Przejdź do treści

„Po prostu bądź” – czy rzeczywiście widzimy dzieci?

bycie blisko dziecka
Fot Roman Samborskyi / 123RF

Czy i co mogą robić rodzice, by wspierać rozwój swoich dzieci? Tego typu artykułem New York Times przywitał w tym roku swoich czytelników. Jego autorami są Dana Siegela oraz Tiny Payne Bryson, wybitni badacze z zakresu psychologii dziecka. Co ważne, ich tekst jest nie tylko ciekawy, lecz przede wszystkim ważny. Przypomina bowiem o istotnych sprawach – co pomaga dzieciom stać się pewnymi się siebie i względnie szczęśliwymi ludźmi?

Za dużo, za bardzo, za często…

Podręczników na temat wychowania dzieci jest mnóstwo. Jeszcze więcej jest różnorodnych form aktywności i zajęć dodatkowych, na które rodzice zapisują nawet niemowlęta. Rodzice na całym świecie czują rosnącą presję, by zapewnić swoim dzieciom określone doświadczenia i wykształcenie. Autorzy artykułu nazywają ten typ rodziców „rodzicami-helikopterami” – nieustannie krążącymi nad dziećmi, sprawdzającymi ich każdy ruch, pozornie z oddali. Jest to bardzo intensywny rodzaj rodzicielstwa, oparty na skupieniu na dziecku, nierzadko nadmiernym, męczącym zarówno dla najmłodszych, jak i rodziców.

Coraz więcej badań potwierdza, że ten rodzaj rodzicielstwa niekoniecznie jest optymalny, jak zauważają autorzy. Na podstawie badań oraz obserwacji Siegel i Bryson stawiają tezę, że tym, co najbardziej pomaga dzieciom rozkwitać, jest obecność ich rodziców. „Nie musisz wiedzieć dokładnie, co robić. Po prostu bądź” – podkreślają.

Zobacz też: Helicopter parenting – dobre intencje, które prowadzą do kiepskich rezultatów

„Po prostu bądź” – co to właściwie oznacza?

Idea „zjawiania się”, czy też bycia, jak mówią autorzy, nie jest szczególnie nowa, choć na pewno jest niedoceniana. Rodzice mogą czuć potrzebę, by działać. W działaniu łatwiej odnaleźć sens niż w oglądaniu i czekaniu. Działanie prawdopodobnie da jakiś efekt. Wydarzy się coś mierzalnego, co będzie można ocenić, określić. Samo bycie może być kojarzone z brakiem zainteresowania czy zaangażowania.

Siegel i Bryson mówią natomiast, że „zjawianie się” to obecność, bycie całym sobą, pełne zaangażowanie w moment z dzieckiem: „Kiedy się zjawiamy, jesteśmy psychicznie i emocjonalnie dostępni dla dziecka”. Jednocześnie podkreślają, że nikt nie może być w pełni obecny cały czas. Warto jednak starać się o to możliwie jak najczęściej. Choćby dlatego, że ma to również wartość reparacyjną. Każdy rodzic co jakiś czas zawodzi swoje dzieci, sprawia im przykrość, jest niesprawiedliwy. Obecność owo bycie – pomaga to naprawić. Właśnie to, nie działanie, jak sugerują Siegel i Bryson. I przytaczają długoterminowe badania – jednym z najlepszych wskaźników pomagających określić, co szczególnie sprzyja rozwojowi dzieci, co pomaga im stać się szczęśliwymi ludźmi, odnajdującymi się z różnych grupach społecznych, potrafiącymi stworzyć trwałe relacje, a nawet odnoszącymi sukcesy zawodowe i naukowe, jest doświadczenie bycia w relacji z wrażliwymi opiekunami, zapewniającymi czułą opiekę we wczesnych latach życia.

„Cztery S”

Siegel i Bryson mówią o „czterech s”, które pomagają osiągnąć ten stan: safe, seen, soothed, secure. Dzieci czują się:

  1. bezpiecznie (safe), kiedy czują się zaopiekowane i chronione,
  2. widziane (seen), kiedy czują, że rodzic jest zaangażowany i akceptuje je takimi, jakimi są,
  3. ukojone (soothed), kiedy mają poczucie, że rodzic będzie przy nich, kiedy będą doświadczać cierpienia oraz
  4. zabezpieczone (secure), kiedy wcześniejsze warunki zostały spełnione i relacja została zbudowana.

Większość współczesnych rodziców zdaje sobie sprawę, że dzieciom należy zapewnić poczucie bezpieczeństwa i chętnie wspierają, kiedy dziecku dzieje się jakakolwiek krzywda. Jednak mają kłopot z widzeniem dzieci takimi, jakie one są.

Czy JA to TY? Czy TY to JA?

Siegel i Bryson jako przykład niewidzenia dzieci przytaczają popychanie maluchów w kierunku określonych osiągnięć – syn niespełnionego sportowo taty ma grać w piłkę, a córka matki, która nie ukończyła studiów, ma mieć same piątki. Być może dzieci te rzeczywiście mają jakieś zainteresowania sportowe, być może ta dziewczynka jest zdolna i niezależnie od wszystkiego będzie miała dobre oceny. Być może nawet nie ma nic złego w rozwoju talentów w ogóle. Problem polega jednak na tym, że to, co przede wszystkim zaprząta umysł rodziców, to ich własne sprawy, ich niespełnione oczekiwania. Sami mogą nie mieć już szansy ich zrealizować, a dziecko wydaje się naturalnym spadkobiercą.

Siegel i Bryson mówią tak: są dzieci, które przez większość swojego życia nie są widziane. Nigdy nie czują się zrozumiane. Rzadko doświadczają sytuacji, kiedy ktoś chce poczuć ich uczucia, przyjąć ich perspektywę, kogo interesują ich zainteresowania, kto chciałby się dowiedzieć, czego nie lubią.

Wyobraź sobie, jak czują się te dzieci – niewidziane i samotne. Kiedy myślą o swoich nauczycielach, kolegach, a nawet rodzicach, jedna myśl przebiega przez ich głowy: Oni mnie nie rozumieją.

Zobacz też: Rozstania i powroty, pęknięcia i naprawa, czyli o zmienności relacji z dziećmi

Poszukaj w sobie źródła

Można się zastanawiać, co powoduje, że rodzice nie są w stanie naprawdę zobaczyć swoich dzieci, również rodzice mający dobre zamiary. Można sobie wyobrazić, że wynika to patrzenia na dzieci przez pryzmat własnych potrzeb czy obaw. Być może wynika to z chęci uniknięcia wewnętrznych konfliktów i kategoryzowania: „on jest typem sportowca”, „ona jest nieśmiały”, „z niej będzie artystka”. Wiadomo, że takie kategoryzowania może mieć miejsce nawet na etapie ciąży, zanim jeszcze rzeczywiste dziecko przyjdzie na świat.

Myśl, że dziecko – człowieka – trzeba widzieć takim, jakim ono jest, nie wydaje się szczególnie oryginalna. Przecież każdy to wie, prawda? A jednak z jakiegoś powodu obserwujemy rozwój rodzicielstwa skupionego bardziej na działaniu, widzimy coraz więcej dzieci biorących udział w coraz liczniejszych formach aktywności pozaszkolnej. Dzieci, nad którymi stoi rodzic, pilnujący, sprawdzający, korygujący. Rodzic wymagający, ale czy widzący?

Link do artykułu: parenting.nytimes.com

Zobacz też: Najlepsze, co możesz dać swojemu dziecku? Nuda! – sprawdź dlaczego

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Dlaczego tak trudno zdecydować się na terapię?

Dlaczego tak trudno zdecydować się na terapię?
Nie bądź sam ze swoimi problemami.

Często na początku roku obserwujemy wzmożone zainteresowanie różnymi formami wsparcia, które mają prowadzić do zmiany. Początek roku wydaje się dobrym momentem na zmianę. Stwarza nadzieję, że tym razem będzie inaczej, że tym razem coś uda się poprawić, a to, co złe, trudne, czy niepotrzebne zostawić w mijającym roku.

Czasami taka motywacja jest początkiem, na którym da się zbudować coś trwałego. Czasami wystarcza na chwilę. Bywa, że początek roku wydaje się dobrym powodem, by rozpocząć psychoterapię. Wówczas, podobnie jak z innymi noworocznymi powodami, może się ona skończyć równie szybko, jak się zaczęła, zostawiając poczucie, że jednak nic nie można zmienić.

Decyzja, by pójść do psychoterapeuty, zwykle jest bardzo trudna i poprzedzona długim cierpieniem. Podejmowana jest zwykle wówczas, kiedy wszystkie inne środki zawiodły, kiedy objawy nie pozwalają normalnie funkcjonować, kiedy związek się sypie, dziecko cierpi z powodu fobii, nie ma już badań, którym można by się poddać i które tłumaczyłyby objawy.

Zobacz też: Pierwsza wizyta u psychoterapeuty – 3 pytania, których możesz się spodziewać

Dlaczego tak trudno rozpocząć psychoterapię i dlaczego tak trudno sobie pomóc?

1. Powinienem sam sobie poradzić z moimi problemami

Bo przecież „inni” sobie radzą. W naszych fantazjach zawsze są jacyś „inni”, ludzie, których nic nie dotyka, nie wzrusza, którzy sobie „świetnie radzą” z trudnościami. Równie częste jest przekonanie, że leczeniu należy poddawać ciało, nie uczucia i myśli. Leczyć można złamaną nogę. To jest zrozumiałe. Trudniej sobie wyobrazić, że można zmienić to, co dzieje się w głowie. Nawet przy pomocy drugiego człowieka.

Tymczasem psychoterapia jest leczeniem, które przynosi ulgę, ale również dostarcza umiejętności i nowych doświadczeń, na których można budować. Nawet wówczas, kiedy psychoterapia się zakończyła.

2. Inni mają gorzej

Częste jest przekonanie, że psychoterapia jest zarezerwowana dla osób, które mają „prawdziwe” problemy. Pacjenci mówią, że skoro nie mieli – ich zdaniem- trudnego dzieciństwa, nie doświadczyli przemocy, nadużyć, nikt z ich bliskich nie był uzależniony, to ich aktualne kłopoty są niezrozumiałe. I jako takie nie wymagają leczenia, ale silnej woli.

Jednak skutek może – i często bywa – taki, że ludzie zgłaszają się do terapii, kiedy mają już nasilone objawy, utrwalone mechanizmy działania, w określony sposób budują relacje z innymi. Zgłaszają się więc w momencie, kiedy czują się już bardzo źle i kiedy pomóc im jest trudno.

3. Czy kiedykolwiek będę w stanie funkcjonować bez terapii?

Woody Allen przyzwyczaił nas do myśli, że terapia może w zasadzie trwać całe życie. Psychoterapia kojarzona jest z kozetką, obok której siedzi milczący i wycofany analityk. Albo też jako spotkanie dwojga osób, z których jedna wie, jak należy postępować, potrafi udzielać rad, chętnie dzieli się swoją wiedzą, czasami zadaje prace do wykonania w domu. O tym drugim typie terapii łatwiej myśleć jako o bardziej skutecznym i szybciej przynoszącym ulgę. Jednak w pytaniu o to, czy terapia kiedykolwiek się skończy, zdaje się pobrzmiewać lęk przed zależnością. Ale może być  też wynikiem trudności w komunikacji pomiędzy pacjentem a terapeutą. Terapia nigdy nie trwa wiecznie. Pacjent ma prawo ją przerwać w dowolnym momencie, ale też zawsze warto tę decyzję omówić z terapeutą.

4. Czy będę potrafił/a się otworzyć przed obcą osobą?

Terapia jest szczególnym rodzajem rozmowy. Bardzo intymnej, kiedy ujawniane są osobiste sprawy, nierzadko nigdy niewypowiedziane na głos. To może być trudne. Ale równie trudne może być to, że tylko jedna osoba odkrywa się w ten sposób, co może budzić w pacjencie/kliencie dodatkowe napięcie.

Jednak zanim zacznie się ujawniać najbardziej bolesne myśli, pomiędzy pacjentem i terapeutą musi stworzyć się bezpieczna więź, a przynajmniej pojawić się poczucie, że temu człowiekowi można zaufać.

5. Czy zostanę oceniony/a przez terapeutę?

Jeśli ujawniamy najbardziej osobiste czy wstydliwe myśli, to zupełnie naturalnie, że obawiamy się oceny. Obawiamy się więc potępienia, odrzucenia, wyśmiania. Jednak w terapii, o ile nie jest zagrożone czyjeś zdrowie czy życie, zachowania, czy tym bardziej fantazje nie są oceniane. Są oglądane, omawiane, a pacjent jest zachęcany na przykład do weryfikacji swoich poglądów. Wszystko w celu poprawy jego samopoczucia oraz funkcjonowania.

6. Kiedy nastąpi zmiana?

Powodów, dla których ludzie jednak decydują się na terapie, jest wiele. Zwykle jest to jakaś forma cierpienie. Naturalnym więc wydaje się, że żeby cierpienie ustąpiło, coś mu się zmienić. Jednak często bywa tak, że świadome pragnienie bywa torpedowane przez nieświadome. Można więc sądzić, że chce się zmiany i jednocześnie być nią przerażonym. Przyszły pacjent czy klient terapeuty może więc sądzić, że zmiana będzie konieczna, że takie też będzie oczekiwanie ze strony terapeuty. Czy jednak w ogóle dojdzie zmiany i w jakim tempie, to już bardziej złożony proces.

7. Jeśli mam wątpliwości, czy to znaczy, że terapia nie jest dla mnie?

Wątpliwości mogą świadczyć o różnych rzeczach. W zasadzie trudno sobie wyobrazić, żeby ktokolwiek rozpoczynał tak osobisty proces, jakim jest psychoterapia bez jakichś obaw i pytań. Dlatego też psychoterapia poprzedzona jest konsultacjami, które stwarzają pacjentowi szanse na zadanie pytań, określenie (jeśli jest w stanie, a nie musi) celów, urealnienie ich, jeśli trzeba. A przede wszystkim są czasem, kiedy pacjent przygląda się temu, jak czuje się w relacji z tą określoną terapeutką lub terapeutą.

Zobacz też: Coach czy psychoterapeuta – kto lepiej pomoże Ci się zmienić?

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Czy da się przygotować na śmierć dziecka? ONI są tak blisko niej…

Gajusz-TenCzas - śmierć dziecka

ONI – pracownicy Fundacji Gajusz – co i rusz spotykają się oko w oko ze śmiercią. Tym trudniejszą, że dotyczącą najmłodszych. Pomagają bliskim przejść przez ten trudny czas, dodają sił do ostatnich uśmiechów, wycierają łzy przepełnione bólem. W kampanii społecznej #TenCzas opowiadają, jak wygląda ich praca i czy w ogóle można się na śmierć przygotować?

Śmierci są różne. Tak jak i różne są życia. Stąd też jedni wolą i mogą żegnać się w zaciszu swojego domu, co wspiera hospicjum domowe Fundacji Gajusz, inni zaś ostatnie swoje dni spędzają w Pałacu, jak mówi się na hospicjum stacjonarne. W obu tych przypadkach nie da się jednak zapomnieć, że nawet krótki uśmiech może za chwilę pociągnąć za sobą ostatni oddech. Mimo tej niemocy i ogromnych kosztów, jakie sami ponoszą, ONI i tak są: „Najtrudniej jest przestać coś robić. Nie robić nic, tylko towarzyszyć. Zostać, potrzymać za rękę i poczekać, aż nastąpi ten koniec” – mówi Sylwia Tymińska-Kamińska, pielęgniarka.

ONI – towarzysze odchodzenia

Lekarze, pielęgniarki, psychologowie, pracownicy socjalni – przecież każdy z nich jest po prostu człowiekiem. Z jednej więc strony bliski jest im lęk przed śmiercią, a z drugiej jakże bardzo rozumieją jej nieuchronność. Czy zawsze się z nią godzą? Pewnie nie, ale widzą też, jak owa zgoda potrzebna jest ich najmłodszym podopiecznym.

Jeżeli ktoś z rodziny krzyczy: “Nie odchodź, nie pozwalam Ci!”, to dziecko zostanie. Oczywiście to nie jest regułą, ale często jest tak, że dzieci łapią kolejny oddech i nie odchodzą, bo mama nie pozwala. Dzieci się słuchają.

Agnieszka Szulc, pracownik socjalny w hospicjach dziecięcych

Kampania #TenCzas wydaje się być stworzona z prostych rozmów, jakże jednak ważnych, głębokich i urealniających doświadczenie śmierci najmłodszych. Jest to niezwykle potrzebne w świecie dorosłych, którzy tak bardzo boją się o tym rozmawiać. A przecież to ich spokój, zrozumienie i troska stanowią bazę do odejścia. Dają też poczucie, że tam, dokąd idzie maluch – gdziekolwiek to jest – będzie mu lepiej.

Przygotowując się na odejście dziecka, dorosły musi najpierw zmierzyć się z własnymi obawami. Zarówno od strony medycznej (łatwiejszej), jak i emocjonalnej. Powinien najpierw założyć maskę sobie, dopiero później dziecku. Jak podczas awarii w samolocie.

Urszula Dryja, lekarz w hospicjum domowym

 

 


Zobacz też: 10 rzeczy, których nauczyłem się po Twojej śmierci – wzruszający post brytyjskiego taty

Fundacja Gajusz

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Rozwód a koronawirus – czy czeka nas fala koronawirusowych rozwodów?

Rozwód a koronawirus

Zalewa nas rzeka informacji na wiadomy temat. Większość zjawisk jest poddawana analizie typu: korzyści zdrowotne z jazdy na rowerze a koronawirus, kwitnienie jabłoni a koronawirus czy jakość lokalnych produktów mlecznych w dobie pandemii…. Skoro zatem teksty typu „cokolwiek a koronawirus” mają wzięcie, weźmy na warsztat relacje małżeńskie. A może raczej ich zanik… Dla ilu małżeństw w Polsce koronawirus okaże się zabójcą?

Sytuacja jest poważna, co tym bardziej skłania do rozładowywania powszechnego napięcia uśmiechem czy żartem. Rozwodowo-koronawirusowy żart jest taki: „Prawnicy będą mieli co robić, bo czeka nas fala rozwodów, a jeszcze z dzieckiem w drodze w pakiecie…” – żeby nie było za łatwo. Niech prawnik wie, za co bierze pieniądze.

Rozwód a koronawirus – sezon sezonowi nierówny

Na polskiej mapie rozwodowej widać sezonowość. „Mały sezon rozwodowy” mamy po Nowym Roku, kiedy to wspólny świąteczny czas pokazuje pustkę relacji, a jednym z postanowień noworocznych, opatrzonym wykrzyknikiem, staje się rozwód. „Duży sezon rozwodowy” nadchodzi po wakacjach – wspólny urlop, a może przeciwnie – kolejny oddzielnie spędzony wakacyjny czas nie pozostawiają złudzeń, że trzeba sięgnąć po skalpel.

Dzisiaj zadzwonił do mnie nowy klient. Powiedział, że do rozwodu. Od razu zastrzegł, że to nie z powodu koronawirusa, że od roku coś się chrzani w małżeństwie. Czujemy pismo nosem. Czujemy, że ten przymusowy czas w domu, na który nakłada się niepokój (zachoruję czy nie?), frustracja (zarobię cokolwiek w tym miesiącu czy nie?), może nawet abnegacja (czy warto się męczyć i przebierać z piżamy, skoro i tak siedzę w domu i czekam aż podskoczy mi temperatura?), nie będzie obojętny dla relacji małżeńskich. To już nie jest owiewany letnim wiaterkiem czas wakacji. Ani – choć pozbawiony śniegu – ale pachnący żywicą i pomarańczą z goździkami czas świąt, które wg niektórych nie umywają się do Wielkiej Nocy.

Trudny czas zatrzymania

Teraz mamy czas nieco wojenny, przy czym nie dynamiczny D-Day, ale taki jak z „Na zachodzie bez zmian” – siedzisz w okopie, wiesz, że w każdej chwili możesz umrzeć, ale wokół panuje cisza i stagnacja, nic się nie dzieje, lepiej się nie ruszać, żeby nie zginąć. W taki czas mogą puścić nerwy. A jeśli do tego żona wkurza cię nie od dziś, albo mąż, który pracuje zdalnie z kolejnym piwkiem pod biurkiem, a wieczorem jak zwykle rzucił skarpetki obok kosza na brudy…

To właśnie teraz wychodzi prawda o naszym związku. Od podstawowych kwestii poczynając (Kto wyrzuci stertę kartonów po pizzy? Kto zawiezie teściowej 10 kostek masła z Biedronki, bo akurat jest promocja, a „mama ma dziś wielką ochotę na kruche babeczki”?), poprzez opiekuńczo-techniczne (Kto po raz pięćdziesiąty przeczyta Ignasiowi tę samą książeczkę o Puciu, którą każde z nas wybudzone nad ranem potrafi cytować garściami niczym „Odę do młodości” jednego z wieszczów?), po wyższe i globalne problemy (Oby koronawirus omijał zawodników mojej ulubionej drużyny piłki nożnej! Oby telewizja nie przestała nadawać mojego ulubionego serialu!).

Seks dla rozładowania panującego powszechnie napięcia jest bardzo wskazany. A jak się z tego rozładowywania napięć pocznie nowe życie, to tym bardziej będzie trudno… Błędne koło. Jak w domu i w życiu alkoholika.

Zobacz też: Koronawirus – co należy o nim wiedzieć?

Sądy biorą nas na wstrzymanie

Paradoksalnie jedyne co może uratować polskie małżeństwa dotknięte koronawirusowym kryzysem to… wymiar sprawiedliwości, a konkretnie czas, jaki będzie musiał upłynąć, zanim sąd zajmie się rozwodem Kowalskich. Bo najpierw rozpozna sprawę Nowaków, która spadła z wokandy w marcu, potem Malinowskich, która spadła w kwietniu… Jak tak dalej pójdzie, ziści się mój żarcik, że czasami na termin w sądzie czeka się tyle, ile na tomografię komputerową na cito w ramach NFZ… – czyli najmarniej rok.

Jak dotąd przez kilkanaście lat w notes na kolejny rok zaopatrywałam się w październiku, bo wtedy zaczynało się wyznaczanie terminów rozpraw na okres po Nowym Roku. Sytuacja się zmieniła – już teraz należy zaopatrzyć się w notes na 2021 rok (choć takich chyba jeszcze nie wydrukowali, czyżbym odkryła niszę rynkową?) – w maju-czerwcu zacznie się wyznaczanie nowych terminów. Na ten rok ciężko się będzie „załapać”, szczególnie w nowych sprawach, czyli właśnie tych „koronawirusowych”.

Naprawa? Weźmy to w swoje ręce!

Szybciej można „załatwić sprawę” u mediatora czy psychoterapeuty par – ci przynajmniej działają (choć w „onlajnie”), a terminy są szybkie, czasami wręcz z dnia na dzień. Jeśli tak wszyscy małżonkowie w koronawirusowych kryzysach sięgną gremialnie po konstruktywne sposoby rozwiązywania problemów w związkach, to i sądy odetchną z ulgą.

Czyżbym bezwiednie odkryła jak uzdrowić polskie sądownictwo? Zagrożenie epidemiczne – raz, dwa – ludzie, won do domu przyglądać się swoim związkom i je, chcąc nie chcąc, naprawiać.

Joanna Hetman-Krajewska

 

Joanna Hetman-Krajewska – adwokat i radca prawny w Kancelarii Prawniczej PATRIMONIUM w Warszawie; wykonuje zawód od 2003 r.; specjalizuje się w prawie rodzinnym i prawie autorskim. Ukończyła Studium Przeciwdziałania Przemocy w Rodzinie prowadzone przez Stowarzyszenie Niebieska Linia. Prowadziła wiele spotkań z kobietami na tematy prawne związane z funkcjonowaniem rodziny, m.in. w Centrum Praw Kobiet. Autorka licznych tekstów poradniczych na temat prawa rodzinnego. Obecnie w trakcie przygotowywania książki „Rozwód czy separacja”.

 

Zobacz też: „Chcę się rozwieść!” – rozwód czy separacja? [EKSPERTKA]

Redakcja

Portal o rodzinie.

Pies – najlepszy przyjaciel rodziny?

Pies – najlepszy przyjaciel rodziny?
Natalia Ciemińska, Furia i Donka – fot. archiwum prywatne

Z badań TNS OBOP wynika, że 45% gospodarstw domowych w Polsce posiada psa. Pies w wielu rodzinach traktowany jest jak jej pełnoprawny członek. Czy jednak na pewno? Od rodziny i przyjaciół nie wymagamy przecież karności i bezwzględnego posłuszeństwa. Jak dobrać psa do rodziny? Jak sprawić, aby pies nie musiał, a chciał być posłuszny? O tym i wielu innych aspektach „psiarstwa” rozmawiałam z trenerką psów Natalią Ciemińską.

Alina Windyga-Łapińska: Postanowione – chcemy mieć psa. Na co zwrócić uwagę wybierając czworonożnego przyjaciela?

Natalia Ciemińska: Przede wszystkim na nasz styl życia oraz na to, ile czasu jesteśmy w stanie poświęcić psu. Decydując się na psa rasowego, powinniśmy zawrócić uwagę cechy osobnicze rasy i to do czego te psy były przeznaczone. Nie warto patrzeć na to, jak pies wygląda, ale do czego jest stworzony.

Dobrym przykładem są rasy myśliwskie. Jeżeli chcemy np. beagle, to musimy pamiętać, że te psy miały być niezależne i biegać za tropem głośno szczekając, co oznacza, że taki pies potrzebuje naprawdę sporej aktywności, a nawet po wielu szkoleniach może pobiec za zwierzyną.

Owczarek niemiecki również jest dobrym przykładem – duży, mądry pies z seriali, służący w policji. Właśnie! I tu cały sens życia tego psa. Te psy są DO PRACY. Bez aktywności umysłowej nie każdy przedstawiciel rasy będzie grzeczny i ułożony. Dom z ogrodem nie wystarczy, pies sam się nie wybiega.

Furia fot. archiwum prywatne

Lepiej kupić psa rasowego czy też wziąć kundelka ze schroniska?

Nie ma jednej odpowiedzi. Psy rasowe przeważnie do czegoś służyły i często nadal służą. Bez odpowiedniej realizacji potrzeb, mogą stać się utrapieniem dla człowieka. Z kolei w przypadku kundelka ze schroniska nie znamy jego pochodzenia i przeszłości, ale możemy bardzo pomóc zwierzakowi.

Na pewno nie należy kupować psów tzw. w typie rasy. Tu nie chodzi o papiery i rodowód. Takie psy mogą pochodzić z nielegalnych hodowli i mieć, np. m.in. poważne problemy zdrowotne. Tyle ile zaoszczędzimy na psie, to potem wydamy u weterynarza albo pojawią się problemy behawioralne. Warto sprawdzić, czy hodowla, z której kupujemy psa, jest zarejestrowana w Związku Kynologicznym w Polsce.

Jeżeli nie decydujemy się na psa rasowego, wtedy warto poszukać kundelka. Zaletą psa z hodowli jest kontakt z hodowcą oraz profesjonalne porady, których może nam udzielić. W przypadku psa ze schroniska warto zdać się na wiedzę i doświadczenie wolontariuszy, którzy pomogą wybrać odpowiedniego pieska do rodziny.

Zobacz też: Koń terapeuta – czemu nie? Okiełznaj emocje i ściągnij cugle z Karoliną Czarnecką! WYWIAD

Jakie psy najlepiej sprawdzają się w interakcji z małymi dziećmi? Czy można wytresować psa, aby nie zrobił krzywdy dziecku?

Według mnie nie ma czegoś takiego jak pies dla dziecka. Są rasy łatwiejsze, trudniejsze, aktywne i mniej aktywne. Zawsze staram się dobierać rasę do rodziny i jej trybu życia. Nie możemy mówić, że kupujemy psa dla dziecka. To my dorośli, jesteśmy za niego odpowiedzialni. Pies jest wspólny i trzeba równo podzielić obowiązki.

Nie możemy liczyć na to, że 8-latek sam będzie wychodził codziennie rano z psem. To może być nawet niebezpieczne, Młody pies, gdy wychodzi z dzieckiem, może pociągnąć. Pies testuje dziecko i wyczuwa słabość. Wie z kim, na ile może sobie pozwolić. Fajnie, jakby spacery były wspólnym czasem dla rodziców, dziecka i psa.

Wiele dzieci, gdy myśli o psie wyobraża sobie dużo przytulania i głaskania. Niestety to nie do końca tak jest. Oczywiście, że psa można pogłaskać i przytulić, ale na pewno nie jest to coś, co pies będzie znosił cały dzień, a w szczególności szczenię. Szczeniaczkom trudno wytrzymać ciągle przytulanie, stąd częste problemy, że pies podgryza, skacze na dziecko.

Jakie rasy sprawdzą się przy dziecku?

Tak naprawdę jak wychowamy, tak mamy, ale jeśli mamy już podać przykłady to dobrze w roli psów „rodzinnych” sprawdzają się retrievery, berneński pies pasterski.

To dziecko powinno się uczyć jak podchodzić do psa. Czasami pies próbuje odejść, a dziecko wisi na nim. Tutaj powinni wkroczyć rodzice. Tłumaczmy, że pies już ma dość, dajmy mu możliwość odejść, odpocząć.

Kolejny problem to podgryzanie podczas kontaktu z dzieckiem. Z psem powinniśmy bawić się zabawkami. Szczeniak nie kontroluje emocji, najpierw podgryzie lekko, potem mocniej. Kiełki potrafią zrobić krzywdę. Psy testują, jeżeli nie zareagujemy na lekkie ugryzienie, następnym razem spróbuje mocniej.

Donna fot. archiwum prywatne

Jak prawidłowo przeprowadzić socjalizację psa w nowym domu?

Szczeniaka powinniśmy odebrać od hodowcy w wieku 8/9 tygodni. Socjalizacja to jest oswojenie z tym, jak wygląda ten świat oraz odpowiednie przygotowanie go do życia w nim. Piesek w okresie socjalizacyjnym powinien zobaczyć jak najwięcej rzeczy, miejsc, poznać różnych ludzi, inne pieski i mieć z nimi pozytywne skojarzenia.

Jeżeli chcemy, aby w przyszłości pies wyjeżdżał z nami np. na wakacje, to musi być do tego przyzwyczajany. Trzeba jeździć z nim regularnie samochodem, niezależnie od tego, czy akurat jest gdzie. Tak samo ze sprzątaniem – nawet jeśli na początku pies będzie się bał odgłosu odkurzacza, trzeba próbować – to kwestia treningu. Pies, żeby uczyć się, jak ma się zachowywać, od początku musi być wystawiany na dany bodziec.

Jednak najważniejsze jest, aby pies od początku był uczony, że zostaje sam w domu. Często dzwonią do mnie opiekunowie szczeniaka i mówią, że piesek jest u nich od tygodnia, specjalnie wzięli urlop i jeszcze nie był sam, a za 2 dni muszą wrócić do pracy i piesek musi zostać 8 godzin w domu. To jest podstawowy błąd. Pies od pierwszych dni z nami musi zostawać sam! On musi wiedzieć, że tak wygląda jego życie, a żeby mu to ułatwić, przed zostawieniem trzeba go zmęczyć, a na czas naszej nieobecności zostawić coś pysznego do zjedzenia tak, aby miał co robić, gdy nas nie ma.

Kiedy powinniśmy rozpocząć tresurę szczeniaka? Czy możemy zrobić to sami, czy lepiej oddać się w ręce profesjonalisty? Jeżeli kurs – lepiej indywidualny czy grupowy?

Wychowanie i szkolenie psa zaczyna się od pierwszego dnia w nowym domu.

Jestem za tym, aby każdy opiekun i jego czworonóg, odbył przynajmniej szkolenie z podstawowego posłuszeństwa. To szkolenie od około 4 miesiąca szczeniaka. Osobiście wolę szkolenia grupowe, ale wszystko zależy od potrzeb właściciela psa. Jeżeli pies mieszka głównie w ogrodzie i ma mały kontakt ze światem i potrzebujemy tylko podstawowych komend – indywidualne wystarczą. Jednak u młodych psów lub psów mieszkających w mieście – szkolenia grupowe uczą pracy w rozproszeniach, wśród innych psów, ludzi. Tego nie ma na lekcjach indywidualnych.

Prowadzę również tzw. psie przedszkole, zajęcia socjalizacyjne z psami do 4 miesiąca życia. Ćwiczymy przechodzenie przez tunel i ruchome kładki. Przyzwyczajamy do parasoli, osób w kapturach – normalnych rzeczy, których pies może się bać i np. obszczekiwać.

Moim marzeniem jest, aby każdy pies odbył szkolenie z podstawowego posłuszeństwa. Nie czekajmy, aż zaczną się problemy. Po podstawowym szkoleniu 90% psów wychodzi ze wszystkimi umiejętnościami takimi jak: siadanie, leżenie, chodzenie przy nodze, komenda na przychodzenie, nieruszanie jedzenia na zakaz, odsyłanie na miejsce. Psy uwielbiają się uczyć.

Jakie są podstawowe techniki szkolenia psów?

Techniki są różne – ja jestem za tworzeniem relacji i więzi z psem. Chcę, aby mój pies czuł się przy mnie dobrze i mnie lubił, a komendy wykonywał z radością. Nie wyobrażam sobie życia bez przywołania, odesłania na miejsce oraz nieruszania jedzenia na komendę.

Zobacz też: Kot i noworodek. Co zrobić, by zwierzak zaakceptował nowego członka rodziny?

Pies najlepszym przyjacielem człowieka – prawda czy fałsz?

Zdecydowanie prawda, aczkolwiek moim marzeniem jest, aby również było odwrotnie. Tego uczę na moich szkoleniach. No i przede wszystkim skoro jesteśmy najlepszymi PRZYJACIÓŁMI, to nimi bądźmy i szanujmy się wzajemnie. Tutaj kłania się definicja słowa przyjaźń, kontra to, czego oczekujemy od psów.

Czy Pani najlepsza ludzka przyjaciółka musi się bezwzględnie słuchać, ma być karna i pomagać pani w każdej możliwej sytuacji, mimo że pani nie ma nawet czasu na bezinteresowne wyjście na kawę?

Co to oznacza? Szanujmy gorszy dzień psa, bądźmy wyrozumiali i cierpliwi w trakcie nauki oraz  dajmy coś od siebie, tzn. weźmy chociaż raz dziennie na długi spacer, nawet gdy ma 2000 metrów działki. Moje psy mi ufają i reagują na komendy, ale nie robią tego dlatego, że są karne i wytresowane. My się po prostu lubimy, a komendy to trochę nasz język do komunikowania się. Tak powinniśmy do tego podchodzić.

Oczywiście, że czasem krzyknę, powiem nie. Psy znają granicę. Nie używam przemocy, nie daję klapsów, obchodzę się bez tego.

Pies z kotem – czy da się pogodzić?

Jestem aktualnie na tym etapie. Myślę, że wszystko zależy od tego, jakie są to zwierzęta oraz czego tak naprawdę oczekujemy od tej relacji. Nauczyć ich ignorowania siebie wzajemnie da się na pewno, a czy przyjaźnić i spać w jednym posłaniu? To już kwestia osobnicza. Mój beagle nie ma problemów z kotem, może przy nim spać, jeść jedne smakołyki i dawać sobie buziaczki noskami. Zaś border collie woli trzymać się z daleka i nie chce wchodzić w kontakt ani aby kot podchodził. Co ja na to? Ja to szanuję. Jedyne czego wymagam to, aby nie zrobiły sobie krzywdy.

natalia ciemińska

Ekspert

Natalia Ciemińska

Trenerka psów w Centrum Szkolenia Psów Luna w Konstancinie-Jeziornie, prywatnie opiekunka dwóch suczek Furii (border collie) i Donki (beagle). Szkoleniem psów interesuje się od najmłodszych lat, a własna szkoła to jej spełnione marzenie.
Centrum Szkolenia Psów Luna
www.szkoleniepsowluna.pl
www.facebook.com/szkoleniepsowluna

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat pracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, po urlopie macierzyńskim postanowiła nie wracać i zajęła się pisaniem.