Przejdź do treści

Współczesna rodzina na nowo zdefiniowana

współczesna rodzina na nowo zdefiniowana
Jak dzisiaj zdefiniować rodzinę? – Fot. Pixabay

Patriarchalny model rodziny na naszych oczach przechodzi metamorfozę. Czy będziemy potrzebować nowej definicji? O tym, jaka to będzie zmiana rozmawiamy z psycholożką Biancą Beatą Kotoro.

 Jak dzisiaj zdefiniować na nowo pojęcie „rodzina”? Czy w ogóle potrzebujemy nowej definicji?

Nastąpiła znacząca zmiana, bo model, który mieliśmy, był modelem stricte patriarchalnym. Mężczyzna był głową rodziny, a jego funkcja polegała na zarabianiu i zarządzaniu strefą ekonomiczną.

Życie toczyło się w domach wielopokoleniowych, i – mogliśmy się z tym zgadzać lub nie – ale był jasny społecznie podział ról i obowiązków, oczekiwań wobec kobiety i mężczyzny. Więc obecnie, potrzebujemy nowej definicji. Nowej wykładni.

No i przede wszystkim kobieta i mężczyzna, nic innego nie wchodziło w grę.

Oczywiście. Mieliśmy mężczyznę, który miał zatroszczyć się o dach nad głową i pieniądze na życie, na jedzenie, a kobieta miała zajmować się dziećmi, prać, gotować, wychowywać. Jak zawsze bywały wyjątki, ale ten fundament był.

Przekaz społeczny i pokoleniowy jest bardzo znaczący i ważny, bo ludzie do niego właśnie się odnoszą, on reguluje społeczne oczekiwania oraz normy.

Zobacz też: This is family” – nowa kampania brytyjskiej marki River Island wychodzi naprzeciw zmianom społecznym

Ale czasy się zmieniają…

Nie mamy domów wielopokoleniowych (wyjątki oczywiście się zdarzają), rodzina obecnie to nie tylko związek mężczyzny i kobiety, i chociaż prawnie sytuacja jeszcze nie jest unormowana, mamy związki jednopłciowe, homoseksualne.

No właśnie. Dla dziecka najważniejsza jest jednak mama i tata.

Dwie bardzo ważne jednostki, dwie bardzo różne płcie, które przekazują pewne wzorce, modelują zachowania.

A jeśli są dwie mamy i dwóch tatów?

Jedna to mama a druga powinna być mamka, ciocia, jeden to tata a drugi tatul, wujek… Nomenklatura do ustalenia, ale ma bardzo duże znaczenie dla rozwoju dziecka rozdzielenie.

Fundament to tata i mama, a w takiej sytuacji jest on naruszony. Jeżeli jesteśmy w związku tej samej płci, powinniśmy zapewnić dziecku kontakt z inną płcią, poprzez babcie, ciocie, wujków, dziadków, w zależności czy mówimy o kobietach czy mężczyznach. Dlatego, że jako płeć różnimy się biologią i zachowaniami, a dziecku ta wiedza, jest potrzebna do budowania świata.

Dziecko w takiej rodzinie wymaga większej ilości godzin rozmów o inności. Nie o tym czy to dobrze czy źle, tylko o różnicach, i co z nich wynika. I nawet kiedy, mam nadzieję, będą te relacje prawnie uregulowane – to pod kątem psychologiczno-emocjonalnym to dziecko będzie musiało się zmierzyć z sytuacją, a rodzice – z konsekwencjami. Bo trzeba to brać pod uwagę. Dzisiejszy model wychowanie jest bardzo absorbujący – jakkolwiek by to dziwnie nie zabrzmiało.

Zobacz też: Samotni ojcowie żyją krócej. Zobacz, dlaczego

Za naszych czasów był to bardziej naturalny proces.

Tak, kobieta rodziła dziecko, przez jakiś czas się nim zajmowała, ale jak poszło do przedszkola czy szkoły, to cała kwestia wychowawczo-edukacyjna przekazywana była na daną placówkę, a dom był pewnego rodzaju przechowalnią – ubrać, umyć, nakarmić. Teraz jest inaczej – jesteśmy, dużo rozmawiamy z dzieckiem – wiemy, że to jest bardzo ważne dla jego poczucia własnej wartości, dla dobrego rozwoju.

To rodzic chodzi na dodatkowe zajęcia z dzieckiem, a nie samo dziecko gna do młodzieżowego domu kultury. Wtedy wychowanie i uczenie było zdecydowanie przerzucone na placówki państwowe. Wystarczy spojrzeć, ile czasu dzisiaj rodzice spędzają na odrabianiu lekcji z dzieckiem…

Dziecko samo musiało się sobą zająć.

Tak, typowe dzieciństwo z kluczem na szyi. I wtedy, kiedy kobieta miała troje, czworo czy pięcioro dzieci, to ich wychowanie było bardziej wykonalne niż w tym modelu dzisiejszym.

Chcieliśmy mieć zachodnioeuropejski model dwa plus dwa, ale on ciągle się kurczy – przyrost spada i coraz bardziej popularniejszy staje się model dwa plus jeden. A nawet wchodzimy w kwestię trendu bezdzietności.

I to też jest rodzina.

Oczywiście, to także jednostka rodzinna – wszędzie tam, gdzie jest małżeństwo, partnerstwo, adopcja, rodzeństwo, które mieszka ze sobą – mamy do czynienia z rodziną. To bardzo się pozmieniało, a wszystko, co nowe – zazwyczaj przeraża.

Trudno patriarchalny model zmienić na inny. Mamy pewien wytrych i mówimy, że mężczyzna jest głową, a kobieta szyją. Jest to łatwiejsze dla świata męskiego niż przyznanie, że to kobieta wszystkim kieruje – mamy przecież także takie modele, w których kobieta zapewnia całość ekonomiczną rodziny.

Nie chodzi o walkę – kto ma zwyciężyć, kto jest lepszy czy ważniejszy – kobieta czy mężczyzna. Partnerstwo byłoby wspaniałe, szczególnie jeśli chodzi o współwychowywanie i współudział, ale przede wszystkim musi za tym stać zrozumienie i zgoda ludzi, którzy nie robią tego pod przymusem ekonomicznym czy kulturowym, tylko jest to w zgodzie z nimi. Rozumieją to. Bo przecież są kobiety, które powiedzą: ubóstwiam gotować, szyć, chcę zostać w domu i zajmować się tym gniazdem. I to jest w porządku.

Zobacz też: Każda rodzina powinna mieć tę pozycję w swojej biblioteczce. Książka „To wszystko rodzina!”

I to jej prawo.

Tak, jeżeli to jest jej wybór i odbywać się to w jej wewnętrznej zgodzie.

I to samo dotyczy mężczyzn – znajdą się też tacy, którzy fantastycznie odnajdą się w pracach domowych i tacy, którzy będą spełniać się w korporacji.

Jednak ciągle ciężko nam zaakceptować tę zmianę.

Jesteśmy krajem, w którym te wszystkie nowości potrzebują bardzo długiego czasu, ale wystarczy spojrzeć na nasz krajobraz gastronomiczny.

Niezbyt wiele jest miejsc typu kuchnia polska, pierogi czy kapuśniak, za to na każdym kroku tajskie, chińskie, włoskie, arabskie, koreańskie, indyjskie…

Staropolski kebab i sushi…

Mamy w sobie bardzo dużą otwartość na nowe smaki, przyprawy. Tak dużą, której aż na taką skalę nie spotyka się w innych krajach. Może to kuchnia właśnie otworzy nas na inne rzeczy, przełamie tabu. Od czegoś trzeba zacząć – skoro otwieramy się na egzotykę i ludzi z innych krajów, to łatwiej będzie zaakceptować inne wzorce. Przez żołądek do serca.

Chodzi też o to, żebyśmy nie popadli w inną skrajność – kiedy fundament rodziny przestanie mieć dla nas znaczenie, bo wtedy będzie nam się wydawało, że jesteśmy nowocześni i postępowi. Takie trendy istnieją – jestem samowystarczalny, niepotrzebna mi rodzina. To jest ślepy zaułek. Jesteśmy istotami stadnymi i mamy potrzebę tworzenia bliskich relacji i więź. I nie ma co tego tracić, zaprzepaszczać, tylko wziąć wszystko, co najlepsze.

I powinniśmy pokazywać ludziom w mediach, że ta rodzina, nawet zdefiniowana na nowo – jest ważna. I że przystosowanie się do nowego ładu nie jest łatwe, bo to wychodzenie ze strefy komfortu, czegoś co znaliśmy. Jeśli mówimy o patchworkowej rodzinie, to oczywiście jak najbardziej, mówmy, pokazujmy dobre wzorce, ale starajmy się nie epatować jako czymś najwspanialszym, bo jest to tylko jedno z rozwiązań, nie ideałów i złotych rad.

Najczęściej robimy to dla naszych dzieci.

Dla naszych dzieci powinniśmy być prawdziwi i uczciwi. Pamiętajmy, że to my uczymy je wszystkich zachowań, modelujemy, kształtujemy i one przekażą to w przyszłości dalej.

Czyli otwartość.

Oczywiście. Tolerancja i szacunek do drugiego człowieka. Miłości do siebie i innych. Naturalnie z wglądem w różne problemy, niezgodności i konstruktywnym ich rozwiązywaniem.

 

 

Ekspert

Bianca Beata Kotoro

Psychoseksuolog, psychoonkolog, terapeuta, psycholog społeczny. Wykładowca na uczelniach wyższych i Uniwersytetach III Wieku. Dyrektor Instytutu Psychologiczno- Psychoseksuologicznego Terapii i Szkoleń "Beata Vita" w Warszawie, gdzie prowadzi terapię oraz szkolenia. Autorka m.in. programu ogólnopolskiego dla młodzieży: „100 % MNIE BEZ ZAGŁUSZACZY” oraz projektu dla kadry i rodziców "Ważne Sprawy Przedszkolaka" czy "Trudne tematy dla mamy i taty".

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Ciąża Meghan Markle i poród małego Archiego – media policzyły koszta! Pękło ponad 1 mln £

Fot:Screen Youtube The Sun

Narodziny małego Archiego, kolejnego royal baby, to niewątpliwie jedno z najważniejszych brytyjskich wydarzeń tego roku – drogie dla serc miłośników rodziny królewskiej. Drogie także w kontekście finansowym. Media wyliczają, iż poród oraz ciąża Meghan Markle mogły kosztować nawet ponad 1 mln funtów, czyli… 5 mln złotych!

Dziewięć miesięcy ciąży, a następnie poród to dla kobiety wyjątkowy czas. Dla jednych lepszy, dla innych nieco gorszy, ale zdecydowanie wyjątkowy. Biorąc pod uwagę oczekiwanie na małego Archiego i jego pojawienie się na świecie, wyjątkowych chwil było w tym czasie niezwykle wiele. Chociażby patrząc na koszty, które wylicza Daily Mail.

Najwyższa jakość

Co składa się na ponad milionowy koszt ciąży i porodu?

  • Po pierwsze, garderoba ciążowa – jej wartość miała w tym przypadku wynieść około pół miliona funtów. Wiele z noszonych wtedy przez księżną ubrań to kroje stworzone przez uznanych projektantów, takich jak Oscar de la Renta, Stella McCartney, czy Givenchy.
  • Po drugie, były to różnego rodzaju zabiegi, jak np. akupunktura w jednym z londyńskich spa.
  • Po trzecie, wielkim wydarzeniem towarzyskim był też nowojorski baby shower księżnej Meghan. Gościły na nim takie gwiazdy, jak Serena Williams, czy Amal Clooney. Wieczór miał miejsce w jednym z penthouse w hotelu mieszczącym się na Upper East-Side. Uczestniczki uczyły się podczas niego aranżacji kwiatów, a czas umilały im desery zrobione przez szefa kuchni, który szczyci się gwiazdką Michelin. Związane z baby shower koszta obliczono na około… 388 tysięcy £!

Do tego należy też dodać kilka dni, które przed porodem para książęca spędziła w luksusowym hotelu w Hepmshire, gdzie koszt za jedną noc wynosi 10 tysięcy £. Co więcej, wykonano też remont domu, w którym będzie mieszkała rodzina książęca tak, aby był jak najlepiej dostosowany do potrzeb dziecka.

Dużym wydatkiem był też oczywiście prywatny szpital, w którym miał miejsce poród Archiego. Co prawda księżna liczyła na poród domowy, ale niestety okazało się to nie być możliwe. W związku z tym, narodziny miały miejsce w szpitalu w Portland, gdzie „podstawowa” cena porodu to 15 tysięcy £, co daje około 75 tys. złotych. W tym czasie można liczyć nie tylko na doskonałą opiekę medyczną, ale też posiłki, takie jak foie gras, ostrygi, czy szampan na uczczenie udanych narodzin. Ale nie ma co się dziwić – w końcu po królewsku!

Czy warto zaglądać do portfela? 

No właśnie – czy jest sens robić takie wyliczenia? Wiadomym jest, że i tak nie będą to sumy dostępne dla przeciętnej osoby. Z drugiej strony, jeśli kogoś stać na takie życie – fantastycznie. Baza i tak jest ta sama, czyli narodziny małego chłopca. Archie jest zdrowym i jak powiedziała jego mama: „słodkim” człowiekiem. Tej radości się trzymajmy!

Zobacz też: 10 rzeczy, które warto robić, zanim pojawi się dziecko

Źródło: Daily Mail

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW. Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS oraz Gender Studies na UW.

Dlaczego musimy sprzątać?

Dlaczego musimy sprzątać?
Co roku chcemy zaczynać coś od nowa. Dlatego zaczynamy od sprzątanie najbliższego świata. – Fot. Pixabay

Dlaczego ciągle męczy nas przymus sprzątania i to szczególnie na wiosnę? Czy uporządkowanie przestrzeni jest ważne i czy warto stać się minimalistą? Psycholog Bianca Beata Kotoro odpowiada na pytania.

Dlaczego tak bardzo zależy nam na posprzątaniu naszej przestrzeni na wiosnę?

Co roku chcemy zaczynać coś od nowa. Dlatego zaczynamy od sprzątanie najbliższego świata czyli przestrzeni, w której przebywamy. Jest to głęboko zakorzenione i bardzo potrzebne. Pytanie tylko, czy robimy to umiejętnie, ponieważ nie chodzi tylko o posprzątanie, tylko takie uporządkowanie tej przestrzeni, żeby mobilizowało nas do tego,, żeby to utrzymywać”.

Żeby za rok znowu nie obudzić się w tym samym miejscu – z nadmiarem rzeczy i podobnym bałaganem.

Nie jest to wbrew pozorom takie łatwe, ponieważ jesteśmy nauczeni sprzątania, gdzie musimy coś odkurzyć, poprzekładać, wytrzeć kurze, a nie bardzo umiemy świadomie pozbywać się rzeczy, których nie potrzebujemy. Dużo osób ma syndrom zbieracza, a panuje przecież kult dobrobytu, że dobrze jest mieć. Dużo.

Czasy i przebywanie w galeriach handlowych sprzyjają obrastaniu w rzeczy.

Tak, nabywamy je pod wpływem impulsu emocjonalnego, pod hasłem, że inni to mają, to i my musimy to mieć. Nie zastanawiamy się nad energetycznością przedmiotu, który kupujemy. Nie zadajemy sobie nawet pytania, czy on nam się podoba, czy wywołuje w nas radość. Wymieniamy stare, a dobre – na nowe, bo coś nam się znudziło albo zobaczyliśmy w reklamie. Z jednej strony mówi się o kwestiach dbania o środowisko, a z drugiej znikają usługi najróżniejszego typu – szewc, poprawki krawieckie, naprawy sprzętu – są na wymarciu.

Taniej kupić.

Nie staramy się nawet naprawiać, a jeśli nie dbamy o przedmioty, to jednocześnie uczymy się też, że nie ma co naprawiać innych rzeczy, na przykład relacji, skoro możemy je wymienić na nowe.

Przebija się skandynawski czy japoński minimalizm. Niektórzy chcą tak żyć.

Byłabym daleka od minimalizmu, skoro uwielbiamy płyty, zdjęcia, książki, figurki z podróży…

30 książek wg Marie Kondo?

Marie Kondo mówi w swoich programach i pisze w książkach –co jest mi bardzo bliskie – żeby posegregować przedmioty i zostawiać te, które lubimy, które są nam potrzebne, ale do których mamy także pozytywne nastawienie . Przedmiot wywołuje dane konotacje emocjonalne – na przykład od kogo i kiedy go otrzymaliśmy, lub dlaczego go nabyliśmy, przypominamy sobie, w jakiej wtedy byliśmy sytuacji życiowej, co z nami się działo.

Ale jak nam się zbije później ta filiżanka, którą dostaliśmy od brata, to rozpacz i bardziej boli.

Tak, ale mamy w swoim otoczeniu też inne rzeczy, które sprawiają nam radość. I to absolutnie nie chodzi o ich wyjątkowość . To nie muszą być luksusowe dary od prababci czy pradziadka. Ten komplet od kawy lubię, korzystam z niego, ale te dwa inne stoją i się kurzą. Mogę przecież zapytać znajomego, czy nie potrzebuje. Jest dużo miejsc, gdzie można to oddać – niech to trafi do ludzi, którzy się ucieszą tym drobiazgiem. Więc jeśli nasze myślenie idzie torem – robimy porządki wiosenne i musimy koniecznie wyrzucić dużo rzeczy – to nic dobrego z tego nie wyniknie.

No tak, bo wtedy wchodzimy do garderoby i musimy wyrzucić sukienkę, której nie miałyśmy na sobie dwa lata… I robi nam się smutno.

Niektórzy głoszą tę metodę, że jeśli jakiejś rzeczy nie nosiliśmy rok czy dwa, a jeżeli już trzy, to absolutnie się jej pozbywamy. Ale jeżeli to jest taka rzecz, którą lubimy i może jest szansa, że ją przerobimy albo schudniemy czy przytyjemy za moment, to jej nie wyrzucajmy. Tylko odłóżmy na górną półkę i przy segregowaniu stosujmy zasadę – zostawiam rzeczy, które sprawiają mi szeroko rozumianą radość. I mam przyjemność w ich posiadaniu. Wtedy pozbywamy się całej reszty – wyrzucamy na przysłowiowy śmietnik, ale niech to będzie miejsce, z którego ktoś, kto potrzebuje będzie mógł sobie te rzeczy wziąć, skorzystać z nich. Nam to nie jest potrzebne, ale innym może się bardzo przydać.

To jak sprzątać?

Na początku warto posegregować rzeczy tematycznie. Na przykład wszystkie ręczniki niech leżą w jednym miejscu, czy to będzie łazienka, sypialnia czy przedpokój. Wszystkie buty, wszystkich domowników w jednym miejscu. W danej szufladzie będą rzeczy tylko papiernicze – kredki, farby, długopisy.

Ułatwiamy sobie życie.

Tak, później łatwiej będzie je znaleźć, nie stracimy energii na szukanie. Te nasze metody sprzątania „po troszeczku” nie za bardzo się sprawdzają. Powinniśmy raczej przed rozpoczęciem skupić się na myśli – dzisiaj zajmuję się tylko bielizną, segreguję ją i umieszczam w jednym miejscu – najlepiej wyrzucić wszystko na łóżko, bo wtedy mamy ogląd całości i jestem w stanie dać sobie z tym radę. To na początku wydaje się trudne, ale ludzie, którzy zaczęli to robić i przeszli ten etap, zdecydowanie lepiej potrafili skupić się na relacjach i pracy. Ponieważ każdy z nas pewnie, a przynajmniej dobre 90% ma taki objaw, że kiedy mamy coś ważnego do zrobienia – mam do napisania artykuł, muszę przygotować się do egzaminu…to zaczyna sprzątać i nie zajmuje się tym co ważne na dana chwilę. A tak nie będzie wymówki i ucieczki.

Muszę zapłacić rachunki i nie robię tego teraz. A kiedy to już za mną, przychodzi ulga…

Właśnie. Uzależniamy się od adrenaliny i potrzebujemy tego ciśnienia. Jest jeszcze grupa ludzi, która odkładając coś ważniejszego na później, przykrywa to myśleniem: „teraz tego nie zrobię, bo muszę posprzątać, okna przetrzeć…”

Ugotować zupę…

I kiedy uda nam się zrobić tę ważną rzecz, to już odchodzi się od sprzątania i innych rozpraszaczy. To tylko pokazuje, jakim to jest kamuflażem. Ludzie, którzy nauczyli się porządkować swoją przestrzeń, zdają sobie sprawę, że muszę skupić się na jednej rzeczy. Czyli napisać artykuł czy zapłacić te rachunki, bo już nie mają innej wymówki.

Czyli jak mam bałagan i przez niego nie mogę się skupić, to nie jest to dobre?

Nie, bo musisz go uporządkować. I jak to zrobię, że chętnie usiądę do pisania? Nie chodzi o chętnie, tylko nie będziemy mieć tej alternatywy, co możemy innego „ważnego” zrobić. W praktyce znaczy to tyle, że możemy zmierzyć się z tym, że robimy sobie takie skoki adrenalinowe, od których się uzależniamy, w przesuwaniu pewnych czynności i maskowaniu tego.

Jak to zaplanować?

Wbić do kalendarza czy zapisać, w jakich godzinach pracujemy – a potem co dziennie 3 godziny, a w weekend nawet 7-8 godzin to segregowanie i porządkowanie. Każdy ma swój sposób, swoją metodę, ale zdecydowanie musi być plan, którego powinniśmy się trzymać. Musimy odczarować mit, bo kiedy usłyszymy hasło „wiosenne porządki” to widzimy kolejne 3-5 dni wypełnione sprzątaniem. A prawda jest taka, że jeżeli chcemy 50-60 metrowe mieszkanie posprzątać i posegregować to zajmie to nam około miesiąca. Trzeba sobie dać tę przestrzeń, że to nie będzie tak szybko. Z tym porządkowaniem to jest tak, że jeśli sobie zaplanujemy segregowanie przestrzeni zewnętrznej, żeby skupić się na tej wewnętrznej, to musimy przyjrzeć się swoim przekonaniom, które mamy na temat rzeczy, dbania o przedmioty, porządkowania. Bo oczywiście ta granica, w której traktuje się dom jak muzeum, jest bardzo cienka. Żeby była jasność – ten dom ma być do mieszkania. Zastanowić się, skąd mamy nawyki dotyczące sprzątania – czy przejęliśmy je od mamy czy od babci. Jak to przekonanie, że w sobotę zawsze trzeba sprzątnąć mieszkanie.

A najlepiej zacząć od piątku.

Tak, a jeśli tego nie zrobię, to mam wyrzuty sumienia. Bez zajrzenia w głąb siebie nie ruszymy do przodu, bo będzie to blokada, która na to nie pozwoli. Warto, tak jak przyroda się odradza, iść za tym cyklem, abyśmy mogli zrobić nasze wewnętrzne odrodzenie. Żebyśmy nie mówili sobie: teraz muszę posprzątać – i to jest okropne, straszne i wisi nade mną, to kara za bycie dorosłym. Z takim nastawieniem to się nie uda. Powinniśmy je robić z myślą, że są one do zrobienia, i będziemy mieli z tego korzyść, a nie uciemiężenie.

Jednym słowem to krok do dalszej drogi. A jak nauczyć nasze dzieci radzenia sobie ze sprzątaniem, żeby nie miały traumy.

Jeśli dzieci wychowują się w domu, w którym dba się o porządek, to będą umiały go utrzymać. Ja bym nie mówiła do 3-latka „ale masz tutaj bałagan, trzeba posprzątać”, tylko raczej, „kiedy wstajemy i idziemy myć ząbki, to tak samo powinniśmy wygładzić pościel, ułożyć ją”. Po zabawie mówimy: „a teraz bawimy się w układanie w pudełku, na półce”. Wszelkie badania pokazują, że jeśli było to zaszczepione od najmłodszych lat, to ten nawyk zostaje. Nawet jak w okresie nastoletnim mamy wrażenie jako rodzice, że nie. Modelowania poprzez naszą postawę jest kluczowe. Ważne jest, żeby dzieci dostawały dobry przekaz dotyczący sprzątania czy segregowania. To nie ma być kara.

Ekspert

Bianca Beata Kotoro
Psychoseksuolog, psychoonkolog, terapeuta, psycholog społeczny. Wykładowca na uczelniach wyższych i Uniwersytetach III Wieku. Dyrektor Instytutu Psychologiczno- Psychoseksuologicznego Terapii i Szkoleń „Beata Vita” w Warszawie, gdzie prowadzi terapię oraz szkolenia. Autorka m.in. programu ogólnopolskiego dla młodzieży: „100 % MNIE BEZ ZAGŁUSZACZY” oraz projektu dla kadry i rodziców „Ważne Sprawy Przedszkolaka” czy „Trudne tematy dla mamy i taty”.

 

 

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Jak być zdrowym? Rewolucji wegańskiej ciąg dalszy.

Jak być zdrowym?
Wieloletnie badania dowiodły, jak olbrzymi wpływ na nasze zdrowie ma wykluczenie mięsa w diecie. – Fot. Pixabay

„China Study” czyli „Nowoczesne zasady odżywiania” wydano w Stanach w 2004. Ta książka zapoczątkowała światową rewolucję wegańską i potwierdziła wiele wcześniejszych odkryć dotyczących niejedzenia lub ograniczenia spożywania mięsa. 

Doktor T. Colin Campbell i jego współpracownicy na podstawie wieloletnich badań dowiedli, jak olbrzymi wpływ na nasze zdrowie ma wykluczenie lub ograniczenie mięsa w diecie. Rewolucja wegańska dotarła także do naszego kraju. Warszawa jest na czele miejsc najbardziej przyjaznym weganom na świecie, a 43 % Polaków przyznaje się do tego, że stara się ograniczyć spożycie mięsa lub nie jeść go w ogóle. Jak dowodzą prognozy społeczne , ten trend będzie się umacniał.

Dzisiaj, kilkanaście lat od żywieniowej rewolucji doktora Campbella, kiedy dodatkowo zdajemy sobie sprawę, że losy planety zależą od tego, czy produkcja zwierząt hodowlanych będzie wyglądała tak jak wygląda od kilkudziesięciu lat, wydaje się, że jedynym ratunkiem może być ograniczenie lub zmiana diety. Wzmożone emisje amoniaku, siarkowodoru, tlenków azotu i siarki, gazów cieplarnianych stanowią ważny czynnik wzrostu zanieczyszczeń powietrza. Emisje fosforu i azotu związane z olbrzymią ilością niewłaściwie zagospodarowanych odchodów powodują poważne zanieczyszczenie wód i gleby. Jedząc codziennie mięso pochodzące z intensywnej hodowli szkodzimy także sobie.

Zobacz też: Dieta długowieczności

Zmiana diety może zmienić nasze życie – twierdzi dr Thomas Campbell, syn doktora T.Colina Campbella, który pomagał ojcu w pisaniu „Nowoczesnych zasad odżywiania”. Wykładowca klinicznej medycyny i lekarz rodzinny należy do nowego pokolenia lekarzy, którzy wierzą w to, że dzięki odpowiedniej diecie możemy nie tylko skutecznie schudnąć, ale przede wszystkim żyć zdrowiej i dłużej.

Książka dr Thomasa Campbella „Plan Campbella” to rzeczywiście prosty plan wprowadzenia wyników badań naukowych do codziennej diety. Przekonują się o tym jego pacjenci, którzy przychodzą do jego gabinetu z chronicznymi chorobami cywilizacyjnymi takimi jak cukrzyca czy choroby krążenia (udowodniono, że wysokowęglowodanowa dieta bogata w ziarna zdecydowanie i szybko odwraca rozwój cukrzycy i wielu innych chorób).

Zobacz też: Alergia czy nietolerancja pokarmowa,jak je odróżnić?

Autor mierzy się z mitami i tematami poruszanymi w debacie dotyczącej zdrowego odżywiania takimi jak: gluten, zboża, białko, kwasy tłuszczowe omega-3, suplementy. Jak pisze „leczyłem wielu pacjentów cierpiących na choroby wynikające ze złego trybu życia. I chociaż każdy przypadek był inny, prawie wszyscy zyskali na wprowadzeniu zdrowszej diety (…) Pacjenci zasługują na lepsze traktowanie, zasługują na to, żeby wiedzieć, jak zrzucić wagę, zmniejszyć ból, zredukować dawki leków lub odstawić je całkowicie. Powinni również wiedzieć, jak opóźnić rozwój pewnych chorób, lub nawet je cofnąć jedynie dzięki zmianie składu posiłków. Chciałbym, aby każdy wiedział, jak być zdrowym.”      Czy to nie są argumenty, żeby chociaż spróbować?

Na podstawie książki „Plan Campbella” dr Thomas Campbell wyd. Galaktyka

 

 

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Jak nas zmienia macierzyństwo? „Powrót do życia” po urodzeniu dziecka

Jak nas zmienia macierzyństwo?
fot.Pixabay

Kilka tygodni temu będąca w zaawansowanej ciąży brytyjska modelka i piosenkarka, Myleene Klass, ogłosiła, że nie zamierza brać urlopu macierzyńskiego po porodzie. Nie brała go również po urodzeniu dwóch starszych córek. Zaraz po porodzie planuje wrócić do stacji radiowej, w której pracuje.

„Złe matki” porzucają dzieci w żłobkach?

Stany Zjednoczone proponują młodym matkom zaledwie kilka tygodni urlopu macierzyńskiego, nie zawsze płatnego. Kilku czy kilkunastotygodniowe niemowlęta w żłobkach i matki wracające do pracy chwilę po urodzeniu dziecka nie są niczym wyjątkowym.

Amerykańska piosenkarka, Amanda Palmer, zastanawiała się wspólnie ze swoimi fanami, jaką będzie artystką po narodzinach dziecka, jak macierzyństwo wpłynie na jej twórczość, czy nadal będzie kreatywna. Z kolei Adele, wówczas matka małego chłopca, doradzała innej piosenkarce, żeby nie spieszyła się z macierzyństwem, ponieważ będąc matką trzeba wszystko podporządkować dziecku.

To nie będzie o złych matkach, które przedwcześnie porzucają dzieci w żłobkach, ani o matkach skoncentrowanych wyłącznie na sobie. To będzie tekst o tym, w jaki sposób macierzyństwo zmienia kobietę. Wiele z tych zmian jest dostrzegalnych gołym okiem, są zewnętrzne, jak wówczas, kiedy zmienia się ciało, rytm dnia, codzienne czynności. Ale również o zmianach fundamentalnych – o ciągłym myśleniu o innym człowieku, odpowiedzialności, podporządkowaniu się potrzebom innej osoby. Zmianach, które czasami bardzo trudno zaakceptować.

Zmiany są nieuniknioną częścią życia. Chcemy tego, czy nie. Są, choć się ich obawiamy, nie jesteśmy przygotowani, nie wiemy, czy i jak się do nich zaadaptujemy. Macierzyństwo jest jedną z takich sytuacji. Zmiana, która następuje po narodzinach dziecka jest totalna, a jej skutki nie do przewidzenia. I właściwie nie wiadomo, czy jest to zmiana na lepsze, czy gorsze.

Zobacz też: Wiosenna miłość to nie mit – o zakochiwaniu się na wiosnę mówi psycholożka

Zmiana na lepsze?

Niedawne badania holenderskie pokazały, że podczas ciąży komórki płodu przenikają do ciała matki i zostają w nim po zakończeniu ciąży. Na razie wiadomo, że dotyczy to matek chłopców. To niezwykłe wnioski, ponieważ pokazują, że kobiety „noszą” w sobie dzieci na długo po tym, jak się z nimi rozstaną podczas porodu. Patrząc na to z innej perspektywy można by pomyśleć, że ciało nigdy już nie jest takie samo, że już zawsze należy do kogoś jeszcze.

Czy jest to perspektywa wzbogacająca, budząca w kobiecie fantazję o obfitości, niezwykłych zdolnościach, które posiada? Czy może raczej wywołuje lęk, ponieważ komórki dziecka wtargnęły w jej komórki? Nieustanne przypomnienie, że jest się matką, że na świecie jest drugi człowiek początkowo całkowicie od nas zależny, a potem patrzący w nasza stronę.

Mamy więc naukowy dowód na to, że zostając matką, kobieta nigdy nie jest już taka jak przedtem.

Zobacz też: Hejtujące matki na Facebooku. „Fotelik tego typu to dno, śmierć na miejscu”. Skąd ta zawiść?

Inne wartości

Jeśli zapytać matki, czy zmieniły się po porodzie, większość potwierdza. Wyraźne zmiany zachodzą w obszarze przekonań związanych z opieką nad dziećmi. Czasami zanim kobieta zostanie matką jest przekonana, że skorzysta z oferty żłobkach, że szybko wróci do pracy, by ostatecznie wybrać możliwie najdłuższy urlop wychowawczy. Lub odwrotnie – ma głębokie przekonanie, że będzie się zajmować wyłącznie dzieckiem przez pierwsze lata jego życia, by ostatecznie skrócić ten czas do niezbędnego minimum.

Kobiety, które zanim zostały matkami nie były szczególnie zainteresowane różnymi modelami opieki nad dziećmi, będąc na urlopie macierzyńskim chłoną wiedzę na ten temat, rozwijają się, zakładają blogi czy organizują spotkania dla matek małych dzieci.

Jak się zmienić, żeby się nie zmienić?

Podobno pod koniec wojny Katarzyna Kobro porąbała swoje rzeźby, by móc ugotować zupę córce. Trudno powiedzieć, czy ta sytuacja rzeczywiście się wydarzyła, czy jest to anegdota. Wiadomo natomiast, ze macierzyństwo miało silny wpływ na twórczość Kobro. Wielokrotnie potrzeba bycia z córką czy też zaopiekowania się nią wygrywała ze sztuką.

Macierzyństwo wprowadza zmiany fundamentalne. Jest to fakt, ale niekoniecznie fakt wyczekiwany i przyjmowany z ulgą, akceptowany bez wątpliwości. Często zmianom towarzyszy lek, niepewność, obawa, że się nie sprosta, nie odnajdzie w nowej rzeczywistości. Niechęć do zmian może przyjmować formę aktywnego im przeciwdziałania lub zaprzeczenia. Wydaje się, że tym właśnie jest takie działanie, które ma pokazać, że pojawienie się dziecka niczego właściwie nie zmieniło, że można pracować tak jak przedtem, w takim wymiarze jak przed dzieckiem i w takiej formie. Czasami w fantazjach przyszłych matek pojawia się obawa, że dziecko coś zabierze, zatrzyma (na przykład kreatywność). Dziecko może być wyczekiwane i chciane, ale może tez budzić różne obawy i wątpliwości.

Zobacz też: Pierwszy Dzień Matki – jaki prezent wybrać? Te słowa młodych mam nie pozostawiają złudzeń!

Powrót do pracy to ratunek?

Szybki powrót do pracy może być formą poradzenia sobie z napięciem, jaki towarzyszy wczesnemu macierzyństwu. Nie pozwala się z nim zatopić, zlać z dzieckiem, poczuć, jak wyłączna i ograniczająca jest relacja z dzieckiem. W tym sensie fantazje o tym, że po porodzie nic się nie zmieni, że życie będzie toczyło się jak dawniej, jedynie z maleńkim człowiekiem u boku, może mieć na celu redukcję napięcia i lęków związanych z tym, co ma si wydarzyć. Wzajemna zależność matki i niemowlęcia są w początkowych miesiącach wyjątkowe. Można tego w równym stopniu pragnąć, jak i się obawiać.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami