Przejdź do treści

Peja: “Czy to jest naprawdę moje?!” – od tej strony jeszcze go nie znaliście!

Peja
Fot. Daniel Perz

We wrześniu premierę miała jego najnowsza płyta “G.O.A.T.” – płyta człowieka świadomego, doświadczonego, pogodzonego z różnego rodzaju mechanizmami rządzącymi światem. I chociaż jego teksty wciąż pełne są pazura, niezgody i siły, to wyraźnie przebija przez nie także ta bardziej pokorna wrażliwość artysty. W jednym z kawałków rapuje: “Dostałem więcej od losu, niż mogłem sobie wymarzyć” – jak to zatem z tym jest? O muzyce, pokorze i sukcesie – Peja.  

Katarzyna Miłkowska: Często mówisz w wywiadach, że bazą Twojego tworzenia jest pasja. To właśnie od niej wszystko się zaczęło? 

Peja: Na pewno, chociaż początki były też w dużej mierze jakimś naturalnym rozwojem potrzeb fanowskich. W pewnym momencie samo słuchanie po prostu przestało już wystarczać – chcieliśmy być tego częścią, chcieliśmy być twórcami. Zaadaptowaliśmy więc na nasz grunt nowy styl muzyczny, nowy gatunek w ramach kultury hip-hop i spokojnie możemy powiedzieć, że dzięki temu funkcjonuje on na polskiej scenie muzycznej już prawie trzydzieści lat.

Inspiracji do dalszego tworzenia wystarczy na kolejne trzydzieści?

Bez wątpienia! Jeśli chodzi o pomysły, to jest to studnia bez dna. Hip-hop to w końcu nie tylko płyty rapowe, ale też wszystkie inne gatunku muzyki – R&B, funk, soul, trochę popu, nawet disco. Wszystko to jest fuzją styli, dlatego też często słuchając np. amerykańskiego rapu z lat 80-tych czy 90-tych, masz wrażenie, że słyszysz Jamesa Browna, Kool & The Gang czy The Temptations. Wszystko dlatego, że często producenci zapożyczali sample znanych już artystów i adaptowali je na własny użytek. 

Bardzo wiele takich przykładów mamy też w polskim hip-hopie – Wzgórze Ya-Pa i TDF „Mam tak samo jak Ty” Niemena czy Rychu Peja i Stan Borys „Chmurami Zatańczy Sen”. Niestety polska muzyka jest bardzo trudna do samplowania, ponieważ nigdy nie wiadomo kto jest właścicielem, autorem tekstu, producentem, kto chce wyrazić zgodę, a kto nie itd.

Producenci ciągle mają problemy – nie wszyscy zaczęli jeszcze kumać cały ten rap i produkcję hip-hopową. A szkoda, bo polska muzyka rozrywkowa tylko by na tym zyskała. 

Takie połączenie to przeważnie hity. 

Dokładnie, chociaż trzeba przyznać, że samplowanie wiąże się z ogromnymi kosztami, a rynek tak bardzo w ostatnich latach ewoluował, że producenci coraz częściej decydują się na swoje własne autorskie aranżacje. Pod tym względem Polska ma naprawdę super producentów, którzy nierzadko wygrywają konkursy inicjowane przez uznanych artystów w Stanach. Mamy również wielu światowych didżejów, co sprawia, że od strony produkcyjnej jesteśmy bardzo solidnym fundamentem tej kultury – ależ dałem Ci wykład! „Evolution of hip-hop” (śmiech)!

To jest niezwykle ciekawe! Co więcej, to tylko podkreśla, jakie masz w tym zakresie doświadczenie i chyba nikt rzeczywiście nie ma prawa dziwić się temu, że przez tyle lat wciąż stoi za Tobą rzesza wiernych fanów, a każda płyta to kolejny sukces. Czy gdybyś te dwadzieścia kilka lat temu wyobraził sobie moment, który jest dzisiaj, zobaczyłbyś właśnie to?

Do każdej płyty podchodzę z niezmienionym zapałem i traktują ją tak, jakby była moją pierwszą. Za każdym razem staram się dać z siebie jeszcze więcej i to się podobno udaje – oczywiście nie wszyscy to potwierdzają i doceniają, ale moi fani są właśnie takiego zdania. 

A czy wyobrażałem sobie to, w jakim będę – w jakim dziś jestem – miejscu? Nie, nawet teraz nie jestem tego w stanie pojąć. Patrzę czasami, jak ogrodnik kosi mi trawnik, przychodzi niania i zabiera mojego syna na spacer, ja w tym czasie piszę rymy, piję z żoną kawę…

Słyszę w tym jakiś rodzaj zdziwienia – jakbyś sam siebie pytał: „Jak to się stało”?

No tak, czasami wychodzę w nocy do ogrodu i zastanawiam się, czy to jest naprawdę moje?! Przecież ja nawet nie wiem czy zasłużyłem…

Masz taką myśl?

Wyrzutów sumienia nie mam, ale czasami rzeczywiście nachodzą mnie różne wątpliwości… Stąd też cieszy mnie to, że nadal nie oderwałem się od rzeczywistości. Jestem blisko ludzi – nawet kiedy raz w tygodniu przyjdzie do nas pani, która sprząta, to biorę miotłę i robię to razem z nią!

Mówisz o pokorze?

Podobno też lubię sprzątać (śmiech). Zupełnie nie mam problemu z dbaniem o takie przyziemne, codzienne sprawy. Powiem Ci, że pochodzę z dużej biedy, w której nie miałem zbyt wiele, ale porządek był zawsze – dbałem o to, co było i tak już zostało. Taki jest „efekt uboczny” mojego startu w życie.

Podam Ci kolejny przykład, żona mówi mi, żebym wyrzucił stare ciuchy z siłowni, bo wyglądam w nich jak menel, a ja nie potrafię! Mam mnóstwo kolekcji odzieżowych, których w ogóle nie noszę, bo ciągle nie potrafię sobie czegoś dać – bo się zniszczy, bo będę czekał na lepszą okazję… 

A czy to nie jest tak, że ta „lepsza okazja” jest właśnie tu i teraz?

Nie wiem, nie potrafię tego wytłumaczyć. Jestem po prostu bardzo oszczędny, ale też niezwykle dbam o to, co mam. 

Rozumiem, że nie mówisz tu tylko o rzeczach materialnych – biorąc pod uwagę chociażby początek naszej rozmowy, muzyka jest niezwykle zadbanym przez Ciebie kawałkiem. Dałoby się ją czymś zastąpić?

Jeżeli okazałoby się, że nie mogę tego robić – ogłuchłbym, czy straciłbym głos – musiałbym przerobić żal po stracie. Podobnie jak z alkoholem, z rodzicami i wieloma innymi rzeczami, które w życiu straciłem.

Na ten moment sobie tego nie wyobrażam. Nie wiem… może przypłaciłbym to ciężką depresją, może zacząłbym pić? Nie chcę jednak nawet o tym myśleć, bo wiele obaw i lęków budzi się de facto właśnie z wyobrażeń. Zresztą mówiłem Ci, że w wyobrażenia jestem słaby. Tak – tu i teraz jest zdecydowanie lepsze.

Peja

Fot. DagSoon

Zobacz też: Sport od najmłodszych lat – Diablo Włodarczyk: „Powinniśmy dziecko wspierać, popychać do przodu i służyć mu pomocą”

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Nowy rok, nowe cele! Czyli kilka słów o ich SMART wyznaczaniu

Słowo smart w języku angielskim oznacza sprytny – fot. 123rf

Pożegnaliśmy 2019 rok, witając nowy rok 2020. Wiele osób wraz z nowym rokiem podejmuje pewne kroki związane ze zmianami. Wyznaczamy sobie nowe cele, które zamierzamy zrealizować i wprowadzić w nasze życie. Zmiany mogą dotyczyć różnych sfer naszego życia np. osobistego lub zawodowego. Mogą dotyczyć modyfikacji prowadzonego dotychczas stylu życia, zmiany naszego wyglądu, zmiany nakierowanej na rozwój osobisty czy zmiany dotyczące naszej pracy. Wyznaczanie sobie nowych celów jest świetnym motorem napędzającym. Dzięki temu wzmacniamy własną motywację do działania oraz kierujemy swoją uwagę na własny rozwój osobisty. Jest to bardzo ważne, ponieważ przez wzrost rozwoju osobistego wzmacniamy własne poczucie refleksyjności oraz rozumienia. Wzrasta w nas również zdolność empatii w relacjach interpersonalnych.

Jednocześnie wyznaczanie sobie celów oraz osiąganie ich powoduje poczucie sensu życia i tożsamości, dzięki temu wiem kim jestem, dokąd dążę i czego chcę.

Niezależnie od tego jakie cele zostaną przez nas wyznaczone istotne jest, abyśmy zastanowili się czy w odpowiedni sposób je formułujemy oraz czy prawidłowo planujemy działanie do ich osiągnięcia?

Co tak naprawdę oznacza metoda SMART?

Słowo smart w języku angielskim oznacza sprytny i tym właśnie charakteryzuje się ta metoda, aby wyznaczać sobie sprytnie cele, które wyrażone w odpowiedni sposób będą realnie i w prosty sposób osiągalne.

Jednocześnie SMART to skrótowiec, w którym kryje się pięć cech jakie powinny mieć założone przez nas cele.

Zobacz też: Pokonać prokrastynację? Tak, to możliwe!

Co kryje się w metodzie SMART?

 

  1. S – Specific, czyli Sprecyzowany: Cel musi być konkretnie określony, jednoznaczny bez możliwości innej interpretacji. Warto na samym początku zadać sobie trzy pytania, które ułatwią nam sprecyzowanie celu.
  • Co chcę osiągnąć?
  • Po co chcę to osiągnąć?
  • W jaki sposób chcę to osiągnąć?

 

  1. M – Measurable, czyli Mierzalny: Cel powinien być tak sformułowany, aby móc go określić liczbowo sprawdzające jego stopień lub możliwość postępów realizacji. Ważne jest również to po czym my sami poznamy, że nasz cel został osiągnięty.

 

  1. A – Attractive, czyli Atrakcyjny : Bardzo ważna jest atrakcyjność założonego celu, która będzie nas motywować do jego osiągnięcia. Tutaj możemy zastanowić się czy nasz cel jest łatwy czy trudny? Jak długo będzie trwała jego realizacja? Jak bardzo jest dla nas ważny? Im wyższy stopień atrakcyjności tym większa motywacja. Można zastanowić się nad sporządzeniem własnej tabeli zysków oraz strat, która pomoże nam zaznaczyć jakość atrakcyjności założonego celu.

 

  1. R – Realistic, czyli Realny: Należy pamiętać, ze cele powinno wyznaczać się indywidualnie w zależności od naszych możliwości. Realność osiągnięcia celów jest również bardzo ważna bo wpływa na naszą motywację. Aby przekonać się o tym czy dany cel jest realny do osiągnięcia należy zastanowić się ile czasu, ile naszej pracy oraz ile pieniędzy musimy włożyć w jego osiągnięcie. Zastanówmy się nad tym jakimi zasobami dysponujemy i ile faktycznie możemy osiągnąć.

 

  1. T – Time-based, czyli Określony w czasie: Każdy cel ma określony czas realizacji. Powinniśmy pamiętać, aby wyznaczony deadline był dla nas osiągalny. Konkretna data zakończenia pomoże nam w ustaleniu dokładnego planu działania lub harmonogramu pracy, który będziemy realizować aby osiągnąć założony cel.

 

Wyznaczanie oraz realizowanie założonych celów jest możliwe. Warto zwrócić uwagę i skoncentrować się na formułowaniu ich w odpowiedni sposób. Pamiętajmy, że wymagając od samych siebie wykonujemy najlepszą pracą samorozwojową. Osiąganie założonych celów wpływa na całościowe polepszenie naszego dobrostanu psychicznego.

Autorka: Aleksandra Nosarzewska

Zobacz też: Nowy rok, nowa ja

Aleksandra Nosarzewska

Studentka V roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS. Jej pasją jest psychologia dziecka oraz pedagogika. Na co dzień współpracuje z dziećmi z zaburzeniami ze spektrum autyzmu.

Czytajmy i żyjmy dobrze w 2020!

Oto 10 książek, które ukazały się w 2019 roku, Warto je przeczytać, zagłębić się w te fascynujące historie. Nie tylko słupki czytelnictwa skoczą do góry, ale przede wszystkim poprawi się nasze samopoczucie. Czytajmy, bo bez tego nie da się żyć dobrze!

„Tamara Łempicka” – Virginie Greiner, Daphne Collignon Wyd. Marginesy

Fascynujący portret wolnej, niezależnej i silnej kobiety. Tamara Łempicka, gwiazda paryskiej bohemy, przyjaźni się z Andrem Gidem i Jeanem Cocteau i to w ich towarzystwie spędza wieczory w nocnych klubach miasta. Noce należą do kobiet lub mężczyzn, w zależności od tego, kogo wybierze nowoczesna artystka. Świetnie narysowany portret czołowej artystki stylu art deco.

„W niemieckim domu” – Anette Hess Wyd. Literackie

Główna bohaterka, Ewa, młoda tłumaczka dostaje zadanie – ma przetłumaczyć zeznania świadków podczas rozprawy sądowej –jest rok 1963, a to pierwszy w mieście proces przeciw funkcjonariuszom SS, którzy służyli w Auschwitz. Młoda, nie znająca przeszłości dziewczyna, nie zdaje sobie sprawy, że ten proces odmieni życie jej i mieszkańców miasteczka.

„Warto poczekać” – Liliana Fabisińska, Maria Fabisińska Wyd. Silver

Nowe wydawnictwo, nowy pomysł – założeniem jest publikowanie historii o zwykłym życiu, w którym każde pokolenie znajdzie inspirację. Tym razem to historia Doroty, której życie nie układa się tak, jak sobie wymarzyła – dzień urodzin nie jest szczęśliwym podsumowaniem, tylko dniem, w którym troski zdają się wychodzić z każdego kąta. Ale los ma własny plan… Książka ze specjalną czcionką, ułatwiającą czytanie.

„Podróż na okręcie Beagle” – Karol Darwin Wyd. Marginesy

Rewelacyjna opowieść o odkrywaniu nieznanego, dziewiczego świata, na którym nigdy nie stanęła stopa człowieka – to dzięki tej wyprawie oraz obserwacjom fauny i flory genialny przyrodnik Karol Darwin stworzył teorię ewolucji. Ten dziennik podróży czyta się jak powieść przygodową!

„Dobra zmiana” – Katarzyna Kłosińska, Michał Rusinek Wyd. Znak

„Polska w ruinie”, „Mordy zdradzieckie”, „Seksualizacja dzieci” wejdą na stałe do polskiego słownika. Jak wpływa na nas język, który codziennie słyszymy? Co staje się z naszą codziennością i postrzeganiem świata? Dwoje językoznawców śledzi i obserwuje język, który od 2015 do 2019 atakuje nas z telewizji, radia i prasy. Genialny słownik „nowej” nowomowy.

„Światła wojny” – Michael Ondaatje Wyd. Albatros

Autor „Angielskiego pacjenta” wraca z kolejną powieścią. Główny bohater, 14-letni Nathaniel, żyje w powojennym Londynie i próbuje zrozumieć swoją historię – rodzice zostawili go wraz z siostrą pod opieką kryminalistów. Co staje się ze zdradzonym dzieckiem, kiedy dorośnie? Czy odnajdzie się w rzeczywistości? Świetna powieść, wspaniały materiał na następny przebój kinowy?

„Nasze życie” – Marie-Helene Lafon Wyd. Literackie

Gordana to piękna, ale bardzo skryta kasjerka, pracująca w sklepie Franprix w Paryżu. Z nikim nie rozmawia, nie sposób z nią wejść w relację, choćby krótką. Pewnego dnia z jej portfela wypada zdjęcie, rodzinna pamiątka. Widzi to Jeanne, klientka. Postanawia nakreślić życie Gordany, a przy okazji przyjrzeć się swojemu.

„Dzienniki 1950-1962” – Sylvia Plath Wyd. Marginesy

Jedna z największych poetek XX wieku przez całe swoje krótki życie pisała dzienniki – pisała o wszystkim: o zmartwieniach, lękach, namiętnościach, małżeństwie z Tedem Hughesem – później o rozstaniu, samotnym macierzyństwie, braku pieniędzy. Te dzienniki to ostatnie 12 lat jej życia – przejmujący autoportret Sylvii Plath.

„Maszyny takie jak ja” – Ian McEwan Wyd. Albatros

Znamy trójkąty – jeśli nie z autopsji, to z filmu, literatury lub z życia znajomych. Takiej jednak konfiguracji, jaką wymyślił Ian McEwan jeszcze nie spotkamy w życiu. Główny bohater, Charlie (bogaci przedstawiciele klasy średniej w Londynie mogą sobie sprawić robota) kupuje Adama i wraz ze swoją dziewczyną programuje go tak, aby odpowiadał ich potrzebom. Jednak nie wszystko idzie po myśli właścicieli  – okazuje się, że nie tylko staje się on źródłem konfliktów, ale ma wielką wadę – nie umie kłamać.

„Poezje zebrane (1931-1944)” – Zuzanna Ginczanka Wyd. Marginesy

Julian Tuwim odkrył jej talent poetycki. Zamordowana w 1944 wybitna poetka i legenda przedwojennej cyganerii, wydała jeden tom poezji. Pozostał po niej jednak spory dorobek literacki i każda nowa publikacja wzbogacona jest o odnalezione utwory – poezja Ginczanki to liryzm połączony z poczuciem humoru i sarkazmem . Kto ma niedosyt w odkrywaniu poetki, będzie zachwycony.

„Czarne lustro. Po drugiej stronie” – Charlie Brooker, Annabel Jones Wyd. Insignis

To zdecydowanie jeden z najgłośniejszych seriali ostatnich lat. „Czarne lustro” stało się globalnym fenomenem, historiami, które były science fiction w 2010 roku, a kilka lat później oglądaliśmy je w newsowej rzeczywistości. To książka o tym, jak powstawał kultowy serial i skąd twórcy czerpią pomysły. Rozmowy fascynujące jak film.

 

 

 

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Drugie dziecko – czy będę kochać równie mocno jak pierwsze?

Rodzice często chcą, żeby starsze dziecko miało rodzeństwo, żeby nie było samotne. – fot. 123rf

Decyzja o drugim dziecku jest znacznie trudniejsza niż decyzja o macierzyństwie w ogóle. Przyzna to wielu rodziców. Oczywiście, można by powiedzieć, że za drugim razem już wiadomo, „jak to jest”. Już wiadomo, jak to jest spać przerywanym snem 5 godzin na dobę, karmić całymi dniami i nocami, rezygnować z własnej aktywności, martwić się, kiedy dziecko choruje. To, oczywiście, też jest fragment rodzicielskiej rzeczywistości.

Jednak znacznie trudniejsze są emocje związane z kolejnym macierzyństwem. Nawet jeśli kolejne macierzyństwo czy ojcostwo jest planowane i bardzo chciane.

Kiedy byłam w ciąży z S., moim drugim synem, byłam przerażona myślą, że nie będę w stanie pokochać go tak, jak pierworodnego. Kiedy czytałam starszakowi wieczorem książeczki, nierzadko płakałam z tęsknoty za nim, z żalu nad upływającym czasem, naszym czasem we dwoje. Jednocześnie miałam ogromne poczucie winy wobec tego malucha, który we mnie rósł. Przecież to nie jego wina, że mam wątpliwości, że się boję. Wydawało mi się, że to niemożliwe, żeby dwoje dzieci kochać tak samo. A kochać mniej byłoby strasznie krzywdzące dla młodszego dziecka.

A potem rodzi się drugie dziecko. Część obaw ustępuje, część nie. Skąd się mogą brać? Czy każde dziecko trzeba kochać „po równo” i czy w ogóle o miłość do dzieci chodzi?

Zobacz też: Kiedy jest czas na drugie dziecko?

Niechciany prezent?

Wydaje się, że motywacja, by mieć drugie dziecko często jest związana z obecnością pierwszego. Rodzice chcą, żeby starsze dziecko miało rodzeństwo, żeby nie było samotne. Często towarzyszy temu pragnienie, by między dziećmi była jak najmniejsza różnica wieku. Rzeczywistość z dwojgiem dzieci okazuje się jednak daleka od tych nawet najdokładniej przemyślanych scenariuszy.

Niektórzy rodzice uważają, że młodsze dziecko powinno dać starszemu powitalny prezent. Wraz z noworodkiem w domu pojawia się podarunek dla starszaka. Wydaje się, że złagodzi on zmianę i pomoże starszemu dziecku szybciej pogodzić się z pojawieniem się brata lub siostry. Być może nawet będzie zaczątkiem tworzenia się więzi.

Czasami rodzice wysyłają do znajomych i rodziny zdjęcia, na których „Zosia całuje młodszego braciszka” albo „Maciuś przytula nowonarodzoną Olę, którą pokochał od pierwszego spotkania”. Oczywiście nie można wysłać zdjęcia, na którym starsze dziecko bierze zamach, żeby uderzyć, dziwnie mocno przytula maleńką siostrzyczkę czy krzyczy, żeby mama przestała karmić braciszka i odniosła go do szpitala. A takie obrazki są znacznie częstsze niż miłość i przywiązanie między rodzeństwem.

Wraz z pojawieniem się rodzeństwa, starsze dzieci zyskują i tracą. Przez długi czas, czasem przez wiele lat, strata jest znacznie bardziej dotkliwa niż zysk. Pierwszemu i jedynemu dziecku łatwo poświęcać dużo uwagi, obsypywać prezentami, posyłać na dodatkowe zajęcia. Rodzice żartują, że mają w domu księcia lub księżniczkę.

Pojawienie się nowego dziecka jest więc aktem detronizacji. Starsze dziecko przestaje być najważniejsze. Musi nauczyć się czekać, dzielić. Jest narażane na frustrację. A przecież nie jest łatwo frustrować dziecko. Nie jest łatwo wytrzymywać jego niezadowolenie, aktywny sprzeciw, patrzeć na łzy. Dopóki dziecko jest jedynakiem, rodzicom często udaje się unikać frustracji. Jeśli dzieci jest dwoje lub więcej, nie jest to już możliwe i budzi w rodzicach mieszankę poczucia winy i złości.

Zobacz też: Dlaczego zdecydowałam się na dziecko? Z pamiętnika młodej mamy

Własne doświadczenia

Rodzicielstwo konfrontuje dorosłych z ich własną historią. Bycie rodzicem dwojga dzieci zakres tych konfrontacji poszerza. Statystycznie większość dzisiejszych dorosłych ma rodzeństwo, doświadczyło więc na przykład rywalizacji na różnych etapach życia. Doświadczyły konfliktów z rodzeństwem, musiały radzić sobie z utratą rodzica, koniecznością wycofania swoich potrzeb w sytuacji, kiedy trzeba było zająć się młodszym rodzeństwem. Często są to wspomnienia, które powstały zanim pojawiły się umiejętności językowe umożliwiające opisanie ich. Są bardziej śladem pamięciowym, uczuciem, emocją. Współczucie, żal, czy nawet rozpacz, która ogarnia rodzica patrzącego na starsze dziecko zmagające się z pojawieniem się rodzeństwa jest współczuciem również dla siebie.

Dlatego też niejasne uczucia, jakie ma się do drugiego dziecka niekoniecznie oznaczają, że się go nie kocha. Mogą oddawać chaos, jaki pojawia się wewnątrz rodziców i rzeczywistości zewnętrznej wraz z pojawianiem się drugiego dziecka. Mogą być też uczuciami rodzica, których doświadczył we własnym dzieciństwie i które wracają, kiedy patrzy na tworzącą się więź miedzy własnymi dziećmi.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Biegi 300 km po górach? No problem! Krystian Pietrzak: „ Każdy jest w stanie zrobić coś podobnego” [PODCAST]

Fot. archiwum Krystiana Pietrzaka

Ile najwięcej zdarzyło Ci się przebiec za jednym razem? 5-10 km? A może masz za sobą maraton? Za każdy kilometr oczywiście wielki szacunek, ale nie ma co ukrywać… trudno porównywać takie długości z dystansem 300 km: „Biegam w ekstremalnie długich, ale też głównie górskich biegach, tzn. przez Alpy – 350, 120, 140 km i dużo przewyższeń. Portugalia nie jest górzysta, stąd też był to dla mnie „szybki” bieg. 300 km zajęło mi 58 godzin, 17 minut” – o swoich ostatnich zawodach, początkach trenowania i możliwościach, jakie ma każdy z nas opowiada Krystian Pietrzak. Biegacz ultra, czyli sportowiec gotowy na nadludzki wysiłek!

Katarzyna Miłkowska: Rozumiem, że droga do tego typu biegania jest stopniowa. Czy 10 lat temu miałeś już w sobie pomysł, że chcesz zająć się bieganiem ultra?

Krystian Pietrzak: Zdecydowanie nie. Zanim zacząłem biegać maraton – co też wyszło przez przypadek – nawet nie wyobrażałem sobie, że istnieją takie dystanse. Studiowałem na AWF-ie w Warszawie, więc mam pojęcie o sporcie, bieganiu. Trenowałem wyczynowo sprint, stąd też zdawałem sobie sprawę, że gdzieś ten maraton jest i może kiedyś chciałbym go pobiec, ale nie było jakiegoś konkretnego celu. Teraz jest to już 8 lat tego typu biegania, jednak gdybyś 9 lat temu zapytała zapytała, czy przebiegnę maraton, prawdopodobnie bym Ci odpowiedział: „Maraton? Jako sprinter? Raczej nie.”

To rzeczywiście trochę się zmieniło.

Nigdy nie mów nigdy.

Krystian Pierzak

Fot. archiwum Krystiana Pietrzaka

No właśnie! Ale czy trzeba być aktywnym od dziecka – bo rozumiem, że u Ciebie zaczęło się to wcześnie – czy można jednak wystartować trochę później i mimo wszystko dojść do etapu, kiedy to bieganie jest rzeczywiście ulta?

Na sport nigdy nie jest za późno – na to nigdy nie było i nie będzie za późno. Twierdzę, ze każdy jest w stanie zrobić coś podobnego. Jest to oczywiście zależne od pewnych elementów. Mi pomogła moja wiedza, wykształcenie i pasja. Bycie sprawnym dzieckiem, sprawnym młodzieńcem i mężczyzną pomogło mi myśleć o tym, żeby robić coś takiego, jak maraton czy ultra. Co więcej, sam siebie do tego wykształciłem – nie mam trenera, a wszystkie moje osiągnięcia wynikały z tego, co ja sam już wiem na ten temat, z błędów, które sam popełniłem, z których wiele się nauczyłem.

Mimo wszystko jestem w stanie powiedzieć, że dla każdego możliwe jest zrobienie czegoś, co na początku wydaje mu się niemożliwe. Zależy to od punktu widzenia, ponieważ w mojej ocenie jest to kwestia pewnego wyobrażenia – czy jestem w stanie sobie wyobrazić, że to zrobię? Później jest to już tylko kwestia znalezienia do tego drogi albo osoby, która może w tym pomóc.

Wysłuchaj podcastu z Krystianem Pietrzakiem! Dowiesz się z niego znacznie więcej:

  • o trudnościach, z jakimi mierzy się biegacz ultra,
  • o emocjach związanych z 300-kilometrowym biegiem,
  • o początkach biegania – bo (podobno) każdy z nas może pobić własne wyobrażenia!

 


Krystian Pietrzak

Fot. archiwum Krystiana Pietrzaka

Krystian Pietrzak

Fot. archiwum Krystiana Pietrzaka

Zobacz też: Sport od najmłodszych lat – Diablo Włodarczyk: „Powinniśmy dziecko wspierać, popychać do przodu i służyć mu pomocą”

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.