Przejdź do treści

Uzależnienia, depresja, bezsilność – co jest po drugiej stronie gabinetu? Terapeuta: „To my sami jesteśmy narzędziem naszej pracy”

Uzależnienia, depresja, lęk… wszystko to niesie za sobą ogromny bagaż cierpienia. Nieraz wydaje się, że są to sytuacje bez wyjścia i bez nadziei. Gdyby jednak tak było, praca terapeutów nie miałaby najmniejszego sensu. A chodzi właśnie o to, żeby tego sensu szukać. Szukać go wspólnie, bo po drugiej stronie gabinetu też w końcu znajduje się człowiek. „Moment, gdy siedzisz i koncentrujesz się na osobie, z którą rozmawiasz, patrzysz na nią i ją po prostu czujesz, jest tym, co w swojej pracy lubię najbardziej” – mówi Jakub Sudoł, specjalista terapii uzależnień.

Słyszysz: „uzależnienie”. Jaka jest twoja pierwsza myśl?

Jakub Sudoł: Pierwsza myśl to oznaczenie w klasyfikacji diagnostycznej. Jaka to choroba, jakie to będzie „F”, od czego jest to uzależnienie – od alkoholu, opiatów, marihuany.

Czyli pierwsze skojarzenie to zawód?

Tak, ale na drugim miejscu są pacjenci. Te dwie myśli właściwie się we mnie zderzają. Nie jest to jednak jakaś określona twarz, ale każda kolejna osoba, która tutaj przede mną siada.

Zastanawiało mnie, na ile już w pierwszej myśli możemy dowiedzieć się, czy bycie terapeutą to dla ciebie tylko praca, czy może jest pod tym coś więcej.

Zadajesz pytanie w gabinecie terapeutycznym, więc siłą rzeczy odbija się to na mojej odpowiedzi. Tutaj traktuję to mocno zawodowo, chociaż bez wątpienia stoi za tym coś znacznie więcej.

A jesteś sobie w stanie przypomnieć, jaka byłaby twoja pierwsza myśl na dźwięk słowa „uzależnienie”, zanim zacząłeś się tym zajmować?

Pewnie były to strzykawki, lufki, jacyś dilerzy i szemrane interesy.

Który z tych elementów wizji uzależnienia najbardziej się w takim razie zmienił?

Właśnie ten od którego zacząłem – praca. Uzależnienie połączyło mi się z objawami, klasyfikacją i przede wszystkim z terapią. Kiedyś były to dla mnie hasła funkcjonujące osobno, a teraz nie mają one w mojej głowie oddzielnej reprezentacji. Nie widzę już tylko obrazu osoby uzależnionej, która funkcjonuje w stereotypowym, wspomnianym przeze mnie „szemranym” świecie. Widzę jej terapię.

Zastanawia mnie to, bo myślę sobie, że przeciętny człowiek słysząc: „osoba uzależniona od narkotyków”, widzi zjawisko bardzo rzadkie i co więcej, definitywnie patologiczne.

Pewnie w dużej mierze tak jest. Mi też kiedyś wydawało się, że jest to coś niezwykle strasznego, a jeśli już coś takiego dostrzeżemy, trzeba natychmiast uciekać. Teraz w pewnym sensie bardzo mi to spowszedniało. Po pierwsze, nie postrzegam uzależnienia od narkotyków jako coś bardzo rzadkiego. Po drugie, jako coś wiążącego się z obrazem „zdegenerowanego narkomana leżącego na ulicy”. Po trzecie – i chyba najważniejsze – jako coś przepełnionego złem. Uzależnienie to choroba jak każda inna.

Pod tym względem być może zmieniła się także moja reakcja emocjonalna. Wcześniej, próbując wyobrazić sobie uzależnienie, miałem przed oczami obraz jak z filmu. Teraz mam zdecydowanie mniej lęku i strachu, a pewnie to głównie te emocje kiedyś się we mnie pojawiały.

Czy w takim razie to właśnie z nimi przychodzą do ciebie najczęściej osoby współuzależnione, których to bliscy biorą?

Tak, jest w nich dużo lęku.

Lęku o to, że narkotyki dotyczą właśnie bliskiej im osoby, czy lęku o wspomnianą wizję „zdegenerowanego narkomana”?

Jedno wynika z drugiego. Pojawia się zarówno taki obraz, jak i połączenie życiowego faktu mówiącego, że dotyczy to mojego dziecka. Z tego właśnie rodzi się strach. Strach i wstyd.

Powiedziałeś: „dziecka”.  

Mówiąc „dziecko”, nie mam na myśli wieku. Często nie są to wcale młodzi ludzie. Miałem niedawno pacjenta, którego uzależniony syn ma 37 lat. Nie jest więc on osobą dopiero wchodzącą w życie. Za określeniem „dziecko” stoi rola, w jakiej rodzice stawiają bliskich im ludzi – niezależnie od wieku.

Jeśli 30-letni facet wciąż traktowany jest przez rodziców jak dzieciak, to może uzależnienie staje się całkiem adekwatnym do sytuacji mechanizmem?

Nie podjąłbym się jednoznacznej deklaracji, co było pierwsze, a chyba właśnie o to pytasz. Czy początkowo było uzależnienie, a potem rodzic zaczął traktować go jak „dziecko”? A może najpierw traktował go jak „dziecko”, a potem pojawiło się uzależnienie?

Bardzo bliska jest mi myśli, że niezwykle rzadkie są sytuacje zero-jedynkowe. Z reguły są to procesy, które narastają przez lata i wzajemnie się wzmacniają. Dlatego też mechanizm współuzależnienia jest tak trwały – zarówno dla osoby uzależnionej, jak i jej bliskich.

Z kim w takim razie wolisz pracować – z uzależnionymi, czy ich rodzinami?

To nie jest tak, że z kimś „wolę” pracować. Z każdym człowiekiem terapia jest inna, ale zasadniczo największe trudności wywołuje praca z osobami, które bardzo długo i dużo mówią, że chcą się zmienić, a nie podejmują w tym kierunku żadnych kroków. Także z osobami, które są zaburzone osobowościowo, a tacy ludzie często zdarzają się zarówno wśród osób uzależnionych, jak i współ.

Wyobraźmy sobie w takim razie, że wychodzisz właśnie z takiej sesji. Co jest dalej? Czy coś się w tobie dzieje?

Pewnie, że się dzieje. Jeśli jednak pytasz o moją reakcję emocjonalną, to nie jest ona mocno nasilona, choć odczuwam czasami bezsilność, złość, troskę czy radość. Wiele wydarza się głównie na poziomie warsztatowym. Zadaję sobie wtedy pytania o to, w jakim kierunku należałoby podążyć w pracy z taką osobą? Co dalej? Co za miesiąc? Pojawiają się też swego rodzaju rokowania, zwłaszcza jeśli nie są one nazbyt optymistyczne. To właśnie nazywam owym „dzianiem się”.

Zapytam więc wprost – ile emocji z pracy zabierasz ze sobą do domu?

Na poziomie świadomym niewiele, a na poziomie nieświadomym zapewne przynajmniej drugie tyle. Nie mam wątpliwości, że do domu wnoszę nie tyle emocje z konkretnej relacji, ale z całego dnia pracy. Bywają dni, kiedy spotykam się z 10 osobami, z czego 6 jest w kryzysie, 2 są w trakcie niejasnego procesu diagnostycznego, a kolejne 2 w znacznym oporze. Dodatkowo trzeba uzupełnić dokumentację, gdzieś pomiędzy tym zaopiekować się stażystą, a wracając z pracy kupić ziemniaki. Wiesz o co chodzi i pewnie sama to znasz, kiedy po powrocie z pracy nie ma w głowie przestrzeni na cokolwiek ponadto. To są pojedyncze, lecz trudne dni. Tak, może być to obraz poddenerwowanego człowieka, ale na szczęście jest on w moim przypadku bardzo rzadki.

A spotkałeś pacjenta, z którym czułeś, że sobie nie poradzisz i skierowałeś go do kogoś innego?

Tak.

Było to dla ciebie trudne, czy może byłeś całkowicie pewien, że dobrze robisz?

Niezależnie od tego, czy byłem pewien, że robię dobrze, to mogło mi być np. smutno. Dosłownie przed miesiącem miałem pacjenta, któremu poleciłem inne miejsce. Pomimo tego, że miałem wobec niego jak najbardziej pozytywne uczucia, miałem też przekonanie, że tam może wydarzyć się dla niego zdecydowanie więcej dobrego, niż w moim gabinecie.

Pytasz mnie pewnie jednak o to, na ile jakiś rodzaj „przyssania emocjonalnego” do pacjentów, może przeszkadzać nam w podejmowaniu decyzji dotyczących pracy z nimi. Przypominam sobie moją pierwszą taką sytuację. W terapii nic już się nie działo i ewidentnie pacjentka przychodziła tylko po to, żeby „pogadać”, o czym nieśmiało zresztą komunikowała. Nic to nie wnosiło ani tutaj, ani w życiu tej osoby. Powiedziałem wtedy pani, że gdy podejmie decyzję w sprawie, która de facto była tylko pozornym powodem naszych spotkań, to ją zapraszam. Jeśli nie, to czas kończyć. Pani więcej nie przyszła. Teraz myślę sobie, że była to świetna interwencja, którą być może trzeba było zastosować pięć sesji wcześniej.

Pamiętam też inną pacjentkę, która miała uzależnionego brata. W czasie rozmów przygotowywałem ją na to, że nasze spotkania będą musiały się kiedyś skończyć. Pracowaliśmy około roku, aż pewnego dnia po prostu przestała przychodzić. Po kilku miesiącach pojawiła się jeszcze raz, po to by powiedzieć, że już nauczyła się radzić sobie sama. To były najbardziej czytelne procesy, w których było widać, że swego rodzaju „wypchnięcie” ludzi poza gabinet, przynosi ważne i potrzebne efekty. Każda relacja terapeutyczna, żeby była konstruktywna, musi mieć swój koniec.

Mam wrażenie, że jest to pocieszające i smutne za razem.

W tym kontekście mamy tak naprawdę bardzo niewdzięczną robotę. W końcu, jeśli pacjent przestaje przychodzić i w jego głowie powstaje myśl: „Nic nowego już mi nie mówi, w zasadzie to ja już wszystko wiem i sobie sam poradzę”, to jest to najbardziej skuteczny proces terapeutyczny. Moment, gdy pacjent widzi w sobie zmianę, podjął pewne decyzje, czy poukładał sobie dany temat w głowie i ma przekonanie, że wcale nie jest to zasługa terapeuty, a jego samego – to najlepsze co może się w tym dla niego wydarzyć. Oznacza to, że jego własna sprawczość został wzbudzona.

Zastanawiam się przy tym, na ile w pacjentach jest w takim razie przekonania pt. „sam sobie nie poradzę”?

Zdarza się, że sporo. Nie jest to jednak tak, że każdy przychodzący do mnie człowiek bezradnie rozkłada ręce. Gdyby tak było, to pewnie nikt nie przekraczałby progu gabinetu terapeuty. Ludzie stwierdzaliby pewnie, że nie są w stanie przebrnąć zapisów i doczekać wizyty. Owszem, pojawia się bezradność, ale często jest ona raczej objawem depresyjnym.

To one są najtrudniejsze?

Nie, najtrudniejsze jest uzależnienie samo w sobie. Coś, co także mi się pojawia – chociaż bardziej nazwałbym to męczącym, niż trudnym – to przerzucanie przez pacjenta odpowiedzialności na ciebie.  Nieraz masz wtedy poczucie, że jesteś w terapeutycznym polu i musisz przebijać się przez gąszcz krzaków zanim cokolwiek dalej zacznie się dziać.

Bardzo ciekawe jest to, jak o tym mówisz. Z perspektywy „przeciętnego Kowalskiego” wyobrażam sobie bowiem wizję terapeuty jako osoby widzącej, rozumiejącej i czującej głębiej.  Od ciebie czuję za to dużo dystansu. Zastanawiam się, na ile może być trudna dla pacjentów myśl: „Jak to?! Dla niego jest to tylko zawód, a ja jestem jedną z 30 innych osób w kolejce?! To on wcale nie przeżywa tak głęboko tego, co ja ledwo jestem w stanie unieść?!”. Czy zderzasz się z taką wizją?

Szczerze? Nie. Domyślam się jednak o co pytasz. W tym wszystkim o czym mówię nie ma przecież… empatii!

Nazwałam to dystansem, ale tak. Gdzie w tym wszystkim jest to sławetne „współodczuwanie”?!

Dystans, pewien chłód, jakaś pozbawiona uczuć analiza – na takiej płaszczyźnie dotąd rozmawialiśmy. Jednak w każdej z tych relacji empatia jest potrzebna do nawiązania czegoś, co nazywamy relacją terapeutyczną. Pytasz mnie o pewne rzeczy techniczne, to ci odpowiadam.

Kiedy jednak siada przede mną człowiek, to jesteś właśnie z nim i w pewnym sensie odchodzisz od analizowania tego, co dzieje się stricte na sesji. Słuchasz go i wzbudza to w tobie emocje. One jak najbardziej tutaj są.

Jednak specyfika pracy powoduje, że trzeba je bardzo szybko w sobie wygaszać i zrobić miejsce na kolejną osobę, która z reguły czeka już za drzwiami gabinetu. Powiedziałbym, że jest to pewna zdolność ucinania w sobie tego, co się właśnie pojawiło. Nie zmienia to jednak faktu, że w momencie, gdy siedzisz i koncentrujesz się na osobie, z którą rozmawiasz, nie bujasz myślami w obłokach, patrzysz na nią, to ją po prostu czujesz. Tak naprawdę to jest coś, co w swojej pracy lubię najbardziej.

Myślę sobie, że jest to też kwestia dyskusji o predyspozycjach do wykonywania zawodu terapeuty. Może to właśnie jakaś doza empatii i umiłowanie dla świata emocji są tutaj niezbędne?

Pewna wrażliwość, inteligencja emocjonalna, a w ramach niej zdolność do empatyzowania i wyobrażenia sobie tego, co ktoś może czuć. Na pewno są to bardzo potrzebne elementy. W jaki jednak sposób wpływa to na wybór zawodu? Myślę, że może działać to dwojako. Z jednej strony, mogą iść tą ścieżką osoby, którym przychodzi to łatwo. Z drugiej zaś, ludzie mogą decydować się na nią na zasadzie przeciwieństwa. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że każda osoba, która ma pewną wrodzoną zdolność emaptyzowania, właśnie taki zawód wybierze.

A gdybyś ty jeszcze raz miał go wybrać, zrobiłbyś to?

Gdybym miał to zrobić dzisiaj – tak.

Byłby to prosty wybór?

To zależy, ale chyba nie wyobrażam sobie już innej drogi. Pewne rzeczy w moim życiu potoczyły się tak, że w bardzo młodym wieku wszedłem na tę ścieżkę i już z niej po prostu nie schodziłem. Poza tym, bardzo lubię swoją pracę. Jest dla mnie niezwykle gratyfikująca – emocjonalnie, psychologicznie.

Traktujesz w takim razie bycie terapeutą uzależnień bardziej w kategorii zawodu, czy jakiegoś rodzaju bycia z ludźmi?

I tak, i tak. Terapię uzależnień traktuję jako pracę, a w jej ramach niezbędny jest fragment bycia z ludźmi. Takiego „czystego” bycia, które pozbawione jest myślenia, a nastawia mnie na czucie. Siedzisz z kimś, spoglądasz na niego i po prostu słuchasz.

Bycie z człowiekiem wymaga jednak czasami przełamywania pewnych barier.

Co masz na myśli mówiąc przełamywania? Narzędziem pracy terapeuty, czy też psychologa, jesteś ty sam – to co myślisz, to jak o tym opowiadasz, kiedy to komunikujesz. Ważne są twoje emocje i to, kiedy o nich mówisz, w jaki sposób i czy w ogóle to robisz. Jesteś zła, to jesteś zła. Jak nie chcesz z kimś rozmawiać, to nie chcesz. Wszystko to jest jednak niezwykłą kopalnią informacji.

Czy w takim razie mówiąc o sobie samym „narzędzie”, świadomie o nie dbasz?

Tak, coraz częściej zauważam bardzo wyraźny link pomiędzy tym, kim jestem poza pracą, a tym jak mi się pracuje. Widzę, że jeśli dbam o siebie – w różnym tego słowa znaczeniu – pomaga mi to zawodowo. Jeśli przykładowo dbam o krytycyzm wobec samego siebie poza pracą, to ułatwia mi to później przyjmowanie krytyki np. podczas spotkań z innymi terapeutami.

No właśnie, z innymi terapeutami. Czy zdarza ci się myśleć z jakim terapeutą ty chciałbyś się spotkać?

Stanowczo tak. Dobrze pamiętam pewnego stażystę, którego styl pracy podobał mi się właśnie z tego powodu. Sądzę także, że to niezmiernie wartościowe pytanie dla samego siebie – czy byłem podczas danego spotkania takim człowiekiem, z jakim sam chciałbym spotkać się siedząc na fotelu pacjenta? Nie jestem robotem, miewam gorsze dni, a ich analiza pozwala na swego rodzaju wgląd we własny styl pracy i możliwości. Mowa o zdawaniu sobie sprawy z własnych ograniczeń. Jeśli zrezygnuję z 10-minutowej przerwy pomiędzy pacjentami rano, nie wpłynie to na mnie negatywnie. Jednak po sześciu godzinach pracy nie mogę już tego zrobić. Jest to kwestia jakości pracy i odpowiedzialności za nią.

Wracając jednak do „zamieniania się” rolami w głowie – wolę pracować przez 40 minut z terapeutą, który przewietrzył umysł po poprzedniej osobie, niż 50 minut z terapeutą, który nie pamięta o czym rozmawialiśmy ostatnio, bo nie zadbał o czas na przeczytanie notatki z poprzedniego spotkania. Wolę takiego, który ma miękki głos, odpowiednio nim moduluje, przywita się ze mną, nie daje zbyt dużo rad nieproszony etc. Są to „autowskazówki” do własnej pracy, niezwykle cenne.

Czyli jednak bycie terapeutą nie jest tylko i wyłącznie pracą? Zaczęliśmy bowiem od momentu rozmowy, w którym twoje podejście było bardzo zawodowe – roboczo nazwałam to nawet „dystansem”. Koło wydaje się jednak wcale nie zataczać, a wręcz pękać.

Jeśli chodzi o poziom dbania o siebie i rozwój, to jak najbardziej. Dbając o całą swoją osobę mam na myśli dbanie o moje bycie w związku, o relacje z innymi ludźmi, o zaangażowanie w pasje, sumienność, samorozwój właśnie. To wszystko przekłada się na charakterystykę mojej pracy zawodowej. Człowiek jest całością, terapeuta uzależnień też:)

Zobacz też:

5 mechanizmów obronnych, które większość z nas stosuje – jak mogą wpłynąć na związek?

Bezdzietność męskim okiem – „Czy nasze wybory były do końca świadome? Nie wiem”

Uważaj na leki i alkohol, są toksyczne dla wątroby!

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

„Moje dziecko nie lubi swojego ciała!” Jak możemy pomóc dzieciom w samoakceptacji?

Jestem gruba, mam wystający brzuch, jestem słabeuszem, nie mam żadnych mięśni… tak, każde z tych zdań może wypowiadać dziecko. Co my, dorośli, możemy zrobić, aby ochronić dzieci przed tak negatywną wizją obrazu własnego ciała?

Czym właściwie jest obraz własnego ciała? Nasuwającą się odpowiedzią jest oczywiście to, co widzimy w lustrze. I tak, to też jest jego składowa. Wiąże się on jednak ze znacznie szerszą perspektywą, czyli np. tym, jakie mamy przekonania o własnym ciele. Przekonania te mogą zaś bazować na wspomnieniach związanych właśnie z ciałem, czy też na założeniach, które chcemy lub musimy przy jego „użyciu” spełniać. To wszystko wiąże się też nierozerwalnie z emocjami, jakie odczuwamy wobec swojego ciała. Co pojawia się w nas na myśl o własnej wadze, wzroście, kształcie sylwetki etc. Wpływ na obraz ciała ma też sposób w jaki doświadczamy jego ruchu, na ile czujemy, że możemy mieć w tym czasie nad nim kontrolę. Na ile z nami „współpracuje”.

Wiele z tych odczuć i przekonań budujemy na podstawie przekazu, jaki dostajemy od najmłodszych lat. Główny wpływ mają na nas w tym czasie informacje pochodzące od znaczących dla nas ludzi – rodziców, dziadków, opiekunów. Później dochodzi do tego wpływ społeczeństwa, kultury, kręgu znajomych.

Nie zawsze niestety ten przekaz jest pozytywny, a jako że obraz własnego ciała jest nierozerwalnie związany z naszą generalną samooceną oraz z tym, jak kształtuje się nasze zdrowie – także psychiczne – może okazać się, że mamy duży problem. Jaki? Niska samoocena, wycofanie z kontaktu z ludźmi z powodu poczucia niezadowolenia i wstydu dotyczącego własnego ciała, aż po depresję i zaburzenia odżywiania.

Niezadowolenie z własnego ciała jest jednym z bazowych przekonań świadczących właśnie o zaburzeniach odżywiania, które w samych tylko Stanach Zjednoczonych mogą dotykać w ciągu życia nawet 20 milionów kobiet i 10 milionów mężczyzn (źródło danych: NEDA)! Jest to choroba wpływająca na całościowe funkcjonowanie człowieka, zabierając zdrowie, radość, relacje. Co ważne, jest to jedna z chorób psychicznych, które zbierają największe śmiertelne żniwo… Stąd tak ważna jest świadomość tego, że powinniśmy starać się budować w dzieciach pozytywny obraz i podejście do ciała już od najmłodszych lat.

Zobacz też: Nowa Piramida Zdrowego Żywienia dla dzieci. Rodzicu, przeczytaj!

Jak to zrobić?

Powinniśmy zacząć od siebie. Zastanowić się, jakie ja mam podejście do ciała? Jak oceniam swoje ciało? Jakie mam z nim problemy? Co w nim lubię? Czego nie lubię? Jak o nim mówię? Dzieci wszystko to obserwują, słyszą i chłoną.

Starajmy się zwracać uwagę na to, aby dzieci nie były świadkami, gdy sami wobec siebie jesteśmy  krytyczni i narzekamy na własną sylwetkę: „Nie założę tej sukienki, mój brzuch jest w niej ogromny. Muszę schudnąć 5 kilogramów!”. Co widzi i słyszy dziecko? „Muszę być chudsza/chudszy. Nie mogę nosić sukienki, jeśli wystaje mi brzuch. Nielubienie swojego ciała jest normą. Ciało wzbudza negatywne emocje, jest słabością, powinnam/powinienem mówić o nim źle„. Modelowanie takiego podejścia na pewno nie ułatwi dziecku zbudowania pozytywnego obrazu własnego ciała.

Starajmy się raczej podkreślać dobre strony własnego ciała, a najlepiej przykładać większą wagę do tego, co jest istotniejsze w budowaniu zdrowej samoocenie – czy byłam dobra dla innych? Czy spełniam swoje pasje? Czy uprawiam sport, który sprawia mi przyjemność, a nie ma spalić milion kalorii, żebym tylko mogła osiągnąć niższą wagę? Czy jem sałatkę, ponieważ chcę poczuć się dobrze i dostarczyć swojemu organizmowi zdrowych składników, czy dlatego że ograniczam kalorie? Pozytywna samoocena może być zdecydowanie oparta na innych obszarach życia, niż tylko perfekcyjne ciało. Ono samo w sobie gwarancją szczęścia nie jest – warto, aby dziecko to wiedziało.

Pokaż też, że zmiany zachodzące w ciele dziecka, są czymś normalnym. Kiedy dziewczynka zaczyna dojrzewać, może niepokoić ją zmiana sylwetki. Rozmawiaj o tym, co się dzieje i że nie jest to nic złego. Buduj pozytywny obraz kobiecości – tutaj ponownie wracamy jednak do tego, w co sama naprawdę wierzysz i jak sama do tego podchodzisz. Dzieci szybko wyczuwają bowiem fałsz. Warto na początku przepracować to ze sobą.

Pamiętaj też o tym, aby nie traktować jedzenia jako kary, czy nagrody. Może to stać się potencjalnym polem, w którym dziecko będzie szukało kontroli i w przyszłości samo siebie będzie nim karało, lub nagradzało. Przez to jedzenie może łatwiej stać się także sposobem rozładowywania emocji.

Zachęcaj swoje dziecko do zrównoważonego jedzenia, poznawania smaków, zapewniaj mu dostęp do zróżnicowanych i zbilansowanych posiłków. Pokazuj, że restrykcyjne odżywianie oparte tylko na kilku wybranych produktach, czy jakieś szczególne diety (jeśli nie są związane ze wskazówkami zdrowotnymi), nie zapewniają szczęścia, ani spełnienia. Mogą mieć za to negatywne konsekwencje zdrowotne.

Zachęcaj dziecko do zapoznawania się ze swoim organizmem – jakie ciało daje mu wskazówki? Kiedy pojawia się w nim sygnał głodu, kiedy czuje sytość? Pozwól dziecku iść za intuicją własnego ciała (co nie oznacza, by nie reagować, gdy wydaje nam się, że owa intuicja „jest na zakręcie”).

Pokazuj dziecku różne ciała np. w mediach, czy social mediach (zobacz tutaj >>KLIK<<). Niech dziecko widzi, że nie ma jednego ideału, a każde ciało wymaga szacunku i ma swoją ogromną wartość. Pokazuj, że różnimy się rozmiarem, wzrostem, wagą, kolorem skóry i jest to naturalne. Zapoznawaj dziecko z różnicami, jakie pomiędzy ludźmi występują, jako czymś, co jest zupełnie normalne i nie powinno się na tej podstawie nikogo oceniać, krytykować, komentować.

Zachęcaj też dziecko do otwartego mówienia o swoim ciele. Stwórz pomiędzy wami przestrzeń, w której będzie miejsce na pytania, wątpliwości, ale też niezadowolenia. Wysłuchaj go, pokaż akceptację i wsparcie. Wyjaśni, co może stać za tym niezadowoleniem, np. właśnie wpływ kultury. Pokaż, jaką to może stwarzać presję i dlaczego warto być tego świadomym.

Zapewnij dziecko też o tym, że to jak najbardziej w porządku, jeśli zdarza się jej/jemu czuć się ze sobą nie za dobrze. To też jest normalne. Daj przestrzeń na te wszystkie uczucia i otocz je miłością. Pomóż dziecku radzić sobie z tymi trudnymi emocjami, a jeśli trzeba, weź na siebie za nie odpowiedzialność  – dziecko ma jeszcze czas, by się tego nauczyć.

Warto też, żebyś jako dorosły wiedział, jakie są niepokojące sygnały świadczące o tym, że być może relacje dziecka z jedzeniem i z własnym ciałem nie są zdrowe. Co może świadczyć o zaburzeniach odżywiania? Czy mogę mieć kontakt właśnie z tym problemem? Bądźmy uważni na dzieci i reagujmy kiedy trzeba. Nie bagatelizujmy też ich problemów: „Wyrośnie z tego” – nie, to tak nie działa. Samo z siebie z tego „nie wyrośnie”, musimy dać dziecku na to szansę. Wcześniej dajmy jednak szansę samym sobie.

 

Zobacz też: Jaka matka, taka córka – „Bardziej narażone na ANOREKSJĘ są córki matek cierpiących na to zaburzenie”

Inspiracja: NEDA

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Wybrano najlepsze położne w Polsce. Kim jest zwyciężczyni?

"Położną na medal" została Anna Wojtyla – fot. materiały prasowe

Z końcem grudnia zakończyło się głosowanie w ramach konkursu „Położna na medal”, której celem było wyłonienie trzech najlepszych położnych w Polsce oraz w poszczególnych województwach. Kto został wyróżniony w tym roku?

Zwyciężczynią tegorocznej, 5. jubileuszowej edycji została Anna Wojtyla z Częstochowy zdobywając 1383 głosy. Udział w konkursie wzięło czterysta osiemdziesiąt dwie konkurentki z całej Polski.

Laureatów wybrali ci, którzy najlepiej znają położne – ich pacjentki. Organizatorem i pomysłodawcą konkursu oraz kampanii „Położna na medal” jest Akademia Malucha Alantan.

Zobacz też: Rola położnej jest nieoceniona – nie tylko podczas porodu!

Ważna rola położnej

Poród dla każdej przyszłej mamy jest najważniejszym etapem ciąży. Dlatego, gdy każda mama zbliża się do jego terminu, poszukuje położnej, która otoczy ja opieką, pokieruje i wesprze podczas porodu.

Przyszłe mamy poszukują położnych, którym mogą zaufać ze względu na ich kompetencje, doświadczenie, ale także podejście, umiejętność zapewnienia dobrej atmosfery i poczucia bezpieczeństwa podczas porodu.

Właśnie takie położne zostały nagrodzone w tegorocznej edycji kampanii „Położna na medal” prowadzonej pod patronatem Naczelnej Rady Pielęgniarek i Położnych, Polskiego Towarzystwa Położnych, Fundacji Rodzić po Ludzku, Stowarzyszenia Dobrze Urodzeni.

Zobacz też: Położny mężczyzna? „Pomyślałem: czemu nie?”. Grzegorz Chajdaś o wyzwaniach i trudach zawodu

Najlepsze położne w Polsce

Zwyciężczyniami 5. Jubileuszowej edycji konkursu ”Położna na medal” są:

I miejsce – Anna Wojtyla z liczbą głosów 1383.  Położna z ponad 10 – letnim stażem. Prowadzi zajęcia edukacyjne dla kobiet ciężarnych przygotowujących do porodu i opieki nad noworodkiem.  Przyjmuje porody domowe oraz szpitalne, prowadzi gabinet położnej.

II miejsce – Alina Jedlińska z liczbą głosów 977. Od 2006 roku pracuje w Centrum Medycznym Angelius Provita w Katowicach. Na co dzień zajmuje się pacjentkami borykającymi się z problemami niepłodności oraz opiekuje się kobietami w trakcie ciąży jak i po jej zakończeniu.

III miejsce – Renata Lustyk z liczbą głosów 865. Jest położną z 28-letnim stażem. Pracuje na Oddziale Położniczo – Ginekologicznym w Szpitalu Wielospecjalistycznym im. dr. L. Błażka w Inowrocławiu.

Pięć lat prowadzenia kampanii i konkursu „Położna na medal” pokazuje nam, jak bardzo na przestrzeni ostatnich lat zmieniło się społeczne postrzeganie porodu i opieki okołoporodowej. Widzimy, że w Polsce nadal potrzebna jest popularyzacja wiedzy na temat ciąży, porodu oraz opieki nad niemowlakami. Cieszymy się, że dzięki organizacji konkursu na Położną na medal, możemy nagrodzić i podziękować położnym za ich zaangażowanie, oddanie i trud jaki podejmują każdego dnia wspierając kobiety w najważniejszym dla nich momencie. – powiedziała Iwona Barańska z Akademii Malucha Alantan, organizatora konkursu i kampanii.

Zobacz też: „Nigdy nie poczułam zwątpienia w ten piękny zawód”. Poznajcie położną z powołania!

Konkurs i kampania „Położna na medal”

Celem kampanii społeczno – edukacyjnej „Położna na medal”, w ramach której prowadzony jest konkurs, jest wzrost świadomości położnych na temat nowoczesnych standardów opieki okołoporodowej, podniesienie standardów pracy w zgodzie z przyjętymi wymaganiami środowiska i oczekiwaniami pacjentów oraz uświadomienie roli położnej, jej kompetencji i odpowiedzialności w oparciu o przyjęte standardy pracy, jaką na co dzień wykonuje. Kampania skierowana jest do kobiet w ciąży, po porodzie oraz do mam, które mają małe dzieci.

Dzięki wsparciu i zaangażowaniu partnerów merytorycznych oraz medialnych kampania dociera do coraz szerszego grona odbiorców.

Zgłoszenia do piątej edycji konkursu przyjmowane były od 1 kwietnia do 31 lipca 2018 r. Głosy na nominowane położne oddawane były od 1 kwietnia do 31 grudnia 2018 roku.

Pełna lista zwycięzców znajduje się na stronie http://www.poloznanamedal2018.pl

Wręczenie nagród odbędzie się 22 marca podczas uroczystej Gali.

———————————————————————————————————————————–

Położna na Medal to prowadzona od 2014 roku kampania społeczno-edukacyjna zwracająca uwagę na kwestie związane z koniecznością podnoszenia standardów i jakości opieki okołoporodowej w Polsce poprzez edukację i promocję dobrych praktyk. Istotną kwestią kampanii jest również podnoszenie świadomości społecznej na temat roli położnych w opiece okołoporodowej.

Jednym z kluczowych elementów kampanii jest konkurs na najlepszą położną w Polsce. Zgłoszenia do tegorocznej, piątej edycji konkursu przyjmowane były od 1 kwietnia do 31 lipca 2018 r. Głosy na nominowane położne można oddawać od 1 kwietnia do 31 grudnia 2018 roku. Oddawanie głosów odbywa się na stronie www.poloznanamedal2018.pl

Patronat honorowy nad kampanią i konkursem objęła Naczelna Rada Pielęgniarek i Położnych. Patronat merytoryczny sprawują: Polskie Towarzystwo Położnych, Fundacja Rodzić po Ludzku oraz Stowarzyszenie Dobrze Urodzeni. Mecenasem kampanii jest marka Alantan Plus.

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.

„Nie musisz rozumieć kobiet, wystarczy, że je zaliczysz”. Kontrowersyjny poradnik dla nastolatków

Książka "Za hajs matki baluj"

„Jeśli po melanżu budzisz się na kupie szmalu, to może oznaczać tylko jedno… Powinnaś szybko zrobić test na HIV” – tego typu „błyskotliwe” porady znalazły się w kontrowersyjnym poradniku młodzieżowym „Za hajs matki baluj” wydanym przez Edipresse Polska. Internauci są oburzeni, a wydawnictwo się tłumaczy.

Na początku lutego do sprzedaży trafiła książka „Za hajs matki baluj”. Z opisu książki wynika, że jest to „przewodnik dla lanserów”, których głównym celem w życiu jest „fejm, melanż, fejs i snap”.

Książka ma formę obrazkową. Jest to zbitka stock’owych fotografii opatrzonych hashtagami oraz seksistowskimi, wulgarnymi poradami i uwagami. Przykład?

Przystojniaka na imprezie nie wyrywa się na ładne oczy, musisz mieć także niezłe cycki.

Superlaski ograniczają się tylko w jedzeniu, dlatego są super.

Nie musisz rozumieć kobiet, wystarczy, że je zaliczysz.

Zobacz też: Kontrowersyjna bluza H&M. Akt rasizmu, czy rozdmuchana afera?

Książka „Za hajs matki baluj”

Szokujący poradnik liczy 224 strony. Zamieszczone w nim fotografie przedstawiają w głównej mierze młodych, imprezujących ludzi. Próżno tu doszukiwać się autora publikacji, ponieważ książka jest efektem pracy zbiorowej. A może autor wstydził się wyjawić swoje nazwisko?

„Za hajs matki baluj” to oryginalnie nazwa fanpage’a, na którym od kilku lat można śledzić relacje z imprez w różnych miastach Polski. Znajdują się tam zdjęcia z imprez i informacje o nadchodzących wydarzeniach.

Książka o tym samym tytule miała być z pewnością nawiązaniem do popularnego w mediach społecznościowych fanpage’a. Jaki cel przyświecał autorom? Z pewnością nie doszukali się go oburzeni internauci, którzy w dobitnych słowach wyrazili swoje zdanie na temat treści zawartych w młodzieżowym poradniku. Głos postanowił zabrać również wydawca publikacji.

Zobacz też: Mansplaining – czyli panowie, którzy objaśnią nam świat. Uff bez nich byśmy zginęły!

Edipresse się tłumaczy

Książka „Za hajs matki baluj” to eksperyment wydawniczy, w którym podjęliśmy dość odważną próbę przeniesienia współczesnej komunikacji elektronicznej w świat tradycyjny, by nie powiedzieć konserwatywny, za jaki uchodzi dzisiaj książka w tej grupie odbiorców, czyli młodych ludzi w wieku 18-25 lat. Tą publikacją chcieliśmy też zwrócić uwagę na język i zachowanie obecne w tej grupie wiekowej – tłumaczy się Edipresse. Jak podkreśla wydawca, książka nie jest poradnikiem edukacyjnym dla młodzieży, a testy w niej zawarte „nie są niczym nowym”.

„Jesteśmy zaskoczeni, choć z drugiej strony też zadowoleni, że książka o tak śladowym nakładzie wywołała dyskusję” – czytamy dalej. Poradnik można było kupić m.in. w Empiku i Smyku (!).

Internauci nie pozostawili suchej nitki na wydawcy seksistowskiego czytadła.

„Hmmm… 18-25 to docelowa grupa odbiorców? Wydaje mi się, że zarówno w internecie, jak i na półkach Empika te teksty trafiają do dużo młodszych osób i wywołują dużo większe szkody, niż niektórzy myślą” – napisała jedna z użytkowniczek Facebooka.

„Ta książka narobi wiele nieodwracalnych szkód wśród młodych ludzi a wydawnictwo uważa, że to jest ok. Co nie zmienia faktu, że bardzo zawiodłam się na empiku i zastanowię się dwa razy zanim tam wejdę – stwierdziła inna internautka.

Po skandalu wywołanym publikacją młodzieżowego poradnika wydawca zdecydował o wycofaniu książki ze sprzedaży.

Źródło: ASZdziennik, Wirtualne Media, NOIZZ

Anna Wencławska

Koordynatorka treści internetowych. Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego, pasjonatka obcych kultur i języków orientalnych.

Meningokoki znowu zaatakowały

4-miesięczny chłopiec z Pleszewa w Wielkopolsce i 4-letnia dziewczynka z gminy Czemierniki na Lubelszczyźnie to pierwsze tegoroczne ofiary inwazyjnej choroby meningokokowej. Chłopiec zmarł, natomiast dziewczynka, która trafiła do szpitala w ciężkim stanie, niedawno wróciła do domu. W jaki sposób można obronić się przed atakiem meningokoków?

Meningokoki najczęściej atakują dzieci

O alarmującej sytuacji w przedszkolu w Czemiernikach poinformowały lokalne media. U czteroletniej podopiecznej przedszkola pojawiły się niepokojące objawy infekcji. Dziewczynka trafiła 10 stycznia na Oddział Chorób Zakaźnych Dziecięcych w Samodzielnym Publicznym Szpitalu Wojewódzkim im. Jana Bożego w Lublinie. Jej stan był ciężki, ale stabilny. Badania potwierdziły meningokokowe zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych. Wszystkie osoby, które miały kontakt z dzieckiem (w domu i przedszkolu, w sumie ok. 70 osób) są profilaktycznie leczone antybiotykami. Na szczęście po około tygodniu dziewczynka wróciła do domu. 

Niestety, choroba tragicznie zakończyła się w przypadku czteromiesięcznego chłopca, który 4 stycznia wieczorem trafił z infekcją do szpitala w Pleszewie. – Lekarz ocenił stan niemowlęcia jako bardzo poważny i skierował je natychmiast na oddział dziecięcy. Wdrożono intensywne leczenie. Mimo tego po kilku godzinach dziecko zmarło – portalowi Zpleszewa.pl powiedział Ryszard Bosacki, dyrektor ds. medycznych Pleszewskiego Centrum Medycznego. Powodem śmierci była sepsa, która już w momencie przyjęcia chłopca do szpitala zaatakowała niemal wszystkie jego narządy. W tym przypadku również zastosowano profilaktyczną terapię antybiotykami, którą objęto 45 osób dorosłych i 3 dzieci. Badania wykonane przez Krajowy Ośrodek Referencyjny ds. Diagnostyki Bakteryjnych Zakażeń Ośrodkowego Układu Nerwowego potwierdziły u zmarłego chłopca zakażenie meningokokami typu B, które odpowiadają za większość przypadków inwazyjnej choroby meningokokokowej (IChM) w całym społeczeństwie i za ponad 80 % zachorowań wśród dzieci do pierwszego roku życia. Nieprzypadkowo ofiarami meningokoków zostały małe dzieci. – Bakterie te mogą zaatakować osoby w każdym wieku, ale ponad 75 proc. przypadków zachorowań występuje u dzieci do 5. roku życia, co wynika z niedojrzałości ich układu odpornościowego – tłumaczy dr n. med. Alicja Karney z Fundacji Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie.

Wiedza o zagrożeniu

Fundacja Instytutu Matki i Dziecka w Warszawie wraz z firmą GSK prowadzi kampanię edukacyjną Wyprzedź meningokoki! Z wiedzą na start, której celem jest zwiększenie świadomości na temat zagrożenia meningokokami oraz możliwości ochrony przed nimi. – Jest to choroba o bardzo szybkim przebiegu (może zabić w ciągu 24 godzin) i największej śmiertelności (20 proc. chorych umiera, a co trzeci zostaje trwale okaleczony). To wszystko sprawia, że każdy jej przypadek jest spektakularny i nawet nam, lekarzom, głęboko zapada w pamięci – mówi dr n med. Alicja Karney. Rokowania są tym lepsze, im szybciej chory zostanie zdiagnozowany i otrzyma odpowiednie leczenie. – Walka z meningokokami to wyścig z czasem, bo stan pacjenta może zmienić się dosłownie z minuty na minutę – opowiada dr Karney. Tymczasem, jak pokazują międzynarodowe badania, co drugie dziecko z IChM trafia do szpitala dopiero po kilku konsultacjach lekarskich. – Początkowe objawy choroby są mało charakterystyczne, przypominają przeziębienie lub grypę. Dlatego rozpoznanie zakażenia nie jest łatwe, a chorzy często otrzymują specjalistyczną pomoc dopiero wtedy, kiedy są już w ciężkim stanie. Wszystko wskazuje na to, że taki scenariusz miał także miejsce w przypadku chłopca z Pleszewa – mówi ekspertka.

W jaki sposób dzieci mogą zarazić się meningokokami?

– Nie jest to trudne, biorąc pod uwagę fakt, że te bakterie przenoszą się drogą kropelkową, czyli przez kaszel lub kichanie. Szacuje się, że ok. 10 proc. społeczeństwa jest nosicielami meningokoków. W skupiskach dziecięcych, takich jak żłobki czy przedszkola, odsetek ten jest dużo wyższy – tłumaczy dr Karney. Jak dodaje, rozwojowi IChM sprzyja chwilowo obniżona odporność, np. z powodu infekcji wirusowej. Ryzyko zakażenia można zmniejszyć poprzez przestrzeganie higienicznych nawyków: nie należy pić z jednej butelki, nie używać tych samych sztućców, nie oblizywać smoczka dziecka. Wskazane jest unikanie czynników ryzyka, takich jak długotrwałe przebywanie w zatłoczonych pomieszczeniach. A kiedy pojawią się objawy przeziębienia lub grypy, należy zachować czujność i uważnie obserwować siebie oraz dziecko. – Trzeba zwrócić uwagę, czy jego stan ogólny nie pogarsza się, czy dziecko nie odmawia jedzenia i picia, nie przysypia, nie staje się niespokojne, czy nie dochodzą nowe objawy, tj. biegunka, wymioty – mówi lekarka.

Szczepienie na meningokoki

Najbardziej skuteczną metodą zapobiegania zachorowaniom wywołanym przez meningokokiszczepienie ochronne. Można je rozpocząć już w 2. miesiącu życia, ale również później, po 6 miesiącu życia. Dr. Karney zaleca szczepienie dziecka najpierw szczepionką chroniącą przed serotypem B, a potem czterowalentną, chroniącą przed serotypami A, C, W-135 i Y. Jak bowiem wynika z danych KOROUN, drugim najbardziej powszechnym serotypem meningokoków w Polsce jest serotyp C, odpowiada za ok. 30 proc. zachorowań. To właśnie on wywołał zapalenie opon mózgowo-rdzeniowych u czterolatki z gminy Czemierniki. Szczepienia na meningokoki są w Polsce płatne.

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.