Przejdź do treści

Uzależnienia, depresja, bezsilność – co jest po drugiej stronie gabinetu? Terapeuta: „To my sami jesteśmy narzędziem naszej pracy”

Uzależnienia, depresja, lęk… wszystko to niesie za sobą ogromny bagaż cierpienia. Nieraz wydaje się, że są to sytuacje bez wyjścia i bez nadziei. Gdyby jednak tak było, praca terapeutów nie miałaby najmniejszego sensu. A chodzi właśnie o to, żeby tego sensu szukać. Szukać go wspólnie, bo po drugiej stronie gabinetu też w końcu znajduje się człowiek. „Moment, gdy siedzisz i koncentrujesz się na osobie, z którą rozmawiasz, patrzysz na nią i ją po prostu czujesz, jest tym, co w swojej pracy lubię najbardziej” – mówi Jakub Sudoł, specjalista terapii uzależnień.

Słyszysz: „uzależnienie”. Jaka jest twoja pierwsza myśl?

Jakub Sudoł: Pierwsza myśl to oznaczenie w klasyfikacji diagnostycznej. Jaka to choroba, jakie to będzie „F”, od czego jest to uzależnienie – od alkoholu, opiatów, marihuany.

Czyli pierwsze skojarzenie to zawód?

Tak, ale na drugim miejscu są pacjenci. Te dwie myśli właściwie się we mnie zderzają. Nie jest to jednak jakaś określona twarz, ale każda kolejna osoba, która tutaj przede mną siada.

Zastanawiało mnie, na ile już w pierwszej myśli możemy dowiedzieć się, czy bycie terapeutą to dla ciebie tylko praca, czy może jest pod tym coś więcej.

Zadajesz pytanie w gabinecie terapeutycznym, więc siłą rzeczy odbija się to na mojej odpowiedzi. Tutaj traktuję to mocno zawodowo, chociaż bez wątpienia stoi za tym coś znacznie więcej.

A jesteś sobie w stanie przypomnieć, jaka byłaby twoja pierwsza myśl na dźwięk słowa „uzależnienie”, zanim zacząłeś się tym zajmować?

Pewnie były to strzykawki, lufki, jacyś dilerzy i szemrane interesy.

Który z tych elementów wizji uzależnienia najbardziej się w takim razie zmienił?

Właśnie ten od którego zacząłem – praca. Uzależnienie połączyło mi się z objawami, klasyfikacją i przede wszystkim z terapią. Kiedyś były to dla mnie hasła funkcjonujące osobno, a teraz nie mają one w mojej głowie oddzielnej reprezentacji. Nie widzę już tylko obrazu osoby uzależnionej, która funkcjonuje w stereotypowym, wspomnianym przeze mnie „szemranym” świecie. Widzę jej terapię.

Zastanawia mnie to, bo myślę sobie, że przeciętny człowiek słysząc: „osoba uzależniona od narkotyków”, widzi zjawisko bardzo rzadkie i co więcej, definitywnie patologiczne.

Pewnie w dużej mierze tak jest. Mi też kiedyś wydawało się, że jest to coś niezwykle strasznego, a jeśli już coś takiego dostrzeżemy, trzeba natychmiast uciekać. Teraz w pewnym sensie bardzo mi to spowszedniało. Po pierwsze, nie postrzegam uzależnienia od narkotyków jako coś bardzo rzadkiego. Po drugie, jako coś wiążącego się z obrazem „zdegenerowanego narkomana leżącego na ulicy”. Po trzecie – i chyba najważniejsze – jako coś przepełnionego złem. Uzależnienie to choroba jak każda inna.

Pod tym względem być może zmieniła się także moja reakcja emocjonalna. Wcześniej, próbując wyobrazić sobie uzależnienie, miałem przed oczami obraz jak z filmu. Teraz mam zdecydowanie mniej lęku i strachu, a pewnie to głównie te emocje kiedyś się we mnie pojawiały.

Czy w takim razie to właśnie z nimi przychodzą do ciebie najczęściej osoby współuzależnione, których to bliscy biorą?

Tak, jest w nich dużo lęku.

Lęku o to, że narkotyki dotyczą właśnie bliskiej im osoby, czy lęku o wspomnianą wizję „zdegenerowanego narkomana”?

Jedno wynika z drugiego. Pojawia się zarówno taki obraz, jak i połączenie życiowego faktu mówiącego, że dotyczy to mojego dziecka. Z tego właśnie rodzi się strach. Strach i wstyd.

Powiedziałeś: „dziecka”.  

Mówiąc „dziecko”, nie mam na myśli wieku. Często nie są to wcale młodzi ludzie. Miałem niedawno pacjenta, którego uzależniony syn ma 37 lat. Nie jest więc on osobą dopiero wchodzącą w życie. Za określeniem „dziecko” stoi rola, w jakiej rodzice stawiają bliskich im ludzi – niezależnie od wieku.

Jeśli 30-letni facet wciąż traktowany jest przez rodziców jak dzieciak, to może uzależnienie staje się całkiem adekwatnym do sytuacji mechanizmem?

Nie podjąłbym się jednoznacznej deklaracji, co było pierwsze, a chyba właśnie o to pytasz. Czy początkowo było uzależnienie, a potem rodzic zaczął traktować go jak „dziecko”? A może najpierw traktował go jak „dziecko”, a potem pojawiło się uzależnienie?

Bardzo bliska jest mi myśli, że niezwykle rzadkie są sytuacje zero-jedynkowe. Z reguły są to procesy, które narastają przez lata i wzajemnie się wzmacniają. Dlatego też mechanizm współuzależnienia jest tak trwały – zarówno dla osoby uzależnionej, jak i jej bliskich.

Z kim w takim razie wolisz pracować – z uzależnionymi, czy ich rodzinami?

To nie jest tak, że z kimś „wolę” pracować. Z każdym człowiekiem terapia jest inna, ale zasadniczo największe trudności wywołuje praca z osobami, które bardzo długo i dużo mówią, że chcą się zmienić, a nie podejmują w tym kierunku żadnych kroków. Także z osobami, które są zaburzone osobowościowo, a tacy ludzie często zdarzają się zarówno wśród osób uzależnionych, jak i współ.

Wyobraźmy sobie w takim razie, że wychodzisz właśnie z takiej sesji. Co jest dalej? Czy coś się w tobie dzieje?

Pewnie, że się dzieje. Jeśli jednak pytasz o moją reakcję emocjonalną, to nie jest ona mocno nasilona, choć odczuwam czasami bezsilność, złość, troskę czy radość. Wiele wydarza się głównie na poziomie warsztatowym. Zadaję sobie wtedy pytania o to, w jakim kierunku należałoby podążyć w pracy z taką osobą? Co dalej? Co za miesiąc? Pojawiają się też swego rodzaju rokowania, zwłaszcza jeśli nie są one nazbyt optymistyczne. To właśnie nazywam owym „dzianiem się”.

Zapytam więc wprost – ile emocji z pracy zabierasz ze sobą do domu?

Na poziomie świadomym niewiele, a na poziomie nieświadomym zapewne przynajmniej drugie tyle. Nie mam wątpliwości, że do domu wnoszę nie tyle emocje z konkretnej relacji, ale z całego dnia pracy. Bywają dni, kiedy spotykam się z 10 osobami, z czego 6 jest w kryzysie, 2 są w trakcie niejasnego procesu diagnostycznego, a kolejne 2 w znacznym oporze. Dodatkowo trzeba uzupełnić dokumentację, gdzieś pomiędzy tym zaopiekować się stażystą, a wracając z pracy kupić ziemniaki. Wiesz o co chodzi i pewnie sama to znasz, kiedy po powrocie z pracy nie ma w głowie przestrzeni na cokolwiek ponadto. To są pojedyncze, lecz trudne dni. Tak, może być to obraz poddenerwowanego człowieka, ale na szczęście jest on w moim przypadku bardzo rzadki.

A spotkałeś pacjenta, z którym czułeś, że sobie nie poradzisz i skierowałeś go do kogoś innego?

Tak.

Było to dla ciebie trudne, czy może byłeś całkowicie pewien, że dobrze robisz?

Niezależnie od tego, czy byłem pewien, że robię dobrze, to mogło mi być np. smutno. Dosłownie przed miesiącem miałem pacjenta, któremu poleciłem inne miejsce. Pomimo tego, że miałem wobec niego jak najbardziej pozytywne uczucia, miałem też przekonanie, że tam może wydarzyć się dla niego zdecydowanie więcej dobrego, niż w moim gabinecie.

Pytasz mnie pewnie jednak o to, na ile jakiś rodzaj „przyssania emocjonalnego” do pacjentów, może przeszkadzać nam w podejmowaniu decyzji dotyczących pracy z nimi. Przypominam sobie moją pierwszą taką sytuację. W terapii nic już się nie działo i ewidentnie pacjentka przychodziła tylko po to, żeby „pogadać”, o czym nieśmiało zresztą komunikowała. Nic to nie wnosiło ani tutaj, ani w życiu tej osoby. Powiedziałem wtedy pani, że gdy podejmie decyzję w sprawie, która de facto była tylko pozornym powodem naszych spotkań, to ją zapraszam. Jeśli nie, to czas kończyć. Pani więcej nie przyszła. Teraz myślę sobie, że była to świetna interwencja, którą być może trzeba było zastosować pięć sesji wcześniej.

Pamiętam też inną pacjentkę, która miała uzależnionego brata. W czasie rozmów przygotowywałem ją na to, że nasze spotkania będą musiały się kiedyś skończyć. Pracowaliśmy około roku, aż pewnego dnia po prostu przestała przychodzić. Po kilku miesiącach pojawiła się jeszcze raz, po to by powiedzieć, że już nauczyła się radzić sobie sama. To były najbardziej czytelne procesy, w których było widać, że swego rodzaju „wypchnięcie” ludzi poza gabinet, przynosi ważne i potrzebne efekty. Każda relacja terapeutyczna, żeby była konstruktywna, musi mieć swój koniec.

Mam wrażenie, że jest to pocieszające i smutne za razem.

W tym kontekście mamy tak naprawdę bardzo niewdzięczną robotę. W końcu, jeśli pacjent przestaje przychodzić i w jego głowie powstaje myśl: „Nic nowego już mi nie mówi, w zasadzie to ja już wszystko wiem i sobie sam poradzę”, to jest to najbardziej skuteczny proces terapeutyczny. Moment, gdy pacjent widzi w sobie zmianę, podjął pewne decyzje, czy poukładał sobie dany temat w głowie i ma przekonanie, że wcale nie jest to zasługa terapeuty, a jego samego – to najlepsze co może się w tym dla niego wydarzyć. Oznacza to, że jego własna sprawczość został wzbudzona.

Zastanawiam się przy tym, na ile w pacjentach jest w takim razie przekonania pt. „sam sobie nie poradzę”?

Zdarza się, że sporo. Nie jest to jednak tak, że każdy przychodzący do mnie człowiek bezradnie rozkłada ręce. Gdyby tak było, to pewnie nikt nie przekraczałby progu gabinetu terapeuty. Ludzie stwierdzaliby pewnie, że nie są w stanie przebrnąć zapisów i doczekać wizyty. Owszem, pojawia się bezradność, ale często jest ona raczej objawem depresyjnym.

To one są najtrudniejsze?

Nie, najtrudniejsze jest uzależnienie samo w sobie. Coś, co także mi się pojawia – chociaż bardziej nazwałbym to męczącym, niż trudnym – to przerzucanie przez pacjenta odpowiedzialności na ciebie.  Nieraz masz wtedy poczucie, że jesteś w terapeutycznym polu i musisz przebijać się przez gąszcz krzaków zanim cokolwiek dalej zacznie się dziać.

Bardzo ciekawe jest to, jak o tym mówisz. Z perspektywy „przeciętnego Kowalskiego” wyobrażam sobie bowiem wizję terapeuty jako osoby widzącej, rozumiejącej i czującej głębiej.  Od ciebie czuję za to dużo dystansu. Zastanawiam się, na ile może być trudna dla pacjentów myśl: „Jak to?! Dla niego jest to tylko zawód, a ja jestem jedną z 30 innych osób w kolejce?! To on wcale nie przeżywa tak głęboko tego, co ja ledwo jestem w stanie unieść?!”. Czy zderzasz się z taką wizją?

Szczerze? Nie. Domyślam się jednak o co pytasz. W tym wszystkim o czym mówię nie ma przecież… empatii!

Nazwałam to dystansem, ale tak. Gdzie w tym wszystkim jest to sławetne „współodczuwanie”?!

Dystans, pewien chłód, jakaś pozbawiona uczuć analiza – na takiej płaszczyźnie dotąd rozmawialiśmy. Jednak w każdej z tych relacji empatia jest potrzebna do nawiązania czegoś, co nazywamy relacją terapeutyczną. Pytasz mnie o pewne rzeczy techniczne, to ci odpowiadam.

Kiedy jednak siada przede mną człowiek, to jesteś właśnie z nim i w pewnym sensie odchodzisz od analizowania tego, co dzieje się stricte na sesji. Słuchasz go i wzbudza to w tobie emocje. One jak najbardziej tutaj są.

Jednak specyfika pracy powoduje, że trzeba je bardzo szybko w sobie wygaszać i zrobić miejsce na kolejną osobę, która z reguły czeka już za drzwiami gabinetu. Powiedziałbym, że jest to pewna zdolność ucinania w sobie tego, co się właśnie pojawiło. Nie zmienia to jednak faktu, że w momencie, gdy siedzisz i koncentrujesz się na osobie, z którą rozmawiasz, nie bujasz myślami w obłokach, patrzysz na nią, to ją po prostu czujesz. Tak naprawdę to jest coś, co w swojej pracy lubię najbardziej.

Myślę sobie, że jest to też kwestia dyskusji o predyspozycjach do wykonywania zawodu terapeuty. Może to właśnie jakaś doza empatii i umiłowanie dla świata emocji są tutaj niezbędne?

Pewna wrażliwość, inteligencja emocjonalna, a w ramach niej zdolność do empatyzowania i wyobrażenia sobie tego, co ktoś może czuć. Na pewno są to bardzo potrzebne elementy. W jaki jednak sposób wpływa to na wybór zawodu? Myślę, że może działać to dwojako. Z jednej strony, mogą iść tą ścieżką osoby, którym przychodzi to łatwo. Z drugiej zaś, ludzie mogą decydować się na nią na zasadzie przeciwieństwa. Nie zaryzykowałbym stwierdzenia, że każda osoba, która ma pewną wrodzoną zdolność emaptyzowania, właśnie taki zawód wybierze.

A gdybyś ty jeszcze raz miał go wybrać, zrobiłbyś to?

Gdybym miał to zrobić dzisiaj – tak.

Byłby to prosty wybór?

To zależy, ale chyba nie wyobrażam sobie już innej drogi. Pewne rzeczy w moim życiu potoczyły się tak, że w bardzo młodym wieku wszedłem na tę ścieżkę i już z niej po prostu nie schodziłem. Poza tym, bardzo lubię swoją pracę. Jest dla mnie niezwykle gratyfikująca – emocjonalnie, psychologicznie.

Traktujesz w takim razie bycie terapeutą uzależnień bardziej w kategorii zawodu, czy jakiegoś rodzaju bycia z ludźmi?

I tak, i tak. Terapię uzależnień traktuję jako pracę, a w jej ramach niezbędny jest fragment bycia z ludźmi. Takiego „czystego” bycia, które pozbawione jest myślenia, a nastawia mnie na czucie. Siedzisz z kimś, spoglądasz na niego i po prostu słuchasz.

Bycie z człowiekiem wymaga jednak czasami przełamywania pewnych barier.

Co masz na myśli mówiąc przełamywania? Narzędziem pracy terapeuty, czy też psychologa, jesteś ty sam – to co myślisz, to jak o tym opowiadasz, kiedy to komunikujesz. Ważne są twoje emocje i to, kiedy o nich mówisz, w jaki sposób i czy w ogóle to robisz. Jesteś zła, to jesteś zła. Jak nie chcesz z kimś rozmawiać, to nie chcesz. Wszystko to jest jednak niezwykłą kopalnią informacji.

Czy w takim razie mówiąc o sobie samym „narzędzie”, świadomie o nie dbasz?

Tak, coraz częściej zauważam bardzo wyraźny link pomiędzy tym, kim jestem poza pracą, a tym jak mi się pracuje. Widzę, że jeśli dbam o siebie – w różnym tego słowa znaczeniu – pomaga mi to zawodowo. Jeśli przykładowo dbam o krytycyzm wobec samego siebie poza pracą, to ułatwia mi to później przyjmowanie krytyki np. podczas spotkań z innymi terapeutami.

No właśnie, z innymi terapeutami. Czy zdarza ci się myśleć z jakim terapeutą ty chciałbyś się spotkać?

Stanowczo tak. Dobrze pamiętam pewnego stażystę, którego styl pracy podobał mi się właśnie z tego powodu. Sądzę także, że to niezmiernie wartościowe pytanie dla samego siebie – czy byłem podczas danego spotkania takim człowiekiem, z jakim sam chciałbym spotkać się siedząc na fotelu pacjenta? Nie jestem robotem, miewam gorsze dni, a ich analiza pozwala na swego rodzaju wgląd we własny styl pracy i możliwości. Mowa o zdawaniu sobie sprawy z własnych ograniczeń. Jeśli zrezygnuję z 10-minutowej przerwy pomiędzy pacjentami rano, nie wpłynie to na mnie negatywnie. Jednak po sześciu godzinach pracy nie mogę już tego zrobić. Jest to kwestia jakości pracy i odpowiedzialności za nią.

Wracając jednak do „zamieniania się” rolami w głowie – wolę pracować przez 40 minut z terapeutą, który przewietrzył umysł po poprzedniej osobie, niż 50 minut z terapeutą, który nie pamięta o czym rozmawialiśmy ostatnio, bo nie zadbał o czas na przeczytanie notatki z poprzedniego spotkania. Wolę takiego, który ma miękki głos, odpowiednio nim moduluje, przywita się ze mną, nie daje zbyt dużo rad nieproszony etc. Są to „autowskazówki” do własnej pracy, niezwykle cenne.

Czyli jednak bycie terapeutą nie jest tylko i wyłącznie pracą? Zaczęliśmy bowiem od momentu rozmowy, w którym twoje podejście było bardzo zawodowe – roboczo nazwałam to nawet „dystansem”. Koło wydaje się jednak wcale nie zataczać, a wręcz pękać.

Jeśli chodzi o poziom dbania o siebie i rozwój, to jak najbardziej. Dbając o całą swoją osobę mam na myśli dbanie o moje bycie w związku, o relacje z innymi ludźmi, o zaangażowanie w pasje, sumienność, samorozwój właśnie. To wszystko przekłada się na charakterystykę mojej pracy zawodowej. Człowiek jest całością, terapeuta uzależnień też:)

Zobacz też:

5 mechanizmów obronnych, które większość z nas stosuje – jak mogą wpłynąć na związek?

Bezdzietność męskim okiem – „Czy nasze wybory były do końca świadome? Nie wiem”

Uważaj na leki i alkohol, są toksyczne dla wątroby!

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Jedno samobójstwo to tragedia aż 135 osób. Zwykle można jej zapobiec

Skulony mężczyzna na podłodze /Ilustracja do tekstu: Samobójstwo: sygnały ostrzegawcze
Fot.: Mwangi Gatheca /Unsplash.com

Co 40 sekund jedna osoba na świecie odbiera sobie życie. Rocznie śmierć w wyniku samobójstwa ponosi 800 tys. osób, a w samej Polsce – blisko 5,3 tys. Ofiar kryzysów suicydalnych jest znacznie więcej niż tych, które giną w wypadkach drogowych. Tymczasem ludzie, którzy rozważają samobójstwo, często wysyłają wcześniej sygnały ostrzegawcze. Nie można ich ignorować. Nawet zwykła, życzliwa rozmowa może wtedy zapobiec tragedii.

„Jak popełnić samobójstwo”, „samobójcze piosenki”, „sposoby na samobójstwo” – te i podobne hasła w ostatnich latach odnotowują rekordy wyszukań w światowym katalogu Google. Zapobieganie samobójstwom to dziś wyzwanie o charakterze globalnym. Akty samobójcze stanowią obecnie jedną z 20 najczęstszych przyczyn śmierci na świecie – i to w każdej grupie wiekowej. Skalę problemu unaocznia nie tylko liczba dokonanych samobójstw, ale także fakt, że każdą z tych śmierci poprzedza statystycznie 25 nieudanych prób odebrania sobie życia.

Jedna ofiara, 135 rannych

Warto uzmysłowić sobie, że każde samobójstwo jest tragedią nie jednej osoby, ale nawet 135 osób z jej otoczenia. Każdego roku z powodu tak dramatycznej straty partnera, dziecka, rodzica czy przyjaciela cierpi 108 milionów ludzi na świecie.

To pokazuje, jak ważna jest edukacja w zakresie prewencji samobójstw i zwiększanie świadomości społecznej w zakresie ich przyczyn.

CZYTAJ TEŻ: Epidemii samobójstw można zapobiec. Nie lekceważ typowych sygnałów

Samobójstwo: od myśli do działania

Samobójstwo może mieć wiele przyczyn. Decydujące są często czynniki genetyczne, psychologiczne, społeczne i kulturowe, ale także inne okoliczności, jak przeżyte traumy, silny stres i poczucie straty.

Szacuje się, że myśli samobójcze przynajmniej raz w życiu miało 10-18% społeczeństwa. Chęci te mogą mieć różne nasilenie i nie zawsze wiążą się z tendencjami do ich urzeczywistnienia. Bywa jednak, że osamotniony człowiek z czasem upewnia się w swoich zamierzeniach i dąży do ich realizacji. Właśnie dlatego powinniśmy nauczyć się rozpoznawać sygnały ostrzegawcze i oferować bliskim zwykłe, codzienne wsparcie.

Samobójstwo: sygnały ostrzegawcze. Ty też możesz je wykryć

Zgodnie z opracowaną w 1953 roku koncepcją zespołu presuicydalnego, aż 80% prób samobójczych poprzedza szereg charakterystycznych sygnałów ostrzegawczych. To m.in.:

  • wycofanie społeczne,
  • zachowania depresyjne, lęki,
  • poczucie bezradności, pesymistyczne myśli,
  • dewaluacja wartości, rezygnacja z zainteresowań,
  • silna impulsywność, drażliwość, wyładowywanie agresji i napięcia.

Zapobieganie samobójstwom. Pokaż, że jesteś

Zapobieganie samobójstwom nie zawsze jest łatwe, ale każdy z nas, bez względu na powinowactwo, może przyczynić się do uratowania czyjegoś życia. Czasem wystarczy właściwie odczytać sygnały ostrzegawcze, okazać troskę i zainteresowanie oraz podać pomocną dłoń.

Jeśli ktoś z naszych bliskich (i nie tylko) przyznaje, że myśli o samobójstwie, lub przejawia choć jeden z powyższych symptomów, pamiętajmy, by:

  • nie obawiać się spokojnie porozmawiać na ten temat, nie okazywać zdenerwowania i nie negować emocji swojego rozmówcy,
  • nie obawiać się, że nasze zainteresowanie będzie zachętą do realizacji samobójczych planów; szczera rozmowa często pozwala oddalić ryzyko,
  • wykazać się zrozumieniem i wsparciem, poświęcić swój czas,
  • nie oceniać ani nie dawać rad,
  • poszukać pomocy u specjalistów (psychologa, psychiatry), w instytucjach pomocowych, ośrodkach interwencji kryzysowej, poradniach zdrowia psychicznego lub zadzwonić na telefon zaufania: 800 70 22 22.

Warto też mieć świadomość, że aby uratować człowieka, trzeba przywrócić mu chęć do życia. A do tego niezbędna jest profesjonalna pomoc, ale i elementarna ludzka życzliwość.

Źródło: Polskie Towarzystwo Psychiatryczne, WHO

POLECAMY RÓWNIEŻ: Rozpędzić czarne chmury. Nie bój sie zwrócić o pomoc

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na UW. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Niecodzienna lekcja w polskich szkołach. Uczniowie nauczą się empatii

Trzech chłopcy uśmiechają się do obiektywu /Ilustracja do tekstu: Lekcja Godności w polskiej szkole. Niezwykła nauka empatii

Każdego roku w trzecią środę października uczniowie na całym świecie mają szansę spotkać się z wolontariuszami, którzy z zaangażowaniem uczą ich, jak kierować się w życiu najważniejszymi wartościami. To przedstawiciele Fundacji Global Dignity – międzynarodowej inicjatywy, która w ramach obchodów Światowego Dnia Godności propaguje ideę poszanowania godności jako fundamentalnego prawa człowieka.

Pomysł założenia Fundacji Global Dignity narodził się w 2006 roku. Jej twórcami są trzej przyjaciele: następca tronu Norwegii JKW książę Haakon, profesor Pekka Himanen z Finlandii oraz John Hope Bryant, Amerykanin, założyciel stowarzyszenia Operation Hope. Ustanawiając Światowy Dzień Godności, chcieli pokazać, jak ważne jest poczucie własnej wartości w życiu młodego człowieka. Działacze podkreślają też, że godność to wartość uniwersalna – bez względu na szerokość geograficzną.

CZYTAJ TEŻ: Protest opiekunów osób niepełnosprawnych trwa. Gdzie jesteśmy w nim my, współobywatele?

Empatia: wartość, którą musimy pielęgnować

Pierwszym działaniem Fundacji Global Dignity w Polsce była lekcja godności przeprowadzona w 2009 roku w łódzkim gimnazjum. Zapoczątkowała ona cykl corocznych spotkań z dziećmi i młodzieżą, podczas których przedstawiciele Fundacji oraz nauczyciele rozmawiają z uczniami o tym, w jaki sposób traktujemy samych siebie i jak traktują nas inni. W tym roku lekcję godności zorganizowano w jednej z warszawskich szkół podstawowych, przy ul. Niskiej.

– Ubiegłoroczny Dzień Godności poświęciliśmy różnorodności i równości. W tym roku chcemy rozmawiać z młodzieżą na temat empatii, która jest niezbędna do prawidłowego funkcjonowania w społeczeństwie. Na co dzień dociera do nas ogromna liczba negatywnych informacji. Powoduje to, że mimowolnie trochę uodparniamy się na krzywdę ludzką. A przecież empatię, tak jak godność, mamy w sobie od urodzenia. Dlatego tak ważne jest, żeby tę zdolność współodczuwania pielęgnować – podkreśla Jacek Olechowski, prezes Global Dignity Poland.

Jak dodaje, zależy mu, by uświadomić młodzieży, jaką wielką rolę empatia może odegrać w ich obecnym, ale także przyszłym życiu.

 – Młodzi ludzie, do których przychodzimy, będą tworzyć i utrzymywać relacje z innymi ludźmi, a za kilka lat wpływać na losy swoich lokalnych społeczności; może nawet i świata. […] Chcemy pokazać im, że współodczuwanie to jeden z filarów dobroci. Dzielony z innymi, wróci do nas ze zdwojoną mocą.

Lekcja godności w twojej szkole

W ramach akcji przygotowane zostały materiały edukacyjne i warsztatowe, które każda szkoła może wykorzystać, organizując Dzień Godności we własnym zakresie. Z materiałów wybrzmiewa przekaz, że nauka empatii zaczyna się od małych, pozornie drobnych rzeczy, ale nabyte umiejętności wywierają niebagatelny wpływ na całe nasze życie. Empatia jest bowiem nauką słuchania siebie i drugiego człowieka, a także próbą przyjęcia jego perspektywy, zrozumienia jego sytuacji, emocji czy potrzeb.

Działania prowadzone przez Fundację Global Dignity Poland potrwają do czerwca 2019 roku. Obchody Światowego Dnia Godności w Polsce w roku szkolnym 2018/2019 zostały objęte patronatami Rzecznika Praw Dziecka oraz Rzecznika Praw Obywatelskich.

Więcej informacji o Dniu Godności na stronie: http://globaldignity.pl. Chęć udziału w projekcie należy zgłaszać drogą mailową: info@globaldignity.pl.

POLECAMY RÓWNIEŻ: Empatia w rodzicielstwie. Skąd wynika nasze poczucie winy?

Redakcja

Portal o rodzinie.

Kryminały dla przedszkolaków. Dreszczyk emocji, który rozpali wyobraźnię trzylatka

Kryminały dla przedszkolaków /Na zdjęciu: Niebieska okładka ksiązki Larsa Maehle; na niej: ilustracja dwójki rudowłosych bohaterów
Fot.: mat. prasowe

Europejscy czytelnicy coraz chętniej sięgają po kryminały. Tendencja ta widoczna jest także w Polsce. W gronie najpopularniejszych autorów znajdują się Stephen King, Agatha Christie, Remigiusz Mróz i Zygmunt Miłoszewski. Co jednak ciekawe, książki z tego gatunku przyciągają też młodszych miłośników czytania. Na rynek trafiły już pierwsze kryminały dedykowane… przedszkolakom. Co w nich znajdziemy?

Autorem poczytnej serii kryminałów dla przedszkolaków, zatytułowanej „Tajemnice przedszkola Wronie Gniazdo”, jest norweski pisarz Lars Mæhle. Książki, skierowane dla dzieci w wieku od trzech do sześciu lat, nie zawierają żadnych scen okrucieństwa i nikt z dorosłych nie uznałby ich zapewne za przerażające. A jednak z klasycznymi kryminałami coś je łączy.

Kryminały dla przedszkolaków. Emocjonujące oczekiwanie na finał

Jak stwierdził w jednym z wywiadów Lars Mæhle, kluczem do zrozumienia kryminalnego charakteru jego książek są emocje, które rodzą się w młodych czytelnikach (czy raczej: słuchaczach – lektury są im bowiem czytane na głos przez rodziców). Dzieci, słuchając opowieści o intrygujących losach dwójki bohaterów: Leona i Livii, odczuwają przyjemne napięcie mięśni, które wynika z niepewności tego, co wydarzy się na następnej stronie. Kolejne fragmenty opowieści rozbudzają wyobraźnię i pełne emocji oczekiwanie na rozwiązanie zagadki. Gdy prawda wychodzi na jaw, odkrycie jej sprawia dziecku radość, a czasem wręcz wywołuje ekscytację. Podobnie czuje się i dorosły czytelnik, gdy po wielu wieczorach spędzonych z książką dociera do oczekiwanego finału.

Kryminały dla przedszkolaków, które współtworzyły dzieci

Jak jednak dorosły autor mógł przewidzieć reakcję dzieci na napisane przez niego książki? Okazuje się, że… testował je na samych dzieciach.

Kiedy Lars Mæhle napisał pierwszą część przygód Leona i Livii, wybrał się do przedszkola, by przeczytać je najmłodszym słuchaczom. W ten sposób sprawdzał, jak dzieci reagują na kolejne fragmenty i – w oparciu o pozyskaną w ten sposób wiedzę – wprowadzał zmiany do późniejszych książek. W ten sposób upewnił się, że jego kryminały są zgodne z oczekiwaniami przedszkolaków.

„Kto wszedł w butach do środka?”: drugi tom kryminalnych zagadek już w Polsce

Do księgarń w Polsce trafiła właśnie druga pozycja z kryminalnej serii „Tajemnice przedszkola Wronie Gniazdo”, zatytułowana „Kto wszedł w butach do środka?”. Pierwsza, pt. „Kto zabrał okulary”, ukazała się wiosną tego roku.

Nowy tom przygód przedszkolnych detektywów – Leona i Livii – rozpoczyna się przygotowaniami do przyjęcia, na które dzieci czekają z niecierpliwością. Niestety, ktoś zabłocił dopiero co umytą podłogę, przez co impreza nie może się rozpocząć. Detektywi postanawiają przeprowadzić śledztwo, które pozwoli rozwiązać zagadkę i zapobiec dalszemu brudzeniu podłogi.

Tłumaczenia kryminału dla przedszkolaków podjęła się Joanna Bernat, właścicielka wydawnictwa Dziwny Pomysł.

– Ta seria urzekła mnie przede wszystkim bogactwem postaci dziecięcych, z jakimi zapoznać się można w przedszkolu Wronie Gniazdo, i swobodą, z jaką dzieci te mogą wyrażać swoją osobowość i rozwijać zainteresowania – mówi tłumaczka. – Bogate i pełne dynamizmu ilustracje dają młodemu czytelnikowi możliwość samodzielnego rozwiązania zagadki – podkreśla.

Książki detektywistyczne dla dzieci. Sposób na rozbudzenie wyobraźni

Można by sądzić, że książka z zagadką kryminalną dla najmłodszych to jedynie sposób na ciekawą rozrywkę. I choć fabuła oraz atrakcyjne obrazki rzeczywiście dostarczają radości, niezwykle ważny jest także walor edukacyjny. Kryminały dla przedszkolaków rozbudzają naturalną ciekawość dziecka, rozwijają wyobraźnię i uczą logicznego myślenia. Dziecko zainteresowane losami bohaterów próbuje samo dociekać prawdy oraz łączyć ze sobą możliwe przyczyny i skutki. Dzięki temu samo staje się małym detektywem – i to zarówno podczas kontaktu z książką, jak i później, podczas własnych zabaw i prób zrozumienia świata.

Książki o tajemnicach przedszkola Wronie Gniazdo, chociaż niewielkie objętościowo, mają też inne zalety. Pokazują m.in, że nie wszyscy ludzie są tacy sami. Bohaterowie bardzo wyraźnie różnią się między sobą – m..in. pod względem zachowania. Niektóre dzieci są bardzo ruchliwe i aktywne, podczas gdy inne – ostrożne i wycofane.

Zabawa i edukacja – także dla dorosłych

Ale w innowacyjnych kryminałach dla przedszkolaków także dorośli przedstawieni są na różne sposoby. To zaś może być cenną lekcją nie tylko dla dzieci, ale też ich rodziców i opiekunów. Książki Norwega dostarczają ciekawych informacji o różnicach kulturowych i przedstawiają rozwiązania, które mogą zainspirować polskie przedszkola.

– Zauważyłam, że dorośli czytelnicy bardzo koncentrują się na różnicach w wychowywaniu dzieci w Polsce i w Norwegii. Skandynawskim kilkulatkom pozwala się np. na samodzielne przygotowywanie posiłków, a także na rozmawianie w bardzo bezpośredni sposób z dorosłymi. Ponieważ sama pracowałam w Norwegii, byłam świadoma tych różnic. Zaskoczyło mnie jednak, że przedszkole norweskie jest dla polskich czytelników aż tak egzotyczne – mówi polska tłumaczka.

„Tajemnice przedszkola Wronie Gniazdo”: kolejne tomy już wkrótce

Dotychczasowe kryminały dla przedszkolaków, które napisał Lars Mæhle, a zilustrował Odd Henning Skyllingstad, spotkały się z bardzo pozytywnym odbiorem. W Norwegii do tej pory ukazało się sześć książek, ale wkrótce możemy spodziewać się kolejnych części. W Polsce tomy z serii „Tajemnice przedszkola Wronie Gniazdo” wydawane są w podobnym tempie. W tym roku ukazały się dwa, a dwa następne trafią na księgarniane półki prawdopodobnie w 2019 roku.

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na UW. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Sposoby na skuteczne usypianie dziecka [POMYSŁY MAM]

Szczęsliwa rodzina z niewolęciem na rękach /Ilustracja do tekstu: Usypianie dziecka - sposoby mam

Praktycznie każdy rodzic marzy, by jego dziecko przesypiało całą noc, nie wstawało o świcie, a także, by chciało spać samo we własnym łóżeczku. Rzeczywistość zwykle nie bywa aż tak kolorowa. Istnieje jednak kilka ogólnych rad, których mogą nam pomóc. Jak zatem przeprowadzić wieczorne usypianie malucha, by zapewnić mu (i sobie) spokojny sen?

Z wiekiem dzieci potrzebują coraz mniej snu, aby być wypoczęte. U niemowląt  na sen powinno przypadać nawet 16 godzin w ciągu doby, zaś przedszkolakom wystarczy na to 10 godzin. Gdy dziecko jest niewyspane, może przysporzyć wielu kłopotów swoim rodzicom – rozdrażnione i zmęczone z pewnością staje się bardziej marudne i nieskore do współpracy. Wtedy nawet podstawowe czynności, takie jak wstawanie, jedzenie czy ubieranie, stają się wyzwaniem.

Usypianie dziecka. Bądź konsekwentny!

Aby wypracować z dzieckiem stały rytm dnia, warto ustalić porę snu i się jej konsekwentnie trzymać. Pamiętajmy jednak, że tak jak każdy człowiek ma własny rytm dobowy, tak i dziecko może mieć w tym zakresie indywidualne potrzeby.

Warto im się przyglądać; niektóre maluchy są śpiochami, inne zaś rannymi ptaszkami. Zasada jest jedna: im mniejsze dziecko, tym wcześniej powinno chodzić spać. Jednak, jak przyznają sami rodzice, pracując w godzinach 9:00-17:00, trudno położyć spać malucha niemalże od razu po powrocie do domu. Ta pora może się więc nieco przesunąć.

Większość rodziców zgadza się, że w zależności od różnych czynników, proces usypiania pociechy potrafi trwać od kilku minut do nawet kilku godzin. Najlepiej jest wypracować swojego rodzaju rytuał spania, który będziemy codziennie powtarzać. To sprawi, że nasze dziecko, nie znając nawet godziny, będzie wiedzieć, że zbliża się pora spania. Ważne jest, by nie zmieniać tego rytmu, a jedynie wraz z wiekiem i potrzebami go modyfikować.

CZYTAJ TEŻ: Policjantka nakarmiła piersią głodne dziecko. „Nie wahałam się ani sekundy”

Usypianie dziecka. Znajdź swój sposób

Warto wypróbować różne metody usypiania, żeby znaleźć tę, którą nasze pociechy polubią najbardziej. Sposobów jest wiele, ale warto zadbać o pewne stałe elementy i wyciszenie, które przygotują malucha do snu.

– Najpierw czytamy bajeczkę. Później córka jeszcze chwilkę się bawi, ale już zabawkami, które nie hałasują i nie świecą. Potem mamy kąpiel (w trakcie chwila zabawy), pielęgnacja połączona z masażem (już przy przygaszonym świetle), potem gaszę światło, przytulam córeczkę, dostaje butelkę, potem smoczek, przytulanie, odkładam ją do łóżeczka, daję misia i głaskam jeszcze chwilę po główce. Potem sama zasypia. I tak codziennie – podpowiada na profilu marki NUK jedna z mam – Agnieszka.

W wieczornych czynnościach rodzice mogą uczestniczyć wspólnie lub podzielić się obowiązkami. Dobrze jest dać dziecku wcześniej znać, że zbliża się już pora spania.

– Spacerek na świeżym powietrzu, zabawy z tatą, kolacja, kąpiel z masażem, przytulanki, bajka na dobranoc i spać – opowiada z kolei Kasia, mama 18-miesięcznego Igorka.

Usypianie dziecka: w łóżeczku czy z rodzicami?

Rodzice często zadają pytanie, czy dzieci powinny z nimi spać w łóżku. Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi. Wszystko zależy od indywidualnego podejścia. Jedno jest pewne – w końcu musi nastąpić moment, gdy dziecko zacznie spać samo w osobnym łóżeczku. Należy być cierpliwym, spokojnym i nastawić się na to, że początkowy okres będzie trudny.

Kilka nocnych wędrówek dziecka skutecznie będzie przerywać nam sen i zachęcać do złamania się w naszych postanowieniach – jednak, by osiągnąć cel, musimy być sumienni i konsekwentni.

ZOBACZ TAKŻE: Uzależnienia, depresja, bezsilność – co jest po drugiej stronie gabinetu? Terapeuta: „To my sami jesteśmy narzędziem naszej pracy”

A gdy dziecko śpi…

Jedni starają się być cicho jak mysz pod miotłą, inni wykonują swoje obowiązki bez zmian. To, czy nasze dziecko śpi twardo jak niedźwiedź, czy też budzi je nawet na najdrobniejszy szum, jest kwestią przyzwyczajenia od najmłodszych lat, ale także osobistych predyspozycji.

– Synek nie lubi ciszy, ale jakiegoś większego hałasu też nie. Mieszkamy przy ruchliwej ulicy i takie dźwięki mu nie przeszkadzają, a nawet lepiej przy nich zasypia… Cisza działa na niego w odwrotny sposób. Kochamy naszego urwiska, bo nas zaskakuje każdego dnia – dzieli się swoimi doświadczenia Agata, mama czteromiesięcznego Tymcia, w dyskusji na profilu marki NUK.

Pamiętajmy, że problemy ze snem lub zmiana dotychczasowego trybu zasypiania, może się pojawić w każdym momencie dzieciństwa. Musimy być czujni i dostrzegać zmiany – np. gdy nasze dziecko wstaje bardzo wcześnie, może być to sygnał, że potrzebuje już mniej snu i powinniśmy zmienić godzinę, o której je kładziemy. Obserwacje, cierpliwość i konsekwencja to klucz do sukcesu, dzięki któremu nasze dziecko  będzie wypoczęte i szczęśliwe!

POLECAMY RÓWNIEŻ: Sąd odebrał matce dziecko, bo bawiło się TĄ zabawką

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.