Przejdź do treści

Rodzice i terapia uzależnień dziecka – jak się w tym wszystkim odnaleźć?

Gdy dziecko zderza się z uzależnieniem, albo jakimkolwiek innym problemem, czasami wsparcie rodzica nie wystarcza. Nieraz jest on bowiem tak samo wystraszony, jak jego ukochany syn, czy córka. Terapia staje się wtedy przestrzenią, w której rodzina może poukładać się na nowo. O tym, że wcale nie jest to łatwy proces i dlaczego czasami „gorzej” tak naprawdę oznacza „lepiej”, mówi w rozmowie z nami psycholożka i psychoterapeutka Małgorzata Zembowicz-Kowalska.

Zobacz pierwszą część rozmowy„Czy moje dziecko jest uzależnione?!” – ten wywiad powinni przeczytać wszyscy rodzice!

Katarzyna Miłkowska: Bycie w terapii często samo w sobie jest trudne i nieraz wiąże się z kryzysami. Zastanawiam się, czy może pojawić się moment, w którym dziecko jest w trakcie terapii uzależnień, a ja jako rodzic czuję, że jest tylko gorzej?

Małgorzata Zembowicz-Kowalska: Myślę, że na pewno może się pojawić i co więcej, może mieć to jak najbardziej związek z realnością. Tak jak powiedziałaś, w terapii zdarzają się kryzysy. Raczej nigdy nie jest to historia o tym, że od momentu zgłoszenia się jest już tylko i wyłącznie lepiej. Terapia faktycznie, niezależnie od modalności, jest procesem dynamicznym i jak najbardziej mogą pojawiać się w niej bardzo skomplikowane etapy. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że jest to także proces długotrwały, więc jest czas, aby te kryzysy przepracować. Warto przy tym pamiętać, że każdy tego typu moment załamania, które udaje się w terapii ułożyć, przekłada się na trwalsze efekty po jej zakończeniu.

Czyli trzeba przygotować się na dłuższy czas, bo w miesiąc problem się nie rozwiąże, dziecko nie będzie zdrowe, a wszystko nie wróci do poprzedniego porządku?

Wiesz, raczej myślę sobie, że nawet dobrze by było, żeby nie wracało, bo rozumiem, że skądś się ten problem jednak wziął. Punkt wyjściowy lepiej więc zostawić już za sobą, ale oczywiście, zachodzące w całym systemie zmiany mogą być trudne. Na różnych ich etapach, różne osoby mogą czuć się niezadowolone i mogą chcieć się przeciwko nim buntować. Tak, z całą pewnością jest to też proces długotrwały.

Myślę sobie, że trudne może być dla rodziców, kiedy dziecko zaczyna np. wyrażać złość, a wcześniej nigdy tego nie robiło. Nic dziwnego, że może pojawić się wtedy myśl, że moje dziecko po terapii stało się trudniejsze i jest tylko gorzej. Rozumiem jednak, że wtedy jest to miejsce na pracę rodzica z samym sobą?

Tak, dlatego też najlepsze efekty dają te oddziaływania, w których bierze udział cały system. Niekoniecznie musi to być terapia rodzinna, ale np. każdy z członków rodziny chodzi na terapię własną. Każda z tych osób zyskuje dzięki temu możliwość opracowywania pojawiających się zmian pod własnym kątem. Jest to też przestrzeń na przeżywanie rożnych trudności, znajdowanie dla siebie nowych miejsc w tym zmienionym systemie, nowych środków wyrazu, czy też nowych sposobów reagowania.

Co zatem może być taką „nowością” w relacjach rodzic-dziecko?

Ważna, nie tylko jeśli chodzi o uzależnienie, ale w ogóle w konstrukcjach wychowawczych, jest przede wszystkim konsekwencja. Jeśli u rodzica pojawiają się różne niepokoje, to nieraz zaczyna on działać w panice i podejmuje różne nieprzemyślane ruchy. Może m.in. dużo grozić: „Nie wyjdziesz przez miesiąc z domu, zabiorę ci komórkę, odetnę internet„. Później de facto nigdy to się nie dzieje, albo zamiast miesiąca trwa tydzień i z czasem zupełnie się rozmywa.

Fundamentalne we współżyciu z osobą uzależnioną jest konsekwentne przestrzeganie tego, co mówimy, ale jest to też fundament, na którym w ogóle buduje się wychowanie człowieka.

Konkretniej mówiąc, chodzi o branie odpowiedzialności za własne słowa, a nieraz przecież zdarza się, że będąc w emocjach mówimy dużo za dużo. Dorośli, rodzice, opiekunowie muszą oduczyć się bezmyślnego rzucania słowami na lewo i prawo.

Lepiej zastanowić się trzy razy, co ja mam tak naprawdę do powiedzenia dziecku, żeby później miało to przełożenie na realność. Jeśli bowiem coś mówimy, a nigdy nie dotrzymujemy słowa, to dziecko po prostu przestaje nas traktować poważnie.

Wyobrażam sobie, że na początku może być płacz i krzyk: „Nie oddam telefonu, będę i tak wychodził/wychodziła„. Długoterminowo daje to jednak zapewne poczucie, że po pierwsze, faktycznie mogę liczyć na słowo rodzica i po drugie, czuję się bezpiecznie.

Tak, bo konsekwentna postawa jest kluczowa i to dotyczy zarówno sytuacji trudnych, jak i tych przyjemnych. Jeżeli obiecuję ci, że pójdziemy dzisiaj do kina, to po prostu to robimy. Nie chodzi tu zatem o znak plus, minus, czy jakkolwiek będziemy to rozumieć, tyko o sam fakt konsekwencji. Uczymy wtedy dziecko, że nasze słowo ma prawdziwą wartość i tak jak powiedziałaś, jest to tym samym budowanie poczucia bezpieczeństwa. To jest zaś podstawą dla zdrowego rozwoju.

Czyli i tak wracamy do tego, że rodzic musi popracować przede wszystkim sam ze sobą.

Musi być ze sobą dogadany i musi też wiedzieć, na co go stać. Musi być świadomy tego, co może powiedzieć, bo sam od siebie jest to później w stanie wyegzekwować. Jeśli jednak wie, że nie da sobie z czymś rady, lepiej żeby miał tego świadomość i nie rzucał słów na wiatr. Podkreślam po raz kolejny, tu nawet nie chodzi o to, żeby cokolwiek egzekwować od dziecka, tylko od samego siebie.

Myślę teraz o poczuciu bezsilności. Jeśli odczuwamy ją w takim momencie, to chyba po prostu trzeba to uznać i powiedzieć dziecku, że nie jestem w stanie czegoś zrobić.

Zgadza się, a jeśli do tego sytuacja jest intensywna, możemy też zakomunikować, że to jest dla mnie strasznie trudne, muszę chwilę pomyśleć i wrócę do ciebie. Wcale nie musimy reagować od razu.

Będę w takim razie adwokatem diabła – Ale jak to?! Przecież jestem rodzicem, jestem dorosły, więc nie mogę pokazać dziecku słabości. Muszę wszystko wiedzieć!

Podałaś właśnie idealny przepis na popełnienie całej masy błędów. Jeśli zaś pozwolimy sobie przez chwilę odetchnąć, do czego absolutnie mamy prawo, to jest to jak najbardziej okej. Szczególnie jeśli to nazwiemy i pokażemy, że jest to trudne i potrzebujemy czasu na zastanowienie. Jest to też przy okazji budowanie w dziecku zdrowych nawyków. Dajemy tym samym przykład, że warto jest być blisko siebie, myśleć i przewidywać skutki tego, co robimy.

Być może, kiedy dziecko zderzy się wtedy z zewnętrznymi zagrożeniami, będzie mu też łatwiej pozwolić sobie na taki moment zastanowienia.

Dokładnie, bo przecież wcale nie musi, jak ten koń z klapkami na oczach, iść bezmyślnie za innymi. Może dojść do wniosku, że wcale nie chce uciekać na wagary, czy sięgać po tę substancję.

Zastanawiałam się w trakcie naszej rozmowy, czy może jest jakiś kontrast pomiędzy pracą z rodzicem, który podejrzewa, że jego dziecko jest uzależnione, od pracy z rodzicem, który ma już co do tego pewność. Widzę teraz, że tak naprawdę w jego indywidualnej pracy nie robi to chyba żadnej różnicy.

Nie robi absolutnie żadnej. Nie chcę w żaden sposób oczywiście umniejszać problemowi realnego uzależnienia, bo w sferze faktów są to ogromne różnice. Podejrzenie może być bowiem związane z zupełnie czymś innym, np. zawodem miłosnym i dlatego dziecko schudło, słucha smutnej muzyki i zamyka się w pokoju, przy czym wtedy zupełnie nie ma to nic wspólnego z alkoholem, czy narkotykami. Realne uzależnienie jest bezsprzecznie inną historią. Natomiast jeśli chodzi o przeżycie rodzica, to w obu tych przypadkach musi on poradzić sobie ze stresem, z niepokojem, z lękiem.

Czyli wspólny jest fakt, że chcąc poradzić sobie z uzależnieniem dziecka, albo tak naprawdę jakimkolwiek jego problemem, rodzic powinien zacząć od siebie.

Zasada zawsze jest taka sama – wydolny, sprawdzający się rodzic to rodzic, który dba przede wszystkim sam o siebie. Tylko wtedy ma bowiem realnie coś do zaoferowania. Jeśli jesteśmy dobrze poukładani ze sobą, to mamy zasoby, którymi możemy obdzielać innych.

Zobacz też: Bo macierzyństwo po prostu jest trudne

Małgorzata Zembowicz-Kowalska
psycholożka, psychoterapeutka, specjalistka terapii uzależnień. Prowadzi konsultacje psychologiczne, terapię indywidualną, grupową, terapię par oraz terapię uzależnień. Zajmuję się również prowadzeniem zajęć treningowych, psychoedukacyjnych oraz działalnością szkoleniową i dydaktyczną – www.malgorzatazembowicz.pl

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Samotne matki, czy samodzielne matki? O rodzicielstwie w pojedynkę

Samotne matki, czy samodzielne matki? O rodzicielstwie w pojedynkę
fot.Pixabay

Dopóki patrzymy z dystansu, wydaje się, że w sumie to nic strasznego – mama samotnie wychowująca dzieci. Albo samotny tata. Jeden rodzic na jedno lub kilkoro dzieci. Tak bywa w życiu. Spojrzymy, zatrzymamy się na chwilę, jakaś myśl przebiegnie przez głowę, ale potem wracamy do swoich spraw. Może też z tego powodu, że samotne rodzicielstwo wydaje się być sprawą marginalną. A nie jest, ponieważ wiadomo, że w Stanach Zjednoczonych samotne matki wychowują 22 miliony dzieci. Można sobie wyobrazić, że w Europie proporcje są podobne. To sporo. Całe społeczeństwa wychowywane są przez jednego rodzica.  Czy Ci rodzice faktycznie powinni być nazywani „samotnymi”, czy może bardziej adekwatne określenie to „samodzielni”?

Samotne rodzicielstwo może mieć wiele przyczyn

Samotne rodzicielstwo zwykle nie jest wyborem. Wiąże się z rozwodem, rozpadem związku, porzuceniem lub śmiercią partnera. W rodzicielstwo jest więc wpisane jakieś dramatyczne wydarzenie lub nawet trauma. W tle samotnego rodzicielstwa jest więc zwykle strata. A skoro strata, to też żałoba, którą trzeba przeżyć. Świadkami tego procesu są dzieci, zmagające się własną stratą.

Wydaje się, że trudności, z jakimi zmagają się samotne matki – statystycznie jest ich znacznie więcej niż samotnych ojców – są niewidoczne dla innych osób lub bagatelizowane. Bywa, że matki są postrzegane jako silne, radzące sobie i dla innych wygodniej jest nie widzieć ich trudności. Byłoby najlepiej, gdyby samotna matka nie niszczyła tego idealnego obrazu swoimi trudnościami.

Są też matki samotne z wyboru. Jednak to, że świadomie zdecydowały się na dziecko nie znaczy jeszcze, że nie jest im trudno i nie potrzebują wsparcia.

Zobacz też: Czy można żałować macierzyństwa?

Znaczenie wsparcia i dbania o siebie

Wiadomo, że o zranioną dłoń trzeba zadbać i ją odpowiednio zabezpieczyć. Wiadomo, że dłoń jest nam potrzebna i że musi być sprawna. Nie mamy tyle wyrozumiałości dla swoich emocji. Wydaje się, że można dobrze funkcjonować nie myśląc o swoich potrzebach, możliwościach, ograniczeniach. Samotne macierzyństwo może bardzo sprzyjać nadmiernym wymaganiom wobec siebie, ale też wobec dzieci. Wymaganiom związanym z szybkim „braniem się w garść”, z przekonaniem, że jeśli zacznie się myśleć o swojej sytuacji, analizować ją, nie da się dłużej normalnie funkcjonować. Tama, która dotąd powstrzymywała emocje, rozpadnie się.

Paradoksalnie energia, którą samotni rodzice wkładają w nieczucie, mogłaby zostać spożytkowana na poradzenie sobie z uczuciami, które mogą się pojawić. I tak na przykład zupełnie naturalnym i adekwatnym wydaje się, że samotna matka, która odeszła od przemocowego męża musi uznać, że była ofiarą nadużyć, zmierzyć się z bezsilnością czy gniewem. Natomiast wdowiec, który samotnie wychowuje dzieci musi zmierzyć się z uczuciami związanymi z żałobą. Trzeba uznać to, co się wydarzyło, zobaczyć swoją rolę w przeszłych wydarzeniach.

Jeśli kobieta zakończyła związek z agresywnym mężczyzną może zmagać się z zaniżonym poczuciem własnej wartości, wątpić w swoje możliwości w pracy, obawiać się, że sama sobie nie poradzi (pewnie słyszała to wiele razy podczas trwania związku), że nie będzie w stanie pogodzić pracy oraz opieki nad dziećmi. Z kolei wdowiec może zmagać z poczuciem, że na nic w życiu nie ma kontroli, że największe nieszczęście może zdarzyć w każdym momencie. I że na nic nie można się przygotować.

Zobacz też: „Bo mamusi będzie przykro”. Wzbudzanie poczucia winy u dziecka, czyli kilka słów o okrutnej manipulacji

Dlaczego to takie trudne?

Jeśli rodzicielstwo w ogóle jest wyzwaniem, to samotne rodzicielstwo jest codzienną wyprawą na Mount Everest. Niezależnie od pogody, bez raków, czasem bez możliwości kontaktu ze służbami ratowniczymi. Nietrudno sobie wyobrazić, że taka właśnie wizja czasami trzyma ludzi w przemocowych lub w inny sposób krzywdzących związkach. Perspektywa samotnej odpowiedzialności za dzieci wydaje się gorsza niż znane skutki uzależnienia czy przewidywalne kłótnie.

Samotne rodzicielstwo to nie tylko konieczność zapewnienia dzieciom bytu czy codzienne kładzenie dzieci spać, bez chwili odpoczynku dopóki nie zasną. Samotne rodzicielstwo to również często konieczność wytłumaczenia dzieciom, dlaczego nie ma drugiego rodzica, dlaczego nie dzwoni albo dzwoni rzadko, dlaczego związał się z kimś innym, dlaczego wydarzył się wypadek. To też samodzielne rozmowy o dojrzewaniu, seksie, wspieranie dzieci w ich kłopotach, czyli sprawy które nie zawsze są łatwe i oczywiste. Trzeba podejmować decyzje, których skutki mogą być dalekosiężne.

Zobacz też: Jak przetrwać wczesne macierzyństwo? Poznaj kilka sposobów

Doświadczenie samotnego rodzicielstwa

Bycie samotnym rodzicem to doświadczenie nie związane jedynie z fizycznym brakiem drugiej osoby na co dzień. To również samotność emocjonalna. To codzienna odpowiedzialność, której nie można podzielić na dwa. To brak przestrzeni wewnętrznej, w której można spokojnie pomyśleć o swoich sprawach, zadbać o swoje potrzeby, bo przecież obok są dzieci, które nie mają nikogo innego, do kogo mogą się zwrócić. To wreszcie poczucie winy, że życie potoczyło się inaczej niż by się chciało i co gorsza inaczej, niż życie większości bliskich i znajomych.

Samotne rodzicielstwo to doświadczenie intensywne pod względem jakości i ilości codziennych zmagań. Nie ma nikogo, kto rodzica odciąży, ale też odciąży dziecko. Rodzic, który ma dorosłą, wyłączną relację z drugim człowiekiem będzie mógł w niej bezpiecznie radzić sobie ze swoimi trudnościami. Nie będzie choćby oczekiwał od dziecka partnerstwa.

Oczywiście, samotne rodzicielstwo wymaga niezwykłych umiejętności, zmusza do nieprzewidzianych działań i podejmowania trudnych decyzji. Tak jest, nikt nie ma wątpliwości. Ale samotnym rodzicu ciąży jeszcze jedna odpowiedzialność, być może najważniejsza –  zadbania o siebie. Bez tego prawdopodobnie będzie mu bardzo trudno w relacji z dziećmi.

Zobacz też: Twoje dziecko kłamie? To dobry znak

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Złota jesień w rytmie baby blues – z pamiętnika mamy

W rytmie baby blues
fot.Pixabay

Chciałabym opowiedzieć Wam o najdziwniejszym dniu w moim życiu. To było dokładnie 7 miesięcy i 24 dni temu. W tym dniu wszystko się zaczęło, a wiele skończyło. To był początek nowego istnienia oraz pierwszy dzień reszty mojego życia.

TEN dzień

TEN dzień rozpoczął się o godz. 6 rano, kiedy to stawiłam się na Izbie Przyjęć szpitala położniczego w Warszawie w celu porodu. Miałam zaplanowane cesarskie cięcie ze względu na miednicowe ułożenie dziecka. Skubana była tak leniwa, że do końca nie chciała obrócić się główką w dół, nawet pomimo namów lekarzy specjalistów.

Przyjechaliśmy z mężem do szpitala o bladym świcie, a na operację czekałam do późnego popołudnia, w międzyczasie było dużo nagłych przypadków. Czekałam rozebrana w koszuli szpitalnej, na czczo, bez picia i jedzenia, podłączona do kroplówki z elektrolitami.

Podekscytowanie mieszało się ze strachem, a strach z przerażeniem, gdy pielęgniarka, mimo wielu prób, nie mogła wkłuć mi wenflonu w rękę, a moja krew kapała na posadzkę. Machina ruszyła i już nic nie mogło jej zatrzymać. Pozostawała nadzieja na pozytywne zakończenie.

Zobacz też: Czy stać mnie na dziecko?

Poza kontrolą

Zostałam przewieziona na salę operacyjną. Dookoła ludzie w zielonych kitlach, na środku stół operacyjny na którym zostałam położona, nade mną ogromna lampa jarzyła jasnym światłem. Wtedy to przywitała się ze mnie pani anestezjolog – pierwsza miła i sympatyczna osoba, którą spotkałam w szpitalu od rana.

Następnie młody lekarz rozciął mój brzuch. W międzyczasie żartował i mówił, że to jego ostatnia operacja przed urlopem. Pytał o imię dziecka i wiedział, że imię Larysa pochodzi z Grecji, czym zaimponował mi, bo nikt przedtem nie wiedział.

Nie czułam bólu, nic nie czułam. Oprócz totalnej bezbronności i poczucia, że życie moje i dziecka jest w ich rękach. Bogowie.

Zobacz też: Dlaczego zdecydowałam się na dziecko? Z pamiętnika młodej mamy

Złota jesień

Po chwili usłyszałam pierwszy krzyk. Wszystko dobrze, dziecko zdrowe, 10 na 10 w skali Apgar – orzekł lekarz. Zobaczyłam ją. Była piękna, biała i czysta. Patrzyła na mnie małymi oczkami, a jej wściekła mina mówiła: – Dlaczego mi to zrobiłaś?! Chyba za dobrze jej było po drugiej stronie brzucha.

Kolejne dni w szpitalu upływały mi w rytmie baby bluesa. Nie mogłam spać, ruszać się, wstać z łóżka bez bólu, wyjść poza oddział na świeże powietrze. Nie potrafiłam karmić dziecka piersią i znikąd nie widziałam możliwości pomocy. Mimo uczestnictwa w dwóch szkołach rodzenia, przeczytania tony poradników – nic nie przygotowało mnie na takie emocje. Trzymałam na rękach córeczkę, a moje łzy kapały na jej malutką główkę.

Rodzina i znajomi przychodzili w odwiedziny, a ja powoli uczyłam się opieki nad noworodkiem. Odżyłam dopiero po powrocie do domu, wtedy też mogłam w spokoju nakarmić córeczkę i wyjść z nią na spacer. Była piękna, złota jesień – wiosna mojego macierzyństwa.

Alina HRabina

Zawodowo związana z branżą HR. Obecnie na urlopie macierzyńskim. Mieszka w Warszawie, chętnie odbywa podróże małe i duże.

Dzieciaki, jesteście wspaniałe! Poradnik dla dzieci (i nauczycieli)

Poradnik dla dzieci i nauczycieli
Wymiatasz! Świetny poradnik jak wzmocnić dziecko – Fot. Pixabay

„Wymiatasz! Uwierz w siebie i odważ się zostać mistrzem, w czym tylko zechcesz” to tytuł świetnej książki, która pomoże dzieciom dostrzec swoje mocne strony i nauczy, jak dążyć do celu.

Twoje dziecko narzeka , że nie radzi sobie z matematyką, nie za szybko biega za piłką, a czytanie je nudzi? Okazuje się, że bycia dobrym w czymś, czyli wymiatania, można się nauczyć.

Ten poradnik dla dzieci i młodzieży pokazuje, jak odpowiednie nastawienie do nauki i życia może pomóc w spełnieniu marzeń.

Angielski tytuł książki brzmi „You are awesome”, co w kontekście zawartości książki  i mechanizmu wzmacniania dzieci, wydaje się korzystniejszy, ale rozumiem, że wydawca miał problem z przetłumaczeniem tytułu tak, żeby był neutralny dla chłopców i dziewczynek. A „wymiatasz” to modne i coraz częściej używane słowo.

Zobacz także: „Jakie to proste” czyli jak zrozumieć matmę?

Prawdziwe historie wymiataczy

Dzieci poznają prawdziwe historie wymiataczy, wśród których są m.in. David Beckham, siostry Brontë Mozart czy Jay-Z. Autor rozprawia się z mitem, że wystarczy sam talent, żeby odnieść sukces –przedstawiając historie znanych i mechanizm zdobycia światowej sławy.

Benjamin Franklin powiedział, że „wszyscy ludzie o wysokich kompetencjach nieustannie szukają sposobów na dalszą naukę, rozwój i podnoszenie kwalifikacji”. Smutna prawda jest taka, że jeśli nie dbamy o swój mózg – nie uczymy się nowych rzeczy, niewłaściwie się odżywiamy, żyjemy w stresie – jego funkcjonowanie jest mocno zaburzone.

Trudno zmienić nawyki, ale jest to możliwe. I to dosyć szybko. Jeśli pozbędziemy się blokad, tego, co nam przeszkadza, łatwiej będzie pracować nad celem, dojść do perfekcji. Warto poznać ten mechanizm! Dobrze byłoby, żeby tę książkę przeczytali nauczyciele – wzmacnianie uczniów, ich zapału i kreatywności powinno być głównym zadaniem szkoły.

Zobacz także: Czytamy, czyli 10 rad jak wychować mola książkowego

Poradnik dla dzieci i nauczycieli

Dzisiaj liczy się sukces – każde dziecko musi go odnieść! Uczą tego media społecznościowe i niestety – szkoła z przeładowanym programem. Ta książka pokazuje, że sukces równa się spełnienie oraz miłość do tego, co się robi – najważniejsza jest pasja!

A sukces to przede wszystkim duży wysiłek i oswojenie strachu przed porażką. Jak zapewniają autorzy – ta książka to właśnie bliskie spotkania trzeciego stopnia z sukcesem. Stopień po stopniu droga do celu – nauczenie się tego nie jest trudne, szczególnie dzisiaj, kiedy wiemy, jak można zmienić pracę naszego mózgu i co za tym idzie – nasze myślenie.

Drużyna Wymiataczy to Matthew Syed – mistrz tenisa stołowego i autor bestsellerów, Matt Whyman – specjalista od porad osobistych, Kathy Weeks – trenerka nastawienia oraz autor rysunków Toby Triumph.

 

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Jak rozpoznać wampira energetycznego?

jak rozpoznać wampira energetycznego
Jak rozpoznać kogoś, kto wysysa z nas energię? – Fot. Pixabay

Dr Christiane Northrup jest znaną na całym świecie specjalistką od zdrowia kobiet, ginekolożką, położnikiem i chirurgiem, która pomaga kobietom odkryć siłę tkwiącą w ciele. Jej książka „Ciało kobiety, mądrość kobiety” to prawdziwa biblia zdrowia. W swojej książce „Wampiry energetyczne” objaśnia jak rozpoznać kogoś, kto wysysa z nas energię, w jaki sposób buduje toksyczne relacje i jak wpływa na nasze życie. I jak się przed nimi bronić.

Związki, które tworzymy mogą nas wzmacniać lub osłabiać, mogą być źródłem poczucia bezpieczeństwa lub chaosu. Dobry związek sprawia, że czujemy się silni, przypomina nam dlaczego żyjemy.  W toksycznej relacji jesteśmy wykończeni emocjonalnie, zrujnowani finansowo i fizycznie.

Świat jest pełen różnych typów ludzkich. Jeśli jesteś empatyczną osobą, swoją energię, ciepło i optymizm dajesz ludziom, których spotykasz. Na swojej drodze spotykamy często tzw. wampiry energetyczne – które musimy zidentyfikować i nauczyć się chronić przed nimi. Jak to zrobić? To niełatwe, bo są to osoby charyzmatyczne, odnoszące sukces i świetnie wyglądające.

Empatyczni ludzie posiadają zasoby pozytywnej energii i unikalną zdolność współodczuwania oraz dbania o ludzi, dlatego są idealnym celem dla wampirów, którzy żywią się tym, co dobre i używają tej wrażliwej natury przeciwko wrażliwcom. Wampir energetyczny sprawiają, że dopada nas smutek, zwątpienie w realizację planów, jesteśmy osłabieni i czujemy się przegrani.

Jeśli jesteś w związku z wampirem energetycznym, możesz nie zdawać sobie z tego sprawy, ale twoje ciało daje ci znaki – chorujesz na autoimmunologiczne choroby, chroniczne zmęczenie, problemy z tarczycą, boreliozę. Brak energii sprawia, że system odpornościowy jest słabszy, a przez to  bardziej podatny na schorzenia.

Zobacz też: Pokonać prokrastynację? Tak, to możliwe!

Jak rozpoznać wampira energetycznego?

1. Musi być w centrum uwagi

Chcą być w centrum uwagi, ale najczęściej chodzi im, aby inni ludzie ich żałowali – wymyślają najróżniejsze historie: zły związek, toksyczni rodzice, męcząca praca, choroby. Strzeż się ludzi, którzy ciągle narzekają.

2. Brak energii

Mimo tego, że wysysają energię z innych ludzi, sprawiają wrażenie jakby sami nie mieli żadnej. Nie mają celu, są zagubieni, wszystko wydaje się zagrożeniem. Najczęściej trudno im znaleźć motywację do wykonania jakiejś pracy, a najczęściej zwalają jej wykonanie na kogoś innego.

3. Brak uśmiechu

Najczęściej nie są szczęśliwymi ludźmi, więc i o uśmiech trudno. Jeśli masz do czynienia z osobą, która najczęściej jest nieszczęśliwa, chociaż obiektywnie nie ma ku temu powodu, zapewne masz do czynienia z wampirem energetycznym.

4. Brak przyjaciół

Kto chciałby spędzać czas z kimś, kto żyje w ciągłym negowaniu wszystkiego i wszystkich? Owszem, wampiry energetyczne chcą poznawać ludzi, ale tylko, żeby naładować swoje akumulatory pozytywną energią. To ktoś, kto większość czasu spędza samotnie, a do tego jest ciągle zmęczony i nieszczęśliwy.

5. Brak wsparcia

Zapomnij o komplementach i pozytywnym przekazie – to może się zdarzyć tylko wtedy, kiedy potrzebna jest twoja energia.

Zobacz też: Co nas uszczęśliwia? Relacje, relacje, relacje! PSYCHOLOGIA

Jak bronić się przed wampirem?

1.Codzienna medytacja

To najlepsza metoda na nie poddanie się emocjonalnej manipulacji. Medytacja zmienia mózg,              dzięki temu lepiej radzisz sobie z rzeczywistością.

2. Uśmiech

Wiadomo nie od dzisiaj, że uśmiechając się do kogoś, przesyłasz tej osobie pozytywną energię. W otoczeniu dobrych wibracji i w pozytywnym otoczeniu wampiry energetyczne czują się zagrożone – z zazdrości lub innych negatywnych emocji.

3. Nie rozmawiaj z wampirem

Jeśli zidentyfikowałeś wampira, starałeś się przekazać mu pozytywną energię, ale nic z tego nie wyszło, powinieneś przestać utrzymywać z nim stosunki. To będzie trudne, jeśli taka osoba jest bliską rodziną lub przyjacielem, ale nie możesz wzmacniać kogoś przez cały czas.

4. Naucz się afirmacji

W obecności wampira powtarzaj w myślach: „Jestem pozytywną osobą , pełną dobrej energii i nikt nie jest w stanie tego zmienić.

Wydawnictwo: Studio Astropsychologii

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.