Przejdź do treści

Oto jak wygląda ciało kobiety, która urodziła trojaczki – ważny głos młodej mamy!

Fot. Instagram triplets_of_copenhagen

Ciało jest niesamowite! Dowód? Oto zdjęcia, które przedstawiają podróż kobiecego ciała przez 35 tygodni trojaczej ciąży. Co ważniejsze, Maria pokazuje także swoje ciało już po pojawieniu się na świecie dzieci – jej głos jest niesamowicie ważny!

Ciąża trojacza to zawsze ciąża podwyższonego ryzyka. Maria w jednym z postów napisała, średnia długość trwania ciąży z trójką dzieci w brzuchu, wynosi 32 tygodnie. Na szczęście w tym wypadku udało się szczęśliwie dotrwać do 35. tygodnia. Ciąża obyła się bez większych problemów, a mama dzielnie nosiła ten 20-kilogramowy bagaż!

Maluchy przyszły na świat we wrześniu 2018 roku – dwoje z nich ważyło ponad 2000g, jedna z dziewczynek ważyła zaś 1950. Urodziły się silne i dzielne tak jak mama! Już po dwóch dniach zostały odłączone od elektronicznego monitoringu, a po 9-ciu mogły już opuścić szpital i pojechać do domu. >>KLIK<<

Na pewno pojawienie się na świecie trojaczków wywraca życie całej rodziny do góry nogami. W tym wypadku maleństwa mają jeszcze 2-letniego brata, który siłą rzeczy też wymaga opieki, uwagi, miłości. Ręce pełne roboty! Jest to tym większe wyzwanie dla kobiety, że w czasie ciąży musiała zrobić „potrójną” robotę. Jej ciało podlegało olbrzymim obciążeniom, a przecież trzeba dojść do siebie… I jedno to zająć się tym, co dzieje się z nim z medycznego punktu widzenia, drugie to zaś zaakceptować zewnętrzena zmiany, jakie w nim zaszły. Maria swoimi zdjęciami niewątpliwie normalizuje ten temat.

Fot. Instagram triplets_of_copenhagen35 tydzień ciąży

Tydzień po narodzinach trojaczków

Mam teraz naprawdę dziwnie wiszący brzuch, który wciąż jest dość ciężki. Moja macica się jeszcze nie obkurczyła. W związku z tym, że mój brzuch był tak rozciągnięty, zajmuje to dłużej niż zwykle. Założę jak najszybciej opaskę podtrzymująca, ponieważ jest to dość denerwujące, a do tego to, co wisi, powoduje ból blizny po cesarskim cięciu. Jestem naprawdę niecierpliwa, by odzyskać z powrotem swoje ciało!

Fot. Instagram triplets_of_copenhagen1 tydzień po ciąży

Moc ciała

Maria opublikowała też zdjęcie miesiąc po porodzie, pod którym nie kryła rozczarowania w związku z tym, jak w dalszym ciągu wygląda jej ciało. Kolejne zdjęcie pokazała zaś 12 tygodni po narodzinach trojaczków. Opisała, że zmiany są bardzo powolne, nie może też wciąż przemęczać się fizycznie i być może ma przepuklinę. Jest na szczęście pod opieką lekarzy oraz trenerki, która specjalizuje się w pracy z kobietami po ciąży. U Marii pojawiły się m.in. problemy z mięśniami brzucha, czy też kręgosłupem. Pogorszeniu uległa postawa kobiety, co ma wpływ np. na oddychanie oraz pojawianie się przeróżnych bólów.

Co ważne, młoda mama zaopiekowała się swoim ciałem. I nie chodzi tu o idealny wygląd, ale przede wszystkim o zdrowie. Także o zdrowie psychiczne! Z jednej strony, kiedy ciało zacznie wracać „do siebie”, to i głowie będzie łatwiej. Z drugiej, akceptacja ciała, szacunek do jego historii oraz urealnianie innym tego, jak wygląda ciało po trojaczej ciąży, to jest największa wygrana. I nie tylko dla Marii, ale też dla wszystkich obserwujących ją kobiet.

Fot. Instagram triplets_of_copenhagen4 tygodnie po ciąży

 

Fot. Instagram triplets_of_copenhagen12 tygodni po ciąży

Jest to przekaz niezwykle ważny. Tym bardziej cieszy, że ludzie mają odwagę dzielić się coraz większą ilością takich doświadczeń. „To jest NORMALNE. To jest ciało. To jest człowiek. Każdy inny. Z innymi doświadczeniami. Nie zawsze są one pozytywne i nie zawsze czujemy się ze sobą okej, nie obwiniajmy się jednak za to. Mamy prawo do słabości, do gorszego samopoczucia, do poproszenia o wsparcie. I chociaż może wydawać nam się dziwne i zaskakujące, że jednak coś poza standardową okładkową postacią może być piękne, to owszem może. Ciało jest niesamowite, a to ile jest w stanie razem z nami znieść, pokazuje dodatkowo oprócz piękna także ogromną siłę i mądrość” – pisałam o projekcie „Ciała 4-tego trymestru” [tł. redakcji]. Znów to zatem powtórzę: wszystkich ciał nie da się zmierzyć jedną miarą. Szanujmy i bądźmy dobre/dobrzy dla każdego z nich.

 

Zobacz też: Te zdjęcia dają jasny przekaz – nasze ciała to nie są manekiny, piękno ma różną formę!

Źródło zdjęć i historii: Instagram @triplets_of_copenhagen

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

10 rzeczy, które warto robić, zanim pojawi się dziecko

!0 rzeczy, które warto robić zanim pojawi się dziecko
Czasami trzeba spontanicznie poddać się chwili – Fot. Pixabay

Decyzja podjęta. Będziecie mieli dziecko. Zanim pojawi się ono na świecie, być może warto zrobić to, o czym od dawna marzyliście. Potem może zabraknąć czasu i będziecie zajęci innymi sprawami.

  1. PODRÓŻOWANIE

To, że urodzi się dziecko, nie znaczy, że skończą się podróże. Wiele osób jeździ z małymi dziećmi w różne części świata i obie strony są zadowolone. Tylko że to całkiem inny rodzaj turystyki. Teraz, kiedy jeszcze jesteście sami zrealizujcie jakieś swoje marzenie – Australia, Brazylia, Peru czy Góry Stołowe. Pamiętajcie, niech liczy się „droga”. Smakujcie każdy jej kilometr.

  1. SPANIE

Jeśli macie ochotę na spanie do 12 lub dłużej, nie żałujcie sobie. Sobotnie i niedzielne ranki należą teraz tylko do was. Kiedy pojawi się maluch, przez pierwsze 5 lat możecie zapomnieć o długim, nieprzerwanym, niczym niezakłóconym śnie.

  1. BEZTROSKIE WYLEGIWANIE

A kiedy już się wyśpicie (patrz wyżej) możecie dalej się wylegiwać albo wybrać się na śniadanie z przyjaciółmi, które przeciągnie się aż do obiadu – tak, to może też być brunch. Przeczytajcie całą sobotnią gazetę (z dodatkiem), bo później sterty nieprzeczytanych gazet przypominać będą o czasach, kiedy można było zadbać o swój mózg.

  1. WIECZORNO-NOCNE WYJŚCIA

Nie żałujcie sobie. Później wieczorne wyjścia będą drogie – stawki opiekunki do dziecka to spory wydatek. Wychodźcie na koncerty, do kina, teatru, na imprezy. Będzie wam tego brakować – nie tylko z powodu drogiej niani, ale dorosłego repertuaru kina i teatru oraz dorosłego towarzystwa. Nie da się ukryć, że przy późniejszych wyborach będziecie się kierować gustem dziecka. Póki nie goni was czas, możecie wracać do domu nawet nad ranem więc nie narzekajcie na niewyspanie czy kaca, bo na razie macie czas, żeby odespać wczorajsze traumy.

Zobacz też: Droga do bliskości

  1. CZAS PO PRACY

Nie wracaj do domu każdego dnia. Później będziesz to robić codziennie. Wybierz się na zakupy, spotkaj z koleżanką czy kolegą, idź do nowej knajpy na kolację.

  1. ZADBAJ O SWÓJ WYGLĄD

Wyciągnij z szafy te wszystkie sukienki i buty, któryś jeszcze nie miałaś okazji włożyć. Eleganckie szpilki i wystrzałowa sukienka dobrej firmy? Czemu nie? Później, kiedy będziesz miała niemowlaka przewieszonego przez ramię i biustonosz do karmienia, nie będzie ci się chciało nosić innego niż wygodne dżinsy i obszerny T-shirt.

  1. PORZĄDKI

Od lat masz nieuporządkowaną piwnicę lub łazienka potrzebuje odnowienia. Teraz jest czas, żeby to zrobić i sprawić, żeby ta rzecz nie spędzała ci snu z powiek. Jeśli nie zrobisz tego teraz, nie ma szansy, żebyście znaleźli czas później.

Zobacz też: Współczesna rodzina na nowo zdefiniowana

  1. SPONTANICZNOŚĆ

Tego chyba najbardziej (oprócz snu) brakuje wszystkim rodzicom. Nie zamkną przecież dziecka w szufladzie, kiedy będą chcieli wymknąć się na dach, żeby poobserwować księżyc i pouprawiać seks w jego blasku. No właśnie. Postarajcie się spełniać swoje spontaniczne zachcianki, zanim wejdziecie w inny rytm.

  1. NAUKA i PRACA

Czas przed urodzeniem dziecka wykorzystaj na skończenie studiów, karierę zawodową lub nauczenie się tego o czym zawsze marzyłaś – kreatywne pisanie, gra na pianinie, lepienie garnków etc.

  1. POMYŚL O SOBIE

To dobry czas, żeby pomyśleć o sobie jako przyszłym rodzicu – zapytaj swoich rodziców o to doświadczenie. Jeśli masz taką potrzebę, wybierz się do psychologa albo psychoanalityka, żeby przepracować problemy, jeśli takie masz. A może myślisz o przeprowadzce? Warto zrobić to teraz, bo później będzie to odrobinę trudniejsze.

 

 

 

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Standardy edukacji seksualnej WHO to zagrożenie dla dzieci?

Czy standardy edukacji seksualnej WHO to zagrożenie dla dzieci?
fot.Pixabay

Standardy Światowej Organizacji Zdrowia (WHO) dotyczące edukacji seksualnej dzieci i młodzieży powodują w naszym kraju wiele emocji. Przeznaczenie standardów oraz założenia, które za nimi stoją obrosły licznymi mitami, które powielane są przez czołowych polskich polityków, w tym osoby reprezentujące MEN. Czy faktycznie WHO chce, żebyśmy “uczyli czteroletnie dzieci masturbacji” i stosowali “zabiegi socjotechniczne”, by “zmieniać człowieka i niszczyć rodzinę”?*

W jakim celu zostały stworzone standardy edukacji seksualnej WHO?

Biuro regionalne WHO dla Europy w przedmowie do standardów edukacji seksualnej deklaruje, że dokument jest odpowiedzią na problemy i wyzwania związane ze zdrowiem seksualnym. Do tych wyzwań zaliczane są między innymi wzrost liczby zakażeń HIV i występowanie innych chorób przenoszonych drogą płciową, niechciane ciąże nastolatek, przemoc seksualna, procesy globalizacyjne i związane z nim mieszanie się kultur, rozwój nowych mediów czy narastające problemy związane z wykorzystywaniem seksualnym dzieci i młodzieży.

Z punktu widzenia WHO, który podzielają rządy wielu Europejskich krajów, istotne jest, żeby młodzież miała opartą na źródłach naukowych wiedzę na temat własnej seksualności. Celem edukacji seksualnej opartej na standardach WHO  jest rozwinięcie u młodych ludzi pozytywnego i odpowiedzialnego stosunku do seksualności, świadomości zagrożeń i ryzyka. Ta wiedza, zdaniem ekspertów, ma pozwolić młodym ludziom na bycie odpowiedzialnym wobec siebie i innych osób, które żyją w społeczeństwie. Dokument ma również na celu wprowadzenie do edukacji holistycznego podejścia do seksualności.

Zobacz też: Anja Rubik na czele rewolucji. Szykuje rzetelną edukację seksualną dla młodzieży

Co to jest holistyczna edukacja seksualna?

Holistyczna edukacja seksualna traktuje seksualność jako wymiar człowieczeństwa i potencjalnie pomaga młodzieży w rozwinięciu podstawowych umiejętności umożliwiających im samookreślenie ich seksualności i ich związków na różnych etapach rozwoju. Takie podejście pomaga im “w przeżywaniu swojej seksualności oraz partnerstwa w sposób satysfakcjonujący i odpowiedzialny. Te umiejętności są też niezbędne w celu ochrony przed potencjalnymi czynnikami ryzyka”.

W dokumencie czytamy, że tylko tak pojmowana edukacja seksualna “zapewnia dzieciom i młodym osobom bezstronne, zgodne pod względem naukowym informacje dotyczące wszystkich aspektów seksualności, a równocześnie pomaga im rozwinąć umiejętności radzenia sobie z tymi informacjami”(s.5).

Mity o standardach edukacji seksualnej WHO

Standardy prowadzą do wczesnej „seksualizacji” dzieci

Wszystkie osoby rodzą się jako istoty seksualne i rozwijają swój potencjał seksualny w ten czy w inny sposób. Edukacja seksualna pomaga w przygotowaniu młodych ludzi do życia, a zwłaszcza do zbudowania i utrzymania satysfakcjonujących związków, a także przyczynia się do rozwoju osobowości i samookreślenia (s. 22).

Holistyczne podejście do edukacji seksualnej zakłada, że nie powinna ona dotyczyć tylko sfery fizycznych i emocjonalnych kontaktów seksualnych z innymi osobami.  “Od momentu urodzenia dzieci uczą się wartości i przyjemności wynikających z kontaktów cielesnych, ciepła i bliskości. Później uczą się rozróżniać mężczyzn i kobiety, a także serdecznych przyjaciół i obcych. Kwestia polega zatem na tym, iż od momentu urodzenia rodzice (w szczególności) przekazują swoim dzieciom informacje dotyczące ludzkiego ciała i intymności. Innymi słowy angażują się i są włączeni w proces edukacji seksualnej” (s.13).

Dzieci od urodzenia eksplorują swoje ciało. Zajmują się wszystkimi jego częściami: rękami, nogami, genitaliami. Dotykanie genitaliów jest przejawem prawidłowego rozwoju psychoseksualnego dziecka. Małe dzieci uczą się ciała, porównują swoje ciało z ciałem rodziców i innych dzieci, prezentują swoje narządy płciowe innym osobom. Pytania o seksualność pojawiają się już około 3 roku życia, kiedy dziecko dostrzega różnice między kobietami i mężczyznami. Wtedy też zaczyna rozwijać swoją tożsamość płciową. Ważne jest to, by odpowiednio na te pytania reagować.

Autorzy standardów edukacji seksualnej podkreślają, że informacje na temat seksualności i seksu, które trafiają do dziecka muszą być dostosowane do jego/jej wieku i poziomu rozwoju psychicznego. Inaczej odpowiemy na pytanie 3, 6, 8 i 10 latkowi. Jak dokładnie odpowiadać? Tej informacji nie znajdziemy w dokumencie. Znajdziemy natomiast informację o tym, które zachowania są prawidłowe na określonym etapie rozwoju, z czego wynikają i z jakimi wiążą się emocjami oraz w jakim wieku dzieci i młodzież powinny zdobyć wiedzę o określonych zagadnieniach. Matryce zawierające te dane  prezentują również wartości i przekonania, które mogą z tej wiedzy wynikać dla młodej osoby.

Jedną z rekomendacji dla osób zajmujących się edukacją seksualną dzieci i młodzieży jest to, żeby dostarczać młodym ludziom wiedzy na temat określonych zjawisk, jeszcze zanim wystąpią one u konkretnej osoby. Dobrym przykładem jest miesiączka, owłosienie łonowe, czy mutacja: dziecko ma prawo wiedzieć, czego może się spodziewać po swoim ciele w najbliższym czasie. Ta wiedza pozwala na psychiczne przygotowanie się na nadchodzące zmiany.

WDŻ wystarczy, tam dzieci dowiadują się wszystkiego, co muszą wiedzieć

Podstawa programowa Wychowania do Życia w Rodzinie nie wywiązuje się z co najmniej trzech ujętych w standardach kwestii, mianowicie: akceptacja różnorodności, wolność od ideologii oraz zgodność z obecnym stanem wiedzy naukowej.

W standardach WHO szczególny nacisk kładzie się na kompetencje nauczycieli.

Kompetentny nauczyciel musi być przeszkolony w zakresie edukacji seksualnej, ale powinien być także otwarty w stosunku do swoich uczniów i posiadać wysokiego stopnia motywację, by uczyć. Nauczyciele powinni głęboko wierzyć w przedstawione zasady dotyczące edukacji seksualnej (…). Nauczyciele powinni konsekwentnie stosować neutralny język w sytuacjach, kiedy omawiają zagadnienia dotyczące seksu, aby nie obrażać uczniów, a także respektować ustanowione przez nich granice. W trakcie zajęć z edukacji seksualnej nauczyciele powinni zarówno uwzględniać prawa człowieka, jak i akceptować różnorodność – w ten sposób edukacja seksualna będzie rozumiana jako edukacja w obszarze praw człowieka i różnorodności (s.31).

Edukacja seksualna według standardów uczy homoseksualizmu

Homoseksualizm został wykreślony z klasyfikacji zaburzeń psychicznych Amerykańskiego Towarzystwa Psychiatrycznego (DSM). Homoseksualizmem nie można się zarazić, nie można się go też nauczyć. W świetle aktualnej wiedzy naukowej, orientacja seksualna rozwija się już w fazie prenatalnej, jest on cechą wrodzoną i niepolegającą świadomemu wyborowi. Edukacja seksualna oparta na standardach uczy akceptacji homoseksualizmu, jako przejawu różnorodności.

W świetle statystyk dotyczących depresji i myśli samobójczych wśród nastolatków LGBT+ (aż 63% młodzieży miało myśli samobójcze) doniesień o udanych próbach samobójczych (głośna sprawa Kacpra z Gorczyna) oraz dyskryminacji i agresji wobec młodych osób LGBT+ ze strony rówieśników (44% doświadczyło przemocy w szkole), lekcje na temat akceptacji różnorodności i praw człowieka wydają się koniecznością.

W standardach czytamy, że celem poruszania tematu homoseksualizmu na lekcjach edukacji seksualnej jest wykształcenie w uczniach postawy “akceptacji, szacunku i rozumienia różnorodności w odniesieniu do seksualności i orientacji seksualnej (seks powinien odbywać się za zgodą obu osób, być dobrowolny, równy, stosowny do wieku i kontekstu, zapewniający szacunek dla samego siebie)” (s.47). Zmiana orientacji seksualnej uczniów i uczennic nie jest uwzględniona w omawianym dokumencie.

Zobacz też: Jedno samobójstwo to tragedia aż 135 osób. Zwykle można jej zapobiec

Jak wygląda edukacja seksualna w innych krajach Europy?

Sposób wykorzystania standardów zależy w dużej mierze od tego, w jaki sposób edukacja seksualna jest zorganizowana i prowadzona. Różnice pomiędzy poszczególnymi krajami europejskimi są ogromne, choćby biorąc pod uwagę wiek uczniów: w Portugalii edukację seksualną zaczyna się w wieku 5 lat, w Hiszpanii, Włoszech i na Cyprze w wieku 14 lat. W Szwecji edukacja seksualna jest przedmiotem obowiązkowym, w Niemczech nie.

W dokumencie WHO wyznaczone są jedynie ramy, szczegółowy program nauczania wymaga dostosowania do konkretnego kontekstu społeczno-kulturowego. Wspomniane matryce pełnią rolę bazy, na podstawie której można stworzyć plan nauczania, uwzględniając potrzeby określonego społeczeństwa, czy konkretnej grupy młodzieży, która ma uczestniczyć w zajęciach.

*Cytaty pochodzą z wypowiedzi polityków publikowanych w mediach

Zobacz też: Skarga Ordo Iuris na wątek homoseksualny w kreskówce Harmidom

Olga Plesińska

Bioetyk, dziennikarka. W wolnym czasie dużo czyta, najchętniej z kotem na kolanach, jeździ na wrotkach i fotografuje.

Dzieciaki, jesteście wspaniałe! Poradnik dla dzieci (i nauczycieli)

Poradnik dla dzieci i nauczycieli
Wymiatasz! Świetny poradnik jak wzmocnić dziecko – Fot. Pixabay

„Wymiatasz! Uwierz w siebie i odważ się zostać mistrzem, w czym tylko zechcesz” to tytuł świetnej książki, która pomoże dzieciom dostrzec swoje mocne strony i nauczy, jak dążyć do celu.

Twoje dziecko narzeka , że nie radzi sobie z matematyką, nie za szybko biega za piłką, a czytanie je nudzi? Okazuje się, że bycia dobrym w czymś, czyli wymiatania, można się nauczyć.

Ten poradnik dla dzieci i młodzieży pokazuje, jak odpowiednie nastawienie do nauki i życia może pomóc w spełnieniu marzeń.

Angielski tytuł książki brzmi „You are awesome”, co w kontekście zawartości książki  i mechanizmu wzmacniania dzieci, wydaje się korzystniejszy, ale rozumiem, że wydawca miał problem z przetłumaczeniem tytułu tak, żeby był neutralny dla chłopców i dziewczynek. A „wymiatasz” to modne i coraz częściej używane słowo.

Zobacz także: „Jakie to proste” czyli jak zrozumieć matmę?

Prawdziwe historie wymiataczy

Dzieci poznają prawdziwe historie wymiataczy, wśród których są m.in. David Beckham, siostry Brontë Mozart czy Jay-Z. Autor rozprawia się z mitem, że wystarczy sam talent, żeby odnieść sukces –przedstawiając historie znanych i mechanizm zdobycia światowej sławy.

Benjamin Franklin powiedział, że „wszyscy ludzie o wysokich kompetencjach nieustannie szukają sposobów na dalszą naukę, rozwój i podnoszenie kwalifikacji”. Smutna prawda jest taka, że jeśli nie dbamy o swój mózg – nie uczymy się nowych rzeczy, niewłaściwie się odżywiamy, żyjemy w stresie – jego funkcjonowanie jest mocno zaburzone.

Trudno zmienić nawyki, ale jest to możliwe. I to dosyć szybko. Jeśli pozbędziemy się blokad, tego, co nam przeszkadza, łatwiej będzie pracować nad celem, dojść do perfekcji. Warto poznać ten mechanizm! Dobrze byłoby, żeby tę książkę przeczytali nauczyciele – wzmacnianie uczniów, ich zapału i kreatywności powinno być głównym zadaniem szkoły.

Zobacz także: Czytamy, czyli 10 rad jak wychować mola książkowego

Poradnik dla dzieci i nauczycieli

Dzisiaj liczy się sukces – każde dziecko musi go odnieść! Uczą tego media społecznościowe i niestety – szkoła z przeładowanym programem. Ta książka pokazuje, że sukces równa się spełnienie oraz miłość do tego, co się robi – najważniejsza jest pasja!

A sukces to przede wszystkim duży wysiłek i oswojenie strachu przed porażką. Jak zapewniają autorzy – ta książka to właśnie bliskie spotkania trzeciego stopnia z sukcesem. Stopień po stopniu droga do celu – nauczenie się tego nie jest trudne, szczególnie dzisiaj, kiedy wiemy, jak można zmienić pracę naszego mózgu i co za tym idzie – nasze myślenie.

Drużyna Wymiataczy to Matthew Syed – mistrz tenisa stołowego i autor bestsellerów, Matt Whyman – specjalista od porad osobistych, Kathy Weeks – trenerka nastawienia oraz autor rysunków Toby Triumph.

 

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

„Czy moje dziecko jest uzależnione?!” – ten wywiad powinni przeczytać wszyscy rodzice!

Czy moje dziecko jest uzależnione

Kiedy na drodze rodzica staje wyzwanie, jakim jest uzależnienie dziecka, albo nawet samo jego podejrzenie, świat może zacząć przytłaczać z ogromną siłą. Pierwsze pytanie zapewne brzmi wtedy, jak mogę ratować swojego syna, swoją córkę?! Chwila, chwila… a może to najpierw ja potrzebuję pomocy? Co zrobić, kiedy pojawia się chociażby myśl o tym, że twoje dziecko może mieć problem z różnymi psychoaktywnymi substancjami, mówi psycholożka, psychoterapeutka oraz specjalistka terapii uzależnień, Małgorzata Zembowicz-Kowalska.

Katarzyna Miłkowska: Zacznijmy od scenariusza, w którym do twojego gabinetu wchodzi rodzic podejrzewający, że jego dziecko jest uzależnione. Co cię wtedy zastanawia – twarde dowody, które takie domysły wywołały, czy może coś zupełnie innego?

Małgorzata Zembowicz-Kowalska: Wiesz, przede wszystkim dopytuję jednak o to, co sprowadza tego rodzica w jego własnej sprawie. Od pierwszego spotkania staram się prowadzić rozmowę w taki sposób, żeby było jasne, że ten rodzic przychodzi do mnie właśnie w swoim temacie, a nie w temacie dziecka.

Treścią terapii, nawet jeśli jest to terapia wsparciowa rodziców, czy w ogóle bliskich osób uzależnionych, nie są porady, co należy zrobić z osobą mającą problem z alkoholem, czy narkotykami.

Myślę, że to wcale nie jest takie oczywiste.

Nie dla wszystkich, to prawda. Co więcej, jest to chyba najpotężniejszy stereotyp, w którym funkcjonujemy. Przychodzenie na własną terapię po to, aby uzyskać pomoc dla bliskiej nam uzależnionej osoby jest założeniem z gruntu nieprawidłowym i nierealistycznym.

Wsparcie może uzyskać bowiem tylko ten człowiek, który się po nie zgłasza. Od pierwszego spotkania skupiam się więc raczej na tym, jakie emocje budzi w siedzącej przede mną osobie to, co dzieje się z jej bliskim. Jak sobie radzi w niepokojących ją sytuacjach. Czy jest zadowolona z tego sposobu, czy może chciałaby nauczyć się robić to inaczej.

W czasie rozmowy oczywiście jest też miejsce, żeby pomówić o faktach. Jak najbardziej wysłuchuję tego, co zaniepokoiło przychodzącego do mnie rodzica. Nie jest to jednak nigdy praca „detektywistyczna”, bo też nie jest to rozmowa, która ma czegoś dowodzi. Jest to rozmowa o człowieku, który właśnie jest obok mnie. Jest to spotkanie dla tej i o tej osobie, nie o jego dziecku, czy kimkolwiek innym.

Wyobrażam sobie, że często mogą padać w tym kontekście zdania typu: „Ale przecież to nie ja mam problem, to nie ja muszę coś ze sobą zrobić”. 

Zdarza się to bardzo często. Wtedy warto jest zauważyć, że jednak musi to być w jakiejś mierze pana/pani problem, bo to pan/pani tutaj siedzi. Konfrontacja z taką perspektywą jest jedną z pierwszych rzeczy pozwalających ruszyć w pracy systemowej rodziny, w której pojawia się właśnie problem uzależnienia.

Chodzi o zobaczenie, że dla każdego być może ten problem jest czymś innym, ale dla każdego jest on jego własną, niezależną trudnością. Jeżeli więc dany człowiek jest właśnie w gabinecie psychologa, psychoterapeuty, specjalisty terapii uzależnień, to oznacza, że na tym etapie to on się z tym mierzy.

Może być tak, że sam uzależniony póki co w ogóle nie zdaje sobie sprawy z tego, że coś jest nie tak. Jest jeszcze w fazie prekontemplacji, a będąc w niej, nie ma absolutnie możliwości zmiany. Nie ma wtedy nawet w ogóle takiego pomysłu, że należałoby się nad czymkolwiek pochylić.

Wiadomo, że to nie jest obiektywna ocena. Cały czas odwołujemy się po prostu do pewnych przeżyć, a bardzo często jest tak, że dla samego używającego to znacznie dłużej nie jest problem, niż dla jego bliskich.

Zobacz też: 7 wskazówek, jak rozmawiać z dzieckiem o depresji

Zaczęłaś mówić o systemie i o tym, że uzależnienie dotyka całej rodziny. Jeśli patrzeć na to przez pryzmat choroby, to mam wrażenie, że znacznie częściej opisuje się w takiej perspektywie np. depresję, czy oczywiście choroby stricte somatycznych. Cała rodzina angażuje się wtedy w leczenie. Zastanawiam się, jak daleko jest od tego uzależnienie, które – nie ukrywajmy – budzi stereotypowe postrzeganie choroby właśnie jako problemu tej jednej osoby.

Myślę, że to budzi nie tyle nawet stereotyp, czy konkretny sposób myślenia, ale tak naprawdę pragnienie pójścia tym właśnie tropem: „To tylko z tą osoba jest coś nie tak”. Rzeczywistość jest jednak odwrotna, również nieprawdziwa, ale jednak odwrotna.

W terapii osób, które podejmują ją właśnie z powodu uzależnienia kogoś bliskiego, bardzo szybko dochodzimy do ogromnego poczucia winy. Rodzic uważa, że w jakiś sposób to przez niego dziecko sięgnęło po różne substancje i tak naprawdę to właśnie z tego poczucia winy płynie bardzo dużo trudności.

Mówiąc zaś o perspektywie choroby, warto w takim kontekście w ogóle odchodzić od kategorii „winy”. Fakty są takie, że uzależnienie jest chorobą, więc rozmawianie o czyjejś winie wydaje się tu być zupełnie bez sensu. Warto uzależnienie uznać właśnie jako chorobę i po prostu skupić się na tym, jak można ją leczyć.

Czy to właśnie poczucie winy jest głównym elementem, jaki pojawia się w takich sytuacjach w rodzicach? Zastanawiam się, jakie jeszcze emocje mogą temu towarzyszyć. To, co przychodzi mi na myśl, to także złość – na siebie, na dziecko…

Tak, jest to złość, ale też strach, przerażenie i właśnie poczucie winy. Z drugiej strony, często pojawia się także jego przeciwny kraniec, czyli obwinianie i szukanie winnych na zewnątrz. Bardzo często tworzy się narracja mówiąca, że dziecko w domu zawsze było grzeczne, zanim nie trafiło w dane środowisko, nie poszło do danej szkoły itd.

Warto jednak pamiętać, że uzależnienie jest chorobą wieloczynnikową i nigdy nie jest tak, że to jedna konkretna rzecz spowodowała sięgnięcie po substancje.

Te przyczyny mają swoje kotwice, swoje początki zawsze w kilku różnych źródłach, które musiały wystąpić w odpowiednim natężeniu i w odpowiednim czasie. Zawsze jest to kumulacja kilku trudnych, dysfunkcyjnych, niekorzystnych kawałków, które doprowadzają do tego, że dana osoba zaczyna przy użyciu substancji np. regulować swoje emocje.

Jak mówisz o tym, że tych czynników może być bardzo dużo i bliska osoba zaczyna to widzieć – w jednym miejscu coś się działo, w drugim nie było dobrze, trzecie było jeszcze gorsze i być może coś jeszcze za tym wszystkim stoi – to wyobrażam sobie, że taka konfrontacja prowadzi do jakiejś przeogromnej bezsilności.

Ogromnej, zgadza się.

I to właśnie bezsilność jest tematem do pracy na początku terapii? Jakaś próba wrócenia tej osobie samoskuteczności i poczucia, że może coś zmienić, wziąć na siebie jakąś odpowiedzialność? 

Praca nad bezsilnością jest bardzo ważna. Pomyślałam sobie jednak, że jest to raczej praca nad jej uznaniem, bo przywracanie poczucia skuteczności jest w takiej sytuacji jednak budowaniem fikcji.

Zależy oczywiście o czym dokładnie mówimy. Jeżeli osoba, która ma kogoś uzależnionego w rodzinie, chce jak najszybciej odzyskać poczucie sprawstwa w związku z tym, co się z nią samą dzieje, czyli np. żeby mogła przestać płakać po nocach – to tak. Natomiast jeżeli chcemy przywrócić jej poczucie sprawstwa, że w jakiś sposób może ona wpłynąć na to, by bliska jej osoba przestała używać, to absolutnie nie.

To jest właśnie jedna z najsilniejszych patologii występujących w tych systemach – złudzenie innych osób, że jeśli coś zrobią, lub jeśli coś przestaną robić, to będzie miało to realne przełożenie na uzależnienie bliskiego im człowieka. Tak naprawdę to przełożenie jest jednak niewielkie.

W skrócie, jest to więc praca nad uznaniem bezsilności wobec tej drugiej osoby i skupienie się na poczuciu sprawstwa dotyczącego mnie.

No tak, ale jeżeli weźmiemy pod uwagę, że uzależnione jest dziecko, które nie ma jeszcze 18 lat, to w dużej mierze to właśnie rodzic jest odpowiedzialny za to, co się z nim dzieje.

To są bardzo dramatyczne sytuacje, bo faktycznie rodzic jest odpowiedzialny, ale de facto jego wpływ jest mocno ograniczony.

Oczywiście odrobinę większe możliwości ma rodzic nieletniego dziecka, ale pamiętajmy, że w pełni może decydować on do 16-tych urodzin syna, czy córki. Pomiędzy 16, a 18 rokiem życia decyzję o leczeniu podejmuje rodzic wraz z dzieckiem. Powyżej 18 lat decyduje o sobie rzecz jasna tylko sam uzależniony.

Jest to dosyć trudne. Myślę sobie, że to, co ten rodzić może zrobić, to przekonywać, namawiać, pokazywać zyski, jakie ten młody człowiek może mieć ze zgłoszenia się do specjalisty. Może też oczywiście zmuszać go do tego, co wydaje się być umiarkowanie skuteczną strategią.

A czy nie jest tak, że jeżeli wcześniej w tej relacji coś szwankowało, to może być trochę za późno na pokazywanie zysków i tego typu rozmowy?

Jest i nie jest, szczególnie jeśli rodzic, czy też rodzeństwo, sami zgłosili się na terapię. W takiej sytuacji oprócz mówienia, także modelują.

Dzięki temu zaczyna to nabierać innego kształtu, przestaje być tylko czczym gadaniem: „To ty teraz pójdź i oni tam coś z tobą zrobią”. Nic dziwnego, że w takim wypadku jest to bardzo często przeżywane przez dziecko, jako chęć pozbycia się problemu, oddelegowanie go na zewnątrz.

Czyli coś, o czym rozmawiałyśmy na początku – to jest tylko problem tej osoby, to z nią jest coś nie tak.

Zgadza się, dochodzi do tego jeszcze myśl: „Pozbądźmy się go”. Natomiast jeżeli ta rozmowa jest toczona w sposób, który mówi: „Zobacz, mnie ta sytuacja zaczęła przerastać. Miałam w związku z tym różne trudne emocje, zgłosiłam się na terapię i bardzo mi to pomaga. Czuję, że sobie lepiej radzę i zależy mi na tym, żebyś ty też mógł się lepiej poczuć” – to jest to już przekaz wysyłany do dziecka z zupełnie innego poziomu.

Zobacz też: Uzależnienia, depresja, bezsilność – co jest po drugiej stronie gabinetu? Terapeuta: „To my sami jesteśmy narzędziem naszej pracy”

Małgorzata Zembowicz-Kowalska
psycholożka, psychoterapeutka, specjalistka terapii uzależnień. Prowadzi konsultacje psychologiczne, terapię indywidualną, grupową, terapię par oraz terapię uzależnień. Zajmuję się również prowadzeniem zajęć treningowych, psychoedukacyjnych oraz działalnością szkoleniową i dydaktyczną – www.malgorzatazembowicz.pl

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.