Przejdź do treści

Rozwód z perspektywy dziecka – jak oszczędzić mu traumy?

Rozwód rodziców

Rozstanie rodziców to dla dziecka zawsze trudne i intensywne przeżycie. Jeśli do tej pory w wychowaniu uczestniczyła zarówno mama, jak i tata, to nowa rzeczywistość może okazać się dla malucha szokiem. Dorośli, powinni więc dołożyć wszelkich starań, by rozstanie jak najmniej odbiło się na psychice dziecka. Mimo że decyzja o rozstaniu zapewne „odbije się” na całej rodzinie, to warto wiedzieć co zrobić, aby przygotować dziecko do tego procesu i pomóc mu przez niego przejść.

Zanim się rozwiedziemy… czyli jak rozmawiać z dzieckiem o rozstaniu?

Zanim rodzice oznajmią dziecku, że się rozstają, powinni się do tego… przygotować. Oznacza to, że malec nie powinien być świadkiem kłótni, podczas których rodzice w burzliwej atmosferze ustalają warunki rozstania. Najlepiej spisać wszystkie wspólne decyzje, aby jednogłośnie oznajmić zmiany, jakie czekają całą rodzinę po rozwodzie. Oczywiście najkorzystniej jest, jeśli rodzice rozchodzą się w zgodzie – dzięki temu możliwe jest umówienie wszystkich kwestii na spokojnie, bez niepotrzebnych napięć.

Do najważniejszych kwestii należy określenie z kim maluch będzie mieszkał i jak często będzie widywał się z drugim opiekunem.  Niestety nie zawsze rodzice są w stanie rozejść się w zgodzie. Czasem proces ten jest bardzo burzliwy – tam, gdzie emocje biorą górę, najlepiej spróbować porozumieć się przy udziale osób trzecich. W takiej sytuacji warto pomyśleć o ustaleniu wszystkich kwestii przy pomocy mediatora rodzinnego, który pomoże opracować wyżej wymienione kwestie.

Najważniejsze jest jednak dobro dziecka, dlatego priorytetem dla rodziców powinno być zaoszczędzenie mu niepotrzebnego stresu i napięć. To czego zdecydowanie rozwodzący się małżonkowie powinni unikać to krzyki i awantury w domu, których dziecko jest często biernym słuchaczem.

Jedna z najtrudniejszych rozmów w życiu?

Gdy wszystkie ustalenia są już przygotowane i spisane, należy przystąpić do rozmowy z dzieckiem. Ważne, aby była ona przeprowadzona wspólnie przez oboje rodziców – na spokojnie i bez zbędnych emocji (dziecko już i tak wystarczająco się stresuje).

Jeśli dziecko jest już starsze, należy potraktować je po partnersku i z należytym szacunkiem – nie oszukiwać, ale szczerze (w miarę możliwości) wyjaśnić przyczyny rozstania. Dla niego w tej chwili liczy się zapewnienie, że tak naprawdę najważniejsze, czyli rodzicielska miłość nie zmieni się i rodzice będą je tak samo wspierać, opiekować się nim… mimo że nie będą już razem mieszkać.

Co istotne, gdy rodzice się kłócą, pociechy często myślą, że to ich wina – zapewnijmy, że tak nie jest.

Należy być jednak bardzo ostrożnym i uważnym – w czasie rozwodu, gdy dziecku burzy się cały świat, może być ono bardzo wrażliwe – nerwowe lub agresywne, a czasem zupełnie zamknięte w sobie i wycofane.

Do obowiązków rodziców należy więc baczne obserwowanie jego zachowania, a każda różnica w jego zachowaniu powinna skłonić mamę i tatę do szybkiej reakcji. Zmiany te mogą być widoczne niemal w każdej sytuacji np. jako niechęć do jedzenia, problemy ze snem czy moczenie się w nocy.

Pomoc psychologa? Tak, koniecznie

Rozwód to duża zmiana i trudna sytuacja dla całej rodziny – nie tylko samych małżonków. Nagle idealnie poukładany w małej głowie świat rozsypuje się.

Oczywiście dzieci różnie reagują – zależy to od ich wieku, świadomości, osobowości, odporności na stres czy właśnie stylu w jakim rozwodzą się rodzice. Jedne mogą mniej odczuć negatywne skutki mniej, inne bardziej. Dlatego rozchodzący się małżonkowie powinni zapewnić dziecku emocjonalne wsparcie na każdym etapie tego trudnego procesu. W tym celu korzystne, a czasem nawet konieczne może okazać się pójście z dzieckiem do terapeuty lub psychologa. – komentuje Paulina Mikołajczyk, psycholog z Centrum Medycznego Damiana.

Według ekspertki, zadaniem psychologa będzie przeprowadzenie go przez ten wymagający i obciążający okres, tak aby jak najszybciej zaadaptowało się do nowej sytuacji.

Musimy być świadomi, że źle przeprowadzony rozwód może na trwałe pozostawić ślad w psychice dziecka, a w konsekwencji wpływać na trudności w nawiązywaniu relacji, problemy z zaufaniem, a w obawie, by nie powtórzył się scenariusz rodziców – nawet lęk przed budowaniem długoletnich związków. Rozwód to niemal zawsze stres dla dziecka, dlatego sesje z psychologiem często są jedynym sposobem, by zapewnić mu poczucie bezpieczeństwa i wsparcie emocjonalne – dodaje Paulina Mikołajczyk.

Po rozwodzie składane obietnice nadal obowiązują!

Po rozwodzie należy pamiętać, aby przestrzegać danego dziecku słowa. Jeśli rodzice są coraz rzadziej obecni w jego życiu, może być to dla niego bolesny cios.

Jako rodzice starajmy się nie zawieść zaufania dziecka. Jeśli po raz kolejny odwołamy wspólny weekend, poczuje się ono oszukane. To szczególnie ważne, gdy któryś rodzic wiąże się z nowym partnerem, który także ma dzieci. Jeśli całą swoją energię i zaangażowanie przelejemy na „nową rodzinę” – nasza pociecha na pewno mocno to odczuje. Dlatego poważnie podejdźmy do sytuacji i jeśli przed rozwodem na coś się umówiliśmy. Dopilnujmy, żeby dotrzymywać danych obietnic. W przeciwnym razie, dziecko będzie miało do nas duży żal, który może doprowadzić nawet do osłabienia, a nawet całkowitego zerwania relacji – kończy psycholog Paulina Mikołajczyk.

Zobacz też:

Ekspert

Paulina Mikołajczyk

psycholog dziecięca z Centrum Medycznego Damiana.

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.

Koń terapeuta – czemu nie? Okiełznaj emocje i ściągnij cugle z Karoliną Czarnecką! WYWIAD

Konie towarzyszą człowiekowi od zawsze. Służą do pracy, transportu, rozrywki oraz… terapii. O terapeutycznej mocy koni, ich podmiotowości i wpływie na nasz rozwój rozmawiałam z Karoliną Czarnecką, psycholożką i facylitatorką programów rozwojowych z końmi.

Alina Windyga-Łapińska: Kiedy zaczęła się Twoja przygoda z końmi?

Karolina Czarnecka: Wiele lat temu, gdy byłam kilkuletnią dziewczynką. Odwiedzając daleką rodzinę na wsi, zostałam posadzona na dużego pociągowego konia i tak już zostało, jak to się mówi „łyknęłam bakcyla”. Rodzice mówili, że mam „radar” na konie, gdyż wyczuwałam je z daleka i nie potrafiłam przejść obojętnie, musiałam chociaż popatrzeć, pogłaskać.

Stopniowo zdobywałam doświadczenie pod okiem trenerów w państwowych i prywatnych stadninach. Startowałam w zawodach i uczyłam młodych adeptów sztuki jeździeckiej.

Często, żeby jeździć konno, wstawałam bardzo wcześnie rano i jeszcze przed szkołą jechałam do stajni. Pomagałam tam wyrzucać gnój z boksów – co uważam za bardzo cenne, uczące doświadczenie. Zaufanie osób, z którymi współpracowałam, zaowocowało pracą polegającą na przygotowywaniu koni do pracy pod jeźdźcem.

Zobacz też: Jak blisko jest zbyt blisko. Czy rodzice i dzieci mogą się przyjaźnić?

Obecnie pracujesz również z tzw. trudnymi końmi. Na czym polega taka praca?

W żargonie jeździeckim „trudny koń” to koń stwarzający problemy, który np. kopie, gryzie, ucieka, atakuje, ponosi, zrzuca i myślę, że takich zachowań mogłabym wymieniać bardzo dużo, ale w głównej mierze możemy powiedzieć, że trudny koń to taki, który nie jest podporządkowany.

W pracy z końmi zauważyłam, że problem często nie jest w samym zwierzęciu, ale w doświadczeniach, jakie miało w kontakcie z człowiekiem. Pracę z końmi, które zostały zmuszone do stosowania wszystkich znanych im technik obronnych, można podzielić na części, fundamenty.

Pierwszym z nich jest czas – dużo czasu, po to, by zbudować relację opartą na wzajemnym szacunku i zaufaniu. Kolejnym fundamentem są umiejętności, znajomość środowiska, potrzeb, sposobu komunikacji koni. Aby być dobrym przewodnikiem koni, trzeba umieć dostosować siebie i swoje założenia treningowe do aktualnego stanu konia. Wchodząc w relację z koniem, poznając go, potrafimy określić, w jakiej jest formie, czego potrzebuje. Dla mnie jest to pierwsza czynność po przyjściu do stajni – sprawdzam jak koń się miewa, co chce mi powiedzieć.

Trzecim fundamentem jest znajomość siebie samego, swoich potrzeb, emocji, stanu, w jakim aktualnie jesteśmy. Konie od pierwszych chwil, gdy do nich wchodzimy, wiedzą co jest w nas autentyczne i na to reagują. Jeśli sami jesteśmy nerwowi, koń też staje się nerwowy. Często obserwowałam i w dalszym ciągu obserwuję jeźdźców, którym nie idzie trening i mówią, że to wina konia, bo jest trudny, krnąbrny. Wtedy zadaję im pytanie:  „A jak jest z Tobą?”

Dobre pytanie! Dlaczego jeszcze warto przebywać z końmi?

Konie są roślinożercami, zwierzętami stadnymi, posiadają niezwykle rozwiniętą chęć współpracy, wrażliwość oraz umiejętność komunikacji niewerbalnej. Podczas gdy ludzie mogą mówić, wyjaśniać i racjonalizować myśli, konie żyją w całkowicie społecznej strukturze, opartej na działaniu. Konie reagują i odzwierciedlają emocje osób, z którymi wchodzą w relacje; stają się ich lustrem. Dzieje się tak dlatego, że konie są znacznie bardziej świadome mowy ciała, niż ludzie, łatwiej rozpoznają i reagują na poziomy gniewu, niepokoju, lęku lub smutku, które są niedostrzegalne dla ludzi.

Z racji bycia w stadzie, konie mają jasną strukturę i hierarchię. Szukają poczucia bezpieczeństwa. W celu przetrwania wytworzyły precyzyjny podział ról, co umożliwia im szybkie podejmowanie decyzji w chwili zagrożenia.

Współpraca z końmi oparta na dobrowolności. Wymaga od nas jednoznacznej komunikacji, szczerości, zaufania oraz zorientowania na cel. Bezpośrednie obcowanie z końmi wyzwala własną inicjatywę i kreatywność, a także uczy opanowania. Tego typu doświadczenie umożliwia wzmocnienie swojej pozycji i uwolnienie ukrytych kompetencji.

Jak już wspominałam, często widziałam i nadal obserwuję jak osoby trenujące, przyjeżdżając na trening, przynoszą ze sobą emocje z całego dnia. W takich sytuacjach założenia treningowe nie są spełniane – koń stawał się nerwowy, płochliwy, nie chciał współpracować, pokazywał całym sobą to, co dzieje się z jeźdźcem w środku, z jego emocjami. Konie nie kwestionują motywów, reagują na podejmowane działania. Są obecne tu i teraz, nie w sytuacji, która wydarzyła się kiedyś czy przewidujemy, że się wydarzy.
Konie nie oceniają tego, kim jesteśmy, ani jak wyglądamy; są obecne w realnej sytuacji, realnej relacji na chwilę obecną, i reagują na nasze sygnały. Dzięki temu mamy informację zwrotną w czasie rzeczywistym.

Konie są szczere, nie znają naszego kodu zachowań, odpowiadają na to, co widzą, słyszą i odczuwają w danej chwili, tu i teraz. Przede wszystkim, dają nam szansę na zmianę…

W jaki sposób koń „mówi” do nas? Jak prowadzić efektowny dialog z koniem?

Konie w naturalnym środowisku, między osobnikami w stadzie porozumiewają się bezgłośnie. Komunikacja niewerbalna jest im to potrzebne do przetrwania, gdyż w razie niebezpieczeństwa stawiają na ucieczkę. W związku z tym w głównej mierze posługują się językiem ciała. My, jako drapieżnicy, każdym swoim ruchem oddziałujemy na konia, ale też tym, co mamy w środku, co przynosimy i wnosimy z dnia codziennego.

Mam poczucie, że my jako ludzie, często zapominamy o tym, że konie czują, mogą mieć, tak jak my, gorszy lub lepszy dzień, a my swoimi potrzebami czy ambicjami „zabijamy” ich osobowość, zamykamy się na dialog z nimi. Efektywna komunikacja z końmi to w pierwszej kolejności praca nad samym sobą, swoją samoświadomością.

Zobacz też: „Warto być drogowskazem, nie dyktatorem” – wywiad z ekspertką na temat Pozytywnej Dyscypliny w wychowaniu dzieci

Jak koń może pomóc nam pomóc w pracy nad sobą?

Myślę, że już po części odpowiedziałam na to pytanie. Już samo przebywanie z końmi daje nam wiele – wycisza, uspokaja, każdy z nas czerpie coś innego.

Pracując z klientami opieram się o HORSE ASISTED EDUCATION, w skrócie HAE, co tłumaczy się dosłownie: NAUKA W ASYŚCIE KONI. Jest to innowacyjna metoda rozwoju osobistego w bardzo szerokim zakresie, od samoświadomości po przywództwo, dążenie do celu, zmianę. W tej niezwykłej metodzie nauczycielami są konie. Metoda ta tworzy jedyną w swoim rodzaju przestrzeń, do przyjrzenia się sobie od środka.

Podczas warsztatów pracujemy na rzeczywistej relacji człowieka z koniem, co umożliwia przyglądanie się sobie w realnej sytuacji. Obszary, którymi zajmujemy się pracując na warsztatach HAE, to: emocje, relacje, postawy, przywództwo, potrzeby, granice, wewnętrzna siła.

Czy my też mamy wpływ na konia? Czy dzięki nam koń również się rozwija?

Jak najbardziej, wszystko opiera się na autentyczności, samoświadomości, ale też przywództwie, czyli na tym, czy jako prawdziwy lider będę w stanie przedłożyć dobro członków stada, w tym wypadku konia, z którym wejdę w relację, nad swoje potrzeby.

Konie nieustannie szukają poczucia bezpieczeństwa i zadają nam pytanie: Czy będziesz w stanie poświęcić się i mi służyć? Rozumiem, że może to brzmieć dziwnie, natomiast chodzi tu o to, czy sobą, swoimi emocjami, postawą, tym co komunikujemy, dajemy koniom poczucie bezpieczeństwa, czy zapewniamy podstawowe potrzeby.

Niejednokrotnie pracując z końmi, obserwuję ich zmiany. Pamiętam jednego wałacha, który był właśnie koniem trudnym, pracowałam z nim ponad rok. Z konia, który nie dawał się złapać, atakował, straszył, stał się koniem, który chętnie przebywa z człowiekiem, podąża za nim sam z nieprzymuszonej woli.

Konie, jak my ludzie, mają swoje osobowości. Ważne żeby je akceptować, oczywiście z uważnością na szacunek nie tylko do konia; mamy też prawo wymagać szacunku od konia. Niedopuszczalne jest używanie przemocy. Czas, uważność, znajomość komunikatów, jakie wysyła nam koń, znajomość siebie, potrafi działać cuda.

Co jeszcze warto wiedzieć na temat terapeutycznej mocy konia?

Myślę, że w pierwszej kolejności warto powiedzieć o tym, że aby czerpać terapeutyczną moc od koni, musimy się zastanowić, czy jesteśmy gotowi na to, żeby otworzyć się na uczenie od koni – zwierząt, które przez wieki stały dużo niżej od nas w hierarchii. Od tego wszystko się zaczyna… Dla mnie magia koni i ich terapeutyczna moc są nie do opisania, ich trzeba doświadczyć na różnych płaszczyznach.

Zobacz też: Coach czy psychoterapeuta – kto lepiej pomoże Ci się zmienić?

Słyszeliśmy, że ostatnio zaadoptowałaś półrocznego konia, który miał trafić do rzeźni. Opowiesz, jak to było?

Oczywiście. W głowie kiełkował mi pomysł, aby powoli zacząć rozglądać się za kolejnym koniem do teamu koni trenerów HorseSpirit. Oglądałam kilka koni z ogłoszeń z polecenia, na różnym etapie ich życia i rozwoju, ale coś nie zagrało. Postanowiłam jeszcze trochę poczekać, dać sobie czas. Po kilku tygodniach odebrałam telefon od bliskiej mi osoby, z zapytaniem, czy nie znam kogoś, kto by chciał młodego konia. Zaczęłam dopytywać, co to za koń, co się dzieje i czemu tak szybko poszukiwany jest nowy właściciel. Okazało się, że jest to młodziutki ogierek, który ma trafić do rzeźni. W moich poszukiwaniach nie brałam pod uwagę tak młodego konia i do tego tak dużego – Polski Koń Zimnokrwisty. Konie tej rasy wykorzystywane są do prac polowych, zrywki drewna, ale też są hodowane na mięso. Cena sprzedaży u handlarza to ok. 12 zł za kilogram. I tak też miało się stać z tym maluchem.

Kilka dni intensywnie myślałam, rozmawiałam z bliskimi i zapadła decyzja, że go wykupuję. Pojechałam zobaczyć konia. Przyznam, że z jednej strony głowa sprowadzała mnie na ziemię, mówiąc: Spokojnie, nie widziałaś konia, najpierw sprawdź, czy jest zdrowy itd., ale serce było już przy nim. Z tymi wieloma myślami w trakcie drogi dotarłam na miejsce i zobaczyłam uwiązanego na łańcuchu źrebaka, który był bardzo niepewny i patrzył, kim jestem i czego od niego chcę.

Po tygodniu udało mi się zorganizować transport. Chciałam, żeby pierwszą swoją podróż miał komfortową i bezpieczną. Zależało mi na konkretnej osobie, która miała go przewieźć i tak też się stało. Konik był zafascynowany tym, jaki świat jest różnorodny. Dotychczasowe życie spędził przywiązanym w jednym boksie dzielonym z mamą. Po około 15 minutach udało się bez większych trudności załadować konia do przyczepy i ruszyliśmy w drogę. Po godzinie dotarliśmy na miejsce.

Raban, bo tak się nazywa, bardzo się zmienił – rośnie, zmężniał, waży już około 500 kg. Ma kolegów, z którymi chodzi na padoku, bawi się. Jak przystało na dziecko poznaje wszystko poprzez częste branie do pyszczka różnych rzeczy,  jest ciekawski i odważny. Raban jest w końskim przedszkolu, ma czas na rozwijanie się, naukę relacji, spanie w dzień, jedzenie.

Mogę powiedzieć, że dołączył do naszego teamu młody koń, który będzie w przyszłości koniem trenerem – jeśli oczywiście będzie miał na to ochotę.

Ekspert

Karolina Czarnecka

Certyfikowany facylitator programów rozwojowych z końmi (certyfikat EAHAE), Dyplomowany psycholog, certyfikowany specjalista przeciwdziałania przemocy w rodzinie, certyfikowany specjalista pomocy ofiarom przemocy, specjalista pracy ze sprawcą przemocy według modelu Partner Plus oraz Rodzina, szkoleniowiec, właścicielka firmy Syntonia. Na co dzień związana z Ogólnopolskim Pogotowiem dla Ofiar Przemocy w Rodzinie „Niebieska Linia” Instytutu Psychologii Zdrowia i Ośrodkiem dla osób pokrzywdzonych przestępstwem, gdzie prowadzi konsultacje indywidualne, zajęcia grupowe, warsztatowe oraz szkolenia.

horsespirit.pl

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat pracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, po urlopie macierzyńskim postanowiła nie wracać i zajęła się pisaniem.

Mamy TARG – targi w Łodzi, nie tylko dla mam

Mamy TARG

Targi rodzinne MAMY TARG to wydarzenie skierowane do kobiet w ciąży oraz przyszłych i obecnych rodziców, którzy cenią sobie najwyższą jakość, oryginalny design i dbałość o szczegóły. Jeżeli szukasz wyjątkowych produktów zaprojektowanych z wyobraźnią i myślą o dziecięcej wygodzie, to dobrze trafiłaś/trafiłeś!

Kolejna edycja targów rodzinnych  MAMY TARG już 29 marca 2020!

Ponad 100 wyselekcjonowanych wystawców zaprezentuje produkty zaprojektowane z wyobraźnią i myślą o wygodzie najmłodszych i ich rodziców. Będą to m.in.: niebanalne ubranka, piękne pościele i inne tekstylia, chusty i nosidła, wózki i foteliki samochodowe, kreatywne zabawki, książki, mebelki, artykuły wyposażenia wnętrz oraz odzież dla kobiet w ciąży i przydatne akcesoria dla mam.

Wszystko w jednym czasie, w wielofunkcyjnej przestrzeni łódzkiej hali EXPO.

Zobacz też: Helicopter parenting – dobre intencje, które prowadzą do kiepskich rezultatów

MAMY TARG to miejsce, w którym nie tylko zrobicie zakupy, ale także aktywnie spędzicie czas z rodziną. Na rodziców czeka wiele inspiracji i ciekawe warsztaty, a na najmłodszych liczne niespodzianki. Będą mogli smakować, poznawać, odkrywać i doświadczać wszystkimi swoimi zmysłami. Organizatorzy liczą na to, że spędzicie z nimi cały dzień. Obiecują strefę jedzenia uwzględniającą najbardziej wymagające gusta.

Ponadto czekają na Was:

➡ ciekawe prelekcje i warsztaty dla rodziców
➡ strefa animacji dla dzieci
➡ konkursy z nagrodami
➡ strefa z pysznym jedzeniem i kawą
➡ strefa dla karmiących mam

MAMY TARG vol. 9

HALA EXPO
POLITECHNIKI 4, ŁÓDŹ
29/03/2020, godz. 11 – 18
WSTĘP: 7 zł (1 os.), 10 zł (2 os.)
DZIECI do 12 roku życia GRATIS

Bilety do nabycia ONLINE ( https://evenea.pl/event/355580-93/) lub na miejscu w dniu wydarzenia.

Filmik z poprzedniej edycji targów pokazuje, jakim zainteresowaniem cieszyły się targi:

Zobacz też: „Dobra rada? Nie, dziękuję!” – okiem młodej mamy

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat pracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, po urlopie macierzyńskim postanowiła nie wracać i zajęła się pisaniem.

Mama dwójki – czy to już czas?

mama dwójki
Mama dwójki - czy już "powinnam" nią być?

Zanim zostałam mamą, głośno mówiłam o tym, że chciałabym szybko urodzić drugie dziecko. Najlepiej odczekać rok i zajść w kolejną ciążę. Tak przecież wszyscy radzą, bo dzieci będą się razem bawiły, a jak się już wyjdzie raz z pieluch, to później ciężko zdecydować się na kolejne dziecko. Trzeba iść za ciosem! Brzmi to jak rozsądny plan.

Mijały miesiące, ja nadal w głowie miałam ten „idealny” plan i mocne postanowienie, że za chwilę postaramy się o kolejne dziecko. Na pewno dam sobie radę, wiele rodzin w końcu daje. Dodatkowo lata lecą i nie robię się młodsza, muszę o tym pamiętać. Sytuacja finansowa jest stabilna, mieszkanie wystarczająco duże. W zasadzie nie ma żadnych przeszkód. Co więcej, mojej córce przyda się rodzeństwo.

To jak będzie?

Postanowiłam się jednak na chwilę zatrzymać i raz jeszcze wszystko przeanalizować. Dopuściłam do głosu swoje uczucia i zadałam sobie kilka pytań. Czy ja chcę „dawać radę”? Czy mój partner chce „dawać radę”? Przecież chyba nie z takim poczuciem, że „jakoś to będzie” powinniśmy zapraszać do naszego życia kolejnego członka rodziny.

Dokonała się wtedy w mojej głowie mała batalia, w której po jednej stronie stały przekonania ludzi z zewnątrz, a po drugiej moje uczucia. Początki rodzicielstwa nie są łatwe, bezwarunkowo jest to jeden z piękniejszych momentów w życiu, ale bywa ciężko. Kolki, skoki rozwojowe, ząbkowanie i nieprzespane noce – nie to było dla mnie najtrudniejsze. Najtrudniejsze było – i nadal jest – poczucie odpowiedzialności emocjonalnej za moje dziecko. Musiałam zmierzyć się z tym, że to MY budujemy podstawy, z którymi ONA wkroczy w życie.

Poznajmy się lepiej!

Czuję, że te podstawy budujemy głównie poprzez nasze podejście do dziecka, samych siebie oraz otwartość, z jaką podchodzimy do świata. Ta świadomość zachęciła mnie do odkrywania schematów, jakimi ja sama się posługuję oraz sprawdzania skąd się one wzięły. Czasami to tylko obserwacje, a czasami silna potrzeba zmiany. Nie chodzi tu o bycie ideałem, bo tacy ludzie nie istnieją. Nie ma również rodziców, którzy nie popełniają błędów. Może chodzi tylko o to, aby dać sobie przyzwolenie na te błędy, zauważać je i badać. Otworzyć się na siebie i swoje dziecko.

Niewątpliwie trwa właśnie przepiękna i najbardziej intensywna pod kątem rozwoju przygoda w moim życiu. Właśnie to – emocjonalność – jest dla mnie w macierzyństwie najtrudniejsze i pochłania najwięcej energii. Dlatego dziś czuję, że to jeszcze nie czas. Nie mam w sobie jeszcze przestrzeni, żeby ponownie zostać mamą. Może za miesiąc, może za rok… Dzisiaj jestem dumna, że pozwoliłam to sobie poczuć – Ty też nie bój się weryfikować swoich planów i uczuć.

Zobacz też: „Dobra rada? Nie, dziękuję!” – okiem młodej mamy

Paulina Skwarzyńska

Zawodowo zajmuje się marketingiem afiliacyjnym. Prywatnie mama 1,5 rocznej Michaliny, fanka rodzicielstwa bliskości, miłośniczka koni.

And the Oscar goes to – czyli hollywoodzkie nagrody 2020

Oscary 2020
Fot. materiały prasowe

To był coroczny, najważniejszy dzień ( i noc) w świecie filmu. Po raz 92. nagrodzono najlepsze filmy 2019 roku. Największym zwycięzcą tegorocznych Oscarów okazał się „Parasite” Bonga Joon-ho, nagrodzony czterema statuetkami.

Najlepszy z najlepszych!

„Parasite” to pierwszy w historii Oscarów film nieanglojęzyczny, który wygrał zarówno w swojej kategorii, jak i w głównej kategorii „najlepszy film”. Został uznany też za najlepszy scenariusz  oryginalny i reżyserię. Czy to znak, że ceremonia wreszcie przestaje być lokalną imprezą, nagradzającą głównie filmy wyprodukowane w Stanach? Eksperci radzą poczekać do przyszłego roku, żeby sprawdzić, czy rzeczywiście tak się stanie.

Statuetki dla południowokoreańskiego filmu Bong Joon-ho nikogo nie zdziwiły.  To dramat obyczajowy,  czarna komedia i thriller w jednym – historia biednej rodziny, która mieszka w piwnicy wielopiętrowego bloku i do której pewnego dnia uśmiecha się los –  wszyscy zdobywają zatrudnienie u bogatej rodziny Parksów. Obserwujemy zderzenie dwóch światów, w którym następuje ciąg tragikomicznych zdarzeń. To film, który porusza problem nierówności społecznych i wykluczenia – nic dziwnego, że zdobył także Złotą Palmę w Cannes.  Film dostał aż 6 nominacji i finalnie zdobył cztery statuetki, pokonując tym samym Sama Mendesa i jego świetny „1917”,  nominowany aż w 10 kategoriach.

Trudno się więc dziwić, że nasze „Boże Ciało”, nominowane w kategorii najlepszy film międzynarodowy, pozostało „tylko” z nominacją. Film Jana Komasy miał w tym roku mocnych konkurentów, z „Parasite” na czele.

 

 

„Boże Ciało” – polski, silny akcent

„Boże Ciało” to oparta na faktach historia Daniela (w tej roli fantastyczny Bartosz Bielenia) – 20-latka, którego poznajemy, kiedy ma zacząć swoje nowe życie po wyjściu z zakładu poprawczego. Chciałby zostać księdzem, a jego wzorem jest kleryk, który pomagał chłopcom w poprawczaku. Daniel zdaje sobie sprawę z tego, że jego marzenie nigdy się nie spełni, ale los kieruje go do wioski, do kościoła. Okazuje się, że niemożliwe staje się możliwe i w krótkim czasie Daniel nie tylko spowiada wiernych, ale jest też prawdziwym natchnieniem dla miejscowej ludności. Chłopak dostrzega problemy nękające mieszkańców, próbuje być duchowym przewodnikiem tych, których dotknęła tragedia, jednocześnie zdaje sobie sprawę z powierzchowności wiary. Do głosu dochodzą bowiem najgorsze cechy polskiego społeczeństwa: zazdrość, osądzanie, zgoda na przemoc i inne patologie.

Nie jest to film o kościele, tylko o nas, o polskim społeczeństwie.  I o chłopcu, który zasługuje na drugą szansę i na moment rzeczywiście ją dostaje.


Nie był to jedyny polski akcent na uroczystości – na scenie zobaczyliśmy Kasię Łaskę. Artystka wraz z innymi piosenkarkami towarzyszyła Idinie Menzel, wykonującej piosenkę Elzy z Krainy Lodu 2.

Aktorska śmietanka

Jeśli chodzi o statuetki za role pierwszoplanowe, werdykt zgodził się z przewidywaniami bukmacherów. Nagrody otrzymali – Joaquin Phoenix za rolę w filmie „Joker” oraz Renée Zellweger za tytułową „Judy”. Przemowa Phoenixa była zdecydowanie najbardziej zaangażowanym wystąpieniem gali, która – podobnie jak w zeszłym roku – odbyła się bez prowadzącego. To pierwszy, bardzo zasłużony Oscar dla 46-letniego aktora, znanego ze swoich proekologicznych przekonań.

„Sztucznie zapładniamy krowy i zabieramy ich dzieci. Żeby sprawić sobie przyjemność, kradniemy im mleko, żeby nalać do kawy” – powiedział Pxoenix, odbierając statuetkę. Wspomniał także o prawach osób LGBT i przyznał, że praca z nim nie była łatwa – przeprosił tych, z którymi pracował i podziękował za otrzymaną drugą szansę.

Spełniły się także przewidywania, kto dostanie Oscara 2020 za najlepszą rolę drugoplanową. Największe szanse na zdobycie statuetki mieli tegoroczni zdobywcy Złotego Globa, czyli Brad Pitt za rolę w „Pewnego razu w Hollywood” oraz Laura Dern za rolę w filmie „Historia małżeńska”. Tak też się stało i statuetki zasłużenie powędrowały do aktorów.

Oscary 2020 – kto jeszcze zwyciężył?

Statuetkę za najlepszą piosenkę (Rocketman) dostaje Elton John i odbiera ją ze swoim wieloletnim tekściarzem Berniem Taupinem.

Najlepszy film animowany to „Toy Story 4”, najlepszym krótkometrażowym filmem animowanym okazał się „Hair Love” Matthew A. Cherry’ego i Karen Rupert Toliver,  a statuetkę za najlepszy film krótkometrażowy dostał film „The Neighbour’s Widow”.

Nie zdziwiła też nagroda za najlepsze kostiumy, która przypadła Jaqueline Durran za film „Małe Kobietki” film Grety Gehrwig.


Zobacz też: 12 najpiękniejszych – choć nieoczywistych – filmów o miłości!

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.