Przejdź do treści

Uzależnienia, depresja, bezsilność – co jest po drugiej stronie gabinetu? Terapeuta: „To my sami jesteśmy narzędziem naszej pracy”

Uzależnienia, depresja, lęk… wszystko to niesie za sobą ogromny bagaż cierpienia. Nieraz wydaje się, że są to sytuacje bez wyjścia i bez nadziei. Gdyby jednak tak było, praca terapeutów nie miałaby najmniejszego sensu. A chodzi właśnie o to, żeby tego sensu szukać. Szukać go wspólnie, bo po drugiej stronie gabinetu też w końcu znajduje się człowiek. „Moment, gdy siedzisz i koncentrujesz się na osobie, z którą rozmawiasz, patrzysz na nią i ją po prostu czujesz, jest tym, co w swojej pracy lubię najbardziej” – mówi Jakub Sudoł, specjalista terapii uzależnień.

Słyszysz: „uzależnienie”. Jaka jest twoja pierwsza myśl?

Jakub Sudoł: Pierwsza myśl to oznaczenie w klasyfikacji diagnostycznej. Jaka to choroba, jakie to będzie „F”, od czego jest to uzależnienie – od alkoholu, opiatów, marihuany.

Czyli pierwsze skojarzenie to zawód?

Tak, ale na drugim miejscu są pacjenci. Te dwie myśli właściwie się we mnie zderzają. Nie jest to jednak jakaś określona twarz, ale każda kolejna osoba, która tutaj przede mną siada.

Zastanawiało mnie, na ile już w pierwszej myśli możemy dowiedzieć się, czy bycie terapeutą to dla ciebie tylko praca, czy może jest pod tym coś więcej.

Zadajesz pytanie w gabinecie terapeutycznym, więc siłą rzeczy odbija się to na mojej odpowiedzi. Tutaj traktuję to mocno zawodowo, chociaż bez wątpienia stoi za tym coś znacznie więcej.

A jesteś sobie w stanie przypomnieć, jaka byłaby twoja pierwsza myśl na dźwięk słowa „uzależnienie”, zanim zacząłeś się tym zajmować?

Pewnie były to strzykawki, lufki, jacyś dilerzy i szemrane interesy.

Który z tych elementów wizji uzależnienia najbardziej się w takim razie zmienił?

Właśnie ten od którego zacząłem – praca. Uzależnienie połączyło mi się z objawami, klasyfikacją i przede wszystkim z terapią. Kiedyś były to dla mnie hasła funkcjonujące osobno, a teraz nie mają one w mojej głowie oddzielnej reprezentacji. Nie widzę już tylko obrazu osoby uzależnionej, która funkcjonuje w stereotypowym, wspomnianym przeze mnie „szemranym” świecie. Widzę jej terapię.

Zastanawia mnie to, bo myślę sobie, że przeciętny człowiek słysząc: „osoba uzależniona od narkotyków”, widzi zjawisko bardzo rzadkie i co więcej, definitywnie patologiczne.

Pewnie w dużej mierze tak jest. Mi też kiedyś wydawało się, że jest to coś niezwykle strasznego, a jeśli już coś takiego dostrzeżemy, trzeba natychmiast uciekać. Teraz w pewnym sensie bardzo mi to spowszedniało. Po pierwsze, nie postrzegam uzależnienia od narkotyków jako coś bardzo rzadkiego. Po drugie, jako coś wiążącego się z obrazem „zdegenerowanego narkomana leżącego na ulicy”. Po trzecie – i chyba najważniejsze – jako coś przepełnionego złem. Uzależnienie to choroba jak każda inna.

Pod tym względem być może zmieniła się także moja reakcja emocjonalna. Wcześniej, próbując wyobrazić sobie uzależnienie, miałem przed oczami obraz jak z filmu. Teraz mam zdecydowanie mniej lęku i strachu, a pewnie to głównie te emocje kiedyś się we mnie pojawiały.

Czy w takim razie to właśnie z nimi przychodzą do ciebie najczęściej osoby współuzależnione, których to bliscy biorą?

Tak, jest w nich dużo lęku.

Lęku o to, że narkotyki dotyczą właśnie bliskiej im osoby, czy lęku o wspomnianą wizję „zdegenerowanego narkomana”?

Jedno wynika z drugiego. Pojawia się zarówno taki obraz, jak i połączenie życiowego faktu mówiącego, że dotyczy to mojego dziecka. Z tego właśnie rodzi się strach. Strach i wstyd.

Powiedziałeś: „dziecka”.  

Mówiąc „dziecko”, nie mam na myśli wieku. Często nie są to wcale młodzi ludzie. Miałem niedawno pacjenta, którego uzależniony syn ma 37 lat. Nie jest więc on osobą dopiero wchodzącą w życie. Za określeniem „dziecko” stoi rola, w jakiej rodzice stawiają bliskich im ludzi – niezależnie od wieku.

Jeśli 30-letni facet wciąż traktowany jest przez rodziców jak dzieciak, to może uzależnienie staje się całkiem adekwatnym do sytuacji mechanizmem?

Nie podjąłbym się jednoznacznej deklaracji, co było pierwsze, a chyba właśnie o to pytasz. Czy początkowo było uzależnienie, a potem rodzic zaczął traktować go jak „dziecko”? A może najpierw traktował go jak „dziecko”, a potem pojawiło się uzależnienie?

Bardzo bliska jest mi myśli, że niezwykle rzadkie są sytuacje zero-jedynkowe. Z reguły są to procesy, które narastają przez lata i wzajemnie się wzmacniają. Dlatego też mechanizm współuzależnienia jest tak trwały – zarówno dla osoby uzależnionej, jak i jej bliskich.

Z kim w takim razie wolisz pracować – z uzależnionymi, czy ich rodzinami?

To nie jest tak, że z kimś „wolę” pracować. Z każdym człowiekiem terapia jest inna, ale zasadniczo największe trudności wywołuje praca z osobami, które bardzo długo i dużo mówią, że chcą się zmienić, a nie podejmują w tym kierunku żadnych kroków. Także z osobami, które są zaburzone osobowościowo, a tacy ludzie często zdarzają się zarówno wśród osób uzależnionych, jak i współ.

Wyobraźmy sobie w takim razie, że wychodzisz właśnie z takiej sesji. Co jest dalej? Czy coś się w tobie dzieje?

Pewnie, że się dzieje. Jeśli jednak pytasz o moją reakcję emocjonalną, to nie jest ona mocno nasilona, choć odczuwam czasami bezsilność, złość, troskę czy radość. Wiele wydarza się głównie na poziomie warsztatowym. Zadaję sobie wtedy pytania o to, w jakim kierunku należałoby podążyć w pracy z taką osobą? Co dalej? Co za miesiąc? Pojawiają się też swego rodzaju rokowania, zwłaszcza jeśli nie są one nazbyt optymistyczne. To właśnie nazywam owym „dzianiem się”.

Zapytam więc wprost – ile emocji z pracy zabierasz ze sobą do domu?

Na poziomie świadomym niewiele, a na poziomie nieświadomym zapewne przynajmniej drugie tyle. Nie mam wątpliwości, że do domu wnoszę nie tyle emocje z konkretnej relacji, ale z całego dnia pracy. Bywają dni, kiedy spotykam się z 10 osobami, z czego 6 jest w kryzysie, 2 są w trakcie niejasnego procesu diagnostycznego, a kolejne 2 w znacznym oporze. Dodatkowo trzeba uzupełnić dokumentację, gdzieś pomiędzy tym zaopiekować się stażystą, a wracając z pracy kupić ziemniaki. Wiesz o co chodzi i pewnie sama to znasz, kiedy po powrocie z pracy nie ma w głowie przestrzeni na cokolwiek ponadto. To są pojedyncze, lecz trudne dni. Tak, może być to obraz poddenerwowanego człowieka, ale na szczęście jest on w moim przypadku bardzo rzadki.

A spotkałeś pacjenta, z którym czułeś, że sobie nie poradzisz i skierowałeś go do kogoś innego?

Tak.

Było to dla ciebie trudne, czy może byłeś całkowicie pewien, że dobrze robisz?

Niezależnie od tego, czy byłem pewien, że robię dobrze, to mogło mi być np. smutno. Dosłownie przed miesiącem miałem pacjenta, któremu poleciłem inne miejsce. Pomimo tego, że miałem wobec niego jak najbardziej pozytywne uczucia, miałem też przekonanie, że tam może wydarzyć się dla niego zdecydowanie więcej dobrego, niż w moim gabinecie.

Pytasz mnie pewnie jednak o to, na ile jakiś rodzaj „przyssania emocjonalnego” do pacjentów, może przeszkadzać nam w podejmowaniu decyzji dotyczących pracy z nimi. Przypominam sobie moją pierwszą taką sytuację. W terapii nic już się nie działo i ewidentnie pacjentka przychodziła tylko po to, żeby „pogadać”, o czym nieśmiało zresztą komunikowała. Nic to nie wnosiło ani tutaj, ani w życiu tej osoby. Powiedziałem wtedy pani, że gdy podejmie decyzję w sprawie, która de facto była tylko pozornym powodem naszych spotkań, to ją zapraszam. Jeśli nie, to czas kończyć. Pani więcej nie przyszła. Teraz myślę sobie, że była to świetna interwencja, którą być może trzeba było zastosować pięć sesji wcześniej.

Pamiętam też inną pacjentkę, która miała uzależnionego brata. W czasie rozmów przygotowywałem ją na to, że nasze spotkania będą musiały się kiedyś skończyć. Pracowaliśmy około roku, aż pewnego dnia po prostu przestała przychodzić. Po kilku miesiącach pojawiła się jeszcze raz, po to by powiedzieć, że już nauczyła się radzić sobie sama. To były najbardziej czytelne procesy, w których było widać, że swego rodzaju „wypchnięcie” ludzi poza gabinet, przynosi ważne i potrzebne efekty. Każda relacja terapeutyczna, żeby była konstruktywna, musi mieć swój koniec.

Mam wrażenie, że jest to pocieszające i smutne za razem.

W tym kontekście mamy tak naprawdę bardzo niewdzięczną robotę. W końcu, jeśli pacjent przestaje przychodzić i w jego głowie powstaje myśl: „Nic nowego już mi nie mówi, w zasadzie to ja już wszystko wiem i sobie sam poradzę”, to jest to najbardziej skuteczny proces terapeutyczny. Moment, gdy pacjent widzi w sobie zmianę, podjął pewne decyzje, czy poukładał sobie dany temat w głowie i ma przekonanie, że wcale nie jest to zasługa terapeuty, a jego samego – to najlepsze co może się w tym dla niego wydarzyć. Oznacza to, że jego własna sprawczość został wzbudzona.

Zastanawiam się przy tym, na ile w pacjentach jest w takim razie przekonania pt. „sam sobie nie poradzę”?

Zdarza się, że sporo. Nie jest to jednak tak, że każdy przychodzący do mnie człowiek bezradnie rozkłada ręce. Gdyby tak było, to pewnie nikt nie przekraczałby progu gabinetu terapeuty. Ludzie stwierdzaliby pewnie, że nie są w stanie przebrnąć zapisów i doczekać wizyty. Owszem, pojawia się bezradność, ale często jest ona raczej objawem depresyjnym.

To one są najtrudniejsze?

Nie, najtrudniejsze jest uzależnienie samo w sobie. Coś, co także mi się pojawia – chociaż bardziej nazwałbym to męczącym, niż trudnym – to przerzucanie przez pacjenta odpowiedzialności na ciebie.  Nieraz masz wtedy poczucie, że jesteś w terapeutycznym polu i musisz przebijać się przez gąszcz krzaków zanim cokolwiek dalej zacznie się dziać.

Bardzo ciekawe jest to, jak o tym mówisz. Z perspektywy „przeciętnego Kowalskiego” wyobrażam sobie bowiem wizję terapeuty jako osoby widzącej, rozumiejącej i czującej głębiej.  Od ciebie czuję za to dużo dystansu. Zastanawiam się, na ile może być trudna dla pacjentów myśl: „Jak to?! Dla niego jest to tylko zawód, a ja jestem jedną z 30 innych osób w kolejce?! To on wcale nie przeżywa tak głęboko tego, co ja ledwo jestem w stanie unieść?!”. Czy zderzasz się z taką wizją?

Szczerze? Nie. Domyślam się jednak o co pytasz. W tym wszystkim o czym mówię nie ma przecież… empatii!

Nazwałam to dystansem, ale tak. Gdzie w tym wszystkim jest to sławetne „współodczuwanie”?!

Dystans, pewien chłód, jakaś pozbawiona uczuć analiza – na takiej płaszczyźnie dotąd rozmawialiśmy. Jednak w każdej z tych relacji empatia jest potrzebna do nawiązania czegoś, co nazywamy relacją terapeutyczną. Pytasz mnie o pewne rzeczy techniczne, to ci odpowiadam.

Kiedy jednak siada przede mną człowiek, to jesteś właśnie z nim i w pewnym sensie odchodzisz od analizowania tego, co dzieje się stricte na sesji. Słuchasz go i wzbudza to w tobie emocje. One jak najbardziej tutaj są.

Jednak specyfika pracy powoduje, że trzeba je bardzo szybko w sobie wygaszać i zrobić miejsce na kolejną osobę, która z reguły czeka już za drzwiami gabinetu. Powiedziałbym, że jest to pewna zdolność ucinania w sobie tego, co się właśnie pojawiło. Nie zmienia to jednak faktu, że w momencie, gdy siedzisz i koncentrujesz się na osobie, z którą rozmawiasz, nie bujasz myślami w obłokach, patrzysz na nią, to ją po prostu czujesz. Tak naprawdę to jest coś, co w swojej pracy lubię najbardziej.

Myślę sobie, że jest to też kwestia dyskusji o predyspozycjach do wykonywania zawodu terapeuty. Może to właśnie jakaś doza empatii i umiłowanie dla świata emocji są tutaj niezbędne?

Pewna wrażliwość, inteligencja emocjonalna, a w ramach niej zdolność do empatyzowania i wyobrażenia sobie tego, co ktoś może czuć. Na pewno są to bardzo potrzebne elementy. W jaki jednak sposób wpływa to na wybór zawodu? Myślę, że może działać to dwojako. Z jednej strony, mogą iść tą ścieżką osoby, którym przychodzi to łatwo. Z drugiej zaś, ludzie mogą decydować się na nią na zasadzie przeciwieństwa. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że każda osoba, która ma pewną wrodzoną zdolność emaptyzowania, właśnie taki zawód wybierze.

A gdybyś ty jeszcze raz miał go wybrać, zrobiłbyś to?

Gdybym miał to zrobić dzisiaj – tak.

Byłby to prosty wybór?

To zależy, ale chyba nie wyobrażam sobie już innej drogi. Pewne rzeczy w moim życiu potoczyły się tak, że w bardzo młodym wieku wszedłem na tę ścieżkę i już z niej po prostu nie schodziłem. Poza tym, bardzo lubię swoją pracę. Jest dla mnie niezwykle gratyfikująca – emocjonalnie, psychologicznie.

Traktujesz w takim razie bycie terapeutą uzależnień bardziej w kategorii zawodu, czy jakiegoś rodzaju bycia z ludźmi?

I tak, i tak. Terapię uzależnień traktuję jako pracę, a w jej ramach niezbędny jest fragment bycia z ludźmi. Takiego „czystego” bycia, które pozbawione jest myślenia, a nastawia mnie na czucie. Siedzisz z kimś, spoglądasz na niego i po prostu słuchasz.

Bycie z człowiekiem wymaga jednak czasami przełamywania pewnych barier.

Co masz na myśli mówiąc przełamywania? Narzędziem pracy terapeuty, czy też psychologa, jesteś ty sam – to co myślisz, to jak o tym opowiadasz, kiedy to komunikujesz. Ważne są twoje emocje i to, kiedy o nich mówisz, w jaki sposób i czy w ogóle to robisz. Jesteś zła, to jesteś zła. Jak nie chcesz z kimś rozmawiać, to nie chcesz. Wszystko to jest jednak niezwykłą kopalnią informacji.

Czy w takim razie mówiąc o sobie samym „narzędzie”, świadomie o nie dbasz?

Tak, coraz częściej zauważam bardzo wyraźny link pomiędzy tym, kim jestem poza pracą, a tym jak mi się pracuje. Widzę, że jeśli dbam o siebie – w różnym tego słowa znaczeniu – pomaga mi to zawodowo. Jeśli przykładowo dbam o krytycyzm wobec samego siebie poza pracą, to ułatwia mi to później przyjmowanie krytyki np. podczas spotkań z innymi terapeutami.

No właśnie, z innymi terapeutami. Czy zdarza ci się myśleć z jakim terapeutą ty chciałbyś się spotkać?

Stanowczo tak. Dobrze pamiętam pewnego stażystę, którego styl pracy podobał mi się właśnie z tego powodu. Sądzę także, że to niezmiernie wartościowe pytanie dla samego siebie – czy byłem podczas danego spotkania takim człowiekiem, z jakim sam chciałbym spotkać się siedząc na fotelu pacjenta? Nie jestem robotem, miewam gorsze dni, a ich analiza pozwala na swego rodzaju wgląd we własny styl pracy i możliwości. Mowa o zdawaniu sobie sprawy z własnych ograniczeń. Jeśli zrezygnuję z 10-minutowej przerwy pomiędzy pacjentami rano, nie wpłynie to na mnie negatywnie. Jednak po sześciu godzinach pracy nie mogę już tego zrobić. Jest to kwestia jakości pracy i odpowiedzialności za nią.

Wracając jednak do „zamieniania się” rolami w głowie – wolę pracować przez 40 minut z terapeutą, który przewietrzył umysł po poprzedniej osobie, niż 50 minut z terapeutą, który nie pamięta o czym rozmawialiśmy ostatnio, bo nie zadbał o czas na przeczytanie notatki z poprzedniego spotkania. Wolę takiego, który ma miękki głos, odpowiednio nim moduluje, przywita się ze mną, nie daje zbyt dużo rad nieproszony etc. Są to „autowskazówki” do własnej pracy, niezwykle cenne.

Czyli jednak bycie terapeutą nie jest tylko i wyłącznie pracą? Zaczęliśmy bowiem od momentu rozmowy, w którym twoje podejście było bardzo zawodowe – roboczo nazwałam to nawet „dystansem”. Koło wydaje się jednak wcale nie zataczać, a wręcz pękać.

Jeśli chodzi o poziom dbania o siebie i rozwój, to jak najbardziej. Dbając o całą swoją osobę mam na myśli dbanie o moje bycie w związku, o relacje z innymi ludźmi, o zaangażowanie w pasje, sumienność, samorozwój właśnie. To wszystko przekłada się na charakterystykę mojej pracy zawodowej. Człowiek jest całością, terapeuta uzależnień też:)

Zobacz też:

5 mechanizmów obronnych, które większość z nas stosuje – jak mogą wpłynąć na związek?

Bezdzietność męskim okiem – „Czy nasze wybory były do końca świadome? Nie wiem”

Uważaj na leki i alkohol, są toksyczne dla wątroby!

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Będzie krótszy tydzień pracy dla rodziców? Tego chcą twórcy projektu „Godzina dla rodziny”

Bizneswoman w garsonce spogląda na zegarek /Ilustracja do tekstu: Godzina dla rodziny: krótszy tydzień pracy dla rodziców
Fot.: Andrea Natali/Unsplash.com

Polskie Stronnictwo Ludowe przygotowało projekt „Godzina dla rodziny”, który zakłada korzystniejsze warunki zatrudnienia dla wielu pracowników. Jeśli uda się wprowadzić go w życie, rodzice dzieci, które nie ukończyły 15. roku życia, spędzą w pracy o 5 godz. tygodniowo mniej.

Zgodnie z założeniami projektu „Godzina dla rodziny”, czas pracy osoby zatrudnionej, która jest rodzicem lub opiekunem dziecka do 15. roku życia, nie mógłby przekraczać 7 godzin dziennie. Oznacza to, że standardowy tydzień liczyłby 35 godz. zamiast obecnych 40 godz. Skrócenie godzin pracy nie miałoby przełożenia na zarobki – wynagrodzenie pozostałoby na tym samym poziomie, co w przypadku pracy 8-godzinnej.

Jak wyjaśniają posłowie PSL, proponowana ustawa ma być odpowiedzią na potrzeby polskich rodzin.

– Polacy są jednym z najciężej pracujących narodów w Europie. Od przeciętnego obywatela Unii Europejskiej pracujemy średnio o 3 godziny więcej. Taka sytuacja odbija się na naszym życiu rodzinnym, a szczególnie na najmłodszych. Coraz mniej czasu spędzamy właśnie z naszymi pociechami – czytamy na stronie Polskiego stronnictwa Ludowego.

Warto przypomnieć, że podobny projekt trafił do Sejmu już w zeszłym roku. Zakładał on jednak skrócenie czasu pracy tylko tym rodzicom, których dzieci nie ukończyły 10. roku życia. Projekt nie został wówczas przyjęty – większością głosów odrzucili go posłowie PiS. Niepowodzenia nie zraziły jednak działaczy PSL. Podczas pierwszego czytania nowej wersji dokumentu ponownie zawalczą o korzystniejsze zasady zatrudnienia dla rodziców.

CZYTAJ TEŻ: Kiedy rodzic pracuje, czyli o opiece nad dziećmi poza domem

Godzina dla rodziny kontra godzina dla każdego

Co ciekawe, pod obywatelskim projektem o podobnej treści zbiera obecnie podpisy partia Razem. Jej propozycja również zakłada skrócenie tygodnia pracy do 35 godz., ale dla wszystkich pracowników. Jak argumentują działacze Razem, obecnie polski czas pracy wypada niekorzystnie na tle Europy i uniemożliwia pracownikom należyty wypoczynek.

– Przedstawiliśmy pięć projektów, które będziemy chcieli zrealizować, jak wejdziemy do Sejmu w kolejnej kadencji. (…) Projektem, który będziemy chcieli przedłożyć, jest 35-godzinny tydzień pracy. Uważamy, że ludzie w Polsce i tak pracują bardzo dużo – najwięcej w Europie. Prawda jest taka, że my się zaharowujemy – tłumaczyła Marcelina Zawisza z partii Razem w rozmowie z WP Telewizją.

O skrócenie czasu pracy, jednak wyłącznie dla rodziców dzieci do lat 12., apeluje też OPZZ. Czy którąś z tych propozycji uda się wprowadzić w życie? Tego zapewne dowiemy się wkrótce.

POLECAMY: Rzucają prace w korporacjach, by urodzić trzecie dziecko

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na UW. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Innowacyjna maskotka wesprze sen dziecka i odciąży rodzica. Wymyśliły ją Polki

Leniwiec E-zzy nad łóżeczkiem dziecka
mat. prasowe

A gdyby tak skutecznie pomóc zasnąć swojemu maleństwu, mieć możliwość stałego monitorowania jego snu i śledzenia postępów w rozwoju, a jednocześnie zwiększyć jakość swojego życia? Od dziś to możliwe – polska firma stworzyła innowacyjną zabawkę, która jako jedyna na świecie łączy wszystkie te funkcje. A to wcale nie koniec jej umiejętności!

Leniwiec E-zzy, bo o nim mowa, to starannie wykonana, miła w dotyku zabawka, w której wnętrzu kryje się zaawansowana technologia. Uśmiechnięty brązowy zwierzak generuje kojący szum, który wspomaga sen niemowlęcia, a także czuwa nad nim, łącząc się z telefonem rodzica za pomocą protokołu Bluetooth SMART. Dzięki temu, ściągnąwszy dedykowaną aplikację, możemy na bieżąco monitorować sen swojej pociechy, w porę wykryć jej płacz, a nawet prowadzić statystyki dotyczące czasu zasypiania.

Ustaw wybrany szum, zapisz ważne daty i przygotuj się na skok rozwojowy

Dodatkowo – dzięki rozbudowanej bazie danych, nad która pracowali medycy i eksperci z wielu dziedzin – możemy dowiedzieć się m.in., czy w najbliższym czasie nasze dziecko czeka skok rozwojowy. Ten wiąże się z większą pobudliwością i niepokojem, których przyczyn rodzice często nie potrafią samodzielnie wskazać. Ponadto w aplikacji połączonej z Leniwcem E-zzym znajdziemy kalendarz i pamiętnik, w którym można zapiszemy ważne daty (np. szczepień czy wizyt lekarskich) i udokumentujemy kroki milowe w rozwoju naszego malucha.

Screenshot z apliikacji połączonej z Leniwcem E-zzy. Widać na nim statystyki dotyczące snu dziecka

mat. prasowe

Zaawansowane funkcje niepozornego zwierzaka obejmują także możliwość zdalnego dostosowania rodzaju i długości szumu, włączenia wybranego dźwięku na daną godzinę, a nawet zwiększenia lub zmniejszenia czułości sensora odpowiedzialnego za wykrywanie płaczu.

Leniwiec E-zzy: uroczy pluszak i asystent nowoczesnego rodzica

Za wynalazkiem stoi znana polska firma Whisbear, której założycielkami są Zuzanna i Julia Sielickie. Partnerem technologicznym najnowszej zabawki Whisbear jest Microsoft, który zapewnił m.in. dostęp do serwerów Azure. To tam bezpiecznie przechowywane będą dane użytkowników aplikacji.

Julia i Zuzanna Sielickie - założycielki marki Whisbear

mat. prasowe

– Choć w życiu dziecka nic nie zastąpi miłości, uwagi oraz troski rodziców, to także i w tej dziedzinie trudno obejść się bez technologii – mówi Julia Sielicka-Jastrzębska. – Wprowadzając na rynek nasz pierwszy inteligentny produkt, którym jest Leniwiec E-zzy, wychodzimy naprzeciw potrzebom nowoczesnych rodziców. Rodziców, którzy szukają niezawodnych rozwiązań technologicznych, wspierających ich w opiece nad dzieckiem – dodaje.

Leniwiec E-zzy dla księżnej Kate

Leniwiec E-zzy trafi na rynek już w maju. Jednymi z pierwszych rodziców, którzy go przetestują, będą księżna Kate i książę William. Pracownicy firmy Whisbear zdecydowali się obdarować ich innowacyjnym, dopasowanym do ich potrzeb zwierzakiem z okazji narodzin najmłodszego potomka. W aplikacji skierowanej do znanych rodziców znalazł się też wartościowy poradnik.

– Nasze zaprzyjaźnione brytyjskie położne czuwają, aby treści w nim zawarte były zgodne ze standardami opieki nad dzieckiem obwiązującymi w Wielkiej Brytanii – wyjaśnia Zuzanna Sielicka-Kalczyńska, współwłaścicielka Whisbear.

Whisbear to polski start-up założony ponad 3 lata temu przez siostry Julię i Zuzannę Sielickie. Flagowy produkt firmy, Szumiący Miś Whisbear, dostępny jest w 31 krajach i wspomaga sen blisko ćwierci miliona dzieci. Firma Whisbear ma na swoim koncie liczne nagrody: biznesowe, branżowe i konsumenckie. Doceniła go także brytyjska księżna Kate.

POLECAMY TAKŻE: Gwiazdy i ich dzieci wybrały Zabawkę Roku

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na UW. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Dziewczynki opuszczają lekcje, bo nie mają dostępu do toalet. Zatrważający raport WaterAid

miesiączka tematem tabu
fot. Unsplash - Peter Hershey

Ponad jedna trzecia dziewczynek w Azji Południowej opuszcza zajęcia w szkole w czasie miesiączki. Często dzieje się tak z powodu braku dostępu do toalet i środków higienicznych. Wiele dziewcząt nie ma również wystarczającej wiedzy na temat miesiączki przed osiągnięciem dojrzałości płciowej – wynika z badania przeprowadzonego przez WaterAid i UNICEF.

Z badania wynika, że większość krajów tego regionu nie spełnia standardów WHO, zgodnie z którymi na 25 dziewcząt powinna przypadać co najmniej jedna toaleta.

Zobacz także: Powstała gra oswajająca dziewczynki z pierwszą miesiączką

Dramatyczne warunki w szkołach

Tymczasem w jednym z regionów Nepalu na 170 uczennic przypada tylko jedna toaleta. To utrudnia dziewczynkom uczestnictwo w zajęciach szkolnych podczas menstruacji.

– Dziewczynki mają niezaprzeczalne prawo do edukacji, które tracą, gdy nie mogą uczęszczać na zajecia z powodu braku produktów sanitarnych i czystych toalet w szkołach – powiedział Tim Wainwright, dyrektor generalny WaterAid.

– Rządy muszą zapewnić, że w każdej szkole będzie czysta woda, przyzwoite toalety i dobry poziom higieny – dodał.

Zobacz także: Użyła tamponu, straciła obie nogi. Poznaj dramatyczną historię modelki

Miesiączka tematem tabu

Braki edukacji na temat miesiączki są duże w tym regionie świata. Na Sri Lance aż dwie trzecie dziewcząt przyznaje, że nie miało żadnych informacji na temat menstruacji, zanim nie zaczęło miesiączkować.

– To może być szkodliwe w regionie, w którym istnieje tabu wokół menstruacji – uważa Therese Mahon, współautorka raportu. W kulturze niektórych krajów Azji Południowej kobiety podczas miesiączki są wykluczane z życia publicznego i nie mają wstępu do miejsc kultu.

Temat ten jest rzadko poruszany otwarcie, przez co dziewczęta utrzymywane są w niewiedzy i podlegają wykluczeniu. W konsekwencji wiele z nich cierpi na infekcje i choroby, ponieważ nie wie, w jaki sposób utrzymać higienę.

W kilku krajach Azji Południowej zaczęto już wprowadzać do szkół informacje na temat miesiączkowania, jednak, jak zaznaczają autorzy raportu, wciąż jest wiele do zrobienia.

Źródło: Reuters

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.

Twoje dziecko ma problemy z nauką? Powodem mogą być nietypowe zaburzenia słuchu!

Mali chlopcy robią gesty trzech mądrych małp /Ilustracja do tekstu: Zaburzenia CAPD, APD
Fot.: Pixabay.com

Z badań naukowych wynika, że dzieci z rozpoznanymi trudnościami w uczeniu się, dysleksją, zespołem zaburzeń uwagi i zachowania często mają również problemy z przetwarzaniem słuchowym typu centralnego (CAPD). Oznacza to, że nie są w stanie zrozumieć wszystkiego, co słyszą, w taki sam sposób, jak ich rówieśnicy.

Zaburzenia przetwarzania słuchowego (APD), zwane również centralnymi zaburzeniami przetwarzania słuchowego (CAPD), to problemy, z którymi boryka się około 5% dzieci w wieku szkolnym. Objawami tego schorzenia są m.in.:

  • nieprawidłowe rozumienie poleceń ze słuchu,
  • nieprawidłowa podzielność uwagi słuchowej,
  • zaburzenia koncentracji.

Rodzice zazwyczaj nie zdają sobie sprawy z problemu i niesłusznie mają pretensje do dziecka o zbyt słabe postępy w nauce.

CZYTAJ TEŻ: „W oczekiwaniu na dziecko” – poradnik dla przyszłych matek i ojców

Słyszymy mózgiem

Rozpoznanie zaburzeń przetwarzania słuchowego polega na badaniu audiologicznym. Właściwie przeprowadzone badanie powinno całościowo oceniać słyszenie, a nie tylko skupiać się na ostrości słuchu.

– Słyszenie to nie tylko zauważenie dźwięku, ale przede wszystkim jego zrozumienie. Zadaniem ucha jest przekazanie jak najpełniejszej informacji o otaczającym świecie dźwięków, natomiast mózg musi ją odpowiednio przetworzyć i zinterpretować. Prawdą jest więc stwierdzenie, że słyszymy mózgiem, a ucho jest tylko częścią układu słuchowego – mówi dr n. med. Małgorzata Topolska, otolaryngolog, otolaryngolog dziecięcy, audiolog i foniatra współpracująca z Humana Medica Omeda.

W celu rozpoznania CAPD niezbędne jest wykonanie panelu badań skierowanych na ocenę centralnych procesów słuchowych.

Zaburzenia przetwarzania słuchowego to jedna z przyczyn trudności w nauce i złej koncentracji. CAPD może współistnieć z innymi zaburzeniami – takimi, jak: opóźniony rozwój mowy, specyficzne zaburzenia rozwoju językowego, zaburzenia uwagi, specyficzne trudności w nauce oraz dysleksja – zaznacza dr Małgorzata Topolska.

Badania wskazują, że ok. 30% dzieci z dysleksją oraz 40-50% dzieci z trudnościami w nauce ma objawy zaburzeń typu centralnego. Warto mieć świadomość, że APD dotyczy także ludzi dorosłych.

Kiedy wykonać diagnostykę w kierunku APD?

Na specjalistyczną diagnostykę powinniśmy zgłosić się z dzieckiem, gdy dostrzeżemy u niego charakterystyczne objawy APD. Obejmują one m.in.:

  • nieprawidłowe rozumienie mowy w warunkach hałasu, np. w klasie szkolnej, na ulicy czy w samochodzie,
  • nieprawidłową podzielność uwagi w złych warunkach akustycznych,
  • złe zrozumienie zniekształconej mowy, zaburzenie rozumienia dłuższych wypowiedzi, zmęczenie słuchowe, zaburzenia percepcji muzyki.

Po wykonaniu specjalistycznych badań dzieci, u których istnieje podejrzenie APD, kierowane są do poradni psychologiczno-pedagogicznych.

– Na podstawie wyników jest tam dobierana i realizowana rehabilitacja zaburzonych procesów słuchowych występujących u dziecka – mówi dr Małgorzata Topolska.

Postępowanie rehabilitacyjne u dorosłych jest planowane indywidualnie.

Diagnostyka CAPD: warto poszukać specjalistycznego ośrodka

Diagnostyka APD nie jest powszechnie dostępna. Jeśli jednak zajdzie podejrzenie, że problem ten może dotyczyć naszego dziecka, warto poszukać odpowiedniego ośrodka. Prawidłowo postawiona diagnoza pozwoli na dopasowanie odpowiedniej terapii i rehabilitacji oraz podniesie jakość życia dziecka.

Badania słuchu w kierunku APD oferuje m.in. Humana Medica Omeda w Białymstoku.

POLECAMY RÓWNIEŻ: Jak słuchać dzieci? Bycie uważnym słuchaczem bywa bardzo trudne

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.