Przejdź do treści

Jak odchudzić dziecko?

Otyłość i nadwaga jest podłożem wielu chorób i schorzeń, a w dzisiejszych czasach ten problem dotyka coraz więcej dzieci. Książka „Pokonaj nadwagę oraz insulinooporność u dzieci” to świetne narzędzie, przyjazny poradnik, które pozwoli rodzicom pomóc dzieciom zmagającym się z tym problemem. Rozmawiamy z Dominiką Musiałowską, jedną z autorek (obok Anety Stanek-Gonery):

Dwa lata temu napisała Pani książkę „Insulinoporność. Zdrowa dieta i zdrowe życie”. Teraz ukazuje się książka o insulinooporności u dzieci. Wielu znajomych z mojego otoczenia cierpi na tę chorobę. Nie zdawałam sobie jednak sprawy, że w dużym stopniu dotyczy ona dzieci i młodzieży. Kiedy to się stało? Co zrobiliśmy nie tak?

Zacznijmy od tego, że insulinooporność nie jest chorobą. Jest to zaburzenie, które potrafi sporo namieszać w naszym organizmie i doprowadzić do rozwoju wielu chorób takich jak cukrzyca, choroby sercowo-naczyniowe, choroby neurodegradacyjne, otyłość oraz niektóre nowotwory.

Niektórzy lekarze nadal uważają insulinooporność za błahy problem, jednak nie należy go bagatelizować ponieważ może mieć swoje niebezpieczne następstwa. Wcześniej insulinooporność traktowano jako cechę osób starszych. I oczywiście to prawda, że wraz z wiekiem zwiększa się ryzyko rozwoju insulinooporności, tak samo jak cukrzycy typu 2.

To zaburzenie dotyczy coraz większej liczby młodych osób, w tym niestety także dzieci. Przyczyn insulinooporności u dzieci jest wiele. Bardzo duże znaczenie ma tutaj czynnik genetyczny, jednak nie możemy zapomnieć o istotnym udziale trybu życia u najmłodszych, który budzi coraz większy niepokój.

Coraz mniej się ruszamy…

Spadek aktywności fizycznej, a do tego wzrost spożytych kalorii w postaci wysokoprzetworzonej żywności, przeładowanej cukrem, tłuszczem i masą niezdrowych dodatków to główne przyczyny, ale wpływ na rozwój insulinooporności ma nawet dieta matki w ciąży i przed ciążą, to czy matka karmiła piersią, kiedy zaczęła rozszerzać dietę niemowlęcia oraz jakie pokarmy przyjmowało dziecko w pierwszych miesiącach swojego życia.

Jakość pożywienia ma ogromne znaczenie. Przyrost masy ciała, nadwaga to wszystko ma związek z rozwojem insulinooporności u dzieci. To temat tak obszerny, że ciężko o tym mówić w skrócie. Dlatego razem z dietetyczką Anetą Stanek-Gonerą, postanowiłyśmy napisać o tym książkę, która jest już piątą książką o insulinooporności, którą mam przyjemność współtworzyć.

Każde otyłe dziecko cierpi na insulinooporność?

Wraz ze wzrostem masy ciała, zwiększa się także poziom insuliny i ryzyko rozwoju insulinooporności. Dlatego otyłe dzieci przeważnie mają insulinooporność w wyniku nadmiaru tkanki tłuszczowej.

Zdarzają się oczywiście nieliczne wyjątki otyłych dzieci u których poziom insuliny jest prawidłowy, ale nie można zapominać, że zgodnie z definicją insulinooporność to stan obniżonej wrażliwości tkanek na działanie insuliny przy jej podwyższonym lub prawidłowym poziomie. Dlatego wynik prawidłowy nie wyklucza insulinooporności. Tutaj potrzebny jest doświadczony lekarz, który przyjrzy się nie tylko wynikom badań ale także objawom, które towarzyszą pacjentowi.

Zobacz też: Dieta dla mózgu

Na co zwrócić uwagę u dzieci, jakie są objawy insulinooporności?

Najczęstsze objawy jakie pojawiają się u dzieci to nadmierne zmęczenie, problemy z koncentracją, pogorszenie pamięci, obniżenie nastroju, drażliwość, nadmierna senność (szczególnie po posiłku), tzw. „wilczy apetyt” (szczególnie na produkty węglowodanowe i słodycze), nieuzasadnione tycie (szczególnie w obrębie brzucha), trudności w chudnięciu, ciemne przebarwienia na skórze (szczególnie w okolicach karku, pach, biurku, pod kolanami, na łokciach), podwyższone ciśnienie tętnicze, hipoglikemia.

Oczywiście nie u każdego muszą wystąpić wszystkie te objawy oraz nie zawsze te objawy muszą oznaczać insulinooporność. Insulinooporność może także występować bezobjawowo do pewnego momentu.

Do lekarza jakiej specjalności wybrać się po diagnozę? Jak diagnozuje się insulinooporność u dziecka?

Najczęściej tematem insulinooporności zajmuje się endokrynolog. Ale nie jest to jedyny lekarz do którego można zwrócić się o pomoc. Grunt, żeby był to lekarz, który faktycznie zna się na insulinooporności, niezależnie czy jego specjalizacją jest diabetologia, ginekologia, kardiologia czy geriatria.

Może to być lekarz rodzinny. Należy pamiętać, że insulinooporność wiąże się często z innymi chorobami i zaburzeniami, więc wybór lekarza też jest zależny od naszego indywidualnego przypadku.

Do jakich chorób prowadzi insulinooporność?

Insulinooporność może być przyczyną rozwoju wielu chorób ale także może rozwijać się w trakcie choroby. Jest blisko powiązana z cukrzycą typu 2 (najczęściej jest jej przyczyną) oraz zespołem metabolicznym, zespołem policystycznych jajników, niedoczynnością tarczycy, chorobą Hashimoto, otyłością, nadciśnieniem tętniczym i chorobami serca.

Sama insulinooporność może być przyczyną rozwoju niektórych nowotworów w przyszłości a także chorób neurodegradacyjnych w tym np. choroby Alzheimera.

Jeśli nasze dziecko zostało zdiagnozowane, a lekarz przepisze lekarstwo, to czy zanim podamy lekarstwo, nie warto najpierw spróbować diety?

Najczęściej przepisywanym lekiem przy insulinooporności jest metformina. Bardzo ostrożnie przepisuje się go dzieciom ze względu na skutki uboczne w postaci dolegliwości ze strony przewodu pokarmowego.

Oczywiście dieta to podstawa i to powinna być absolutna konieczność w zaleceniach, jednak są sytuacje kiedy trzeba działać szybko. Każdy przypadek jest inny i należy go traktować indywidualnie.

Jeśli lekarz uzna, że leki są koniecznością, to zaraz obok diety i aktywności fizycznej, należy stosować się do zaleceń lekarza. Co oczywiście nie znaczy, że każdy pacjent z insulinoopornością musi brać leki. Mnóstwo pacjentów wraca do zdrowia tylko z pomocą zmiany nawyków żywieniowych i zwiększeniu aktywności fizycznej.

Zobacz też: Odchudzanie według ajurwedy, czyli jak wrócić do równowagi

Jak zmienić nawyki? Od czego zacząć? Zmiana diety u dziecka to trudny temat.

Od rodziców. Praca nad nawykami dziecka, to praca całej rodziny. Najważniejsze, żeby rodzice zaakceptowali zmiany, które czekają ich wszystkich i mieli wsparcie, żeby móc wspierać swoje dzieci.

Rodzice, których przerasta sytuacja zdrowotna ich dziecka, mogą mieć trudności by pomagać swojemu dziecku. Pojawia się wtedy złość, frustracja, zakazy, nakazy, kary a wraz z tym bunt ze strony dziecka, które nie czuje się bezpiecznie i jak najszybciej chce wrócić do swojej strefy komfortu, czyli dobrze mu znanych starych i sprawdzonych nawyków. Tylko silny i zdecydowany rodzic, pewny swoich działań, może być najlepszym wsparciem i przewodnikiem dla swojego dziecka.

Oczywiście rodzic musi liczyć się z tym, że zmiany dotyczą także jego. Nie może być tak, że rodzice zabraniają dziecku zjedzenia cukierków, podczas gdy sami objadają się czekoladą. Nie mogą kazać dziecku jeździć codziennie na rowerze, podczas gdy sami całe dnie spędzają na kanapie przed telewizorem. Przykład idzie z góry. To my rodzice musimy stanowić wzór do naśladowania. Nawet jeśli to dla nas trudne, pokażmy dziecku, że ma w nas partnera i wzajemnie możemy sobie pomagać. Że rozumiemy jego trudności i akceptujemy każdą emocje która temu towarzyszy. Nie zabraniajmy dziecku się złościć, płakać, tupać i się smucić. Bądźmy po prostu przy nim w tych trudnych momentach.

Ważne też jest, żeby nie wpadać w skrajności. Ja zawsze polecam stworzenie kontraktu, który powinien powstać wspólnie – rodzice i dziecko. Kontrakt powinien zawierać ustalenia na których nam najbardziej zależy, ale też powinien uwzględnić potrzeby dziecka. Jeśli dziecko nie chce się zgodzić na całkowitą eliminację słodyczy, ustalcie, że może dwa razy w tygodniu zjeść dowolną, ulubioną słodkość.

Jeśli sport nie jest jego ulubioną czynnością, ustalcie, że będzie miało aplikację z krokomierzem i każdego dnia powinno wykonać 8-10 tysięcy kroków. Jeśli spędza dużo czasu przed komputerem i telewizorem, ustalcie, że dozwolone przekąski to jedynie owoce, warzywa i orzechy w ustalonych ilościach i czas na oglądaniu filmów nie powinien przekroczyć 1,5h dziennie. Oczywiście są to tylko przykłady, bo konkretny plan powinien zostać ułożony indywidualnie.

Najtrudniejsze jest chyba uzależnienie od cukru, który jest wszędzie.

Niestety jest to ogromny problem. Wydaje nam się, że cukier jest obecny jedynie w słodyczach i kolorowych napojach, a to nieprawda. Jest go pełno w owocowych jogurtach, wędlinach, gotowych daniach obiadowych, sokach, pastach kanapkowych, płatkach śniadaniowych i wielu innych produktach, po które sięgamy robiąc zakupy.

Dzieci spożywają dużo więcej niż zalecane dzienne spożycie cukru. Polecam wybieranie produktów z jak najkrótszym składem albo jednoskładnikowe tak jak warzywa, owoce, orzechy, mąki pełnoziarniste, kasze, ryż, rośliny strączkowe, jajka, ryby, dobrej jakości mięso itp. Im mniej cukru dodanego w diecie dziecka, tym lepiej dla jego zdrowia i samopoczucia.

Odchudzanie dziecka brzmi okrutnie, ale patrząc na polskie plaże widać gołym okiem, że coraz więcej jest otyłych dzieci, które często narażone są na ostracyzm, docinki. Problem często ciągnie się za nimi także w dorosłym życiu. Jak pomóc dzieciom?

W znacznym stopniu odpowiedziałam na to pytanie wcześniej. Tu należy zacząć od rodziców. To oni muszą mieć siłę, żeby być absolutnym wsparciem dla swoich dzieci. To oni powinni pokazać dziecku, że świat nie zawsze jest miły i przyjemny, ale budując w dziecku duże poczucie własnej wartości, dając siłę i pewność siebie, pomogą stawić mu czoła.

Szczera rozmowa i działania, które mogą być wzorem zachęcą dzieci do zmiany nawyków, których celem będzie powrót do zdrowia i schudnięcie. Ważne jest, żeby cała rodzina chciała tych zmian i żeby wszyscy włożyli dużo pracy w lepsze jutro. Otyłe dzieci nie muszą leżeć plackiem na plaży, jedząc lody i gofry, ale mogą grać całą rodziną w piłkę plażową, chodzić na długie spacery, rodzinne wycieczki rowerowe i piesze wędrówki. Czas, który możemy spędzić razem, całą rodziną, to czas niezwykle przyjemny, a do tego jakże korzystny dla zdrowia!

Wyd. Feeria

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Zaburzenia odżywiania – rozwiejmy mity!

zaburzenia odżywiania
Fot Katarzyna Białasiewicz / 123RF

Zaburzenia odżywiania to poważna choroba. Choroba, która może przybierać różne formy – zdarza się, że jest to konkretna diagnoza, np. anoreksji czy bulimii, lecz bardzo często stany te przeplatają się ze sobą i na przestrzeni lat mogą znacznie zmieniać swój obraz. Zgadza się – „na przestrzeni lat” – bardzo często jest to bowiem problem, który na długie miesiące przejmuje życie chorującej osoby.

Biorąc to wszystko pod uwagę, bardzo ważne jest zwiększanie społecznej świadomości w tym obszarze. Po pierwsze, istotne jest uświadamianie wielu aspektów osobom, których zaburzenia odżywiania dotknęły. Po drugie, budowanie świadomości w rodzicach, ponieważ bardzo często choroba ta dotyka niezwykle młode osoby (niestety coraz młodsze, nawet kilkulatki), a po trzecie, w partnerach, przyjaciółkach, znajomych. Wiedza, jak wspierać, ale przede wszystkim rozumieć osobę zmagającą się z tego typu problemami, jest kluczowa.

Rozwiejmy kilka podstawowych mitów:
1. Zaburzenia odżywiania zawsze „widać”

Owszem, znaczna utrata wagi (przede wszystkim związana z anoreksją), spory i dość szybki jej wzrost (np. w przebiegu kompulsywnego objadania się), czy duże wahania w masie ciała (wiążące się np. z bulimią) mogą być istotnym sygnałem, że w obszarze jedzenia, ale przede wszystkim psychiki danej osoby, dzieje się coś niedobrego. Warto jednak pamiętać, że wielu zaburzeń odżywiania tak naprawdę nie widać. Osoby, które się z nimi zmagają, często mają masę ciała w normie, ani nie dają żadnych sygnałów, że dzieje się cokolwiek problematycznego. Na podstawie samego wyglądu nie da się więc postawić diagnozy – jest to znacznie bardziej skomplikowane.

Zobacz też: „Moje dziecko nie lubi swojego ciała!” Jak możemy pomóc dzieciom w samoakceptacji?

2. Wyrównanie masy ciała oznacza wyleczenie

Przywrócenie i ustabilizowanie odpowiedniej wagi są istotnymi elementami leczenia, jednak nie oznaczają, że choroba całkowicie odeszła w zapomnienie. Kluczowa jest bowiem praca nad przekonaniami osoby chorującej, jej poczuciem bezpieczeństwa, samoskuteczności, rozpracowywanie jej destrukcyjnych, często perfekcjonistycznych schematów. Wiąże się to z głęboką pracą psychoterapeutyczną, która może trwać latami. Jest jednak warta swojego wysiłku, ponieważ pomaga uchronić przed nawrotami choroby, które – niestety – są dużym ryzykiem.

3. Zaburzenia odżywiania to fanaberia i wybór

Nieraz pojawia się mit, mówiący o tym, że: „Zaburzenia odżywiania to wymysł zadufanych w sobie nastolatek. Są zapatrzonymi w siebie egoistkami, które nie mają co robić i jedyne na czym im zależy, to wygląd” – zdecydowanie nie! Jest to szalenie krzywdzące oraz niezwykle powierzchowne traktowanie tej choroby. Po pierwsze, zaabsorbowanie wyglądem zewnętrznym jest tylko jednym z jej elementów, który też nie bierze się znikąd. Po drugie, za wystąpienie choroby odpowiada wiele czynników, które de facto niewiele mają wspólnego z jakimkolwiek „wyborem” – genetyczne, osobowościowe, środowiskowe etc. Co więcej, jeśli takim założeniem kieruje się otoczenie osoby chorej, może znacznie utrudniać to proces jej zdrowienia. Stąd też bardzo ważna jest edukacja w tym zakresie i zdobywanie wiedzy, jak odpowiednio wspierać bliską nam osobę, która się z tym cierpieniem zmaga. Zgadza się, jest to ogromne cierpienie.

Inspiracja i dobre źródło wiedzy (w języku angielskim)NEDA, National Eating Disorders Association

Zobacz też: „Zostaw to ciało w świętym spokoju!” – Agata Ziemnicka i Kobiety bez diety! Dlaczego dla własnego dobra lepiej się w ogóle się odchudzać?

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Koronawirus ma z czym konkurować – oto najgorsze epidemie i pandemie w dziejach

najgorsze epidemie i pandemie
Epidemie nękały ludzkość od zarania dziejów. || – fot. 123rf.com

Choć pandemia koronawirusa ogarnęła cały świat, nie jest na szczęście tak groźna jak plagi, które nękały ludzkość w przeszłości. Oto najgorsze epidemie i pandemie w dziejach – wiedzieliście o nich?

1. Prehistoria: ok. 3000 p.n.e.

W północnozachodnich Chinach badacze odkryli liczące 5000 lat ruiny wioski, którą nawiedziła nieznana choroba. Zmarłych grzebano razem. Zdaniem archeologów i antropologów, epidemia szerzyła się zbyt szybko, aby dokonać godnego pochówku. Stanowisku nadano nazwę Hamin Mangha. Podobne odkrycia miały miejsce w innej wiosce, Miaozigou, co świadczy prawdopodobnie o tym, że prehistoryczna zaraza rozprzestrzeniła się w całym regionie.

2. Zaraza ateńska: 430 rok p.n.e.

Wiemy o niej dzięki zapiskom Tukidydesa – słynnego historyka, autora „Wojny peloponeskiej”. Ateny, będące wówczas militarną potęgą, toczyły wojnę ze Spartą. Niespodziewanie w pierwszym z państw-miast zaczęła szerzyć się nieznana zaraza, zbierająca obfite żniwo. Tukidydes podejrzewał, że choroba pochodzi z Etiopii. Nie znano na nią lekarstwa. Była jednakowo groźna dla ludzi starych i młodych.

3. Dżuma Justyniana: ok. 541-542

Choroba rozprzestrzeniła się w całej Europie i doprowadziła do wyludnienia znacznej części kontynentu. Za czasów Justyniana Bizancjum było mocarstwem; m.in. z powodu epidemii zaczęło podupadać. Co ciekawe, sam Justynian (znany choćby z tego, że wybudował słynną świątynię Hagia Sophia) zachorował na dżumę i przeżył.

Zobacz też: Czy przetrwamy pandemię?

4. Czarna śmierć: 1346-1353

Według niektórych szacunków doprowadziła do tego, że populacja Europy zmniejszyła się nawet o połowę. Dziś wiadomo, że za rozprzestrzenianie się dżumy odpowiadały m.in. pchły żerujące na gryzoniach. Czarna śmierć zapoczątkowała także powolny upadek gospodarki opartej na poddaństwie: po wygaśnięciu pandemii trudniej było znaleźć chętnych (i zdolnych) do pracy.

5. Epidemia cocoliztil: 1545-1548

Przykład na to, że śmiercionośne pandemie szerzyły się nie tylko w Azji i Europie. Cocolitzil znacząco przyczyniła się do wymarcia całej populacji Azteków. Chorobę przywlekli do Nowego Świata europejscy konkwistadorzy; rdzenna ludność nie była na nią uodporniona. Współcześni naukowcy ustalili, że pod tajemniczą nazwą – Cocolitzil – kryła się jedna z odmian salmonelli.

6. Grypa hiszpanka: 1918-1920

Dziś trudno sobie to wyobrazić, ale na hiszpankę zachorowało 500 milionów (!) ludzi na całym świecie, z czego jedna piąta zmarła. Organizmy wielu ofiar były osłabione po trudnym okresie I wojny światowej. Pandemia, wbrew swojej nazwie, wcale nie zaczęła się w Hiszpanii. Po prostu tamtejsza prasa, nieobjęta cenzurą w trakcie wojny, jako pierwsza zaczęła donosić o zgonach spowodowanych przez nieznaną dotąd chorobę.

Powyższy przegląd jest oczywiście niepełny. Wśród innych, powszechnie znanych epidemii/pandemii, można bowiem wymienić także: wielką zarazę w Londynie (1665-1666), dżumę w Marsylii (1720-1723), Rosji (1770-1772), a z bardziej współczesnych: AIDS, świńską grypę czy afrykańską ebolę.

Na podstawie:

livescience.comnaukawpolsce.pap.plnewsweek.pl

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.

„Dziękujemy za Waszą pracę” – dziś śmieją się nam prosto w twarz [FELIETON]

maseczka
Fot arosoft/ 123RF

Kiedy codzienność zmienia się szybciej niż myślimy, wszystkich nas to z lekka przeraża. Zwłaszcza, jeśli nie mamy nad tym kontroli i nie wychodzi to z naszej głębi. Nie jesteśmy panami sytuacji, a tylko zwykłymi pionkami w grze. W tym przypadku grze o życie.

Raz, dwa, trzy, cztery, pięć – liczę w myślach zmieniając raz po raz ruchy dłoni przy myciu. Tu wierzch dłoni, tam kciuki, następnie palce i przestrzenie między nimi. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć. Umyte, opłukane, wysuszone ręcznikiem. Ayliffe’a stosowałam do tej pory tylko w pracy, a teraz to moja codzienność. Zakładam rękawiczki, nakładam maseczkę na twarz i biorę klucze. Zamykam za sobą, wiedząc, że mieszkanie zobaczę ponownie za 13 godzin. Biorę głęboki wdech i staram się wewnętrznie uspokoić, bo wiem, co za chwilę zobaczę – nieodpowiedzialność, brak zrozumienia i poszanowania mojej pracy.

Przystankowa reklama dumnie krzyczy hasłem: „Dziękujemy za Waszą pracę” – z początku się uśmiechałam, kiedy widziałam ją po raz pierwszy. Dzisiaj już nawet na nią nie patrzę. Patrzę za to na ludzi i ich zachowanie.

Od momentu kiedy weszły obostrzenia noszenia maseczek, mam wrażenie, że ludzie albo dokładnie nie wiedzą, jak ich używać, albo śmieją się szyderczo nam-medykom w twarz, uważając, że nic im nie grozi.

Wsiadam do autobusu i patrzę w szybę licząc przystanki. Jeszcze 6. Obce mi twarze zakryte materiałem wcale nie napawają mnie optymizmem – odsłonięty nos, maska zahaczona gdzieś na jednym uchu, ktoś inny osłania brodę. Nie tak, nie tak to miało wyglądać.

Pięć przystanków do końca – wsiadają nowi pasażerowi. Jedni okręceni szalikami po same oczy, inni z samymi przyłbicami – bez masek, bo po co?

Mam jeszcze cztery przystanki do pracy i napawa mnie refleksja – co jeśli wirus byłby widoczny? Jeśli byłby jedną wielką czerwoną kulką – czy obcy mi ludzie, jadący w autobusie, nie przykładaliby jednak do tego większej uwagi? Nie wiem, może wtedy zauważyliby, że to nie jest takie błahe zagrożenie.

Trzy przystanki. Ludzie kaszlą, smarkają i kichają – jedni w rękaw, inni w maseczkę, jeszcze inni w kawałek rękawa. Najlepiej reagują Ci, którzy kichają w zgięcie łokcia, ale mają maseczkę na sobie. Zakryty nos, usta, jednorazowe rękawiczki, które gdzieś pokątnie szybko zmieniają. Uśmiecham się wtedy do nich delikatnie, dziękując im za to.

Dwa przystanki. Myślę, jak by tu wyedukować ludzi, żeby jednak nosili maski poprawnie. Żeby zakrywali nos i usta. Nos przede wszystkim, bo on jest najczęściej zapominany w całym tym rozgardiaszu. Czy to chodzi tylko o materiał, z jakiego są zrobione, czy może jednak o sam przymus ich noszenia? Co ludzi bardziej denerwuje?

Jeden przystanek. Mam ochotę stanąć na środku autobusu i zademonstrować, jak poprawnie te maseczki założyć. Boję się, że wyszłabym na idiotkę.

– Proszę Pana, niech Pan poprawi maseczkę – słyszę gdzieś z dalszej części autobusu – Trzeba ją nosić na ustach i na nosie, a nie na brodzie.
– Daj mi spokój kobieto, sobą się zajmij! – jakiś mężczyzna prycha i kręci głową.

„Chłopie, popraw tą maskę – myślę sobie – Lepiej, żebyś nie trafił do mnie na Intensywną. Nie chcę, żebyś wiedział, co to jest laryngoskop i do czego on służy. Ani to, jaką rurką mogą Cię zaintubować, kiedy twoje płuca przestaną poprawnie funkcjonować. Nie chciałabym, żeby Cię interesowało to, że będę musiała odessać cię z wydzieliny cewnikiem, a zabieg ten do najmilszych wcale nie należy.”

Wysiadam. Idę chodnikiem i mam szeroko otwarte oczy ze zdziwienia, jak ludzie potrafią grać bohaterów, choć wcale nimi nie są. Jeszcze chwilę temu stali na balkonach i klaskali nam w podzięce za to, że jesteśmy i ratujemy im życie, a dziś śmieją się nam prosto w twarz.

Jak powinna być założona maseczka? Powinna zakrywać szczelnie nos i usta – gumka lub wiązania za uszami. Jednorazowa wyrzucona po każdym użytkowaniu do kosza, a bawełniana wyprana w 90 stopniach i wyprasowana. Dłonie, odziane w rękawiczki jednorazowe, nie powinny dotykać maseczki, a jeśli to się wydarzy – po zdjęciu rękawiczek należy je umyć i zdezynfekować. Nic trudnego. Trzeba tylko trochę rozwagi i samodyscypliny, aby w spokoju przetrwać ten gorący czas.

Zobacz też: Bezsenność vs koronawirus – jak spać spokojnie w czasach pandemii?

 

Agnieszka Wasilewska

Ekspert

Agnieszka Wasilewska

Pielęgniarka oddziału Anestezjologii i Intensywnej Terapii, a także pedagog z kilkuletnim doświadczeniem. Artystyczna dusza z empatią na dłoniach. Miłośniczka czerwonej herbaty i wieczornej medytacji.

Redakcja

Portal o rodzinie.

5 komiksów, które pokazują codzienność we dwoje – odnajdujesz w nich swój związek?

komiksy
Fot: "Those Comics" Facebook

Małe codzienne sprawy to coś, co buduje nasze życie. Często nie doceniamy niewielkich gestów i sytuacji. Szczególnie ważne jest to w związku. Chcemy by był on na dobre i na złe, byśmy mieli wsparcie, ale i swobodę spędzania wspólnego czasu. Te komiksy pokazują właśnie te chwile!

Autorką „Those Comics” grafik jest hPolaw. „Jestem studentką, która uwielbia rysować niemądre komiksy” – pisze na swoim oficjalnym Facebook’u. Czy takie znowu głupie? Chyba nie do końca. Można się przy nich zarówno śmiać, jak i wzruszyć. Przede wszystkim są jednak niezwykle ciepłym odzwierciedleniem życia we dwoje. Takie małe chwile, a cieszą!

Czy odnajdujesz w nich swój związek?
1. Niebezpieczne gry

 

2. Małe łóżko, duży problem

3. Bo godzina to szmat czasu

 

4. Grunt to się dobrze ułożyć

5. Bo na wspólny taniec zawsze jest pora!

Źródło: Those Comics Facebook

Zobacz też: Mówisz jedno, za chwilę robisz coś zupełnie przeciwnego? Oto komiksy, które rozbrajają rzeczywistość!

Redakcja

Portal o rodzinie.