Przejdź do treści

Uzależnienia, depresja, bezsilność – co jest po drugiej stronie gabinetu? Terapeuta: „To my sami jesteśmy narzędziem naszej pracy”

Uzależnienia, depresja, lęk… wszystko to niesie za sobą ogromny bagaż cierpienia. Nieraz wydaje się, że są to sytuacje bez wyjścia i bez nadziei. Gdyby jednak tak było, praca terapeutów nie miałaby najmniejszego sensu. A chodzi właśnie o to, żeby tego sensu szukać. Szukać go wspólnie, bo po drugiej stronie gabinetu też w końcu znajduje się człowiek. „Moment, gdy siedzisz i koncentrujesz się na osobie, z którą rozmawiasz, patrzysz na nią i ją po prostu czujesz, jest tym, co w swojej pracy lubię najbardziej” – mówi Jakub Sudoł, specjalista terapii uzależnień.

Słyszysz: „uzależnienie”. Jaka jest twoja pierwsza myśl?

Jakub Sudoł: Pierwsza myśl to oznaczenie w klasyfikacji diagnostycznej. Jaka to choroba, jakie to będzie „F”, od czego jest to uzależnienie – od alkoholu, opiatów, marihuany.

Czyli pierwsze skojarzenie to zawód?

Tak, ale na drugim miejscu są pacjenci. Te dwie myśli właściwie się we mnie zderzają. Nie jest to jednak jakaś określona twarz, ale każda kolejna osoba, która tutaj przede mną siada.

Zastanawiało mnie, na ile już w pierwszej myśli możemy dowiedzieć się, czy bycie terapeutą to dla ciebie tylko praca, czy może jest pod tym coś więcej.

Zadajesz pytanie w gabinecie terapeutycznym, więc siłą rzeczy odbija się to na mojej odpowiedzi. Tutaj traktuję to mocno zawodowo, chociaż bez wątpienia stoi za tym coś znacznie więcej.

A jesteś sobie w stanie przypomnieć, jaka byłaby twoja pierwsza myśl na dźwięk słowa „uzależnienie”, zanim zacząłeś się tym zajmować?

Pewnie były to strzykawki, lufki, jacyś dilerzy i szemrane interesy.

Który z tych elementów wizji uzależnienia najbardziej się w takim razie zmienił?

Właśnie ten od którego zacząłem – praca. Uzależnienie połączyło mi się z objawami, klasyfikacją i przede wszystkim z terapią. Kiedyś były to dla mnie hasła funkcjonujące osobno, a teraz nie mają one w mojej głowie oddzielnej reprezentacji. Nie widzę już tylko obrazu osoby uzależnionej, która funkcjonuje w stereotypowym, wspomnianym przeze mnie „szemranym” świecie. Widzę jej terapię.

Zastanawia mnie to, bo myślę sobie, że przeciętny człowiek słysząc: „osoba uzależniona od narkotyków”, widzi zjawisko bardzo rzadkie i co więcej, definitywnie patologiczne.

Pewnie w dużej mierze tak jest. Mi też kiedyś wydawało się, że jest to coś niezwykle strasznego, a jeśli już coś takiego dostrzeżemy, trzeba natychmiast uciekać. Teraz w pewnym sensie bardzo mi to spowszedniało. Po pierwsze, nie postrzegam uzależnienia od narkotyków jako coś bardzo rzadkiego. Po drugie, jako coś wiążącego się z obrazem „zdegenerowanego narkomana leżącego na ulicy”. Po trzecie – i chyba najważniejsze – jako coś przepełnionego złem. Uzależnienie to choroba jak każda inna.

Pod tym względem być może zmieniła się także moja reakcja emocjonalna. Wcześniej, próbując wyobrazić sobie uzależnienie, miałem przed oczami obraz jak z filmu. Teraz mam zdecydowanie mniej lęku i strachu, a pewnie to głównie te emocje kiedyś się we mnie pojawiały.

Czy w takim razie to właśnie z nimi przychodzą do ciebie najczęściej osoby współuzależnione, których to bliscy biorą?

Tak, jest w nich dużo lęku.

Lęku o to, że narkotyki dotyczą właśnie bliskiej im osoby, czy lęku o wspomnianą wizję „zdegenerowanego narkomana”?

Jedno wynika z drugiego. Pojawia się zarówno taki obraz, jak i połączenie życiowego faktu mówiącego, że dotyczy to mojego dziecka. Z tego właśnie rodzi się strach. Strach i wstyd.

Powiedziałeś: „dziecka”.  

Mówiąc „dziecko”, nie mam na myśli wieku. Często nie są to wcale młodzi ludzie. Miałem niedawno pacjenta, którego uzależniony syn ma 37 lat. Nie jest więc on osobą dopiero wchodzącą w życie. Za określeniem „dziecko” stoi rola, w jakiej rodzice stawiają bliskich im ludzi – niezależnie od wieku.

Jeśli 30-letni facet wciąż traktowany jest przez rodziców jak dzieciak, to może uzależnienie staje się całkiem adekwatnym do sytuacji mechanizmem?

Nie podjąłbym się jednoznacznej deklaracji, co było pierwsze, a chyba właśnie o to pytasz. Czy początkowo było uzależnienie, a potem rodzic zaczął traktować go jak „dziecko”? A może najpierw traktował go jak „dziecko”, a potem pojawiło się uzależnienie?

Bardzo bliska jest mi myśli, że niezwykle rzadkie są sytuacje zero-jedynkowe. Z reguły są to procesy, które narastają przez lata i wzajemnie się wzmacniają. Dlatego też mechanizm współuzależnienia jest tak trwały – zarówno dla osoby uzależnionej, jak i jej bliskich.

Z kim w takim razie wolisz pracować – z uzależnionymi, czy ich rodzinami?

To nie jest tak, że z kimś „wolę” pracować. Z każdym człowiekiem terapia jest inna, ale zasadniczo największe trudności wywołuje praca z osobami, które bardzo długo i dużo mówią, że chcą się zmienić, a nie podejmują w tym kierunku żadnych kroków. Także z osobami, które są zaburzone osobowościowo, a tacy ludzie często zdarzają się zarówno wśród osób uzależnionych, jak i współ.

Wyobraźmy sobie w takim razie, że wychodzisz właśnie z takiej sesji. Co jest dalej? Czy coś się w tobie dzieje?

Pewnie, że się dzieje. Jeśli jednak pytasz o moją reakcję emocjonalną, to nie jest ona mocno nasilona, choć odczuwam czasami bezsilność, złość, troskę czy radość. Wiele wydarza się głównie na poziomie warsztatowym. Zadaję sobie wtedy pytania o to, w jakim kierunku należałoby podążyć w pracy z taką osobą? Co dalej? Co za miesiąc? Pojawiają się też swego rodzaju rokowania, zwłaszcza jeśli nie są one nazbyt optymistyczne. To właśnie nazywam owym „dzianiem się”.

Zapytam więc wprost – ile emocji z pracy zabierasz ze sobą do domu?

Na poziomie świadomym niewiele, a na poziomie nieświadomym zapewne przynajmniej drugie tyle. Nie mam wątpliwości, że do domu wnoszę nie tyle emocje z konkretnej relacji, ale z całego dnia pracy. Bywają dni, kiedy spotykam się z 10 osobami, z czego 6 jest w kryzysie, 2 są w trakcie niejasnego procesu diagnostycznego, a kolejne 2 w znacznym oporze. Dodatkowo trzeba uzupełnić dokumentację, gdzieś pomiędzy tym zaopiekować się stażystą, a wracając z pracy kupić ziemniaki. Wiesz o co chodzi i pewnie sama to znasz, kiedy po powrocie z pracy nie ma w głowie przestrzeni na cokolwiek ponadto. To są pojedyncze, lecz trudne dni. Tak, może być to obraz poddenerwowanego człowieka, ale na szczęście jest on w moim przypadku bardzo rzadki.

A spotkałeś pacjenta, z którym czułeś, że sobie nie poradzisz i skierowałeś go do kogoś innego?

Tak.

Było to dla ciebie trudne, czy może byłeś całkowicie pewien, że dobrze robisz?

Niezależnie od tego, czy byłem pewien, że robię dobrze, to mogło mi być np. smutno. Dosłownie przed miesiącem miałem pacjenta, któremu poleciłem inne miejsce. Pomimo tego, że miałem wobec niego jak najbardziej pozytywne uczucia, miałem też przekonanie, że tam może wydarzyć się dla niego zdecydowanie więcej dobrego, niż w moim gabinecie.

Pytasz mnie pewnie jednak o to, na ile jakiś rodzaj „przyssania emocjonalnego” do pacjentów, może przeszkadzać nam w podejmowaniu decyzji dotyczących pracy z nimi. Przypominam sobie moją pierwszą taką sytuację. W terapii nic już się nie działo i ewidentnie pacjentka przychodziła tylko po to, żeby „pogadać”, o czym nieśmiało zresztą komunikowała. Nic to nie wnosiło ani tutaj, ani w życiu tej osoby. Powiedziałem wtedy pani, że gdy podejmie decyzję w sprawie, która de facto była tylko pozornym powodem naszych spotkań, to ją zapraszam. Jeśli nie, to czas kończyć. Pani więcej nie przyszła. Teraz myślę sobie, że była to świetna interwencja, którą być może trzeba było zastosować pięć sesji wcześniej.

Pamiętam też inną pacjentkę, która miała uzależnionego brata. W czasie rozmów przygotowywałem ją na to, że nasze spotkania będą musiały się kiedyś skończyć. Pracowaliśmy około roku, aż pewnego dnia po prostu przestała przychodzić. Po kilku miesiącach pojawiła się jeszcze raz, po to by powiedzieć, że już nauczyła się radzić sobie sama. To były najbardziej czytelne procesy, w których było widać, że swego rodzaju „wypchnięcie” ludzi poza gabinet, przynosi ważne i potrzebne efekty. Każda relacja terapeutyczna, żeby była konstruktywna, musi mieć swój koniec.

Mam wrażenie, że jest to pocieszające i smutne za razem.

W tym kontekście mamy tak naprawdę bardzo niewdzięczną robotę. W końcu, jeśli pacjent przestaje przychodzić i w jego głowie powstaje myśl: „Nic nowego już mi nie mówi, w zasadzie to ja już wszystko wiem i sobie sam poradzę”, to jest to najbardziej skuteczny proces terapeutyczny. Moment, gdy pacjent widzi w sobie zmianę, podjął pewne decyzje, czy poukładał sobie dany temat w głowie i ma przekonanie, że wcale nie jest to zasługa terapeuty, a jego samego – to najlepsze co może się w tym dla niego wydarzyć. Oznacza to, że jego własna sprawczość został wzbudzona.

Zastanawiam się przy tym, na ile w pacjentach jest w takim razie przekonania pt. „sam sobie nie poradzę”?

Zdarza się, że sporo. Nie jest to jednak tak, że każdy przychodzący do mnie człowiek bezradnie rozkłada ręce. Gdyby tak było, to pewnie nikt nie przekraczałby progu gabinetu terapeuty. Ludzie stwierdzaliby pewnie, że nie są w stanie przebrnąć zapisów i doczekać wizyty. Owszem, pojawia się bezradność, ale często jest ona raczej objawem depresyjnym.

To one są najtrudniejsze?

Nie, najtrudniejsze jest uzależnienie samo w sobie. Coś, co także mi się pojawia – chociaż bardziej nazwałbym to męczącym, niż trudnym – to przerzucanie przez pacjenta odpowiedzialności na ciebie.  Nieraz masz wtedy poczucie, że jesteś w terapeutycznym polu i musisz przebijać się przez gąszcz krzaków zanim cokolwiek dalej zacznie się dziać.

Bardzo ciekawe jest to, jak o tym mówisz. Z perspektywy „przeciętnego Kowalskiego” wyobrażam sobie bowiem wizję terapeuty jako osoby widzącej, rozumiejącej i czującej głębiej.  Od ciebie czuję za to dużo dystansu. Zastanawiam się, na ile może być trudna dla pacjentów myśl: „Jak to?! Dla niego jest to tylko zawód, a ja jestem jedną z 30 innych osób w kolejce?! To on wcale nie przeżywa tak głęboko tego, co ja ledwo jestem w stanie unieść?!”. Czy zderzasz się z taką wizją?

Szczerze? Nie. Domyślam się jednak o co pytasz. W tym wszystkim o czym mówię nie ma przecież… empatii!

Nazwałam to dystansem, ale tak. Gdzie w tym wszystkim jest to sławetne „współodczuwanie”?!

Dystans, pewien chłód, jakaś pozbawiona uczuć analiza – na takiej płaszczyźnie dotąd rozmawialiśmy. Jednak w każdej z tych relacji empatia jest potrzebna do nawiązania czegoś, co nazywamy relacją terapeutyczną. Pytasz mnie o pewne rzeczy techniczne, to ci odpowiadam.

Kiedy jednak siada przede mną człowiek, to jesteś właśnie z nim i w pewnym sensie odchodzisz od analizowania tego, co dzieje się stricte na sesji. Słuchasz go i wzbudza to w tobie emocje. One jak najbardziej tutaj są.

Jednak specyfika pracy powoduje, że trzeba je bardzo szybko w sobie wygaszać i zrobić miejsce na kolejną osobę, która z reguły czeka już za drzwiami gabinetu. Powiedziałbym, że jest to pewna zdolność ucinania w sobie tego, co się właśnie pojawiło. Nie zmienia to jednak faktu, że w momencie, gdy siedzisz i koncentrujesz się na osobie, z którą rozmawiasz, nie bujasz myślami w obłokach, patrzysz na nią, to ją po prostu czujesz. Tak naprawdę to jest coś, co w swojej pracy lubię najbardziej.

Myślę sobie, że jest to też kwestia dyskusji o predyspozycjach do wykonywania zawodu terapeuty. Może to właśnie jakaś doza empatii i umiłowanie dla świata emocji są tutaj niezbędne?

Pewna wrażliwość, inteligencja emocjonalna, a w ramach niej zdolność do empatyzowania i wyobrażenia sobie tego, co ktoś może czuć. Na pewno są to bardzo potrzebne elementy. W jaki jednak sposób wpływa to na wybór zawodu? Myślę, że może działać to dwojako. Z jednej strony, mogą iść tą ścieżką osoby, którym przychodzi to łatwo. Z drugiej zaś, ludzie mogą decydować się na nią na zasadzie przeciwieństwa. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że każda osoba, która ma pewną wrodzoną zdolność emaptyzowania, właśnie taki zawód wybierze.

A gdybyś ty jeszcze raz miał go wybrać, zrobiłbyś to?

Gdybym miał to zrobić dzisiaj – tak.

Byłby to prosty wybór?

To zależy, ale chyba nie wyobrażam sobie już innej drogi. Pewne rzeczy w moim życiu potoczyły się tak, że w bardzo młodym wieku wszedłem na tę ścieżkę i już z niej po prostu nie schodziłem. Poza tym, bardzo lubię swoją pracę. Jest dla mnie niezwykle gratyfikująca – emocjonalnie, psychologicznie.

Traktujesz w takim razie bycie terapeutą uzależnień bardziej w kategorii zawodu, czy jakiegoś rodzaju bycia z ludźmi?

I tak, i tak. Terapię uzależnień traktuję jako pracę, a w jej ramach niezbędny jest fragment bycia z ludźmi. Takiego „czystego” bycia, które pozbawione jest myślenia, a nastawia mnie na czucie. Siedzisz z kimś, spoglądasz na niego i po prostu słuchasz.

Bycie z człowiekiem wymaga jednak czasami przełamywania pewnych barier.

Co masz na myśli mówiąc przełamywania? Narzędziem pracy terapeuty, czy też psychologa, jesteś ty sam – to co myślisz, to jak o tym opowiadasz, kiedy to komunikujesz. Ważne są twoje emocje i to, kiedy o nich mówisz, w jaki sposób i czy w ogóle to robisz. Jesteś zła, to jesteś zła. Jak nie chcesz z kimś rozmawiać, to nie chcesz. Wszystko to jest jednak niezwykłą kopalnią informacji.

Czy w takim razie mówiąc o sobie samym „narzędzie”, świadomie o nie dbasz?

Tak, coraz częściej zauważam bardzo wyraźny link pomiędzy tym, kim jestem poza pracą, a tym jak mi się pracuje. Widzę, że jeśli dbam o siebie – w różnym tego słowa znaczeniu – pomaga mi to zawodowo. Jeśli przykładowo dbam o krytycyzm wobec samego siebie poza pracą, to ułatwia mi to później przyjmowanie krytyki np. podczas spotkań z innymi terapeutami.

No właśnie, z innymi terapeutami. Czy zdarza ci się myśleć z jakim terapeutą ty chciałbyś się spotkać?

Stanowczo tak. Dobrze pamiętam pewnego stażystę, którego styl pracy podobał mi się właśnie z tego powodu. Sądzę także, że to niezmiernie wartościowe pytanie dla samego siebie – czy byłem podczas danego spotkania takim człowiekiem, z jakim sam chciałbym spotkać się siedząc na fotelu pacjenta? Nie jestem robotem, miewam gorsze dni, a ich analiza pozwala na swego rodzaju wgląd we własny styl pracy i możliwości. Mowa o zdawaniu sobie sprawy z własnych ograniczeń. Jeśli zrezygnuję z 10-minutowej przerwy pomiędzy pacjentami rano, nie wpłynie to na mnie negatywnie. Jednak po sześciu godzinach pracy nie mogę już tego zrobić. Jest to kwestia jakości pracy i odpowiedzialności za nią.

Wracając jednak do „zamieniania się” rolami w głowie – wolę pracować przez 40 minut z terapeutą, który przewietrzył umysł po poprzedniej osobie, niż 50 minut z terapeutą, który nie pamięta o czym rozmawialiśmy ostatnio, bo nie zadbał o czas na przeczytanie notatki z poprzedniego spotkania. Wolę takiego, który ma miękki głos, odpowiednio nim moduluje, przywita się ze mną, nie daje zbyt dużo rad nieproszony etc. Są to „autowskazówki” do własnej pracy, niezwykle cenne.

Czyli jednak bycie terapeutą nie jest tylko i wyłącznie pracą? Zaczęliśmy bowiem od momentu rozmowy, w którym twoje podejście było bardzo zawodowe – roboczo nazwałam to nawet „dystansem”. Koło wydaje się jednak wcale nie zataczać, a wręcz pękać.

Jeśli chodzi o poziom dbania o siebie i rozwój, to jak najbardziej. Dbając o całą swoją osobę mam na myśli dbanie o moje bycie w związku, o relacje z innymi ludźmi, o zaangażowanie w pasje, sumienność, samorozwój właśnie. To wszystko przekłada się na charakterystykę mojej pracy zawodowej. Człowiek jest całością, terapeuta uzależnień też:)

Zobacz też:

5 mechanizmów obronnych, które większość z nas stosuje – jak mogą wpłynąć na związek?

Bezdzietność męskim okiem – „Czy nasze wybory były do końca świadome? Nie wiem”

Uważaj na leki i alkohol, są toksyczne dla wątroby!

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

UOKiK: 1/3 dziecięcych mebli i artykułów nie spełnia norm bezpieczeństwa. TE cechy powinny cię zaalarmować [INFOGRAFIKA]

Niebieskoookie niemowlę w łóżeczku, przykryte białą kołdrą /Ilustracja do tekstu: UOKiK: Łóżeczka dziecięce nie spełniają norm. Są uwagi do 35% produktów
Fot.: Michal Bar Haim /Unsplash.com

Nieprawidłowe oznakowanie produktu, braki w instrukcjach obsługi, a nawet wady konstrukcyjne – takie nieprawidłowości wykryli eksperci podczas kontroli dziecięcych mebli do spania i innych artykułów wypoczynkowych skierowanych do najmłodszych. Co wzbudziło zaniepokojenie inspektorów i jak uniknąć wpadki podczas zakupów?

Kontrolę mebli i innych artykułów do spania lub wypoczynku dla małych dzieci przeprowadziła Inspekcja Handlowa na zlecenie UOKiK. Wśród skontrolowanych 83 przedsiębiorców przeważały sklepy oferujące różnego rodzaju łóżeczka dziecięce, kołyski, kojce i nosidełka. Inspektorzy odwiedzili też hurtownie, producentów, pierwszych dystrybutorów i importera tych artykułów.

Kojce, nosidełka i łóżeczka dziecięce: blisko 35% produktów nie spełnia norm

Podczas analizy, którą wykonano w IV kwartale 2017 r. we wszystkich województwach, inspektorzy zwrócili szczególną uwagę na bezpieczeństwo użytkowania powyższych produktów oraz ich oznakowanie. Okazało się, że na 343 sprawdzone partie produktów tylko 65,6% spełniało wymagane prawem normy. Zakwestionowano zaś bezpieczeństwo 118 partii produktów (34,4 proc. wszystkich skontrolowanych łóżeczek dziecięcych, kojców, kołysek i nosidełek).

Wśród wykrytych nieprawidłowości inspektorzy wymienili m.in.: zbyt duże odstępy między listwami na dnie łóżeczka dziecięcego, stwarzające potencjalne niebezpieczeństwo, brak oparcia dla główki w nosidełkach, brak instrukcji obsługi, ostrzeżeń dotyczących użytkowania, a nawet danych producenta. W przypadku części nosidełek nie uwzględniono m.in. informacji o dopuszczalnej wadze lub wieku dziecka.

Kontrola UOKiK: jedno z łóżeczek dziecięcych zniknie z rynku

Większość nieprawidłowości, polegających na złym oznakowaniu produktów, przedsiębiorcy usunęli już w trakcie kontroli.

W sześciu przypadkach UOKiK wszczął postępowania administracyjne. Do tej pory zakończyło się jedno z nich – w sprawie jednego z łóżeczek dostępnych na rynku. Zgodnie z decyzją UOKiK, producent musi je wycofać z rynku.

CZYTAJ TEŻ: Sąd odebrał matce dziecko, bo bawiło się TĄ zabawką

Wybór bezpiecznego łóżeczka dziecięcego, nosidełka, kojca i kołyski. Na co zwrócić uwagę?

Jeśli stoisz przed decyzją o zakupie bezpiecznego łóżeczka, kołyski, kojca lub nosidełka dla swojego dziecka, sprawdź, czy:

  • nie ma w nim: ostrych krawędzi lub narożników, zadziorów, wystających gwoździ itp.,
  • w produkcie nie występują otwarte końce rur,
  • nie ma małych elementów, które dziecko mogłoby samodzielnie oderwać i połknąć,
  • układ kołysania ma mechanizm blokujący i może być poruszany wyłącznie przez bezpośrednie popychanie, a nie napędzany silnikiem elektrycznym,
  • przestawienie dna łóżeczka lub kojca z położenia wyższego na niższe jest możliwe tylko przy użyciu narzędzi,
  • nosidełko przeznaczone dla dzieci w wieku do 4 miesięcy jest wyposażone w podparcie dla główki.

W razie wątpliwości, czy dany produkt spełnia wszystkie normy, należy skontaktować się z regionalnym inspektoratem Inspekcji Handlowej.

Źródło: UOKiK

POLECAMY RÓWNIEŻ: Dzieci, które trzymają zabawki w lewej ręce, mają lepsze zdolności poznawcze

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na UW. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Wakacje po polsku, czyli Janusz i Grażyna nad morzem

Zatłoczona plaża nad morzem /Ilustracja do tekstu: Polak na wakacjach, czyli grillowanie w parawanie
Fot.: Alexandre Perotto /Unsplash.com

Przywieziony z domu sznurek do suszenia bielizny, śniadanie wynoszone w kapeluszu lub prośby o piętnaście poduszek do jednego pokoju… Nad polskie morze wróciły upały, a wraz z nimi – turyści. Właściciele hoteli odrabiają straty po deszczowych tygodniach, ale oprócz pieniędzy mają też powody do zdumienia.

Do nadmorskich miejscowości znów zawitało słońce. Temperatura poszybowała w górę, a w ślad za nią – liczba rezerwacji w hotelach i ośrodkach wypoczynkowych. Taki trend wydaje się oczywisty, ale oczekiwania i zachowania polskich turystów już niekoniecznie.

Na urlopie, ale jak w domu

Okazuje się, że wyjeżdżający chcą na wakacjach czuć się jak u siebie w domu, dlatego jeszcze przed przyjazdem pytają obsługę o kolor pościeli, materiał, z którego wykonane są ręczniki, albo o wysokość hotelowego łóżka.

– Sporym zdziwieniem dla właścicieli obiektu była natomiast prośba gości o wskazanie miejsca, w którym można gwoździami przybić przywieziony z domu sznurek do suszenia prania. Z kolei pewne małżeństwo, poprosiło o gwarancję, że w wybranym przez nich okresie w hotelu nie będzie obcokrajowców, ponieważ w ich towarzystwie czuliby się nieswojo… – wylicza Grzegorz Kołodziej z portalu Nocleg.pl, na którym opublikowano obfitujący w ciekawostki raport na temat oczekiwań klientów hoteli i pensjonatów. – Łatwiej było sprostać oczekiwaniom córki, która poprosiła o osobny pokój na innym piętrze dla głośno chrapiącego taty, po to, by siedmioosobowa rodzina mogła porządnie wypocząć przez 10 dni w Łebie – dodaje ekspert.

Duże rodziny, zwłaszcza te z nastolatkami, mają też inne niestandardowe potrzeby. Przykład: minimum pięć gniazdek elektrycznych w pokoju. Bo przecież każdy ma swój telefon i tablet do ładowania.

Na plażę z kapeluszem pełnym kiełbasy

Jak wynika z informacji od właścicieli obiektów i analizy Nocleg.pl, w stołówkach i hotelowych restauracjach goście coraz częściej proszą o posiłki zgodne z dietą bezglutenową albo owowegetariańską. Ale nie dotyczy to wszystkich. Są i tacy, którzy nie mają większych wymagań – śniadanie hotelowe z podstawowej karty smakuje im w każdych ilościach. Jedna z goszczących nad Bałtykiem par postanowiła np. zabrać na plażę spory pakunek zebrany ze szwedzkiego stołu, przemycony w słomkowym kapeluszu.

Polak na wakacjach, czyli grillowanie w parawanie

Są też słynne już parawany, o które potrafimy walczyć z dużym zacięciem. W mailu do nadmorskiego ośrodka jedni z klientów zadeklarowali nawet dodatkową zapłatę, jeśli właściciele będą potrafili na ów „parawaning” zarezerwować daną część plaży. Bo parawan to dziś dla plażowicza nie tylko ochrona przed wiatrem, ale wręcz odpowiednik własnego M. Wewnątrz parawanu turyści organizują niemal całe wakacyjne życie: odpoczywają, czytają, imprezują, a nawet… grillują.

Natomiast w pokoju chcemy mieć gwarancję wygody, ale i czystości – nie tylko tej podstawowej. Do właściciela jednego z nadmorskich apartamentów wpłynęła prośba o codzienne dezynfekowanie wszystkich klamek w pokoju.

Jak widać, na długo wyczekiwanym urlopie mamy nie tylko relaks, ale i wymagania. A czy wy macie na sumieniu podobne grzeszki? Podzielcie się z nami w komentarzach!

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.

Maria Skłodowska-Curie najbardziej wpływową kobietą w historii. Wyprzedziła Margaret Thatcher i Maryję

Czarno-białe zdjęcie: Maria Skłodowska-Curie
Fot.: Wikimedia Commons

Maria Skłodowska-Curie, polska naukowczyni, pionierka badań nad promieniowaniem i dwukrotna zdobywczyni nagrody Nobla, wygrała w plebiscycie na najbardziej wpływową kobietę w historii. „Ma na swoim koncie niezwykle różnorodne osiągnięcia” – podkreślono w uzasadnieniu jej nominacji.

Plebiscyt „100 kobiet, które zmieniły świat” został zorganizowany przez BBC History z okazji setnej rocznicy wprowadzenia w Wielkiej Brytanii praw wyborczych dla kobiet. Nominacje do tytułu najbardziej wpływowej kobiety w historii zgłosiło 10 znanych historyczek (każda zaproponowała po 10 nazwisk). Ostatecznego wyboru dokonali czytelnicy magazynu. To dzięki ich głosom zwyciężczynią została Maria Skłodowska-Curie.

Najbardziej wpływowa kobieta w historii: Maria Skłodowska-Curie

Maria Skłodowska-Curie urodziła się w 1867 r. w Warszawie, gdzie ukończyła gimnazjum. Z uwagi na brak rozwiązań prawnych, które umożliwiałyby jej kontynuację nauki na polskim uniwersytecie, wyjechała do Paryża, by podjąć studia na Sorbonie. To tam – jako prekursorka radiochemii – rozwinęła swoją karierę naukową i poznała przyszłego męża – Piotra Curie.

Niezwykłe dokonania, które słynna Polka ma na swoim koncie, uwzględniają odkrycie dwóch nowych pierwiastków – radu i polonu, a także rozwój teorii promieniotwórczości i technik rozdzielania izotopów promieniotwórczych. Analizy, które prowadziła, były kluczowe dla zastosowania zdjęć rentgenowskich w chirurgii. Z inicjatywy polskiej chemiczki prowadzono też pierwsze badania nad leczeniem raka za pomocą promieniotwórczości.

Maria Skłodowska-Curie: dwa Noble mimo dyskryminacji

Za swoje zasługi dla nauki Maria Skłodowska-Curie została dwukrotnie wyróżniona nagrodą Nobla: w 1903 r. (w dziedzinie fizyki; wraz z mężem Pierre’em Curie i Henrim Becquerelem) oraz w 1911 r. (w dziedzinie chemii; samodzielnie – już po śmierci męża). Przejąwszy stanowisko nauczycielskie po tragicznej śmierci Pierre’a, Maria stała się również pierwszą kobietą, która rozpoczęła nauczanie na Sorbonie. Jako pierwsza przedstawicielka tej płci spoczęła też w paryskim Panteonie – w dowód uznania zasług naukowych.

Pomimo ogromnych sukcesów Maria Skłodowska-Curie spotykała się z niechęcią męskiego środowiska naukowego we Francji i nigdy nie otrzymała należytych korzyści finansowych za swoją pracę. Pod koniec lat 20. ub.w. podupadła na zdrowiu. Zmarła 4 lipca 1934 r. z powodu złośliwej anemii i choroby popromiennej, ale o jej dokonaniach świat pamięta do dziś.

Nominację Skłodowskiej-Curie do prestiżowego plebiscytu zgłosiła Patricia Fara, prezeska Brytyjskiego Stowarzyszenia Historii Nauki. Jak uzasadniła swój wybór, słynna Polka nie tylko dokonała ogromnego wkładu w rozwój nauki, ale też z odwagą przezwyciężała społeczno-polityczne przeciwności, które stały na jej drodze do kariery naukowej.

– W Polsce jej rodzina cierpiała pod rosyjskim reżimem. We Francji uznano ją za podejrzaną jako cudzoziemkę. I oczywiście gdziekolwiek się nie udała, była dyskryminowana jako kobieta – zaznaczyła Patricia Fara.

CZYTAJ TAKŻE: Zakaz noszenia spódniczek w brytyjskich szkołach. Nowoczesny pomysł czy dyskryminacja?

Najbardziej wpływowe kobiety w historii: Rosa Parks, Emmeline Pankhurst

Na drugim miejscu podium najbardziej wpływowych kobiet w historii znalazła się Rosa Parks, afroamaerykańska działaczka na rzecz praw człowieka, określana jako „matka ruchu praw obywatelskich” i symbol walki z segregacją rasową w USA. To dzięki jej aktywnemu sprzeciwowi amerykański sąd uznał, że przepisy w sprawie segregacji rasowej w autobusach są niezgodne z konstytucją Stanów Zjednoczonych.

Pierwszą trójkę zwyciężczyń plebiscytu uzupełniła Emmeline Pankhurst, współzałożycielka ruchu sufrażystek, skupiającego działaczki walczące o przyznanie Brytyjkom praw wyborczych. Motto Pankhurst brzmiało:

„rozbita szyba to najcenniejszy dziś argument w polityce”.

Za jej przyzwoleniem inne sufrażystki wybijały szyby w oknach mieszkań polityków, którzy byli przeciwni realizacji postulatu przyznania praw wyborczych kobietom. Podczas I wojny światowej zorganizowała kampanię na rzecz włączania kobiet do pracy zawodowej.

ZOBACZ RÓWNIEŻ: Kobietka ze złączonymi kolankami. Czy moje ciało jest naprawdę MOJE?!

 20 najbardziej wpływowych kobiet według głosów czytelników BBC History:

  1. Maria Skłodowska-Curie
  2. Rosa Parks
  3. Emmeline Pankhurst
  4. Ada Lovelace
  5. Rosalind Franklin
  6. Margaret Thatcher
  7. Angela Burdett-Coutts
  8. Mary Wollstonecraft
  9. Florence Nightingale
  10. Marie Stopes
  11. Eleonora Akwitańska
  12. Maryja z Nazaretu
  13. Jane Austen
  14. Budyka
  15. Diana, księżna Walii
  16. Amelia Earhart
  17. Królowa Wiktoria
  18. Josephine Butler
  19. Mary Seacole
  20. Matka Teresa z Kalkuty

Źródło: historyextra.com

POLECAMY RÓWNIEŻ: Pearl Jam wspiera Ogólnopolski Strajk Kobiet. Niezwykły gest muzyków podczas koncertu w Krakowie

 

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na UW. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Śmierć łóżeczkowa dotyka kilka tysięcy dzieci rocznie. Dzięki małemu gadżetowi uda się jej uniknąć

Śpiące niemowlę /Ilustracja do tekstu: Nagła śmierć łóżeczkowa - zapobieganie umożliwi innowacyjny gadżet
Fot.: Dakota Corbin /Unsplash.com

Co roku we śnie umiera kilka tysięcy dzieci. W Polsce nagła śmierć łóżeczkowa dotyka 200 dzieci, w Stanach Zjednoczonych – 3,5 tysiąca. Zagrożone są zwłaszcza wcześniaki, które stanowią 20–30 proc. dzieci umierających w niewyjaśnionych okolicznościach. Dzięki nowatorskiemu urządzeniu opracowanemu przez polską firmę wielu tym tragicznym przypadkom będzie można zapobiec.

Nagła śmierć łóżeczkowa: przyczyny są nieznane, ale istnieją czynniki ryzyka

O nagłej śmierci łóżeczkowej mówimy w sytuacji, gdy niemowlę umiera podczas snu, a przyczyn tego dramatycznego wydarzenia nie można wyjaśnić dolegliwościami medycznymi. Może się to przydarzyć pomiędzy 1. a 6. miesiącem życia dziecka (najczęściej między 2. a 3. miesiącem).

Czynnikami, które zwiększają ryzyko, są m.in. wcześniactwo, niska waga urodzeniowa, nawracające infekcje, a także picie alkoholu przez matkę w czasie ciąży (lub nadmierne spożywanie alkoholu w okresie poprzedzającym zapłodnienie) i ekspozycją dziecka na dym papierosowy.

Naukowcy odkryli też powiązania między narażeniem na nagłą śmierć łóżeczkową a sposobem, w jaki dziecko śpi. Zgodnie z sugestiami, należy unikać:

  • wspólnego spania z dzieckiem,
  • układania go do snu na brzuszku.

Zapobieganie nagłej śmierci łóżeczkowej będzie prostsze

W zapobieganiu tragediom związanym z nagłą śmiercią łóżeczkową mogą pomóc nowe technologie. Polska firma Neuro Device opracowała właśnie bezprzewodowe narzędzie LifeTone, umożliwiające kontrolowanie nie tylko oddechu, ale też innych parametrów życiowych najmłodszych dzieci. Niewielkich rozmiarów gadżet zapobiegający nagłej śmierci łóżeczkowej montowany jest przy pieluszce.

– Pozwala on monitorować parametry życia dziecka podczas snu, takie jak oddech, temperatura, puls i pozycja spania – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ewa Rutczyńska-Jamróz, odpowiedzialna za projekt LifeTone w firmie Neuro Device.

W przypadku zidentyfikowania czynników zagrażających zdrowiu (m.in. zmian pozycji) rodzice otrzymają alert – umożliwi to zsynchronizowana z urządzeniem aplikacja na smartfony.

CZYTAJ TEŻ: Innowacyjna maskotka wesprze sen dziecka i odciąży rodzica. Wymyśliły ją Polki

Opaska monitorująca dla starszych dzieci i seniorów

Polscy badacze pracują już nad kolejnymi wersjami urządzenia, które umożliwią także monitorowanie stanu zdrowia starszych dzieci.

– W pierwszej kolejności będzie dostępna wersja dla noworodków, mocowana do pieluszki. Dla starszych dzieci będziemy chcieli zrobić opaskę. Widzimy potrzebę monitorowania np. gwałtownych wzrostów temperatury u starszych dzieci, które są podatne na różnego rodzaju infekcje. W urządzenie chcemy także wbudować mikrofon, żeby urządzenie mogło stanowić alternatywę dla elektronicznej niani.

W dalszej kolejności przedsiębiorcy planują rozszerzyć funkcjonalność urządzenia tak, by mogło zostać wykorzystane również do monitoringu zdrowia u osób starszych.

– Chcielibyśmy dostosować algorytm tak, aby urządzenie mogło być wykorzystywane przez ludzi starszych, którzy są narażeni na ryzyko bezdechu – mówi przedstawicielka LifeTone.

Urządzenie zapobiegające nagłej śmierci łóżkowej – do zakupu lub wypożyczenia

Innowacyjne urządzenia zapobiegające nagłej śmierci łóżeczkowej mają trafić na polski rynek w II połowie 2019 roku.

– Zaczniemy od Polski, natomiast bardzo szybko chcemy wychodzić poza granice naszego kraju. W pierwszej kolejności będziemy kierować się na rynek USA, gdzie jest największe zapotrzebowanie na tego typu urządzenia – zapowiada Ewa Rutczyńska-Jamróz.

Co istotne, LifeTone będzie można nie tylko nabyć, ale tez wypożyczyć – na 6, 12 lub 18 miesięcy.

Źródło: newseria.pl, mp.pl

POLECAMY RÓWNIEŻ: Sąd odebrał matce dziecko, bo bawiło się TĄ zabawką

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na UW. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.