Przejdź do treści

Piękna sesja Sereny Williams na okładce „Vanity Fair” – nagość, ciąża, kobiecość!

Okładka "Vanity Fair", sierpień 2017 / Fot. Annie Leibovitz

Serena Williams już jesienią zostanie mamą. Okładkę sierpniowego „Vanity Fair” zdobi przepiękne zdjęcie jednej z najbardziej utytułowanych tenisistek świata. Sesja autorstwa Annie Leibovitz pokazuje piękno, naturalność i siłę kobiecego ciała, a wywiad udzielony przez mistrzynię zbliża ją do niemal każdej kobiety: „To po prostu wydaje się być nierealne. Nie wiem dlaczego. Czy ja będę miała dziecko?!” – retoryczne pytania, które zadaje sobie chyba większość przyszłych mam.

Nowa rola – matka

Przede wszystkim to zdjęcia przyciągnęły uwagę całego świata. Zrobione w surowym, naturalnym stylu. Bez zbędnych ozdób i nadmiernego retuszu. Miłośnicy sportu mogą jednak odetchnąć też z innego powodu – tenisistka nie zrezygnuje z kariery. „Nie sądzę, by moja historia była już skończona” – powiedziała Williams i ujawniła plan powrotu na kort już w styczniu 2018 roku.

Teraz to jednak przygoda związana z macierzyństwem odgrywa pierwsze skrzypce. Gwiazda opowiedziała, jak wielkim zaskoczeniem była dla niej wiadomość ciąży. Tydzień przed rozpoczęciem Australian Open, Williams zaczęła czuć się „inaczej”. Za namową przyjaciółki zrobiła test ciążowy. Jak powiedziała, po pierwsze zrobiła go, by udowodnić przyjaciółce, że się myli. Po drugie, dla swego rodzaju „żartu”. Szybko jednak o nim zapomniała. Kiedy więc po sprawdzeniu wynik okazał się być pozytywny, była w ogromnym szoku. Zrobiła pięć dodatkowych testów. Nie miała już wątpliwości. Jej pierwszą myślą było wtedy jednak: „Boże, to się nie może dziać – muszę rozegrać turniej. Jak mam rozegrać Australian Open? Planowałam wygrać w tym roku jeszcze Wimbledon” – czytamy w „Vanity Fair„.

Do przyjścia na świat dziecka zostało jeszcze kilka miesięcy. Tenisistka nie czuje się jednak jeszcze do tego przygotowana. Czeka więc ją teraz intensywny czas. Wydaje się mieć jednak wsparcie nie tylko narzeczonego, Alexis’a Ohanian’a, ale też fanów z całego świata. Piękna sesja, piękna para, wielkie wyzwania – kort na pewno zaczeka!

 

@vanityfair texture #annielebowitz Must read article. Link in bio

Post udostępniony przez Serena Williams (@serenawilliams)

 

Źródło:Vanity Fair

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Pierwsze wyjście na sanki. „N. przechyla się i przewraca. Kiedy przestaje płakać, zarządza powrót do domu”

pierwsze wyjście na sanki
fot. Pixabay

Spadł śnieg. Wreszcie, ten obiecany i długo wyczekiwany. Od rana N. nie odlepiała nosa od szyby w oknie. Śniadanie trzeba było zjeść na parapecie, żeby nie przegapić ani jednej śnieżynki spadającej z nieba. Wreszcie biało, możemy iść na dwór. Czas na pierwsze wyjście na sanki!

Sanki wyglądają tak, jak te moje sprzed lat. Fajnie, że jest coś stałego. Oczywiście można dostać mnóstwo nowych modeli projektowanych w kosmicznej technologii, ale można znaleźć też takie stare. Takie wybraliśmy, chyba sentyment. Unowocześnieniem jest śpiworek przyczepiany pasami. Drewniana konstrukcja bez zmian.

Zobacz także: W oczekiwaniu na śnieg

Pierwsze wyjście na sanki i pierwsze przeszkody

Ubieranie się trwało nieco dłużej – wyprawa na sanki wymaga specjalnego stroju. Buty, ortalionowe spodnie i puchowa kurtka sprawiają, że N. wygląda, jakby dwukrotnie zwiększyła swoją objętość i nie może się ruszać.

Chciałem jakoś przeorganizować jej garderobę, ale N. się uparła, ze na sanki trzeba ubierać się właśnie w ten sposób. Żeby nie przemoknąć i móc długo bawić się na podwórku. (Sam jej to wkładałem do głowy, kiedy czekaliśmy, aż wreszcie śnieg się pojawi. Teraz trochę żałuję.)

Strój kosmonauty sprawiał, że zejście po schodach też nie należało do najłatwiejszych. Do pokonania mamy dwa pietra i dodatkowe schody do piwnicy, gdzie czekały sanki. Nie doszliśmy do połowy drogi, kiedy N. się poddała. Pozostały dystans przebyła na rękach (moich, nie jej, rzecz jasna). W końcu byliśmy na miejscu. Przed nami nowe sanki. Ze śpiworkiem.

Zobacz także: Kiedy przyjdzie zima? Zamiast śniegu mamy kredowy pył

Sanki lądują na głowie N.

Ten śpiworek to wynalazek szatana. Pasy, którymi przywiązuje się go do sanek, to tylko jedna pętla. Za to otworów w śpiworku, przez które można pętlę przewlec jest sześć. Ze stuporu wyrywa mnie mnie głos N., która zaczyna się niecierpliwość.

Pierwsze trzy próby umocowania śpiworka się nie powiodły. Jest nam już potwornie gorąco w tych zimowych kurtkach i targa nami zniecierpliwienie – mnie, bo nie mogę sobie poradzić z tymi przeklętymi pasami, N., bo ile można czekać, aż się wyjdzie na sanki. Poddaje się i po prostu przywiązuje pasy do jednego z drewnianych szczebelków. Przy pierwszej wywrotce cienki szczebelek podtrzymujący oparcie musi się wyłamać, to pewne. Mam to gdzieś.

Jedziemy – ja idę przodem i ciągnę sznurek, N. siedzi na sankach i piszczy z radości. Pierwsze dobre miejsce do zjeżdżania mamy tuż za furtką. Wystarczy wspiąć się po delikatnym zboczu. Szedłem w poprzek zbocza, żeby się nie ześlizgiwać.

Pomysł wydawał się dobry, ale jednak taki nie był. Niedoświadczona w swej pierwszej przygodzie na sankach N. przechyla się i przewraca razem z sankami. Pasy od śpiworka ciągną sanki, które lądują N. na głowie. Kiedy N. przestaje płakać, zarządza odwrót do domu. Sanki wcale nie są fajne.

Tata z Dzieckiem

Tata z dzieckiem. Pracuje, no i opiekuje się N. Pół tygodnia w pracy, pół tygodnia w domu z dzieckiem. W weekendy jedno i drugie.

Jak słuchać dzieci? „Bycie uważnym słuchaczem bywa bardzo trudne”

Jak słuchać dzieci?
fot. Pixabay

Kiedy dziecko płacze, jest rozdrażnione, zdenerwowane, smutne lub mówi wprost, że kolega zrobił coś, co mu się spodobało lub pani w przedszkolu była niemiła, mamy potrzebę reagować. Bywa jednak tak – wcale nierzadko – że dzieciom jest przykro nie z tych powodów, o których myślimy. Tak bardzo angażujemy się w działanie, że przestajemy słuchać dzieci. A to, czego one często potrzebują, to przestrzeni, w której mogą wypowiedzieć lub wypłakać swój żal. I to wystarczy.

Chcemy działać, zwłaszcza jeśli słyszymy, że nasze dziecko zostało rzeczywiście źle potraktowane. Potrzeba działania jest tym większa, im większa krzywda stała się dziecku. Taka jest też rola rodzica.

Zosia wyszła z przedszkola bardzo rozżalona. Jak tylko wyszły z mamą za bramy przedszkola, zaczęła płakać, że więcej tam nie pójdzie. Zostanie w domu i będzie chodzić z mamą na plac zabaw. Jej przedszkole ma bardzo lubiany przez Zosie plac zabaw – duży, atrakcyjny, dzieci świetnie się na nim czują. Chcą wychodzić każdego dnia. Matka dziewczynki była zaskoczona jej zachowaniem, dziewczynka zwykle lubiła chodzić do przedszkola. Po chwili łkania Zosia powiedziała, że dwóch chłopców z grupie było niegrzecznych i pani za karę nie wyszła z dziećmi na dwór. Nie poszli więc na ulubiony plac zabaw. Dalej Zosia mówiła, jak było jej przykro, bo przecież to nie ona była niegrzeczna , a mimo to została ukarana.

Jej mama w pierwszej chwili poczuła złość, ponieważ dzień był wyjątkowo ładny i wizja dzieci zamkniętych w sali była przygnębiająca. Nie podobało się jej zachowanie nauczycielki i rozumiała, skąd rozgoryczenie jej dziecka. W pierwszym odruchu miała ochotę wrócić do przedszkola i porozmawiać z nauczycielką. Jednak powstrzymała się i dalej słuchała córki. Zosia jeszcze przez jakiś czas mówiła, pełna złości, jak bardzo nie lubi przedszkola i pani i jak na pewno tam nie wróci. Jej mama głównie słuchała, co jakiś czas dodając jedynie, że ta sytuacja musiała być dla dziewczynki nieprzyjemna. Że mogła się poczuć niesprawiedliwie potraktowana.

Po powrocie do domu już spokojna poszła się bawić.

Jej mama spodziewała się buntu Zosi, kiedy rano zacznie ją przygotowywać do przedszkola. Jednak ku jej zaskoczeniu nic takiego nie miało miejsca. Co więcej, Zosia w ogóle nie wróciła do tematu i w całkiem dobrym nastroju wyruszyła do przedszkola.

Zobacz także: Dlaczego rodzicielstwo jest trudne?

Jak słuchać dzieci?

Słuchająca postawa, bycie otwartym na wszystko, co słyszymy ma niezwykły wpływ na dzieci. Zachowując tę postawę, nie pouczamy, nie dajemy gotowych rozwiązań, nie zakładamy, że wiemy, co czuje dziecko. Stwarzamy przestrzeń do tego, żeby dziecko doświadczyło uczuć i emocji. A to już bardzo wiele.

Nauka wspiera tę postawę. Kiedy słuchamy, jesteśmy blisko. A właśnie potrzeba bliskości jest pierwszą i podstawową potrzebą człowieka. Od chwili narodzin noworodek dąży do kontaktu z matką. Jesteśmy biologicznie zaprogramowani w taki sposób, żeby pozostawać blisko innych. W ten sposób regulujemy nasze stany emocjonalne i fizyczne.

Za emocje i relacje społeczne odpowiedzialny jest układ limbiczny. Jeśli układ limbiczny nie jest nadmiernie pobudzony, swobodnie koordynuje inne funkcje mózgowe, takie jak rozumowanie, logika oraz podejmowanie decyzji.

Zobacz także: Jak reagować na płacz dziecka?

Funkcja układu limbicznego

Zaburzenia w funkcjonowaniu układu limbicznego, wynikające na przykład z powtarzających się przykrych zdarzeń, opuszczenia i samotności (na przykład takiej, jakiej doświadczają dzieci, kiedy zostają pozostawione samym sobie, żeby poradziło sobie z trudnymi wydarzeniami lub traumą) sprawiają, że jego funkcjonowanie jest upośledzone.

Jeśli natomiast dziecko czuje, że jest słuchane, że druga osoba jest blisko i jest w stanie pomieścić jego emocje, może wówczas „użyć” systemu limbicznego i uwolnić emocje.

Kiedy emocje zostają dostrzeżone i nazwane, może rozpocząć się proces powrotu do dobrego samopoczucia. Niektórzy mówią nawet, że w ten sposób zaczyna się proces zdrowienia.

W ten sam sposób warto traktować również dziecko jeszcze niemówiące. Dla niego głównym sposobem komunikacji trudnych emocji jest płacz. I jakkolwiek to zabrzmi – jest lepiej, jeśli płacze niż gdyby miało tego nie robić. Nawet jeśli jest to bardzo trudne doświadczenie dla opiekuna.

Zobacz także: Empatia w rodzicielstwie. Skąd wynika nasze poczucie winy?

O trudnej roli słuchacza

Jest jednak ogromna różnica pomiędzy wypłakiwaniem się a płaczem w ramionach rodzica. Nawet jeśli rodzic nie potrafi dziecka ukoić tak szybko, jakby tego chciał. Badania niezmiennie pokazują, że płaczące dziecko pozostawione samemu sobie nie pozbywa się stresu. Dzieje się wręcz odwrotnie – poziom kortyzolu w jego krwi rośnie.

Uważne słuchanie to cenna umiejętność. Bycie słuchanym to z kolei niezwykłe doświadczenie. Jednak bycie uważnym słuchaczem bywa bardzo trudne. Często jest w sprzeczności z wrodzonymi i latami pielęgnowanymi tendencjami do działania.

Słuchanie może kojarzyć się z biernością, a nawet brakiem zainteresowania. Rada, zwłaszcza dobra jest przecież w cenie. Mamy unikalną szansę nauczyć dzieci nie tylko słuchania, ale również wytrzymywania trudnych emocji, bycia z nimi. Nie jesteśmy w stanie ochronić dzieci przed nimi.

Będą się zdarzały, ale będą też mijały. Można po prostu być przy dzieciach, kiedy jest im źle, są smutne, rozzłoszczone, zostały źle potraktowane. Da im to poczucie, że nie są same, że ktoś jest w stanie wytrzymać ich stan. I dopiero wówczas zastanowić się, czy i jakie działanie podjąć.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Jak wybrać przedszkole? „Pierwsze rozczarowanie przyszło pierwszego dnia poszukiwań”

jak wybrać przedszkole?
fot. Pixabay

N. pójdzie do przedszkola. Jeszcze nie teraz, ale w najbliższej przyszłości. Wiemy – ja i mama N. – że zapisać się trzeba dużo wcześniej, zacząć szukać – najlepiej przed porodem. Wtedy nie szukaliśmy, zaczęliśmy teraz.

Z przedszkolami jest trochę lepiej niż ze żłobkami. Podobno przepisy gwarantują, ze do jakiejś placówki N. musi być przyjęta. Może się okazać, że trzydzieści kilometrów od domu i to w odwrotnym kierunku niż ja i mama N. jeździmy do pracy, ale zawsze. Gdzieś musi zostać przyjęta.

Ze żłobkami tak dobrze nie było. Kiedy zapisywaliśmy się z półrocznym wyprzedzeniem, dowiedzieliśmy się, że na liście przed nami jest czterysta pięćdziesiąt sześć osób. Kiedy nadszedł czas naboru, okazało się jednak, ze znacznie przesunęliśmy się w kolejce. Byliśmy na siedemset trzydziestej którejśtam pozycji. Tak, to się wydarzyło naprawdę. N. nie poszła do żłobka.

Zobacz także: Żłobki i przedszkola żądają zaświadczeń – to niezgodne z prawem!

Zaczynamy szukać – jak wybrać przedszkole?

Z przedszkolem nie mamy już takiego luksusu, żeby N. mogła zostać w domu. Zaczynamy szukać. Tam gdzie blisko, idziemy zobaczyć. Tam gdzie dalej, oglądamy strony w internecie. Najpierw placówki państwowe. Prywatne jednak trochę drogie, a że przepisy gwarantują nam miejsce w państwowym, no to nie zapowiada się tak źle.

Pierwsze rozczarowanie przyszło pierwszego dnia poszukiwań. Okazuje się, że w pobliżu nie ma przesadnie dużo państwowych przedszkoli. Nasza dzielnica to wzorowy produkt nowoczesnej miejskiej polityki w polskim wykonaniu – gigantyczna sypialnia bez infrastruktury dla mieszkańców.

Deweloper buduje, sprzedaje, zarabia i znika. Władze miasta robią wszystko, żeby mu w tym nie przeszkadzać, takie są uczynne! Mieszkańcy zostają sami. Nie mają pieniędzy na lepszą dzielnicę, to sami są sobie winni. Nowoczesna wolna Polska nie będzie się przejmować takimi przegrywami. Wśród przegrywów jesteśmy i my. Trudno, próbujemy wybrać z tego, co jest.

Zobacz także: Żłobek, opiekunka, babcia – jaka forma opieki jest najlepsza dla małego dziecka?

Zapłakana N. w samym środku tornada dzieci

Jedno przedszkole jest ładne, drugie nie jest. W jednym chyba niedawno był remont, w drugim chyba niedawno była jakaś katastrofa naturalna. Oba przybytki mają wspólną cechę – są wielkimi przechowalniami dzieci. Kilka grup, w każdej ponad dwadzieścioro dzieci. Ja i mam N. jesteśmy przewrażliwieni – tak nam się wydaje – oczami wyobraźni widzimy już małą N. zapłakaną  w samym środku tornada dzieci. N. widząc stado maluchów sprawia wrażenie zadowolonej, ale my – ja i mama N. – na wszelki wypadek martwimy się za nią.

Trochę nie wiemy, co zrobić. Bezradnie rozglądamy się dookoła, kiedy nasze spojrzenia trafiają wiszący na plakat z uśmiechniętymi zakonnicami i jakimś hasłem o czuwającym Jezusie, czy coś w tym rodzaju. Ja i mama N. wolimy, żeby żaden Jezus nie czuwał w pobliżu N. Wychodzimy natychmiast.

Tata z Dzieckiem

Tata z dzieckiem. Pracuje, no i opiekuje się N. Pół tygodnia w pracy, pół tygodnia w domu z dzieckiem. W weekendy jedno i drugie.

Fabryka absolwentów i zdyscyplinowanych pracowników. Czy to nadal przedszkole?!

jakie przedszkole wybrać
fot Pixabay

Jakie przedszkole wybrać? Poszukiwań ciąg dalszy. Rozglądamy się, konsultujemy z N. Sam pomysł chodzenia do przedszkola jej się podoba, tak twierdzi. Tylko nie jesteśmy pewni, czy N. do końca rozumie, co się za tym chodzeniem do przedszkola kryje.

Jej koleżanka O. chodzi do przedszkola.  N. chyba sobie wyobraża, że przedszkole polega na bawieniu się z O. Do sprawy podchodzi więc entuzjastycznie. Ja i mama N. martwimy się zamiast niej, profilaktycznie.

W martwieniu się wspierają nas niektóre przedszkola. W różnych są różne podejścia. Wszystkie są te najlepsze i najefektywniejsze. To „najefektywniejsze” jest tu kluczem, bowiem czasem można się przestraszyć, jak efektywne te podejścia są. Wizja przedszkola moja i mamy N. oraz wizja przedszkola, jaką ma N. (chyba, bo nie jesteśmy pewni), w niektórych obszarach są zgodne.

Zobacz także: Jak wybrać przedszkole? „Pierwsze rozczarowanie przyszło pierwszego dnia poszukiwań”

Jakie przedszkole wybrać? Można się przestraszyć!

W przedszkolu chodzi głównie o to, żeby się bawić. Jednak nie wszyscy twórcy przedszkoli zgadzają się z naszymi wyobrażeniami. To dobrze, że jest różnorodność podejść. Można sobie wybrać. Można się też przestraszyć.

Dowiadujemy się na przykład, że „absolwentki i absolwenci” placówki wykazują determinację, odwagę, umiejętność pracy i są odporne na stres. Zabrakło tylko informacji, że już na drugim roku w przedszkolu trzy czwarte wychowanków ma zatrudnienie. Kto wie, pewnie ma! Przygotowanie malucha na dobrego pracownika i wytrwałego budowniczego kapitalizmu to nie wszystko.

System potrzebuje bowiem nie tylko pracownika zdyscyplinowanego i wydajnego, ale i wiernego i odpowiednio ukształtowanego ideologicznie wyznawcę. Dlatego przedszkolne formowanie nie omija wpajania dziedzictwa, narodowych symboli, koniecznej umiejętności godnego reprezentowania grupy z jakiej się wywodzi.

Zobacz także: Żłobek, opiekunka, babcia – jaka forma opieki jest najlepsza dla małego dziecka?

Dla zachowań „negatywnych” przewidziane są sankcje

Ja i mama N. trochę nie dowierzamy naszym oczom i uszom. Wątpliwości nam towarzyszą tylko do momentu, kiedy się dowiadujemy, że tworzenie prawidłowo uformowanych „absolwentów i absolwentek” to żadne tam życzeniowe deklaracje. Jest bowiem arsenał narzędzi, przy pomocy których pożądane zachowania zostaną wyegzekwowane.

Członkowie grupy (chyba idzie tu o te przedszkolaki) dowiedzą się, kto wśród nich jest lepszy od innych. Mało tego! Lepszemu zostaną powierzone funkcje, które jego przewagę będą przypominać i podkreślać. Jednak uwaga, przywileje mogą zostać natychmiast odebrane, kiedy uprzywilejowana jednostka przestanie spełniać oczekiwania przedszkolnego systemu. Trzeba się pilnować! Dla zachowań „negatywnych” przewidziane są sankcje.

Zobacz także: Pierwsze wyjście na sanki. „N. przechyla się i przewraca. Kiedy przestaje płakać, zarządza powrót do domu”

Podjęliśmy decyzję

Nie mając praktycznego doświadczenia, ja i mama N. naczytaliśmy się książek, żeby wesprzeć intuicję przy radzeniu sobie w sytuacjach, które niechybnie nas spotkają podczas naszej przygody z małą N. Myśleliśmy, że odpowiednio dobrane lektury jakoś nam pomogą. Nie mieliśmy racji.

Na szczęście poznaliśmy metody na kształtowanie „absolwentów i absolwentek” w przedszkolu. Teraz wiemy, że wszystkie wybrane przez nas książki były błędne. Nowo poznane metody są idealnym zaprzeczeniem wszystkiego, o czym czytaliśmy. Podjęliśmy więc decyzję, to przedszkole skreślamy z listy. Podwójną linią. Na czerwono!

Tata z Dzieckiem

Tata z dzieckiem. Pracuje, no i opiekuje się N. Pół tygodnia w pracy, pół tygodnia w domu z dzieckiem. W weekendy jedno i drugie.