Przejdź do treści

Uzależnienia, depresja, bezsilność – co jest po drugiej stronie gabinetu? Terapeuta: „To my sami jesteśmy narzędziem naszej pracy”

Uzależnienia, depresja, lęk… wszystko to niesie za sobą ogromny bagaż cierpienia. Nieraz wydaje się, że są to sytuacje bez wyjścia i bez nadziei. Gdyby jednak tak było, praca terapeutów nie miałaby najmniejszego sensu. A chodzi właśnie o to, żeby tego sensu szukać. Szukać go wspólnie, bo po drugiej stronie gabinetu też w końcu znajduje się człowiek. „Moment, gdy siedzisz i koncentrujesz się na osobie, z którą rozmawiasz, patrzysz na nią i ją po prostu czujesz, jest tym, co w swojej pracy lubię najbardziej” – mówi Jakub Sudoł, specjalista terapii uzależnień.

Słyszysz: „uzależnienie”. Jaka jest twoja pierwsza myśl?

Jakub Sudoł: Pierwsza myśl to oznaczenie w klasyfikacji diagnostycznej. Jaka to choroba, jakie to będzie „F”, od czego jest to uzależnienie – od alkoholu, opiatów, marihuany.

Czyli pierwsze skojarzenie to zawód?

Tak, ale na drugim miejscu są pacjenci. Te dwie myśli właściwie się we mnie zderzają. Nie jest to jednak jakaś określona twarz, ale każda kolejna osoba, która tutaj przede mną siada.

Zastanawiało mnie, na ile już w pierwszej myśli możemy dowiedzieć się, czy bycie terapeutą to dla ciebie tylko praca, czy może jest pod tym coś więcej.

Zadajesz pytanie w gabinecie terapeutycznym, więc siłą rzeczy odbija się to na mojej odpowiedzi. Tutaj traktuję to mocno zawodowo, chociaż bez wątpienia stoi za tym coś znacznie więcej.

A jesteś sobie w stanie przypomnieć, jaka byłaby twoja pierwsza myśl na dźwięk słowa „uzależnienie”, zanim zacząłeś się tym zajmować?

Pewnie były to strzykawki, lufki, jacyś dilerzy i szemrane interesy.

Który z tych elementów wizji uzależnienia najbardziej się w takim razie zmienił?

Właśnie ten od którego zacząłem – praca. Uzależnienie połączyło mi się z objawami, klasyfikacją i przede wszystkim z terapią. Kiedyś były to dla mnie hasła funkcjonujące osobno, a teraz nie mają one w mojej głowie oddzielnej reprezentacji. Nie widzę już tylko obrazu osoby uzależnionej, która funkcjonuje w stereotypowym, wspomnianym przeze mnie „szemranym” świecie. Widzę jej terapię.

Zastanawia mnie to, bo myślę sobie, że przeciętny człowiek słysząc: „osoba uzależniona od narkotyków”, widzi zjawisko bardzo rzadkie i co więcej, definitywnie patologiczne.

Pewnie w dużej mierze tak jest. Mi też kiedyś wydawało się, że jest to coś niezwykle strasznego, a jeśli już coś takiego dostrzeżemy, trzeba natychmiast uciekać. Teraz w pewnym sensie bardzo mi to spowszedniało. Po pierwsze, nie postrzegam uzależnienia od narkotyków jako coś bardzo rzadkiego. Po drugie, jako coś wiążącego się z obrazem „zdegenerowanego narkomana leżącego na ulicy”. Po trzecie – i chyba najważniejsze – jako coś przepełnionego złem. Uzależnienie to choroba jak każda inna.

Pod tym względem być może zmieniła się także moja reakcja emocjonalna. Wcześniej, próbując wyobrazić sobie uzależnienie, miałem przed oczami obraz jak z filmu. Teraz mam zdecydowanie mniej lęku i strachu, a pewnie to głównie te emocje kiedyś się we mnie pojawiały.

Czy w takim razie to właśnie z nimi przychodzą do ciebie najczęściej osoby współuzależnione, których to bliscy biorą?

Tak, jest w nich dużo lęku.

Lęku o to, że narkotyki dotyczą właśnie bliskiej im osoby, czy lęku o wspomnianą wizję „zdegenerowanego narkomana”?

Jedno wynika z drugiego. Pojawia się zarówno taki obraz, jak i połączenie życiowego faktu mówiącego, że dotyczy to mojego dziecka. Z tego właśnie rodzi się strach. Strach i wstyd.

Powiedziałeś: „dziecka”.  

Mówiąc „dziecko”, nie mam na myśli wieku. Często nie są to wcale młodzi ludzie. Miałem niedawno pacjenta, którego uzależniony syn ma 37 lat. Nie jest więc on osobą dopiero wchodzącą w życie. Za określeniem „dziecko” stoi rola, w jakiej rodzice stawiają bliskich im ludzi – niezależnie od wieku.

Jeśli 30-letni facet wciąż traktowany jest przez rodziców jak dzieciak, to może uzależnienie staje się całkiem adekwatnym do sytuacji mechanizmem?

Nie podjąłbym się jednoznacznej deklaracji, co było pierwsze, a chyba właśnie o to pytasz. Czy początkowo było uzależnienie, a potem rodzic zaczął traktować go jak „dziecko”? A może najpierw traktował go jak „dziecko”, a potem pojawiło się uzależnienie?

Bardzo bliska jest mi myśli, że niezwykle rzadkie są sytuacje zero-jedynkowe. Z reguły są to procesy, które narastają przez lata i wzajemnie się wzmacniają. Dlatego też mechanizm współuzależnienia jest tak trwały – zarówno dla osoby uzależnionej, jak i jej bliskich.

Z kim w takim razie wolisz pracować – z uzależnionymi, czy ich rodzinami?

To nie jest tak, że z kimś „wolę” pracować. Z każdym człowiekiem terapia jest inna, ale zasadniczo największe trudności wywołuje praca z osobami, które bardzo długo i dużo mówią, że chcą się zmienić, a nie podejmują w tym kierunku żadnych kroków. Także z osobami, które są zaburzone osobowościowo, a tacy ludzie często zdarzają się zarówno wśród osób uzależnionych, jak i współ.

Wyobraźmy sobie w takim razie, że wychodzisz właśnie z takiej sesji. Co jest dalej? Czy coś się w tobie dzieje?

Pewnie, że się dzieje. Jeśli jednak pytasz o moją reakcję emocjonalną, to nie jest ona mocno nasilona, choć odczuwam czasami bezsilność, złość, troskę czy radość. Wiele wydarza się głównie na poziomie warsztatowym. Zadaję sobie wtedy pytania o to, w jakim kierunku należałoby podążyć w pracy z taką osobą? Co dalej? Co za miesiąc? Pojawiają się też swego rodzaju rokowania, zwłaszcza jeśli nie są one nazbyt optymistyczne. To właśnie nazywam owym „dzianiem się”.

Zapytam więc wprost – ile emocji z pracy zabierasz ze sobą do domu?

Na poziomie świadomym niewiele, a na poziomie nieświadomym zapewne przynajmniej drugie tyle. Nie mam wątpliwości, że do domu wnoszę nie tyle emocje z konkretnej relacji, ale z całego dnia pracy. Bywają dni, kiedy spotykam się z 10 osobami, z czego 6 jest w kryzysie, 2 są w trakcie niejasnego procesu diagnostycznego, a kolejne 2 w znacznym oporze. Dodatkowo trzeba uzupełnić dokumentację, gdzieś pomiędzy tym zaopiekować się stażystą, a wracając z pracy kupić ziemniaki. Wiesz o co chodzi i pewnie sama to znasz, kiedy po powrocie z pracy nie ma w głowie przestrzeni na cokolwiek ponadto. To są pojedyncze, lecz trudne dni. Tak, może być to obraz poddenerwowanego człowieka, ale na szczęście jest on w moim przypadku bardzo rzadki.

A spotkałeś pacjenta, z którym czułeś, że sobie nie poradzisz i skierowałeś go do kogoś innego?

Tak.

Było to dla ciebie trudne, czy może byłeś całkowicie pewien, że dobrze robisz?

Niezależnie od tego, czy byłem pewien, że robię dobrze, to mogło mi być np. smutno. Dosłownie przed miesiącem miałem pacjenta, któremu poleciłem inne miejsce. Pomimo tego, że miałem wobec niego jak najbardziej pozytywne uczucia, miałem też przekonanie, że tam może wydarzyć się dla niego zdecydowanie więcej dobrego, niż w moim gabinecie.

Pytasz mnie pewnie jednak o to, na ile jakiś rodzaj „przyssania emocjonalnego” do pacjentów, może przeszkadzać nam w podejmowaniu decyzji dotyczących pracy z nimi. Przypominam sobie moją pierwszą taką sytuację. W terapii nic już się nie działo i ewidentnie pacjentka przychodziła tylko po to, żeby „pogadać”, o czym nieśmiało zresztą komunikowała. Nic to nie wnosiło ani tutaj, ani w życiu tej osoby. Powiedziałem wtedy pani, że gdy podejmie decyzję w sprawie, która de facto była tylko pozornym powodem naszych spotkań, to ją zapraszam. Jeśli nie, to czas kończyć. Pani więcej nie przyszła. Teraz myślę sobie, że była to świetna interwencja, którą być może trzeba było zastosować pięć sesji wcześniej.

Pamiętam też inną pacjentkę, która miała uzależnionego brata. W czasie rozmów przygotowywałem ją na to, że nasze spotkania będą musiały się kiedyś skończyć. Pracowaliśmy około roku, aż pewnego dnia po prostu przestała przychodzić. Po kilku miesiącach pojawiła się jeszcze raz, po to by powiedzieć, że już nauczyła się radzić sobie sama. To były najbardziej czytelne procesy, w których było widać, że swego rodzaju „wypchnięcie” ludzi poza gabinet, przynosi ważne i potrzebne efekty. Każda relacja terapeutyczna, żeby była konstruktywna, musi mieć swój koniec.

Mam wrażenie, że jest to pocieszające i smutne za razem.

W tym kontekście mamy tak naprawdę bardzo niewdzięczną robotę. W końcu, jeśli pacjent przestaje przychodzić i w jego głowie powstaje myśl: „Nic nowego już mi nie mówi, w zasadzie to ja już wszystko wiem i sobie sam poradzę”, to jest to najbardziej skuteczny proces terapeutyczny. Moment, gdy pacjent widzi w sobie zmianę, podjął pewne decyzje, czy poukładał sobie dany temat w głowie i ma przekonanie, że wcale nie jest to zasługa terapeuty, a jego samego – to najlepsze co może się w tym dla niego wydarzyć. Oznacza to, że jego własna sprawczość został wzbudzona.

Zastanawiam się przy tym, na ile w pacjentach jest w takim razie przekonania pt. „sam sobie nie poradzę”?

Zdarza się, że sporo. Nie jest to jednak tak, że każdy przychodzący do mnie człowiek bezradnie rozkłada ręce. Gdyby tak było, to pewnie nikt nie przekraczałby progu gabinetu terapeuty. Ludzie stwierdzaliby pewnie, że nie są w stanie przebrnąć zapisów i doczekać wizyty. Owszem, pojawia się bezradność, ale często jest ona raczej objawem depresyjnym.

To one są najtrudniejsze?

Nie, najtrudniejsze jest uzależnienie samo w sobie. Coś, co także mi się pojawia – chociaż bardziej nazwałbym to męczącym, niż trudnym – to przerzucanie przez pacjenta odpowiedzialności na ciebie.  Nieraz masz wtedy poczucie, że jesteś w terapeutycznym polu i musisz przebijać się przez gąszcz krzaków zanim cokolwiek dalej zacznie się dziać.

Bardzo ciekawe jest to, jak o tym mówisz. Z perspektywy „przeciętnego Kowalskiego” wyobrażam sobie bowiem wizję terapeuty jako osoby widzącej, rozumiejącej i czującej głębiej.  Od ciebie czuję za to dużo dystansu. Zastanawiam się, na ile może być trudna dla pacjentów myśl: „Jak to?! Dla niego jest to tylko zawód, a ja jestem jedną z 30 innych osób w kolejce?! To on wcale nie przeżywa tak głęboko tego, co ja ledwo jestem w stanie unieść?!”. Czy zderzasz się z taką wizją?

Szczerze? Nie. Domyślam się jednak o co pytasz. W tym wszystkim o czym mówię nie ma przecież… empatii!

Nazwałam to dystansem, ale tak. Gdzie w tym wszystkim jest to sławetne „współodczuwanie”?!

Dystans, pewien chłód, jakaś pozbawiona uczuć analiza – na takiej płaszczyźnie dotąd rozmawialiśmy. Jednak w każdej z tych relacji empatia jest potrzebna do nawiązania czegoś, co nazywamy relacją terapeutyczną. Pytasz mnie o pewne rzeczy techniczne, to ci odpowiadam.

Kiedy jednak siada przede mną człowiek, to jesteś właśnie z nim i w pewnym sensie odchodzisz od analizowania tego, co dzieje się stricte na sesji. Słuchasz go i wzbudza to w tobie emocje. One jak najbardziej tutaj są.

Jednak specyfika pracy powoduje, że trzeba je bardzo szybko w sobie wygaszać i zrobić miejsce na kolejną osobę, która z reguły czeka już za drzwiami gabinetu. Powiedziałbym, że jest to pewna zdolność ucinania w sobie tego, co się właśnie pojawiło. Nie zmienia to jednak faktu, że w momencie, gdy siedzisz i koncentrujesz się na osobie, z którą rozmawiasz, nie bujasz myślami w obłokach, patrzysz na nią, to ją po prostu czujesz. Tak naprawdę to jest coś, co w swojej pracy lubię najbardziej.

Myślę sobie, że jest to też kwestia dyskusji o predyspozycjach do wykonywania zawodu terapeuty. Może to właśnie jakaś doza empatii i umiłowanie dla świata emocji są tutaj niezbędne?

Pewna wrażliwość, inteligencja emocjonalna, a w ramach niej zdolność do empatyzowania i wyobrażenia sobie tego, co ktoś może czuć. Na pewno są to bardzo potrzebne elementy. W jaki jednak sposób wpływa to na wybór zawodu? Myślę, że może działać to dwojako. Z jednej strony, mogą iść tą ścieżką osoby, którym przychodzi to łatwo. Z drugiej zaś, ludzie mogą decydować się na nią na zasadzie przeciwieństwa. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że każda osoba, która ma pewną wrodzoną zdolność emaptyzowania, właśnie taki zawód wybierze.

A gdybyś ty jeszcze raz miał go wybrać, zrobiłbyś to?

Gdybym miał to zrobić dzisiaj – tak.

Byłby to prosty wybór?

To zależy, ale chyba nie wyobrażam sobie już innej drogi. Pewne rzeczy w moim życiu potoczyły się tak, że w bardzo młodym wieku wszedłem na tę ścieżkę i już z niej po prostu nie schodziłem. Poza tym, bardzo lubię swoją pracę. Jest dla mnie niezwykle gratyfikująca – emocjonalnie, psychologicznie.

Traktujesz w takim razie bycie terapeutą uzależnień bardziej w kategorii zawodu, czy jakiegoś rodzaju bycia z ludźmi?

I tak, i tak. Terapię uzależnień traktuję jako pracę, a w jej ramach niezbędny jest fragment bycia z ludźmi. Takiego „czystego” bycia, które pozbawione jest myślenia, a nastawia mnie na czucie. Siedzisz z kimś, spoglądasz na niego i po prostu słuchasz.

Bycie z człowiekiem wymaga jednak czasami przełamywania pewnych barier.

Co masz na myśli mówiąc przełamywania? Narzędziem pracy terapeuty, czy też psychologa, jesteś ty sam – to co myślisz, to jak o tym opowiadasz, kiedy to komunikujesz. Ważne są twoje emocje i to, kiedy o nich mówisz, w jaki sposób i czy w ogóle to robisz. Jesteś zła, to jesteś zła. Jak nie chcesz z kimś rozmawiać, to nie chcesz. Wszystko to jest jednak niezwykłą kopalnią informacji.

Czy w takim razie mówiąc o sobie samym „narzędzie”, świadomie o nie dbasz?

Tak, coraz częściej zauważam bardzo wyraźny link pomiędzy tym, kim jestem poza pracą, a tym jak mi się pracuje. Widzę, że jeśli dbam o siebie – w różnym tego słowa znaczeniu – pomaga mi to zawodowo. Jeśli przykładowo dbam o krytycyzm wobec samego siebie poza pracą, to ułatwia mi to później przyjmowanie krytyki np. podczas spotkań z innymi terapeutami.

No właśnie, z innymi terapeutami. Czy zdarza ci się myśleć z jakim terapeutą ty chciałbyś się spotkać?

Stanowczo tak. Dobrze pamiętam pewnego stażystę, którego styl pracy podobał mi się właśnie z tego powodu. Sądzę także, że to niezmiernie wartościowe pytanie dla samego siebie – czy byłem podczas danego spotkania takim człowiekiem, z jakim sam chciałbym spotkać się siedząc na fotelu pacjenta? Nie jestem robotem, miewam gorsze dni, a ich analiza pozwala na swego rodzaju wgląd we własny styl pracy i możliwości. Mowa o zdawaniu sobie sprawy z własnych ograniczeń. Jeśli zrezygnuję z 10-minutowej przerwy pomiędzy pacjentami rano, nie wpłynie to na mnie negatywnie. Jednak po sześciu godzinach pracy nie mogę już tego zrobić. Jest to kwestia jakości pracy i odpowiedzialności za nią.

Wracając jednak do „zamieniania się” rolami w głowie – wolę pracować przez 40 minut z terapeutą, który przewietrzył umysł po poprzedniej osobie, niż 50 minut z terapeutą, który nie pamięta o czym rozmawialiśmy ostatnio, bo nie zadbał o czas na przeczytanie notatki z poprzedniego spotkania. Wolę takiego, który ma miękki głos, odpowiednio nim moduluje, przywita się ze mną, nie daje zbyt dużo rad nieproszony etc. Są to „autowskazówki” do własnej pracy, niezwykle cenne.

Czyli jednak bycie terapeutą nie jest tylko i wyłącznie pracą? Zaczęliśmy bowiem od momentu rozmowy, w którym twoje podejście było bardzo zawodowe – roboczo nazwałam to nawet „dystansem”. Koło wydaje się jednak wcale nie zataczać, a wręcz pękać.

Jeśli chodzi o poziom dbania o siebie i rozwój, to jak najbardziej. Dbając o całą swoją osobę mam na myśli dbanie o moje bycie w związku, o relacje z innymi ludźmi, o zaangażowanie w pasje, sumienność, samorozwój właśnie. To wszystko przekłada się na charakterystykę mojej pracy zawodowej. Człowiek jest całością, terapeuta uzależnień też:)

Zobacz też:

5 mechanizmów obronnych, które większość z nas stosuje – jak mogą wpłynąć na związek?

Bezdzietność męskim okiem – „Czy nasze wybory były do końca świadome? Nie wiem”

Uważaj na leki i alkohol, są toksyczne dla wątroby!

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Jak bronić się przed kosmetycznymi oszustwami

Czy parabeny są groźne
Spróbujmy mądrze dbać o urodę. – Fot. Pixabay

Podtytuł książki, w której dowiemy się czy rzeczywiście upiększamy się, używając kremów, odżywek, toników i wielu innych kosmetyków, na które wydajemy fortunę, brzmi „Jak bronić się przed kosmetycznymi oszustwami i mądrze dbać o urodę”.

Bezpośrednią inspiracja do napisania książki było znalezienie przez autorkę ekologicznego produktu o nazwie „Niemydło”. Dziennikarka naukowa, która ma dyplom w biotechnologii i doktorat z neurobologii, postanowiła prześwietlić parabeny, siarczany i inne składniki znajdujące się w centrum dyskusji o ich bezpieczeństwie i ocenić, na ile są one uzasadnione. Beatrice Mautino w swojej książce sprawdza także przepisy prawne, które pozwalają zrozumieć drogę, jaką musi przebyć kosmetyk, aby został dopuszczony do handlu.

Czy parabeny są groźne? 

Z chemicznego punktu widzenia parabeny są pochodnymi kwasu p-hydroksybenzoesowego. Mają działanie przeciwmikrobowe i od sześćdziesięciu lat wykorzystuje się je w przemyśle kosmetycznym, farmaceutycznym i spożywczym.

Istnieją różne rodzaje parabenów i różnie oddziaływują one na mikroorganizmy, ale ich funkcją jest przedłużanie życia produktom. Od dziesięcioleci dodawano je do większości kosmetyków i nikogo nie niepokoiła ich obecność.

Sytuacja zmieniła od momentu, kiedy w czasopiśmie naukowym „Journal Of Applied Toxicology” ukazał się artykuł „Stężenia parabenów w nowotworach piersi”. Philippa Darbre poddała badaniom dwadzieścia pacjentek chorujących na raka piersi. Na ich podstawie stwierdzono określone stężenia parabenów w komórkach rakowych. Odkryto, że parabeny naśladują działanie estrogenów w ludzkim organizmie, a to one mogą przyczyniać się do powstawania raka piersi.

Zobacz też: Najzdrowszy produkt na świecie

Jak się okazało, badanie obarczone było błędem, ponieważ u badanych pacjentek przebadano wyłącznie komórki rakowe, nie uwzględniając komórek zdrowych. Nie przedstawiono także dowodów na to, że parabeny wchłaniane są przez tkanki, następnie zdefiniować mechanizm komórkowy, który wiąże je z wystąpieniem choroby nowotworowej.

Kiedy publikacja badań Philippy Darbre ukazał się, wywołując prawdziwą burzę, biochemiczka oświadczyła: „Ale przecież nigdy nie mówiliśmy, że parabeny powodują raka piersi”. Jak pisze autorka książki –Historia pseudonauki, a raczej – nauki źle uprawianej, wybrakowana jest małym „ale”.

A jeśli chodzi o parabeny? Jak się okazało, nie ma wystarczających danych, które pozwoliłyby uznać je za bezpieczne bez żadnych wątpliwości. Jak na razie parabeny oczyszczono z oskarżeń o wywoływanie raka piersi, uznano za bezpieczne i zalecono dalsze monitorowanie.

 Co to jest kosmetyk?

To substancja lub mieszanina „przeznaczona do kontaktu z zewnętrznymi częściami ciała ludzkiego (…) lub z zębami oraz błonami śluzowymi”, której celem jest utrzymanie ich w czystości, perfumowanie, zmiana ich wyglądu, ochrona, utrzymywanie w dobrej kondycji”. Tyle definicja. Co robi z nami reklama i marketing, ile pieniędzy wyrzucamy codziennie na coś, co nie działa – na przykład kosmetyki na cellulit czy luksusowe kremy. Jednym słowem jak dajemy się nabić w butelkę, której zawartość nic nam nie daje poza przyjemnością. Książka Mautino to skarbnica wiedzy, dzięki której oszczędzimy nie tylko zdrowie, ale i pieniądze. 

Źródło: Bez parabenów. Jak bronić się przed kismetycznymu oszustwami i mądrze dbać o urodę. Wyd. Literackie

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Nasza inteligencja hormonalna – dlaczego warto ją odkryć?

Badania dowodzą, że posiadamy inteligencję hormonalną. – Fot. Pixabay

Badania wskazują, że kobiety w czasie owulacji częściej spotykają się z mężczyznami, więcej flirtują, a zespół napięcie przedmiesiączkowego mógł powstać w toku ewolucji po to, żeby kobiety mogły odrzucić nieodpowiednich partnerów. Dzięki „Ukrytej inteligencji hormonów” możemy na nowo odkryć własne ciało i dowiedzieć się jak podejmować bardziej świadome decyzje dotyczące m.in. seksu, małżeństwa czy przyjaźni.

Doktor Martie Haselton jest doktorem nauk humanistycznych i wykłada psychologię na Uniwersytecie Kalifornijskim oraz zajmuje się badaniem wpływu cyklu owulacyjnego na kobiecą seksualność. Badania dowodzą, że posiadamy inteligencję hormonalną, a nasze hormony mają wpływ na wszystko, począwszy od wyboru partnerów, popędu i rywalizacji, poprzez zmiany zachodzące w czasie ciąży i macierzyństwa oraz do „kolejnego rozdziału” naszego życia czyli do „menopauzy”, w którym – jak przekonuje autorka – „otwiera się przed nami możliwość nowych doświadczeń niezwiązanych z reprodukcją”. Stawia dość odważną na dzisiejsze czasy tezę, że to biologia czyni nas mężczyznami lub kobietami i że na ogół ludzi przyciąga płeć przeciwna.

Mózg i hormony

Dzisiejszy feminizm zakłada, że mężczyźni i kobiety są tacy sami i mają identyczne cele. Jeśli kobiety są niedostatecznie reprezentowane na przykład w karierze technologicznej, nie wynika to z wyborów zawodowych, tylko z seksizmu i dyskryminacji w miejscu pracy. I chociaż zakłada, że mężczyźni i kobiety są inni, to założenie że różnimy się tylko z powodów naszych hormonów wydaje się uproszczeniem. To raczej nasz mózg unieważnia nasze hormony, ponieważ nasze zachowanie kształtuje kontekst społeczny.

Zobacz też: Filozofia wolnego życia

Gdyby mężczyźni mieli miesiączkę….

Przez lata uważano kobiety za „zbyt hormonalne”, aby sprawować urząd prezydenta. Gloria Steinem w eseju „If Men Could Menstruate” („Gdyby mężczyźni mogli miesiączkować”) dowodziła, że gdyby mężczyźni mieli okres, byłby on źródłem męskiej dumy. „Przedmioty zaopatrzenia higienicznego byłyby refundowane z budżetu państwa i bezpłatnie” – pisała. Nie mówiąc o prestiżu płynącym z używania podpasek i robieniu na nich pieniędzy – możemy tylko wyobrazić sobie bilboardy z „tamponami Paula Newmana, czy podpaskami Johna Wayne’a”.

Zobacz też: Używajmy wyobraźni czyli psychoterapia z Katarzyną Miller

Przekonanie, że zachowanie kobiet można wytłumaczyć biologicznymi uwarunkowaniami, powoduje powstrzymuje je przed odnoszeniem sukcesów oraz skazuje na ograniczenie ich roli do macierzyństwa i spotkanie ze „szklanym sufitem”.

Co radzi autorka kobietom? „Poznawajcie fakty naukowe, poznawajcie siebie, bo tylko wtedy będziecie mogły podejmować najbardziej świadome decyzje”.

Nasza inteligencja hormonalna – dlaczego warto ją odkryć? Dr Martie Haselton wyd. Prószyński i S-ka

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Dzień, który zmienił moje życie – dobre pomysły Mam

pomysły rozwoju dla mam

Podobno najlepsze pomysły wpadają do głowy niespodziewanie podczas prozaicznych codziennych czynności, takich jak kąpiel czy leżenie pod lipą. Tak też było ze mną. Alina HRabina napadła na mnie znienacka i trzyma do teraz.

A to było tak…

Pewnego pochmurnego poranka przewinęłam dziecko i zbierałam rzeczy do wyjścia na spacer. Do przepastnej torby pakowałam mleko, wodę, butelkę, termos, pieluchy, podkłady i… książkę. To był poradnik „Mama wraca do pracy” Adeli Prochyry, pełny inspirujących historii kobiet, które z sukcesem (lub nie) łączą pracę zawodową z wychowaniem dziecka.

Jak dla mnie to pół-naukowa pozycja, bo najeżona wynikami badań i twardymi danymi historycznymi. Autorka, z wykształcenia socjolog, wspominała, że podczas urlopu macierzyńskiego dorabiała pisząc artykuły do portali rodzicielskich.

Pomyślałam, że może ja również mogłabym coś napisać… Nagle coś kliknęło w mojej głowie i nakazało – Pisz! „Tyle czytasz, napisz w końcu coś od siebie”.

Głos w mojej głowie powtórzył – Idź i pisz. Nie czytaj więcej.

– Ale nie potrafię! – broniłam się.

Pisz jak potrafisz. Potem się potnie i zredaguje.

– Ale nie lubię! Wypracowania w szkole to była dla mnie mordęga – kontynuowałam.

To nie na ocenę. A lubisz, gdy ludzie słuchają, gdy mówisz?

– Tak, ale nie mam nic ciekawego do powiedzenia. Nie jestem ekspertem.

 A ci których czytasz są lepsi? Wcale nie – tylko mieli odwagę, aby zacząć.

Taki oto dialog pomiędzy Aliną a HRabiną toczył się w mojej głowie. Wynik znacie – zaczęłam pisać i publikować. Jakieś dwa tygodnie od pomysłu, na portalu Współczesna Rodzina ukazał się mój pierwszy artykuł „Dlaczego zdecydowałam się na dziecko”, do teraz przeczytało go ponad 3000 osób. Machina ruszyła, jeden impuls zmienił moje życie.

Zobacz mój pierwszy artykuł: Dlaczego zdecydowałam się na dziecko?

Zauważyłam, że macierzyństwo budzi w kobietach ogromne pokłady kreatywności, również biznesowej. Podczas comiesięcznych spotkań Klubu Przedsiębiorczych Mam, organizowanych przez fundację „Rodzic w mieście”, poznałam dziesiątki mam i doświadczyłam prawdziwego wulkanu inicjatyw.

Nigdy więcej samotnych spacerów

Na jeden z najlepszych pomysłów wpadły Magda Tereszczuk i Marta Mroczek – przyjaciółki ze studiów, które w tym samym czasie zostały mamami, jednak odległość dzieląca je nie pozwalała na codzienne wspólne spacery.

Samotność dawała im się we znaki, a wrodzona nieśmiałość nie pozwalała na, ot tak, zagadanie do obcych mam na osiedlu. Dlatego pewnego dnia rozmawiając, od słowa do słowa, wpadły na pomysł stworzenia aplikacji na telefon, która pomaga w nawiązywaniu kontaktu z innymi mamami.

Tak powstało Akuku Mamo – nazywane również Tinderem dla mam. Aplikacja działa na podobnej zasadzie geolokalizacji, ale zamiast po zdjęciach, filtruje się po zainteresowaniach, także np. mama joginka może znaleźć koleżankę do ćwiczeń w pobliżu, a wielbicielka kryminałów Bondy wspólniczkę do rozwiązywania zagadek kryminalnych. Nigdy więcej samotnych spacerów z wózkiem – takie jest motto aplikacji, z której obecnie korzysta już ponad 14 tys. użytkowniczek. Pomysł i determinacja zagwarantowały sukces.

Zobacz też: Jak być miłym hejterem? Czyli konstruktywna krytyka zawsze w cenie!

A może powrót do szkoły?

Ja i moja przyjaciółka z dzieciństwa Asia jesteśmy w podobnej sytuacji – zostałyśmy mamami w podobnym czasie i również nie widujemy się zbyt często z racji dzielącej nas odległości. Asia znalazła sposób na samotność i monotonię życia z dzieckiem – dokształcanie się. Zapisała się na studia podyplomowe z zakresu IT, dzięki czemu co weekend miała „pretekst” do wyjścia z domu i ruszenia szarych komórek. W tym czasie mąż zajmował się dzieckiem, co wychodziło im na dobre. Dodatkowo studia (razem z dyplomem inżyniera i doświadczeniem w branży technicznej) okazały się przepustką do nowej, lepszej pracy po urlopie macierzyńskim. Lepszej, bo pozwalającej na spędzanie większej ilości czasu z córeczką i mężem.

Asia podkreśla: „Rodzina jest dla mnie najważniejsza. Jednak równie istotne jest dla mnie, to aby mieć czas dla siebie. Nie można zatracać się w jednej roli w życiu, trzeba mieć swój osobisty areał, aby być szczęśliwym”. Na pytanie co skłoniło Cię do zmiany, odpowiada – „To była spontaniczna decyzja, nie było czasu na refleksje. Mam umysł ścisły i predyspozycje do technicznych zawodów. Studia były bardzo ciężkie, ale nie żałuję decyzji. Myślę, że to był znak od Boga.”

Trzy historie, trzy przemiany. Za decyzją stoi nagły impuls, rozmowa z przyjaciółką, znak z góry. Jeden motywator – dziecko, które rośnie wraz z nami.

Alina HRabina

Zawodowo związana z branżą HR. Obecnie na urlopie macierzyńskim. Mieszka w Warszawie, chętnie odbywa podróże małe i duże.

W poszukiwaniu dobrego życia z atlasem szczęścia

Gdzie znaleźć szczęście
Nasza polska filozofia życia brzmi „Jakoś to będzie”. – Fot. Pixabay

Całkiem niedawno wszystko musiało być „hygge”. Duński sposób na życie wkroczył szturmem w nasze życie i był najmodniejszym trendem przez kilka ostatnich lat. Islandczycy mają swoje Þetta reddast, w RPA – ubuntu, w Walii Hvyl, w Japonii wabi-sabi. Nasza polska filozofia życia brzmi „Jakoś to będzie”.

Optymizm nie jest błahostką – pisze autorka książki „Atlas szczęścia” – jeśli przez cały czas czujemy się przygnębieni, a sytuacja zawsze jest kryzysowa, psychologiczną reakcją jest porzucenie wszelkich starań. Przekaz mediów jest jednoznaczny –zawsze i wszędzie wydarzają się tylko złe rzeczy. A przecież ludzie codziennie znajdują szczęście i nie tylko w bogatych krajach. Empatia jest kluczowa w relacjach międzyludzkich, a to, co wiemy na temat tego, co uszczęśliwia ludzi na końcu świata, jest cenna dla wszystkich. To, w jaki sposób ludzie postrzegają szczęście może być cenna dla wszystkich.

Zobacz też: Jak wychować szczęśliwe dziecko?

Kiedy Helen Russell opublikowała swoją pierwszą książkę „Życie po duńsku. Rok w najszczęśliwszym kraju na świecie”, zaczęli odzywać się do niej ludzie z najróżniejszych zakątków świata. Opisywali, jak w ich kraju rozumiane jest szczęście. Tak powstała nowa książka Helen „Atlas szczęścia”, czyli katalog kulturowych zwyczajów i mapa miejsc, w którym ludzie prowadzą dobre życie.

Sposoby na szczęście

Norwegowie mają swoje FRILUFTSLIV czyli dużo czasu na łonie natury. Jak mówią mieszkańcy tego niedużego kraju – natura pozwala nakarmić duszę, bo na zewnątrz jest dużo rodzajów energii. Sporo Norwegów uprawia więc „aktywną medytację” każdego dnia, co sprzyja zdrowiu i dobremu samopoczuciu.

WABI-SABI to porzucenie wszelkich ideałów estetycznych, które wymagają perfekcji, docenianie rzeczy takimi, jakie są. Nie do uwierzenia, ale tak, to filozofia Japonii. Kintsugi, stara sztuka naprawiania potłuczonej ceramiki polega na tym, że nie tuszuje się pęknięcia, tylko się je uwypukla, często laką z dodatkiem czystego złota. Pęknięcie uważane jest za piękne. Japonia nie jest, jak wiemy uważana za zbyt szczęśliwe miejsce – wysoki odsetek samobójstw, plaga samotności, pracoholizm i depresje. Ratunkiem może być utrzymywanie więzi z przeszłością – zamiast pędu za nowością i „wspaniałą przyszłością”. Tak jak obcowanie z naturą – kąpiele leśne, wspólne podziwianie kwiatów, szczególnie wiśni – badania wykazały obniżenie ciśnienia, poziomu kortyzolu oraz zmianę aktywności mózgu, która sprzyja odprężeniu.

Zobacz też: Podróże z niemowlakiem. Pierwszy raz wyjechaliśmy, gdy córeczka miała 2 miesiące

W Syrii TARAB to emocjonalne uniesienie, zauroczenie, wywołane muzyką. Aby poczuć się szczęśliwym, musimy poszukać muzyki, która wywołuje jakieś uczucia, sprawi, że będziemy płakać i śmiać się. Tajowie mają swoje MAI PEN TAJ, tłumaczone jako „nie przejmuj się” lub „to nie ma znaczenia”. Mieszkańcy Tajlandii łagodzą w ten sposób konflikty i pozbywają się napięcia. KEYIF oznacza „nastrój, zadowolenie, upojenie”. Dla Turków to celebrowanie prostych czynności – pływania, oglądania zachodu słońca, picia herbaty, spacerów po plaży. Żyj wolniej – jedz wolniej, obserwuj oddech, ciesz się nicnierobieniem. Irlandczycy używają słowa CRAIC jako synonimu dobrej zabawy, która obejmuje muzykę i rozmowy. Najlepsze na wzmocnienie więzi, wydzielanie endorfin i poczucie szczęścia są smutne, przerażające opowieści – dobrze się bać! TAPEO pochodzi od tapas – polega na spotkaniu z przyjaciółmi, zagryzaniu dobrego wina jeszcze lepszymi przekąskami – to dla mieszkańców Hiszpanii pełnia szczęścia.

Yakosh toe benjay

Właśnie ukazała się angielska wersja „Jakoś to będzie” – Live The Polish Way Of Life”. Jaki jest nasz sposób na życie? Podobno jesteśmy szczęśliwi wbrew modom, opieramy się autorytetom i przeciwnościom losu. Bardzo ważne jest dla nas życie duchowe. Kiedy jest nam ciężko, ratuje nas sarkazm i wiara, że ze wszystkim sobie poradzimy. To nasze „Jakoś to będzie”. Nawet jeśli nie do końca wierzymy w nasze „narodowe” cechy, warto przekonać do nich cudzoziemców, a ta książka ma tę moc.

Live the polish way of life – Beata Chomątowska, Dorota Gruszka, Daniel Lis, Urszula Pieczek Wyd. Znak

Atlas szczęścia – Helen Russell Wyd. Insignis

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.