Przejdź do treści

Presja i ciężar najmłodszych – zdrowie psychiczne naszych dzieci pod lupą

zdrowie psychiczne dzieci
Fot Oksana Bratanova / 123RF

Dane amerykańskiej instytucji zbierającej informacje na temat stanu zdrowia Amerykanów, Centre for Disease Control and Prevention (CDC) szacuje, że występowanie zaburzeń depresyjnych i lękowych u dzieci w wieku 6-17 lat wzrosło z poziomu 5,4% w 2003 do 8,4% w latach 2011-2012.

Według danych zebranych przez CDC dzieci i młodzież pomiędzy 2 a 17 rokiem życia najczęściej otrzymują diagnozę ADHD, zaburzeń lękowych, depresyjnych oraz innych zaburzeń zachowania. Ponad 6 milionów młodych Amerykanów na którymś etapie swojego życia otrzymuje diagnozę ADHD, ponad 4 miliony zdaniem specjalistów cierpi z powodu zaburzeń lękowych, a niemal 2 miliony zmaga się z depresją. Co więcej, zaburzenia te często współwystępują (Źrodło: cdc.gov/childrensmentalhealth).

W zasadzie więc co czwarte dziecko w Stanach Zjednoczonych cierpi z powodu jakichś zaburzeń psychicznych i wymaga specjalistycznej pomocy.

Nasze dzieci potrzebują wsparcia!

Dane amerykańskie wydają się być reprezentatywne również dla naszego kręgu kulturowego. Według raportu opublikowanego w 2017 roku przez Fundację Dajemy Dzieciom Siłę zatytułowanego „Dzieci się liczą 2017- raport o zagrożeniach bezpieczeństwa i rozwoju dzieci w Polsce” nasz kraj przoduje w ilości zakończonych śmiercią prób samobójczych wśród osób w wieku 10-19 lat.

Szacuje się, że około 400 000 polskich dzieci pilnie potrzebuje pomocy lekarskiej, a jednocześnie mamy zaledwie 400 psychiatrów dziecięcych.

Jest więc źle i wszystko wskazuje na to, że będzie raczej tylko gorzej z tym, jak czują się i z czym zmagają się młodzi ludzie. Choć może się to wydać zaskakujące, zdaniem Stevena Pinkera, żyjemy w najbezpieczniejszych czasach od tysięcy lat. Ryzyko, że dziecko stanie się ofiarą napaści, wykorzystania lub doświadczy wojny nigdy jeszcze nie było tak niskie. A jednak dzieci cierpią. Oczywiście, nie ma możliwości, żeby jeden krótki tekst wyczerpał temat przyczyn tego stanu rzeczy oraz sposobów, które mogłyby go poprawić. Nie ma też jednej przyczyny i jednego źródła ulgi. Można jedynie snuć fantazje i otwierać się na różne możliwości.

Pozorny spokój vs. współczesne zagrożenia

Na blogu „Ojcowska strona mocy” ukazało się niedawno zdjęcie z jednego z przedszkoli. Jego pracownicy poprosili rodziców, by nie filmowali swoich dzieci podczas jasełek: „Mali aktorzy oczekują państwa uwagi i współprzeżywania” – argumentowali. Czy dzieci najpierw widzą ekran, a dopiero potem rodzica? I po co rodzic robi nagranie?

Pomimo tego, że rzeczywistość zdaje się być bezpieczniejsza, jednocześnie może być przeżywana jako zagrażająca i niemożliwa do ogarnięcia. Ciekawe badania przeprowadzone w 2018 roku wśród młodych osób doświadczających psychicznego kryzysu w Nairobii wskazują, że źródeł późniejszych problemów można upatrywać na przykład w dramatycznych doświadczeniach, takich jak śmierć rodzica. Równie trudno młodym ludziom poradzić sobie z poczuciem porzucenia, kiedy jeden z rodziców odchodzi i zakłada nowa rodzinę lub kiedy patrzą na finansowe trudności rodziców. Dzieci bardzo szybko zaczynają zdawać sobie sprawę, że rodzicom jest trudno znaleźć dobrze płatną pracę lub też nie radzą sobie finansowo. Bardzo szybko też zaczynają się o to obwiniać („ Jestem dla nich ciężarem.”)

Szkoła zwykle też nie jest szczególnie wspierająca. Okres nauki jest czasem przejścia z dzieciństwa w dorosłość. Jest czasem potężnych zmian, które mogą być dla człowieka zarówno fascynujące, jak i przerażające. Stopniowo zdobywana niezależność czy zmieniające się ciało mogą być źródłem przyjemności, ale też chaosu. Szkoła w odpowiedzi na te zmiany, być może w poczuciu zagrożenia, w reakcji na ów młodzieńczy na chaos, bywa bardzo restrykcyjna. To, co zdaje się wymykać porządkowi, jest na siłę z powrotem w niego wtłaczane.

Dzieci od bardzo wczesnych lat szkolnych są modelowane, budowane i kształtowane. Od pierwszych dni w szkole są oceniane, chodzą na dodatkowe zajęcia, na których również powinny być w stanie sprostać określonym wymaganiom. W zasadzie nie ma już czasu na swobodną zabawę. Nie ma go nawet w przedszkolu, ponieważ trzeba „realizować program”.

Zobacz też: Być nastolatkiem – wyzwanie dla rodziców, wyzwanie dla niego samego

Plan do zrealizowania

Podobnie jest z rodzicielstwem – jakby było to jakieś założenie, które trzeba spełnić, obraz człowieka sukcesu, do którego należy dążyć od najmłodszych lat. Rodzice wspólnie z przedszkolem, a później szkołą – często przeładowanymi różnorodnymi dodatkowymi zajęcia – realizują ten plan. W rezultacie dzieci nie mają czasu wolnego, niezagospodarowanego przez rodziców lub placówkę, w której spędzają wiele godzin dziennie. Bywają na ustrukturyzowanych placach zabawa, z których potem idą na kolejne zajęcia, zdają egzaminy, piszą sprawdziany, wracają do domu, w którym odrabiają lekcje. W takich warunkach bardzo trudno poczuć, co to znaczy być panem własnego czasu. Najmłodsi nie mają okazji, by sprawdzić, jak mogą poradzić sobie z nudą – jak to w ogóle jest się nudzić i czy płyną z tego jakieś pożytki. Nie mają zbyt wielu szans, by nauczyć się być w grupie, która rządzi się swoimi prawami. A jeśli odstają od normy? Odpowiedź jest prosta – idą na kolejne zajęcia, które mają przywrócić je do porządku, dostają diagnozę lub leki.

To jedna strona rzeczywistości, z którą zmagają się młodzi ludzi i która wywołuje kolejne kryzysy psychiczne. Można się też zastanawiać, na ile łatwiej dziś stawiać diagnozy. Jak również, na ile dzisiejsze trudności są odroczoną w czasie reakcją na trudności minionych lub mijających pokoleń. Czasami rodziny „delegują” kogoś, kto się leczy, niejako w zastępstwie innych osób w rodzinie. Czy podobnie jest z dzisiejszą młodzieżą…?

Zobacz też: Kiedy najtrudniej być rodzicem?

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Czemu chorzy na COVID-19 tracą powonienie?

utrata węchu COVID-19
Dlaczego chorzy na COVID-19 tracą powonienie? – unsplash.com

Lista objawów zakażenia koronawirusem jest dość zróżnicowana. Badacze właśnie odkryli, dlaczego część zainfekowanych nim osób traci powonienie.

Wirus SARS-CoV-2, który wywołuje COVID-19, wciąż ewoluuje. Początkowo chińscy naukowcy stwierdzili takie symptomy zakażenia jak: kaszel, gorączka, problemy z oddychaniem i utrata powonienia. W miarę, jak choroba rozprzestrzeniała się po świecie, pojawiały się coraz to nowe doniesienia o kolejnych wywoływanych przez nią zaburzeniach. Zanik smaku, biegunka, zapalenie spojówek, zmęczenie – to tylko niektóre z nich. Sytuacji nie poprawia fakt, że koronawirusowi często towarzyszą objawy przywodzące na myśl grypę lub zwyczajne przeziębienie.

Badając wpływ COVID-19 na układ oddechowy, naukowcy ustalili, dlaczego jednym z symptomów choroby jest wspomniana już utrata powonienia.

Koronawirus nie atakuje receptorów węchowych

Całkowity zanik zdolności węchu nazywa się anosmią. To najwcześniej odkryty objaw koronawirusa, a zarazem najbardziej charakterystyczny. Badacze z Harvard Medical School odkryli, że wirus atakuje komórki zaopatrujące receptory węchowe. Ściślej rzecz biorąc, zaburza wytwarzanie hormonu zwanego angiotensyną, który kontroluje stężenie jonów sodowych i potasowych w organizmie. Angiotensyna bierze też udział w metabolizmie receptorów węchu.Z naszych badań wynika, że koronawirus nie atakuje bezpośrednio receptorów węchowych – zauważa Sandeep Robert Datta, profesor neurobiologii z HMS, której słowa cytuje news-medical.net. Co istotne, naukowczyni dodaje, że wywoływana przez wirusa utrata węchu jest tymczasowa i ustępuje wraz z chorobą.

Zobacz też: ADHD u dziewczynek – objawy trudne do rozpoznania

Szacowanie ryzyka

W osobnym raporcie naukowcy przyporządkowali wszystkie znane objawy COVID-19 do sześciu zbiorów. Być może dzięki temu uda się przewidzieć, u kogo choroba będzie miała ciężki przebieg, a co za tym idzie – którzy pacjenci będą wymagali podłączenia do respiratora. W trakcie prac badacze z HMS wykorzystali algorytmy sztucznej inteligencji do przeanalizowania danych ponad 1600 zakażonych osób z Wielkiej Brytanii i USA. Wyróżnili także trzy główne objawy koronawirusa. Są to:

  • kaszel,
  • gorączka
  • i właśnie utrata węchu.

Mogą im towarzyszyć dziesiątki innych, mniej jednoznacznych – od bólu mięśni, przez biegunkę, po ból i zawroty głowy.

Zbiory

W pierwszym zbiorze ujęto ból głowy, utratę powonienia, ból mięśni, gardła, klatki piersiowej, ale nie gorączkę. W drugim – to samo, tyle że z gorączką. Poszczególne zbiory różnią się zwykle obecnością lub brakiem dwóch-trzech objawów. Wyjątkiem są dwa ostatnie, zawierające praktycznie wszystkie rozpoznane dotąd symptomy koronawirusa. Naukowcy obliczyli, ile procent pacjentów cierpiących na objawy z danego zbioru wymaga hospitalizacji. Dla zbioru pierwszego współczynnik ten wynosi zaledwie 4.4%, ale dla szóstego – niemal 20%.

Na podstawie: news-medical.net

Zobacz też: Koronawirus ma z czym konkurować – oto najgorsze epidemie i pandemie w dziejach

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.

Dom dla nieletnich matek – poruszająca serce akcja Fundacji Martyny Wojciechowskiej

Martyna Wojciechowska Unaweza
Fot UNAWEZA Foundation Facebook

Martyna Wojciechowska planuje wybudować DOM dla niepełnoletnich, usamodzielniających się i niemogących liczyć na wsparcie rodziny matek. To wyjątkowa akcja, do której może przyłączyć się każdy z nas!

Dzień Mamy i Dzień Taty – nie dla każdego

Niedawno świętowaliśmy Dzień Ojca – wyjątkowe i niezwykle ważne dla wielu mężczyzn święto, podobnie jak dla kobiet Dzień Matki. Uśmiech dziecka, własnoręcznie przygotowana laurka czy zerwany na łące kwiatek – dla rodzica nie ma nic piękniejszego.

Niestety, nie wszystkie maluchy i nie wszyscy rodzice w taki właśnie sposób mogą celebrować te magiczne dni. Według Danych Głównego Urzędu Statystycznego w 2019 roku w Polsce urodziło się prawie 2 tys. dzieci, których mamy miały 17 lat lub też mniej, a aż 183 z nich w chwili narodzin dziecka miało 15 lat lub mniej. Zgodnie z obowiązującym w Polsce prawem nieletnie osoby nie mogą sprawować władzy rodzicielskiej, jednak opiekę nad niemowlęciem może przejąć rodzina.

Smutny jest fakt, że wiele młodych mam nie może liczyć na wsparcie najbliższych – i to właśnie one przeżywają ogromny dramat. Oddanie dziecka do rodziny zastępczej jest dla kobiety – która chce, ale nie może go wychowywać – jednym z trudniejszych wydarzeń w życiu.

Zobacz też: Niewidzialne matki. Dlaczego nikt nie pamięta o ich potrzebach?

Wyjątkowy dom

Sytuacje tego typu poruszyły serce Martyny Wojciechowskiej – matki i podróżniczki, założycielki Fundacji UNAWEZA. 23 czerwca, w Dzień Ojca, rozpoczęła ona akcję #MęskaOdpowiedzialność.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Martyna Wojciechowska (@martyna.world)

„Dziś ze świetnymi facetami oraz ojcami ogłaszam ważną akcję! W imię MĘSKIEJ SOLIDARNOŚCI I MĘSKIEJ ODPOWIEDZIALNOŚCI za wszystkie dzieci, zwłaszcza te, które nie mogą liczyć na swoich ojców, chcemy głośno mówić o tej sprawie, bo sprawa jest ważna.” – pisze na Instagramie Martyna Wojciechowska.

Fundacja UNAWEZA rozpoczęła zbiórkę pieniędzy na budowę domu dla nastoletnich i usamodzielniających się mam i ich dzieci. Podróżniczka podkreśla, że nie będzie to typowa placówka. Będzie to dom, w którym młode mamy zostaną otoczone opieką, troską i dowiedzą się, czym jest macierzyństwo. A co najważniejsze, dziewczyny, które nie mogą liczyć na wsparcie bliskich, nie będą musiały rozstawać się ze swoimi dziećmi – dla ich i swojego dobra.

 

 

Źródło: govunaweza.org

Zobacz też: Samotne matki czy samodzielne matki? O rodzicielstwie w pojedynkę

Kobiece kapłaństwo – czy aby na pewno kobiety w kościele to kontrowersja?

Kobiety w kościele
unsplash.com

Kapłaństwo kobiet budzi wiele kontrowersji, podobnie jak każdy nowy element odnoszący się do wiary chrześcijańskiej. Niewielu wie, że miały one swój wkład w jej krzewienie i umacnianie.   

Należy zacząć od kwestii zasadniczej, tj. dlaczego kobieta nie może zostać księdzem? Jezuita Mariusz Bigiel wyjaśnił to bardzo prosto [1]: Chrystus był mężczyzną, ksiądz działa zaś w jego imieniu i niejako uosabia Zbawiciela. Kobieta, zdaniem jezuity, byłaby „niestosowną imitacją”. Na polu teologii można by toczyć niekończące się spory. A jak do powyższej kwestii odnosi się historia?

Kobiety w kościele – starożytność

Już w Nowym Testamencie pojawiają się wzmianki o tym, że kobiety były wiernymi uczennicami Chrystusa i często mu towarzyszyły. W starożytności miały bardzo ograniczone prawa, nie mogły samodzielnie opuszczać domu bez asysty męża lub któregoś z członków rodziny. Zdaniem dra Sebastiana Dudy [2], religioznawcy i redaktora kwartalnika „Więź”, obecność kobiet w otoczeniu Jezusa wydaje się przełomowa: same przychodziły słuchać jego nauk. Odrzuciły zasady narzucone przez społeczeństwo. Z czasem zaczęły aktywnie działać na rzecz nowej wiary.

Montanizm

Żyjący na przełomie II i III wieku Hipolit donosił o dwóch kobietach – Maksymili i Pryscyli – które stały się ważnymi postaciami odłamu chrześcijaństwa zwanego montanizmem, ruchu nazwanego tak od Montana z Artabanu (zmarł w 179 roku). W montanizmie, opartym na surowej ascezie i wierze w nadejście czasów Ducha Świętego, były biskupki i prezbiterianki. Zgodnie zwalczały pogaństwo i nawracały wiernych. Sam ruch został jednak uznany za heretycki, głównie dlatego, że podważał kościelną hierarchię. Przepadł ok. V wieku.

Zobacz też: Jak rozmawiać z dzieckiem o seksie?

Diakoniski

Istnieją przesłanki mówiące, że w tym samym czasie w głównym nurcie chrześcijaństwa pojawiły się diakoniski, czyli kobiety, które chrzciły inne przedstawicielki płci pięknej. Aby przyjąć nową wiarę, każda z nich musiała rozebrać się do naga i zanurzyć się w misie z wodą, co mogło by wzbudzić pożądanie u mężczyzn. Stąd zamysł, aby zastąpiły ich kobiety. Nie zdołały jednak wywalczyć sobie trwałej i niepodważalnej pozycji w kościele.

W Piśmie Świętym

Co więcej, o krzewicielkach wiary wzmiankowano w Piśmie Świętym. Apostoł Paweł pisał np. o Febe, diakonisce z kościoła w Kenrach. Spory dotyczą innej postaci wspominanej przez Pawła: apostoła Juniasa lub… Juni, czyli kobiety. To imię pada tylko raz, dlatego nie można rozstrzygnąć sporu kierując się odmianą. Pewne jest natomiast to, że nawet w tak konserwatywnej strukturze jak kościół zachodzą pewne zmiany w odniesieniu do kobiet. Przybywa na przykład tych, które mają doktoraty z teologii – jeszcze kilkadziesiąt lat temu żadna nie mogła się takowym poszczycić. Warto też wiedzieć, że niektóre odłamy chrześcijaństwa, np. Kościół Ewangelicko-Metodystyczny, wyświęcają kobiety na duchownych.

Na podstawie:

1. polskieradio24.pl

2. tokfm.pl

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.

Zastanówmy się, po co właściwie nam… brwi?

unsplash.com – Gdy ogarnia nas trema lub jesteśmy zestresowani, mamy tendencję do nieporuszania brwiami.

Brwi są tak niepozornym elementem ludzkiego ciała, że wiele osób nie potrafi nawet odpowiedzieć na pytanie, do czego nam służą. Postaramy się rozwikłać tę zagadkę!

Naukowcy z Uniwersytetu w Yorku odkryli, że już praprzodek człowieka – żyjący ok. 300 000 lat temu homo heidelbergensis – miał grubą, pojedynczą brew, przypuszczalnie większą niż u Neandertalczyka. Badacze zaczęli się zastanawiać, jaka była jej funkcja i dlaczego w ciągu tysięcy lat przeobraziła się w dwie znacznie skromniejsze.

Czy stopniowy zanik brwi wiązał się z faktem, że nasi przodkowie z czasem przestali mieszkać w jaskiniach? A może wynikał z tego, że masywna szczęka nie mogłaby prawidłowo funkcjonować bez równie solidnej kości brwiowej? Takie teorie rozważali brytyjscy naukowcy. Postanowili je zweryfikować za pomocą zaawansowanej, komputerowej symulacji, obrazującej ewolucję naszego gatunku.

Naturalne „komunikatory”…

Rezultat badań zaskoczył naukowców: okazało się, że zanik jednej brwi na rzecz dwóch mniejszych umożliwił nam wyraźniejszą ekspresję. Innymi słowy, był związany z rozwojem zdolności komunikacyjnych człowieka. Rzeczywiście, trudno sobie wyobrazić, aby poczciwy heidelbergensis umiał wyrażać za pomocą mimiki inne emocje niż strach czy wrogość. Jego pojedyncza brew pozostawała niemal nieruchoma. Mając do dyspozycji dwie, jak również szersze czoło, jesteśmy w stanie okazywać całe spektrum uczuć. Naukowcy nadal nie wiedzą jednak, czy najpierw ewoluowała nasza kość brwiowa – i dzięki temu nauczyliśmy się wyrażać multum emocji – czy też stało się na odwrót: rozwinęliśmy zdolności komunikacyjne na tyle, że doprowadziły do zmian w obrębie ludzkiej twarzy. Mogło zdarzyć się też tak, że procesy anatomiczne i rozwój umysłu postępowały jednocześnie. W tej materii niezbędne są dalsze badania.

Zobacz też: Self-care bez wychodzenia z domu – 10 sposobów!

… i filtry

Gdy ogarnia nas trema lub jesteśmy zestresowani, mamy tendencję do nieporuszania brwiami. Unosimy je za to gwałtownie i opuszczamy w chwili, gdy kogoś rozpoznamy, wyrażamy za ich pomocą zdumienie, oczekiwanie, skupienie itd. Są narzędziem do komunikacji, rozwijanym przez 300 000 lat ewolucji! Świadczy o tym m.in. fakt, że za ich ruch odpowiada aż 12 mięśni. Ale to niejedyna funkcja brwi. Od dawna mówi się, że stanowią także naturalny „filtr” chroniący oczy przed wilgocią, pyłem i innymi zanieczyszczeniami. Mają więc nie tylko duży wpływ na nasze relacje z innymi ludźmi, ale również zdrowie. Zawdzięczamy więc brwiom całkiem wiele – nawet jeśli wydają nam się tylko mało użyteczną kępką włosów.

Na podstawie: psychologytoday.com

Bartosz Jaster

Absolwent Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonat i badacz historii, miłośnik literatury faktu. Członek Fundacji Rozszczepowe Marzenia, niosącej pomoc dzieciom z wadami wrodzonymi.