie przekonanie, że jeżeli już decydujemy się na więcej dzieci, to dochodzi do tradycyjnego podziału. Ojciec – głowa rodziny, który zarabia oraz matka opiekująca się domowym ogniskiem. W swoim środowisku nie widzę takiego podziału. Każdy stara się realizować, chociaż w minimalnym stopniu, w życiu zawodowym i robić rzeczy, które sprawiają mu przyjemność. Przyjemność z wychowywania dzieci jest duża, ale wydaje mi się, że każda młoda matka powinna mieć świadomość, że dzieci prędzej czy później dorosną. Ona po jakimś czasie będzie zaś chciała realizować się na innych płaszczyznach. Chociaż chcę podkreślić, że jest to na pewno bardzo trudne.

W jakiejś mierze posiadanie dzieci wiąże się jednak z rezygnacją z siebie.

Na pewno leczy z egoizmu. Nagle musimy bardzo dużo czasu poświęcić drugiej osobie. Sama miewam sytuacje, gdy zastanawiam się, czy powinnam wyjść wieczorem z przyjaciółką do teatru, czy jednak powinnam poświęcić ten czas moim dzieciakom. Zawsze uważałam jednak, że żeby dobrze się czuć i mieć z macierzyństwa przyjemność, musimy mieć strefę dla siebie. Nie wynika to absolutnie z chęci odpoczynku od nich. Są jednak takie rzeczy, których się z dziećmi nie robi. Nie będę zabierać mojej 6-letniej córki na przedstawienie, które jest skierowane do widzów dorosłych. Dziwią mnie czasami reakcje młodych rodziców, którzy mówią, że musieli ze wszystkiego zrezygnować. Według mnie w dużej mierze jest to kwestia organizacji.

Być może też swego rodzaju otwartości?

Dokładnie. Kiedy urodziła się moja najstarsza córka nie mieliśmy samochodu, ale przemieszczałam się z wózkiem komunikacją miejską. Nie trzeba też mieć przy tym nieograniczonych funduszy. Moje dzieciaki tak naprawdę najbardziej cenią sobie chwile, których organizacja nie kosztowała mnie 5-ciu złotych. Jedną z najfajniejszych przygód jest dla nich wspólny piknik.

Kiedy robi się ciepło zabieram do samochodu kosz piknikowi, koc i po szkole, zamiast jechać do domu, robię im niespodziankę. To naprawdę nie są duże pieniądze i nawet jeżeli nie miałabym samochodu, wsiadłabym w autobus i tak samo do tego parku pojechała.

Pomiędzy pani dziećmi jest spora różnica wieku.

Moja najstarsza córka skończy w tym roku 14 lat, młodsza 7, a najmłodszy synek 3 lata. Różnica jest rzeczywiście spora, ale podziwiam osoby, które decydują się na dzieci w małym odstępie czasu. Tutaj miałam przynajmniej poczucie, że mogę wziąć oddech i przywyknąć do nowej sytuacji. Chociaż rozumiem też argumenty mówiące, że jak już jesteśmy „w pieluchach”, załatwimy to za jednym razem.

Tak naprawdę pani najstarsza córka spokojnie może już aktywnie włączyć się w życie rodziny.

Oczywiście, podobnie jak i młodsza. Zawsze się z tego śmiałam, ale czas przy dzieciach faktycznie nie wiadomo kiedy mija. Staram się jednak tak przeżywać życie, żeby mieć poczucie, że wyciskam z niego ile się da i nie musieć mówić: „czas ucieka”. Kiedy jednak patrzę na moją najstarsza córkę i dociera do mnie, że ona kończy w tym roku 14 lat, to naprawdę nie mam pojęcia kiedy to się stało.

Posiadanie dzieci w większym odstępie czasu może być też świetną metodą na jego „zatrzymanie”.

To prawda, skoro to najmłodsze jest takie małe… Co ciekawe, nigdy nie planowałam trójki dzieci. Gdybyśmy spotkały się 20 lat temu, raczej obstawałabym przy tym, że dzieci w ogóle nie będę mieć. Jest to najlepsza lekcja, jak bardzo życie weryfikuje nasze plany i lepiej nie wygłaszać z taką pewnością ostatecznych deklaracji.

Gdy obserwuje pani swoje dzieci, to widzi w nich więcej różnic, czy podobieństw?

Widzę podobieństwa i różnice.

Wynikają one właśnie z różnicy wieku, czy raczej z ich osobowości?

Z wieku zapewne też, ale gównie z osobowości. Jestem mamą, która stara się wychwytywać jak najwięcej różnic, żeby do każdego z dzieci mieć trochę inne podejście. Nie ma to nic wspólnego z faworyzowaniem, albo odpuszczaniem w pewnych kwestiach. Chodzi raczej o czujne przyglądanie się, co konkretnemu dziecku sprawia przyjemność, w czym jest dobre, co mogłoby w sobie rozwijać.

Łatwiej byłoby zapewne przyłożyć do każdego jedną kalkę.

Myślę, że faktycznie może pojawić się szablonowe myślenie – jedno dziecko lubi sport, drugie pchamy w to samo. Trzeba też brać poprawkę na to, że dzieciom dużo się z biegiem czasu zmienia. Moja Karolina od wczesnych lat chodziła na zajęcia sportowe, w tej chwili jest w gimnazjum i gdyby mogła, to w ogóle nie chodziłaby na WF. Nie posyłam jej więc na siłę na dodatkowe zajęcia sportowe, bo wiem, że nie będzie jej to sprawiać żadnej przyjemności. Jest za to bardzo uzdolniona plastycznie i rewelacyjnie rysuje. Chodzi na zajęcia plastyczne i widzę jak ogromną sprawia jej to przyjemność. Z kolei moja młodsza córka uwielbia w tej chwili śpiewać i tańczyć i to właśnie zajmuje jej czas. Jeżeli chodzi  o Józka, to wydaje mi się, że spróbujemy z zajęciami z piłki nożnej. Nawet będąc malusieńkim chłopcem bardzo świadomie umiał ją odbijać.

Staram się to wszystko bacznie obserwować, chociaż jestem też przy tym mamą wymagającą. Jestem konkretna i moje dzieciaki o tym wiedzą. Oczywiście w granicach rozsądku próbują się buntować, co też doceniam. Widzę, że mają charakter i pojawia się między nami wzajemna wymiana argumentów. Czasami na moją niekorzyść niestety (śmiech).

Jest to chyba jedna z frustracji rodziców.

Nie podchodzę do tego, jak do frustracji. Z przyjemnością słucham, co do mnie mówią. Staram się podchodzić do nich z pewną mądrością życiową, którą po tych moich kilku latach życia mogę im zaoferować. Z drugiej strony, zachwyca mnie ich świeżość podejścia do różnych tematów i bardzo szczere rozmowy.

Staram się też nie zapominać, że sama kiedyś byłam w ich wieku i miałam podobne dylematy. W tej chwili mogą mi się one wydawać śmieszne, ale wtedy były poważne. Bardzo często żartuję z moimi dzieciakami, ale w wielu kwestiach staram się rozmawiać z nimi poważnie. Chcę żeby miały poczucie, że dla mnie ta rozmowa też jest istotna.

Fantastycznie jest kiedy rodzic „nie zawłaszcza” dzieci, nie projektuje na nich siebie i swoich potrzeb. Ma pani wrażenie, że wiele się w tej kwestii zmieniło?

Bardzo wiele. Pomimo, że mam tolerancyjną mamę, z którą dużo rozmawiałam, to i tak wydaje mi się, że jest to naprawdę ułamek tego, co dzieje się w tej chwili. Nie oznacza to jednak wychowania bezstresowego, bez żadnych zasad i granic. Czasami mam wrażenie, że jestem taką „matką terrorystka”, ale nigdy nie staram się wprowadzać zakazów dla samego zakazywania. Zawsze staram się podać argument i konkretny powód.

To także jest pamiętanie o tym, że jesteśmy oddzielnymi ludźmi.

Nigdy nie byłam mamą, która siedziała w ciągu dnia układając klocki i wymyślając niestworzone historie. Paradoksalnie nigdy nie doprowadziłam do sytuacji, gdy moje dzieci chodziły i mówiły, że się nudzą. Każde z nich, a każde ma swój odrębny charakter, jest dzieckiem, które rewelacyjnie potrafi bawić się samodzielnie.

Pamiętam historie, gdy moja najstarsza córka była mała i miała wywieszoną kartkę, żeby absolutnie nie wchodzić do jej pokoju. Była tam w swoim świecie i wręcz nie chciała, by ktoś jej w nim przeszkadzał. Wydaje mi się, że każdy musi mieć czas dla siebie samego i jest to potrzebne już od najmłodszych lat – poczucie, że jestem odrębnym bytem.

Przy tym, nuda szalenie rozwija.

Obserwowałam to za każdym razem, gdy dziewczyny szły do przedszkola. Nieustannie pojawiało się zdziwienie, że one są takie samodzielne. Być może wynikało to z mojego wygodnictwa, ale nigdy nie wyręczałam ich w takich czynnościach, jak ubieranie. Owszem kontrolowałam, czy chociażby są ubrane odpowiednio do pogody. Wychodzę jednak z założenia, że jeżeli dziecko będzie w stanie samo o siebie zadbać, to tylko z korzyścią dla niego.

Co do wspomnianego „terroryzmu”, promuje pani zdrowy tryb życia i świadomą kuchnię. Zastanawiam się, na ile dzieci wchodzą w to z własnej woli, a na ile po prostu muszą się w takim stylu życia odnaleźć?

Staram się przekonywać dzieci do tego, w co sama wierzę. Wiem jednak, że siłowe podchodzenie do wielu spraw nic nie da. Na pewno nauczyłam się przy nich, że pewne rzeczy muszę odpuszczać i modyfikować swoje podejście.

Moja najstarsza córka była niejadkiem. Wtedy się tym przejmowałam, ale w tej chwili Karolina jest 14-letnią dziewczyną, która poza tym, że jest wegetarianką, je wszystko i chętnie próbuj nowych smaków. Bardzo podobną sytuację mam teraz z Józkiem. Martwię się, ale już się tak nie denerwuję. Jagoda była zaś dzieckiem, które od małego jadło wszystko.

Czy każdy z nich nie je mięsa?

Tak, cała trójka. Ostatnio, żeby być już całkiem spokojną, zrobiłam im badania. Wyszły rewelacyjnie.

Warto wspomnieć, że wegetariański sposób żywienia jest rekomendowany przez wielu lekarzy.

Tak, dużo się w tej kwestii zmieniło. Gdy Karolina była mała, zdarzały się sytuacje i „wykłady” o tym, jaką robimy jej krzywdę. Naprawdę bardzo wiele się nasłuchaliśmy. Przez dłuższy czas byliśmy jednak pod opieką gastroenterologa, który prowadzi dzieci na przeróżnych dietach. Przyjeżdżaliśmy do niego ze szczegółowo wypisanym jadłospisem i zrobionymi badaniami. Dostawaliśmy dzięki temu potwierdzenie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. W tej chwili Karolina bardzo dobrze się uczy i bardzo dobrze wygląda. Podobnie Jagoda. Wydaje mi się, że nie ma argumentów, które mogłyby utwierdzać w przekonaniu, że dzieci na diecie wegetariańskiej są „gorzej rozwinięte”.

Fot. okładki książek Moniki Mrozowskiej

Jednak prawdo do wchodzenia z butami w wychowywanie dzieci ciągle wydaje się być niczym nieograniczone.

Przecież my to uwielbiamy! Nawet osoby, które nie mają doświadczenia i nie mają dzieci, bardzo chętnie osądzają i oceniają. Wydaje mi się, że dotyczy to nie tylko dzieci, ale absolutnie wszystkiego. Im ktoś mniej wiem, tym więcej ma do powiedzenia. Na ogół staram się to jednak puszczać mimo uszu. Widzę co się dzieje, jak wyglądają, jak się zachowują i mogę wyciągać wręcz odwrotne wnioski na temat naszego sposobu żywienia.

A gdyby któreś z dzieci powiedziało: „Mamo, zaczynam jeść mięso”?

Wydaje mi się, że dawanie dzieciom wolnej ręki, w sytuacjach niestanowiących dla nich zagrożenia, jest bardzo ważne. Gdybym widziała, że moje dzieci mają tę kwestię przemyślaną, to zakazy nie przyniosłyby nic dobrego. Dziecko, jak będzie chciało coś zrobić, to i tak to zrobi, tylko po prostu nam o tym nie powie. Jeżeli nie będziemy mieli świadomości, że w życiu naszego dziecka coś się dzieje – i nie mówię tutaj o diecie, tylko o jakichś poważniejszych kwestiach – może się to źle skończyć. Nie mówię też, żeby ślepo dziecku na wszystko pozwalać, ale wracamy do początku – trzeba rozmawiać, słuchać argumentów, wspólnie wypracowywać kompromisy.

Często można zobaczyć dzieci przy pani boku, uczestniczycie razem w różnych projektach. Jestem ciekawa, czy wyobraża sobie pani w przyszłości wspólną pracę ze swoimi dziećmi?

Żyjemy razem, wyjeżdżamy razem, gdy pracuję nad kolejnymi książkami, dzieci się zawsze obok. Próbują, doradzają, krytykują, więc ich obecność jest naturalną koleją rzeczy. Nie wiem natomiast, czy moje dzieci chciałyby kiedyś pracować ze mną. Chciałabym dać im takie poczucie, że mogą liczyć na maksymalne wsparcie z mojej strony. Fantastyczne są rozmowy z moją 14-letnią córką, która mówi: „Mamo, a co ty byś mi radziła robić, jak już będę duża?”. Dochodzi przy tym do naprawdę odkrywczych przemyśleń, bo nigdy nie przedstawiam jej konkretnego pomysłu. Rysuję raczej przed nią jak najwięcej możliwych dróg i perspektywy, z czym mogą się one wiązać.

Rozumiem, że wciąż pozostaje to jednak jej wybór?

Tak i wydaje mi się, że takiego podejścia zabrakło w relacjach rodzicielskich mnie i moim znajomym. U mnie być może było trochę inaczej, bo liceum i studia wybierałam samodzielnie, ale przyznaję – człowiek czuje się wtedy trochę jak dziecko we mgle. Wiedziałam, że wszyscy idą do liceum, to trzeba poszukać jakiejś szkoły. Wszyscy zdają na studia, to trzeba poszukać jakiegoś kierunku. Tak naprawdę są to jednak szalenie trudne decyzje.

W wieku 19 lat ciężko jest powiedzieć, co chce się robić w życiu.

Dokładnie, a bardzo często wybory podyktowane są tym, jakie kierunki są popularne, albo gdzie wybierają się nasi znajomi. Oni zaś często idą na takie, a nie inne uczelnie, bo nalegają na to rodzice. Nie zastanawiamy się nad tym, co skończenie konkretnych studiów faktycznie może nam dać lub z drugiej strony – co może nam uniemożliwić za kolejne 4, czy 5 lat. Chciałabym żeby moje dzieci miały poczucie, że nauka to nie jest obowiązek, ale przyjemność.

Zastanawiam się też, na ile perspektywa rodzic-dziecko musi ulec pewnemu wyrównaniu. Nagle okazuje się, że to właśnie ono staje się ekspertem w danej dziedzinie i to my powinniśmy go słuchać. Wyobraża sobie pani takie sytuacje?

Nawet nie tyle wyobrażam, co tak naprawdę na co dzień jestem ich świadkiem. Szczególnie widzę to w dziedzinie nowych mediów i Internetu. Mój znajomy napisał niedawno komentarz: „Mam wrażenie, że różnica pokoleniowa między nami, a naszymi dziećmi jest taka, jak pomiędzy nami, a naszymi dziadkami.” Nie sposób się z nim nie zgodzić, bo nawet jeżeli chcielibyśmy je dogonić, byłoby to bardzo trudne. Wydaje mi się jednak, że daje nam to nowe możliwości realizowania rodzicielstwa. Dzieciaki już na etapie kilkunastu lat mogą widzieć, że to one nas czegoś uczą. Zamiast z tym walczyć, korzystajmy! Na pewno daje to też dziecku poczucie własnej wartości.

Również sprawczości – że potrafię, dam radę.

Tak, chociaż nieraz wymaga to dużego kredytu zaufania od rodzica. Widzę jednak, że im mocniej się dzieci obserwuje i daje się im swobodę realizacji, tym lepsze rezultaty to przynosi. Sama mam wrażenie, że na dużo swoim dzieciom pozwalam. Ufam im jednak i nie mam problemu z tym, żeby gdzieś je ze sobą zabierać, nawet na spotkania służbowe. Dla nich też jest to duża frajda.

Tym bardziej, że ciągle szykuje pani nowe projekty.

Pracuję teraz nad dwiema książkami. Jedna z nich dotyczy kuchni ekologicznej i za razem ekonomicznej. Pojawią się w niej dokładne wyliczenia, ile kosztują posiłki dla 4-osobowej rodziny. Chciałabym pokazać, że można przygotować zdrowe przekąski już od 5-ciu złotych, a obiady nawet od 10-ciu. Zdrowa kuchnia kojarzy się ze specjalnymi sklepami i sporym wydatkiem. To nie musi być prawdą. Mam już cały pomysł w głowie i myślę, że będzie to rzetelna pozycja. Drugą książkę napiszę wspólnie z koleżanką i dotyczyć będzie ona żywienia dzieci. Jak widać, wszystko zostaje w temacie!

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Użyła tamponu, straciła obie nogi. Poznaj dramatyczną historię modelki

Użyła tamponu, straciła obie nogi
fot. Instagram @theimpossiblemuse

Planowała zrobić karierę w modelingu, w jednej chwili jej wszystkie plany legły w gruzach. W dniu miesiączki dziewczyna poczuła się fatalnie, myślała, że to zwykłe przeziębienie. Kilka godzin później obudziła się w szpitalu. Bez nogi.

W 2012 roku Lauren Wasser wybierała się na imprezę urodzinową. Nie czuła się jednak najlepiej – miała okres i męczyła ją gorączka. Początkowo myślała, że złapała zwykłe przeziębienie.

Ze względu na pogarszające się samopoczucie Lauren wkrótce opuściła przyjęcie i poszła spać. Następną rzeczą, którą pamięta, byli dobijający się do drzwi policjanci. Okazało się, że funkcjonariuszy wezwała matka Lauren, która była poważnie zaniepokojona stanem córki.

Na drugi dzień, kiedy Lauren nie odebrała telefonu, matka po raz kolejny wezwała pomoc. Tym razem policjanci znaleźli nieprzytomną kobietę na podłodze. Miała wysoką gorączkę, atak serca, a jej nerki przestawały działać – podaje magazyn „The Sun”.

Zobacz także: Skazano gimnazjalistki, które brutalnie biły koleżanki

Użyła tamponu, straciła obie nogi

Po wstępnych badaniach okazało się, że Lauren cierpi na zespół wstrząsu toksycznego (TSS). Organizm modelki był zakażony z powodu tamponu, który przez dłuższy czas zalegał w ciele.

Powiedzieli mojej mamie, żeby szykowała już pogrzeb, ponieważ nie ma szans, żebym wyszła z tego cało – wspomina po latach Lauren.

Lekarzom udało się jednak uratować życie kobiety. Najpierw wprowadzili ją w stan śpiączki, później musieli amputować prawą nogę, w którą wdała się gangrena. Zakażenie zaczęło się również rozwijać w lewej stopie, z której usunięto palce i kawałek pięty.

Niestety, na początku stycznia tego roku z powodu postępującej infekcji i ogromnego bólu w kończynie, modelka zdecydowała się na amputację drugiej nogi poniżej kolana.

Lauren tuż po drugiej amputacji w styczniu 2018 r. // fot. Instagram @theimpossiblemuse

Zobacz także: Endometrioza zniszczyła modelce życie. Dziewczyna przestrzega teraz inne kobiety

Zespół wstrząsu toksycznego – co to takiego?

Po pierwszej operacji Lauren zaangażowała się  w działalność charytatywną i prowadzi akcje mające uświadomić kobietom, jakie zagrożenie niesie za sobą używanie tamponów.

TSS występuje głównie u pań, które stosują tampony. U zakażonych kobiet drogi rodne prawdopodobnie już wcześniej były zasiedlone przez gronkowca złocistego, co w połączeniu ze zmniejszoną odpornością w czasie okresu i krwią, będącą pożywką dla gronkowca, może wywołać chorobę.

TSS może wystąpić również w czasie połogu, po poronieniu septycznym, czy po stosowaniu mechanicznych środków antykoncepcyjnych (takich jak prezerwatywy, wkładki wewnątrzmaciczne).

Źródło: www.news.com.au, www.medonet.pl

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.

Genetyk uderzył żonę w twarz. Dlaczego? Szokujące zadanie na lekcji biologii

genetyk uderzył żonę w twarz
fot. Pixabay

W ostatnich dniach Technikum Łączności w Gdańsku stało się znane w całej Polsce. Nie chodzi o wybitne osiągnięcia uczniów, lecz o bulwersujące zadanie na lekcji biologii. Genetyk uderzył żonę w twarz. Dlaczego? – brzmi treść zadania, które uczniowie musieli rozwiązać na sprawdzianie.

Sprawa stała się głośna w ostatnich dniach dzięki siostrze jednego z uczniów gdańskiego technikum. Zamieściła zdjęcie na fecebookowej grupie „Trójmiejskie Dziewuchy Dziewuchom”.

Zobacz także: Skazano gimnazjalistki, które brutalnie biły koleżanki. Psycholog: Uczmy dzieci, jak odreagowywać emocje

Genetyk uderzył żonę w twarz – treść zadania

Na fotografii widać kartkę z zadaniem z biologii. Ćwiczenie dotyczyło daltonizmu u dziecka, którego ojciec genetyk uderzył matkę w twarz.

Daltonizm jest powodowany obecnością recesywnego genu d sprzężonego z płcią. Pewien znamienity genetyk, nie dotknięty daltonizm, poślubił zdrową kobietę. Po roku urodziła się córka. Kiedy mąż dowiedział się, że córka nie widzi prawidłowo barw, uderzył żonę w twarz. Dlaczego to zrobił? Przeprowadź dowodzenie za pomocą krzyżówek – brzmi treść zadania, które pojawiło się na sprawdzianie.

Zobacz także: Gnębiony w szkole chłopiec opublikował poruszające nagranie

Szkoła się tłumaczy

Jak tłumaczy nauczycielka, która kazała rozwiązać uczniom zadanie, „propagowanie przemocy nie było jej intencją”. W rozmowie z przełożonymi kobieta tłumaczyła, że zadanie pochodziło z podręcznika renomowanego wydawnictwa.

Autorka posta planuje zgłosić sprawę do Kuratorium Oświaty. Jak mówi, oburzaj ją fakt, że w szkole zachęca się do przemocy wobec innych.

Źródło: Wprost, 4stars.pl, 

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Premier Nowej Zelandii jest w ciąży. Co w tym nadzwyczajnego?

Informacja, że Jacinda Ardern spodziewa się pierwszego dziecka, obiegła cały świat i wzbudza wiele komentarzy. Dlaczego? Komentuje dyrektorka Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny.

Jacinda Ardern jest nie tylko najmłodszym premierem Nowej Zelandii od ponad 100 lat (ma 38 lat), ale również jest trzecią kobietą na tym stanowisku, ale przede wszystkim jedną z niewielu polityczek, które kierowanie rządem łączyć będzie z ciążą i narodzinami dziecka. Historia zna zaledwie kilka takich przypadków, kiedy pełniące tak ważne role kobiety, podczas kadencji zachodziły w ciążę.

Ciąża pani premier wzbudza zainteresowanie mediów. Dlaczego?

Przed weekendem, w trakcie konferencji prasowej,  Jacinda Ardern ogłosiła, że ona i jej partner Clarke Gayford, który jest prezenterem telewizyjnym, zostaną rodzicami. Para spodziewa się pierwszego dziecka, które na świat ma przyjść w czerwcu. Choć ciąża była nieplanowana i okazała się dla nich sporym zaskoczeniem, oboje są bardzo szczęśliwi. Co ciekawe pani premier o błogosławionym stanie dowiedziała się na moment przed objęciem stanowiska szefa rządu. To wywołało zdziwienie wśród reporterów, którzy zapytali m.in. o to, jak poradziła sobie ze skompletowaniem zespołu cierpiąc na poranne mdłości. Ardern odpowiedziała po prostu, że „kobiety tak właśnie robią”. Słowa te odbiły się szerokim echem na całym świecie. Dlaczego? Czy rzeczywiście nawet będąc premierem nic nie stoi na przeszkodzie, by zostać mamą?

Sądzę, że zamieszanie wokół ciąży Premier Nowej Zelandii jest tak duże z powodu tego, że jest osobą publiczną i każde prywatne wydarzenie wzbudza zainteresowanie mediów – komentuje Krystyna Kacpura, dyrektor wykonawcza Federacji na rzecz Kobiet i Planowania Rodziny. –Ciąża, która przebiega prawidłowo, to nie choroba i kobieta, jeśli dobrze się czuje może wykonywać swoje obowiązki prawie do samego rozwiązania. Więc doprawdy nie ma w tym nic nadzwyczajnego, że premier Nowej Zelandii jest w ciąży i będzie dalej pełnić tę funkcję.

Jak ogłosiła w swoim specjalnym przemówieniu premier planuje po urodzeniu dziecka wziąć sześciotygodniowy urlop. W tym czasie jej obowiązki przejmie zastępca, Winston Peters. Ardern w swoim przemówieniu podkreśliła również, że nie jest pierwszą kobietą, która pracuje i ma dziecko, choć jej okoliczności są zdecydowanie nadzwyczajne. Ale przed nią wiele kobiet poradziło sobie z taką sytuacją. Więc i ona też da radę!

Co o tym sądzicie? Też tak uważacie? Piszcie w komentarzach…

Aneta Grinberg-Iwańska

Redaktorka prowadząca serwis. Pasjonatka technik video. Mama trójki dzieci.

Dziś Dzień Singla! Czy to konkurencja dla Walentynek?

Dzień Singla
fot. Pixabay

Czy wiedzieliście, że 15 lutego obchodzimy Dzień Singla? W jaki sposób obchodzi się to święto?

Dzień Singla zawitał w naszych kalendarzach niedawno, bo w 2005 roku. Pomysłodawcą jest Trevor Mcwanda, który datę Dnia Singla celowo obrał tuż po Walentynkach.

Mężczyzna przez długi czas nie mógł odnaleźć miłości swojego życia, dlatego wymyślił święto, które obchodzić mogą osoby nieprzepadające za Walentynkami lub takie, które nie są w żadnej miłosnej relacji.

W tym dniu świętuje się wszystkie formy miłości: pomiędzy przyjaciółmi, rodziną oraz miłość do samego siebie.

Zobacz także: 12 najpiękniejszych – choć nieoczywistych – filmów o miłości!

Co robić w Dzień Singla?

Chociaż Dzień Singla nie cieszy się tak dużą popularnością co 14 lutego, dla wielu samotnych może być dobrą okazją do zabawy i spędzenia czasu na własnych warunkach, a być może i szansą na poznanie miłości swojego życia. Opcji jest wiele.

W niektórych klubach organizowane są imprezy dla singli. Uczestnicy zabawy dostają przy wejściu kolorowe bransoletki. Kolorystyka ma tutaj znaczenie. Za pomocą wybranego koloru osoba sygnalizuje innym, czy jest zainteresowana poznaniem partnera, czy przyszła jedynie potańczyć.

Bardzo popularne są również speed datingi, czyli szybkie randki. W trakcie imprezy każdy ma szansę poznać innych uczestników podczas krótkiej, kilkuminutowej rozmowy. Jeżeli rozmówcy przypadną sobie do gustu, mogą kontynuuować znajomość.

Dla osób niezainteresowanych poszukiwaniami nowego partnera ten dzień to świetna okazja do sprawienia sobie przyjemności – wyjścia na zakupy, do kina, czy teatru.

Dzień Singla obchodzony jest również 22 września, w Chinach 11 listopada.

Źródło: Onet, kalbi.pl

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.