Przejdź do treści

Wojna nerwów – „Walka, krzyk, puszczające nerwy dla nikogo nie są miłe, zwłaszcza dla dziecka”

Który rodzic czy opiekun nie chciałby bez większych kłopotów dogadywać się z dzieckiem, mieć dziecko, z którym nie walczy, którego nie trzeba na oczach innych rodziców opanowywać w sklepie czy tramwaju, które reaguje na słowa rodzica, zwłaszcza jeśli ten stara się mu zapewnić bezpieczeństwo? Kto nie chciałby być rodzicem dziecka, które po prostu dobrze się zachowuje? Nie ma w tym nic złego czy świadczącego o wygodnictwie rodzica. Walka, krzyk, złość, puszczające nerwy, komentarz otoczenia o tym, jak „to dziecko jest źle wychowane” dla nikogo nie jest miłe, zwłaszcza dla dziecka.

Dlatego też rodzice szukają sposobów, żeby osiągnąć to, co dla nich ważne. Tyle tylko, że to, co naturalne i oczywiste dla osoby dorosłej, nie jest naturalne ani rozwojowe dla dziecka. Świadomość tego nieustannie rośnie wśród rodziców, którzy wkładają wiele wysiłku i czasu w poszerzanie wiedzy. Jednak niezmiennie z tym, z czym zmagają się rodzice małych dzieci to dyscyplina. Czują się bezradni, rozczarowani (sobą i dzieckiem), przestraszeni (bo co jeśli dziecko wyrasta na pozbawionego zasad nastolatka i dorosłego?), zmęczeni wieczną walką i porażkami.

Wydaje się, że jeśli tylko znajdą odpowiednie narzędzia i sposoby, jeśli sięgną po odpowiednie słowa, dziecko zacznie współpracować. Kłopot polega jednak na tym, że jak zauważa ekspertka w psychologii dziecka i autorka bardzo poczytnego bloga, Janet Lansbury, dzieci nie reagują na to, co rozsądne, ponieważ działają pod wpływem emocji i impulsów. Nie znaczy to, że zupełnie nie rozumieją, co się dzieje wokół nich lub też nie chcą współpracować. Przeciwnie. Czasami jesteśmy w stanie zauważyć, że niekontrolowany płacz dziecka, rzucanie się po podłodze czy jęki wynikają z tego, że jest ono przemęczone, głodne lub pojawiły się pierwsze zwiastuny zbliżającej się infekcji.

To, co ostatecznie zaczyna się dziać w relacji dziecko-dorosły to wojna nerwów, próba udowodnienia, kto tu rządzi. Wojna, której nie można wygrać, można jedynie, siłowo, wprowadzić swoje zasady. Cel osiągnięty?

W jaki sposób można więc zakończyć tę walkę? Eksperci maja kilka sugestii.

Umacnianie versus obezwładnianie

U źródeł opanowania, spokoju i konstruktywnych reakcji dorosłego leży wiedza (i akceptacja, bo to dwie różne sprawy) tego, że pewne zachowania dziecka są normalne i rozwojowe. Od samego początku dziecko próbuje się dowiedzieć, kim jest, określić swoje granice i możliwości. Granicznym momentem, często przeżywanym przez rodziców jako wyjątkowo trudny jest tak zwany bunt dwulatka. To jest też czas, kiedy dzieci odnajdują własną niezależność i odmienność od rodziców. Jeśli rodzic widzi to jako typowe i normalne dla tego wieku, będzie umiał zareagować spokojnie i empatycznie.

Odmowa postępowania zgodnie z wymaganiami rodzica nie jest dowodem na to, że dziecko jest niegrzeczne czy nieposłuszne, ale raczej tego, że działa ono impulsywnie lub pod wpływem emocji. Czyli dokładnie tak, jak postępują kilkuletnie dzieci. Dlatego też wydaje się, że  bardziej realistyczne jest oczekiwanie od dwulatka różnych opozycyjnych lub buntowniczych zachowań niż spokoju i współpracy. Ta perspektywa bardzo pomaga pozostać spokojnym w obliczu mniejszych i większych katastrof.

Ale też nie warto oczekiwać od siebie nadmiernego spokoju. To jest również nierealistyczne. Czasami trudniejszy moment dziecka przypada na trudniejszy moment rodzica. Jesteśmy tylko ludźmi, z ludzkimi emocjami.

Prewencja

Jedno z najważniejszych narzędzi rodzicielskich, wyjątkowo niedoceniane. Nawet jeśli – słusznie- uznamy, że pewne zachowania dziecka są całkowicie normalne i rozwojowe, to jednak mogą one naruszać normy społeczne. Co zresztą też jest całkiem normalne. Mogą też naruszać dobro innych osób. Na przykład dziecko pod wpływem stresu, zmęczenia lub przekonania, że skoro dotknęło zabawkę, to należy ona do niego, uderzy inne dziecko. Może być też tak, że działa zbyt szybko i dzieci na placu zabaw doznają różnorodnych przykrości. Oczywiście, tego typu zachowanie nie może być tolerowane. Dlatego też warto rozważyć zachowania prewencyjne. Jeśli rodzic wiec, że dziecko w pewnych sytuacjach reaguje na przykład biciem, krzykiem lub innymi zachowaniami, których z różnych względów nie można zaakceptować, warto być pozostać blisko dziecka i zareagować zanim nastąpi eskalacja. Można dziecko usunąć z piaskownicy lub chwycić jego rękę, zanim trafi ona w drugie dziecko.

Czym innym jest spokojna reakcja uniemożliwiająca dziecku destruktywne zachowanie od wściekłości rodzica wyszarpującego dziecko z piaskownicy czy placu zabaw.

Wybory zamiast rozkazów

Każdy człowiek lubi wiedzieć, że ma wybór. Chcemy decydować o sobie i swoich sprawach; nie inaczej jest z dziećmi. Dzieciństwo to z zasady czas silnie ograniczonej wolności. Oczywiście, nie bez przyczyny. Dziecko przede wszystkim musi być bezpieczne i zaopiekowane.

Jednak każda okazja, kiedy dziecko może o czymś zdecydować jest dla niego cenna, o ile nie jest to wybór zbyt złożony, przekraczający jego możliwości percepcyjne czy emocjonalne. Taką sytuacją, często stresogenną dla obu stron, jest wybór ubrania. Jeśli wiemy, że dziecko złości się podczas ubierania, odrzuca każdą propozycje rodzica albo w ogóle nie chce się ubrać, można mu na przykład zaproponować wybór pomiędzy dwoma parami spodni lub bluzeczek. Tak, żeby miało poczucie, że samo zdecydowało, a jednocześnie nie zostało zalane nadmierną ilością kolorów, tkanin, długości. Ważne jest też, żeby rodzic lub opiekun tworzył sytuację, w której jest spokojny, opanowany i przekonany o swojej racji. Jeśli dziecko z jakiegoś powodu w danym dniu powinno założyć ciepłe spodnie, to powinno tak się stać, może ono jednak zdecydowanie które.

I znowu, nie ma pewności, że takie działanie zawsze i w każdej sytuacji ustrzeże rodzica i dziecko przed wybuchem złości czy płaczem. Jednak doświadczenie wielu rodzin pokazuje, że często udaje się znacznie ograniczyć lub zminimalizować szkody.

Przykładowe teksty warte przeczytania:

http://positiveparenting.com/dealing-with-power-struggles/

http://www.janetlansbury.com/2015/10/putting-an-end-to-power-struggles-with-our-kids/

Parenting Secrets That End Power Struggles

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Księżna Kate spodziewa się trzeciego dziecka

Twitter Kensington Royal

Książę i księżna Cambridge  z radością informują, że księżna Kate spodziewa się trzeciego dziecka – podał pałac Kensington.

O kolejnej ciąży Kate brytyjskie media spekulowały od sierpnia. Księżna spędziła wtedy noc w szpitalu w Marylebone. W poniedziałek spekulacje potwierdził pałac Kensington.

Pałac poinformował również, że księżna cierpi na poranne mdłości i w związku z tym nie weźmie udziału w zaplanowanych spotkaniach.

Książęca para w Polsce i spekulacje na temat ciąży

Wygląda na to, że po prostu będziemy musieli postarać się o kolejne dzieci – zażartowała księżna Kate podczas lipcowej wizyty w Polce. Dostała wówczas od jednej z polskich firm upominek z myślą o dzieciach.

Jej komentarze zostały wówczas podchwycone przez brytyjską prasę jako pierwsze sygnały możliwego powiększenia rodziny.  Księżna Kate i książę William mają już syna Jerzego i córkę Charlotte w wieku czterech i dwóch lat.

Trzecie dziecko piąte w kolejce do tronu

Trzecie dziecko Williama i Kate będzie piąte w linii do brytyjskiego tronu, po księciu Walii Karolu, księciu Williamie i parze rodzeństwa. Najstarsze z dzieci, książę Jerzy, w czwartek pójdzie po raz pierwszy do szkoły. Rodzice wybrali dla niego prywatną placówkę Thomas’s Battersea w południowym Londynie, gdzie czesne wynosi ponad 17 tys. funtów rocznie (79 tys. złotych).

Zobacz także:

Piękna sesja Sereny Williams na okładce „Vanity Fair” – nagość, ciąża, kobiecość!

Victoria Beckham napisała list do 18-letniej wersji siebie – czy ty byś się odważyła?

Źródło: Wyborcza, TVN24

Anna Wencławska

Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych. W wolnym czasie gra na gitarze i śpiewa w zespole.

Płyn Lugola. Skuteczny środek czy niebezpieczny specyfik w rękach rodziców?

Płyn Lugola
Fotolia

Kiedy w roku 1986 w doszło do wybuchu w elektrowni atomowej w Czarnobylu, każde dziecko w Polsce musiało przyjąć płyn Lugola. Miało to na celu zneutralizowanie szkodliwych dla zdrowia skutków katastrofy na Ukrainie. W dobie ostatnich doniesień i niepokojów wokół rzekomej awarii elektrowni jądrowej w Belgii, wielu polskich rodziców decyduje się na podanie swoim pociechom płynu Lugola. Obecnie brakuje go w aptekach, a Ministerstwo Zdrowia bije na alarm, by płynu nie stosować na własną rękę.

Płyn Lugola lekiem na skutki awarii elektrowni

Jak uspokaja Państwowa Agencja Atomistyki, „na terenie belgijskiej elektrowni jądrowej Tihange nie doszło do awarii, w związku z czym nie istnieje jakiekolwiek zagrożenie radiacyjne”. Ostrzega również, by nie przyjmować na własną rękę preparatów z jodem. Również resort zdrowia ostrzega, że samodzielne przyjmowanie takich preparatów może wywołać niepożądane skutki.

„Dystrybucja tabletek ze stabilnym jodem na terenie okolic elektrowni jest działaniem wynikającym z polityki bezpieczeństwa i nie wynika z jakiejkolwiek sytuacji awaryjnej. Dzięki temu mieszkańcy są wyposażeni w środki bezpieczeństwa, gdyby do awarii doszło w przyszłości. Uwzględniając powyższe, nie należy podejmować żadnych działań, a w szczególności przyjmować preparatów z jodem na własną rękę” – czytamy na stronie Ministerstwa Zdrowia.

Tego typu oświadczenia nie uspokajają jednak części obywateli. W całym Słupsku zabrakło już preparatów z jodem, zarówno tabletek, suplementów, jak i płynu Lugola.

Niepokój można zauważyć wśród mieszkańców zachodnich Niemiec, którzy obawiają się skutków awarii belgijskiej elektrowni, mieszczącej po drugiej stronie granicy. W niemieckim mieście Akwizgran trwa akcja rozdawania tabletek z jodem. Porcję leków dostają wszyscy do 45. Roku życia.

Najbardziej znanym środkiem z wysoką zawartością jodu jest płyn Lugola. Ma on działanie odkażające, stosowany jest w leczeniu niektórych schorzeń tarczycy i w zależność od przyjętej dawki, pobudza lub hamuje czynność tego gruczołu. Poza medycyną stosuje się go do wykrywania skrobi.

Po katastrofie w Czarnobylu stosowano go, aby zahamować rozwój chorób tarczycy. Zadaniem tego środka była ochrona gruczołu przed wchłanianiem radioaktywnego izotopu z odpadów promieniotwórczych, który może przyczynić się do rozwoju nowotworu tarczycy.

Płyn Lugola dostępny bez recepty nie nadaje się do spożycia

Po latach naukowcy przyznają, że przyjmowanie płynu Lugola było niepotrzebne. Skala zagrożenia radiacyjnego okazała się bowiem zbyt niska, by mogła wywołać niepożądane skutki.

Ponadto, preparat, który jest dostępny w aptece bez recepty, nie nadaje się do spożycia. Jest to nieczyszczona mikstura do stosowania zewnętrznego.

Płyn Lugola, który można przyjąć doustnie, jest przepisywany na receptę, a jego sporządzeniem zajmuje się farmaceuta. Kupowanie na własną rękę jodyny i przygotowywanie płynu nie jest wskazane i może zakończyć się niepożądanymi skutkami.

Samodzielne stosowanie może być niebezpieczne

Samodzielne stosowanie płynu Lugola może powodować podrażnienia błon śluzowych, zapalenie skóry, nadżerki i swędzenie. Może pojawić się gorączka, wysypka, czy powiększenie węzłów chłonnych.

– Dlaczego nie można pić czy to płynu Lugola, czy jodyny? Po pierwsze skoro te preparaty przeznaczone są do dezynfekcji skóry, czyli do stosowania zewnętrznego, to nie mamy pewności czy użyto odpowiedniej czystości surowców. Wiadomo, że płyny doustne muszą być bardziej oczyszczone. Drugim argumentem jest sam jod, który bardzo łatwo jest przedawkować – wymienia mgr farm. Szymon Tomczak.

Według norm Instytutu Żywności i Żywienia zalecane spożycie jodu dla populacji dorosłej (RDA) to 0,75 mg podczas, gdy jedna kropla płynu Lugola zawiera około 1,25 mg jodu.

– Na szamańskich forach (czyt. medycyny alternatywnej) dzienne dawki dochodzą do kilkunastu kropli tego specyfiku. Pozostaje nam zachować rozsądek i nie ulegać plotkom, a dla osób ciągle obawiających się o niski poziom jodu w ich organizmie polecam owoce morza i to nie od święta. To wszystkim nam wyjdzie na dobre – komentuje farmaceuta.

Zobacz także:

Diagnostyka nieprawidłowości w pracy tarczycy – dlaczego warto się badać?

Brak snu powoduje, że twój mózg zjada sam siebie!

Źródło: Twoje Zdrowie, ABC Zdrowie

Anna Wencławska

Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych. W wolnym czasie gra na gitarze i śpiewa w zespole.

Jaka matka, taka córka – „Bardziej narażone na ANOREKSJĘ są córki matek cierpiących na to zaburzenie”

Według danych Amerykańskiego Towarzystwa na rzecz Anorexia Nervosa oraz Towarzyszących Zaburzeń (ANAD), 30 milionów Amerykanów obojga płci i w różnym wieku cierpi z powodu któregoś z zaburzeń odżywiania. Ten typ zaburzeń uznawany jest również za najczęściej prowadzący do śmierci spośród wszystkich zaburzeń psychicznych. Niemal jeden procent Amerykanek cierpi z powodu anoreksji na którymś etapie swojego życia, a jeden na pięć zgonów związanych z anoreksją jest wynikiem samobójstwa. Zebrane przez ANAD dane pokazują, że aż połowa osób cierpiących z powodu anoreksji doświadcza również innego rodzaju poważnych zaburzeń psychicznych, takich jak depresja, zaburzenia kompulsyjno-obsesyjne oraz lękowe, w tym fobie społeczne. [1]

Staje się więc jasne, że zaburzenia odżywania stanowią ogromny problem. Zarówno na skalę społeczną, jak i w rozumieniu cierpienia indywidualnych osób. Dlatego też potrzeba zrozumienia przyczyn oraz przebiegu zaburzeń odżywiania jest tak ważna.

Anoreksja zbiera największe żniwo wśród coraz młodszych osób!

Dziewczynki zaczynające szkołę podstawową zwracają uwagę na swój wygląd, wagę, podejmują pierwsze diety. Jednak nie każda z nich zachoruję na anoreksję. Jak to się więc jest, że dla części osób dieta, nawet ekstremalna, jest nadal jedynie dietą, a kiedy mówimy już o rozwoju zaburzenia psychicznego?

Amerykańskie Towarzystwo Psychiatryczne definiuje anoreksję jako ciągłe i przewlekłe ograniczanie sobie jedzenia, utrzymywanie bardzo niskiej wagi ciała (poniżej typowej dla wieku, płci oraz momentu rozwojowego), patologiczny lęk przed przytyciem oraz nieumiejętność oceny swojego wyglądu oraz realnego stanu zdrowia.

Teorii na temat źródeł anoreksji jest wiele, zbyt wiele by omówić je w jednym tekście. W ostatnim czasie jednak dwie teorie zyskały szersze zainteresowanie. Obie próbują odpowiedzieć na pytanie, czy rzeczywiście jest tak, jak wskazuje wiele badań, że bardziej narażone na anoreksję są córki matek cierpiących na to zaburzenie. A jeśli tak się dzieje, to dlaczego?

Obraz ciała

Matki pokazują córkom rzeczywistość. Od matek córki uczą się też swojego ciała, przeżywania, emocji. Jest to z jednej strony ogromny przywilej matek, z drugiej obciążenie. Zwłaszcza, jeśli matka sama cierpi z powodu jakichś niezaspokojonych potrzeb, traumy lub zaburzeń psychicznych. To, jak matka widzi swoje ciało, czy jest z niego zadowolona, czy o nie dba, czy też może jest ciągle sobą rozczarowana, jest na diecie, przesadnie dba o to, żeby nie przytyć, trafi również do jej córki. Jednak badania pokazują, że matki cierpiące na anoreksję również w specyficzny sposób mogą traktować ciała swoich dzieci. Mogą przesadnie kontrolować ich wagę i wyrażać dezaprobatę w związku z nawykami żywieniowymi dziecka. Ono z kolei już w wieku 4 lat może używać jedzenia jako narzędzia regulującego emocje. Zwłaszcza słodycze okazują się przydatne w poprawie nastroju.

Matki zwykle nieświadomie wyrabiają więc w dzieciach negatywny obraz ciała oraz zaburzoną relację z jedzeniem poprzez nadmierną kontrolę tego, co i kiedy dziecko je, jak wygląda i ile waży. Tym samym dziecko nie ma kontroli nawet nad tym, co jest dla niego najbardziej podstawowe, czyli poczuciem głodu, sytości oraz przyjemności płynącej z jedzenia.

Aktywna relacja

Druga teoria zwraca uwagę na jakość i przebieg relacji matka-córka oraz tego, w jaki sposób matka chroni lub popycha córkę w kierunku zaburzeń odżywiania. Podkreśla się w niej również to, że relacje matek i córek są silnie skomplikowane. To, co wydaje się „sprzyjać” rozwojowi anoreksji u córek to poczucie, którego doświadczają ich matki, że nie mają kontroli nad własnymi dziećmi. Jeszcze wyższe ryzyko pojawienia się anoreksji u córki pojawia się wówczas, kiedy matki uważają, że ich córki nie mają kontroli nad własną dietą. Sytuacja jest szczególnie skomplikowana, kiedy matka i córka są od siebie zależne. Córka może wówczas sądzić, że nie jest w stanie spełnić oczekiwań matki.

Kolejnym powodem, dla którego córka może zachorować na anoreksję jest brak granic w relacji z matką. Niektórzy psychoterapeuci uważają, że anoreksja jest właśnie formą przywrócenia granic, patologiczną, ponieważ szkodzi osobie chorującej. Jeśli jednak granice są zaburzone, a córka zaczyna czuć, że przejmuje funkcje osoby dorosłej, opiekuna, może radzić sobie z tym poprzez wytworzenie objawów anorektycznych. Sposobów, w jaki granice są zacierane jest wiele. Matki tkwią w nieszczęśliwych związkach i nierzadko dzielą się tym ze swoimi dziećmi. Opowiadają o kłótniach z ojcem córki, jego zachowaniach, zdradach. Jest to bardzo obciążające dla dziecka.

Zapobieganie

Ponieważ przyczyny anoreksji, podobnie jak innych zaburzeń odżywania, są bardzo złożone, toteż niełatwo określić, czy i jak można im zapobiec. Warto jednak pamiętać o kilku sprzyjających zaburzeniom czynnikach.

  • Granice – za ich utrzymanie odpowiedzialni są rodzice. Dziecko nie jest i nie może być powiernikiem matki. Nie może być jej sprzymierzeńcem przeciwko ojcu ani źródłem wsparcia emocjonalnego. Zdrowe granice to również umiejętność wyważenia pomiędzy kontrolą, która daje córce poczucie bezpieczeństwa a swobodą, w której może się rozwijać.
  • Bądź rodzicem, nie koleżanką – może się to wydawać dobrym sposobem na wychowania dziecka, jednak odbiera mu szanse na zdrową zależność i poczucie bezpieczeństwa
  • Daj jej siłę – warto pokazać córkom, jak różnorodne są kobiety. Jak ich ciało zmienia się na przestrzeni życia, pod wpływem różnych doświadczeń, warto rozmawiać o tym, co pokazują media i jak bardzo jest to obraz daleki od rzeczywistości. Warto wreszcie, żeby dziewczynka wiedziała i widziała silną matkę, niezależną, realizującą swoje potrzeby.

 

[1] http://www.anad.org/get-information/about-eating-disorders/eating-disorders-statistics/

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Strzelali z wiatrówki do dzieci. Rodzice skazani

Strzelali z wiatrówki do dzieci
Pixabay

Źle pozmywane naczynia, brudne pieluszki, czy upuszczanie przedmiotów. Za takie „przewinienia” para rodziców z Blackpool w Wielkiej Brytanii karała piątkę swoich dzieci. Jak? Strzelali do nich z wiatrówki.

Barbarzyńskie metody wychowawcze były stosowane wobec piątki dzieci w wieku od siedmiu do 15 lat, według śledztwa ich gehenna trwała cztery miesiące. Ojciec dzieci trzymał broń pod kanapą. 15-letnia córka pary została postrzelona w nogę za to na przykład za to, że odmówiła zmiany brudnej pieluszki swojej siostrze. Młodsza, 13-letnia dziewczynka została natomiast ukarana, gdy ojciec dowiedział się o jej chłopaku.

Strzelali z wiatrówki, dzieci miały siniaki i rany

Sprawa wyszła na jaw 23 czerwca b.r., gdy 13-letnia dziewczynka opowiedziała nauczycielowi o swoim dramacie. Pokazała też siniaki i rany na nogach. – Jeżeli nie wykonałam prac w domu, tata i mama straszyli mnie wiatrówką, albo strzelali z niej do mnie. Celowali w nogi, ręce, brzuch i plecy – opowiadała dziewczynka.

50-letni ojciec i 33-letnia matka przyznali się do winy. Prokurator Jon Close powiedział w sądzie, że broń pojawiła się w domu w lutym 2016 rok i według śledztwa to ojciec dzieci częściej używał w stosunku do nich broni. Mężczyzna został skazany na karę dwóch lat więzienia, kobieta natomiast została ukarana 200 godzinami prac społecznych.

Podobny przypadek w Polsce

Podobna sytuacja wydarzyła się w ostatnich dniach sierpnia b.r. w Międzyrzeczu. 66-letni mieszkaniec miasta strzelał do dzieci z wiatrówki, bo jak oświadczył, „zakłócały mu spokój”. W wyniku zdarzenia ranna została 12-letnia dziewczynka.

Mężczyzna został zatrzymany i usłyszał już zarzut narażenia na niebezpieczeństwo utraty życia lub ciężkiego uszczerbku na zdrowiu.  Grozi mu kara pozbawienia wolności do trzech lat. Mężczyzna nie przyznał się do popełnienia zarzucanego mu czynu.

Zobacz także:

Wojna nerwów – „Walka, krzyk, puszczające nerwy dla nikogo nie są miłe, zwłaszcza dla dziecka”

Rodzice vs. rodzice: „Zauważyłem, że rodzice nie mówią do dzieci. Prawdziwymi adresatami słów są inni dorośli”

Źródło: Daily Mail, Wprost, Wyborcza

Anna Wencławska

Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych. W wolnym czasie gra na gitarze i śpiewa w zespole.