Przejdź do treści

Wstydliwe dziecko – maluchom jest trudniej! Jak pomóc im radzić sobie z emocjami?

Wstyd jest jedną najbardziej pierwotnych, najważniejszych i jednocześnie najtrudniejszych emocji. Jest też potężnym „narzędziem” wychowawczym. Wstyd pełni bardzo ważną funkcje, pomaga nam między innymi kontrolować impulsy i w konsekwencji funkcjonować w granicach norm społecznych.

Z biegiem lat uczymy się, jak sobie z nim radzić, jak unikać sytuacji, które mogą skutkować dotkliwym poczuciem wstydu. Kto go nie doświadczył? Kto nie chciał schować w mysiej dziurze, nie mówić o swojej sytuacji, uczuciach, po prostu zniknąć?

Dzieciom jest trudniej. Nie ma dziecka, które nie chciałoby dostać czegoś, czego nie może, pójść tam, gdzie nie powinno, zrobić czegoś, na co opiekun się nie zgadza. Rodzice słusznie wówczas czują, że jest to moment nauki, chwila, w której dziecko zaczyna uczyć się norm i zasad. Jednak radzą sobie z tym różnie. Bywa, że sięgają po zawstydzanie („Ciągle chcesz więcej i więcej!”, „Nie mów, że Twój brat jest głupi i go nienawidzisz, nie można mówić takich okropnych rzeczy”, „Taki duży chłopak, a jeszcze chce smoczka”). Często sami byliśmy wychowywani w ten sposób, toteż sięgnięcie po zawstydzenie wydaje się naturalnym i zrozumiałym krokiem. Cel również wydaje się słuszny – nauczyć dziecko społecznie akceptowalnych zachowań.

Granice bez wstydu

Znany psycholog dziecięcy, Dan Siegal, porównuje wstyd do sprzęgła, które pomaga nam zmienić fokus z tego, co jest dla nas ważne na to, co jest ważniejsze i bardziej pożądane – na przykład nie chcemy zawieść rodziców lub chcemy uniknąć bycia wytykanymi w kościele czy sklepie z powodu niewłaściwego zachowania. Jednak żeby to sprzęgło powstało i zaczęło sprawnie działać, potrzeba czasu. Naturalne jest, że w pierwszych latach życia cała skomplikowana maszyneria jest dopiero w fazie budowania, testowania i udoskonalania. Próba przyspieszenia procesu jej budowy, czy tym bardziej zawstydzanie, niewiele dobrego mogą dać. To, co jest pomocne, to empatyczne stawianie dzieciom granice. Wielokrotnie.

Jasny przekaz, jasne emocje

Niejeden rodzic miał do czynienia z dzieckiem, które pod wpływem impulsu na przykład postanowiło się wspiąć na szafkę kuchenną, obok której gotował się obiad. Nie ma nic złego w tym, że dziecko chce się wpinać, jest to zupełnie naturalny odruch. Jednak rodzic musi przede wszystkim dbać o bezpieczeństwo dziecko, nie może więc pozwolić mu na swobodna wspinaczkę, która może być dla niego niebezpieczna. Jak zauważają eksperci (na przykład wspomniany już Dan Siegal) można na tę sytuację zareagować mówiąc: „Widzę, ze chcesz się wspinać. Jednak tutaj nie jest to bezpieczne. Wyjdźmy na plac zabaw, gdzie będziesz się mógł powspinać” (lub zaproponować dziecku aktywność uwzględniającą chęć wspinaczki, kiedy rodzic będzie miał wolny czas).

Oczywiście, empatyczna i opanowana reakcja rodzica nie gwarantuje natychmiastowego sukcesu. Ponieważ mózg potrzebuje w procesie uczenia się powtarzających się zdarzeń, również rodzic musi powtórzyć to samo zdanie wielokrotnie, zanim dziecko się nauczy. Ten rodzaj reakcji pomaga natomiast dziecku nauczyć się, że z jego impulsami wszystko jest w porządku, że pragnienie, żeby się wspinać samo w sobie nie jest niczym złym. Czuje się bezpiecznie, ponieważ rodzice są spokojni, może więc się do nich zwrócić jak do bezpiecznej bazy. Przede wszystkim jednak uczy się, że z nim wszystko jest w porządku, trzeba jedynie zmienić postępowanie.

Nie o taki wstyd chodzi

Co się dzieje, kiedy opiekun, przestraszony lub zdenerwowany obserwowaną sytuacją (dziecko może się poparzyć przecież albo próbuje się wspinać ósmy raz) zareaguje automatycznie i wykrzyknie: „Niegrzeczny chłopak! Przecież wiesz, że tak nie wolno! Powtarzamy ci to ciągle!”.

Dziecko słyszy „nie”, ale też historia za tym „nie” jest zupełnie inna. Dziecko słyszy, że coś jest z nim nie tak, że jego potrzeby są nieakceptowalne. Jest niegrzeczne, jest źródłem kłopotów i zmartwień dla rodziców. Eksplorowanie jest złe, ono jest złe, musi się zmienić. Nie uczy się jednak, ze powinno zmienić swoje zachowanie, ale raczej tego, że jest rozczarowujące. Z kolei w rodzicach rośnie frustracja i poczucie porażki.

Dziecko nie wie, co robić. Zaczyna być coraz bardziej zbuntowane. Kolejne kary nie pomagają. Z połączenia poczucia krzywdy, krytyki oraz kar pochodzi poczucie wstydu. Jeśli tego typu sytuacje powtarzają się wielokrotnie, poczucie wstydu się utrwala. Mechanizm, który pierwotnie był pomocny, staje się źródłem cierpienia.

Co w takim razie można zrobić?

Co powinno pomóc osiągnąć cel (zapewnienie dziecku bezpieczeństwa), a jednocześnie być akceptowalne dla rodzica?

  • Złota zasada rodzicielstwa: zatrzymaj się i zrób krok w tył.
  • Wiele interwencji rodziców ma na celu wzbudzenie wstydu po to, żeby dziecko się nauczyło. Tymczasem znacznie skuteczniejsza jest empatyczna, ale zdecydowana reakcja.
  • Modeluj zachowanie. To znacznie ważniejsze i skutecznie niż wszystkie przemowy świata. Jeśli nie chcemy, żeby dzieci krzyczały czy były dla siebie zbyt krytyczne, nie krzyczmy na nie i nie krytykujmy.
  • Nie jest to równoznaczne z tłumaczeniem się. Daje jednak dzieciom szanse na zrozumienie problemu, a przede wszystkim daje poczucie, że ich zdanie i potrzeby są ważne.
  • Unikaj kar. Mnóstwo badań pokazuje, że są zwyczajnie nieskuteczne. Utwierdzają dzieci jedynie w przekonaniu, że są fundamentalnie złe.

 

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Pozwalają słuchać muzyki, a przy tym mierzą temperaturę i tętno dziecka. Inteligentne słuchawki wkraczają na rynek

Mały, uśmiechnięty chłopczyk w słuchawkach
Fot.: Alireza Attari /Unsplash.com

Rynek medycznych urządzeń wearables, czyli inteligentnych akcesoriów do noszenia na ciele, rośnie bardzo dynamicznie. Coraz więcej urządzeń do monitorowania parametrów życiowych projektuje się dziś w formie… słuchawek.

Innowacyjne słuchawki poza standardową funkcją odsłuchu muzyki pozwalają także na bieżąco kontrolować temperaturę ciała, tętno, a nawet natlenienie organizmu. Wyniki wyświetlane są na smartfonie. Wykorzystanie do tego celu właśnie słuchawek nie jest przypadkowe. Eksperci wskazują, że pomiary w wewnętrznym przewodzie słuchowym są niezwykle dokładne.

Co ciekawe, takie rozwiązania dedykowane są nie tylko dorosłym. Wkrótce na rynku pojawią się wielofunkcyjne słuchawki przeznaczone dla dzieci. Nad takim modelem pracuje obecnie firma Cosinuss.

– Umieszczając urządzenie wewnątrz kanału słuchowego możemy uzyskać wyższą precyzję monitorowania tętna w sposób ciągły i wygodny – mówi dr Johannes Kreuzer, prezes zarządu firmy Cosinuss, w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje podczas targów CEBIT 2018 w Hanowerze.

Ciekawym rozwiązaniem będzie opcja ciągłego monitorowania temperatury podczas snu w sytuacji gdy dziecko jest chore i gorączkuje.

–  W przypadku chorego dziecka możemy obserwować, czy gorączka spada, czy wzrasta, a także czy zastosowane leczenie jest skuteczne W przypadku przekroczenia ustalonej wartości otrzymamy powiadomienie. Jednocześnie na smartfonie możemy obserwować barwną prezentację mierzonego zakresu temperatur – informuje prezes zarządu Cossinuss.

Słuchawki będzie można podłączyć przez Bluetooth do niemal każdego smartfona. Mają zadebiutować na rynku we wrześniu br.

CZYTAJ RÓWNIEŻ: Niebezpieczna zabawka, którą kochają dzieci. Lepiej ją wyrzuć, zanim będzie za późno!

Nie tylko douszne słuchawki. Co jeszcze oferuje rynek?

Badanie parametrów życiowych poprzez urządzenia douszne od lat zyskuje na popularności. W ofercie sklepów z elektroniką możemy znaleźć też m.in. termometry douszne oraz czujniki tętna, składające się z klipsa na ucho (wraz z przewodem) oraz modułu odbiornika. Wyniki pomiarów wyświetlane są na monitorze po uprzednim podłączeniu narzędzia przez port szeregowy. Nabyć można również m.in. douszny czujnik saturacji, czyli nasycenia hemoglobiny tlenem.

Jak zauważają eksperci, urządzenia wearables są najszybciej rozwijającym się segmentem rynku. To efekt coraz większej liczby chorób cywilizacyjnych, a także rosnącej świadomości konsumentów w zakresie kondycji i zdrowia.

Źródło:innowacje.newseria.pl

POLECAMY TEŻ: Innowacyjna maskotka wesprze sen dziecka i odciąży rodzica. Wymyśliły ją Polki

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na UW. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Przedwczesnej śmierci na raka można uniknąć. Pomoże TEN test w przystępnej cenie

Badanie genów szacujące ryzyka raka /Na zdjęciu: Lekarka w maseczce
Fot.: Ani Kolleshi /Unsplash.com

Zgodnie z szacunkami, aż 180 tys. Polaków choruje na raka. 5 tys. z nich to ludzie młodzi, poniżej 35. roku życia. Choć etiologia nowotworów jest zróżnicowana, w co czwartym przypadku ich przyczyną są mutacje genetyczne, które można wykryć odpowiednio wcześniej. Aby umożliwić pacjentom wczesną diagnostykę i skuteczne leczenie, naukowcy z Uniwersytetu Warszawskiego i Uniwersytetu Medycznego prowadzą innowacyjny program „Badamy geny”. Skorzystało z niego już ponad 16 tys. osób.

Badamy geny” to program nowatorskich badań przesiewowych w kierunku nowotworów genetycznych (w szczególności raka piersi, jajnika i prostaty). Jest on wynikiem wieloletnich prac zespołu Warsaw Genomics, złożonego z lekarzy, biologów, genetyków, matematyków i bioinformatyków. W swoich działaniach badacze wykorzystali zmodyfikowaną technologię sekwencjonowania genomowego, dzięki której możliwe jest szczegółowe sprawdzenie genów pod kątem ewentualnych patologii.

– Proponujemy zastosowanie wieloczynnikowych modeli oceny ryzyka, które wykorzystują dane kliniczne podane przez osobę badaną (wiek, liczba krewnych z chorobą, wiek urodzenia pierwszego dziecka, stosowane leki itd.) oraz dane dotyczące występowania mutacji w przebadanych genach – wyjaśnia zespół Warsaw Genomics.

Badanie genów szacujące ryzyko raka – skuteczniejsze niż dotychczas

Nowoczesna analiza każdorazowo obejmuje 14 genów. Warto wiedzieć, że każdy z nich może być uszkodzony w aż kilku tysiącach miejsc. BRCA1, najbardziej znany gen odpowiedzialny za rozwój raka piersi i jajnika, ma takich miejsc aż 2400. Zazwyczaj bada się tylko pięć z nich.

– Dzięki metodzie sekwencjonowania nowej generacji, odpowiednio zmodyfikowanej przez nasz zespół, jesteśmy w stanie ocenić cały gen i odpowiedzieć na pytanie, czy w którymkolwiek z 2400 miejsc istnieje wada odpowiedzialna za zwiększone ryzyko zachorowania – wyjaśnia prof. Krzysztof Jażdżewski, kierujący pracami zespołu Warsaw Genomics.

CZYTAJ TEŻ: W Lublinie opracowano preparat, który niszczy komórki raka płuc

Test, który może uratować życie

Opracowana przez polskich naukowców metoda wpłynęła też na przystępność cenową badania genów szacującego ryzyka raka. Podczas gdy za granicą testy tego typu wiążą się z niebagatelnym wydatkiem w wysokości ok. 8 tys. zł, w Warszawie można je wykonać za kilkanaście procent tej kwoty – 599 zł.

Aby cena była tak niska, konieczne jest równoczesne przebadanie próbek krwi pozyskanych od 600 osób. Chętnych nie trzeba szukać samodzielnie. Wystarczy wejść na stronę www.badamygeny.pl i sprawdzić, ile pacjentów brakuje, by ruszyły kolejne testy.

Zapisz się na badanie genów szacujące ryzyko raka

Aby wykonać badanie genów szacujące ryzyko raka, zarejestruj się na stronie www.badamygeny.pl. W formularzu podaj dane związane z historią medyczną swojej rodziny, uwzględniającą zachorowania na nowotwory. Gdy to zrobisz, wybierz z listy laboratorium uczestniczące w programie i oddaj w nim krew. Potem wystarczy już tylko poczekać na wyniki – ich przygotowanie potrwa ok. 12 tygodni.

Osoby, u których badanie genów szacujące ryzyko raka wykaże wysokie ryzyko nowotworu, zostaną zaproszone na bezpłatne konsultacje z lekarzem genetykiem. Specjaliści pomogą też w opracowaniu strategii działań profilaktycznych.

Szczegółowe informacje o programie dostępne są na stronie www.badamygeny.pl.

POLECAMY RÓWNIEŻ: Szczepienia przed podróżą: które obowiązkowe, które dodatkowe? Wyjaśnia lekarz medycyny podróży

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na UW. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Śmierć łóżeczkowa dotyka kilka tysięcy dzieci rocznie. Dzięki małemu gadżetowi uda się jej uniknąć

Śpiące niemowlę /Ilustracja do tekstu: Nagła śmierć łóżeczkowa - zapobieganie umożliwi innowacyjny gadżet
Fot.: Dakota Corbin /Unsplash.com

Co roku we śnie umiera kilka tysięcy dzieci. W Polsce nagła śmierć łóżeczkowa dotyka 200 dzieci, w Stanach Zjednoczonych – 3,5 tysiąca. Zagrożone są zwłaszcza wcześniaki, które stanowią 20–30 proc. dzieci umierających w niewyjaśnionych okolicznościach. Dzięki nowatorskiemu urządzeniu opracowanemu przez polską firmę wielu tym tragicznym przypadkom będzie można zapobiec.

Nagła śmierć łóżeczkowa: przyczyny są nieznane, ale istnieją czynniki ryzyka

O nagłej śmierci łóżeczkowej mówimy w sytuacji, gdy niemowlę umiera podczas snu, a przyczyn tego dramatycznego wydarzenia nie można wyjaśnić dolegliwościami medycznymi. Może się to przydarzyć pomiędzy 1. a 6. miesiącem życia dziecka (najczęściej między 2. a 3. miesiącem).

Czynnikami, które zwiększają ryzyko, są m.in. wcześniactwo, niska waga urodzeniowa, nawracające infekcje, a także picie alkoholu przez matkę w czasie ciąży (lub nadmierne spożywanie alkoholu w okresie poprzedzającym zapłodnienie) i ekspozycją dziecka na dym papierosowy.

Naukowcy odkryli też powiązania między narażeniem na nagłą śmierć łóżeczkową a sposobem, w jaki dziecko śpi. Zgodnie z sugestiami, należy unikać:

  • wspólnego spania z dzieckiem,
  • układania go do snu na brzuszku.

Zapobieganie nagłej śmierci łóżeczkowej będzie prostsze

W zapobieganiu tragediom związanym z nagłą śmiercią łóżeczkową mogą pomóc nowe technologie. Polska firma Neuro Device opracowała właśnie bezprzewodowe narzędzie LifeTone, umożliwiające kontrolowanie nie tylko oddechu, ale też innych parametrów życiowych najmłodszych dzieci. Niewielkich rozmiarów gadżet zapobiegający nagłej śmierci łóżeczkowej montowany jest przy pieluszce.

– Pozwala on monitorować parametry życia dziecka podczas snu, takie jak oddech, temperatura, puls i pozycja spania – wyjaśnia w rozmowie z agencją informacyjną Newseria Innowacje Ewa Rutczyńska-Jamróz, odpowiedzialna za projekt LifeTone w firmie Neuro Device.

W przypadku zidentyfikowania czynników zagrażających zdrowiu (m.in. zmian pozycji) rodzice otrzymają alert – umożliwi to zsynchronizowana z urządzeniem aplikacja na smartfony.

CZYTAJ TEŻ: Innowacyjna maskotka wesprze sen dziecka i odciąży rodzica. Wymyśliły ją Polki

Opaska monitorująca dla starszych dzieci i seniorów

Polscy badacze pracują już nad kolejnymi wersjami urządzenia, które umożliwią także monitorowanie stanu zdrowia starszych dzieci.

– W pierwszej kolejności będzie dostępna wersja dla noworodków, mocowana do pieluszki. Dla starszych dzieci będziemy chcieli zrobić opaskę. Widzimy potrzebę monitorowania np. gwałtownych wzrostów temperatury u starszych dzieci, które są podatne na różnego rodzaju infekcje. W urządzenie chcemy także wbudować mikrofon, żeby urządzenie mogło stanowić alternatywę dla elektronicznej niani.

W dalszej kolejności przedsiębiorcy planują rozszerzyć funkcjonalność urządzenia tak, by mogło zostać wykorzystane również do monitoringu zdrowia u osób starszych.

– Chcielibyśmy dostosować algorytm tak, aby urządzenie mogło być wykorzystywane przez ludzi starszych, którzy są narażeni na ryzyko bezdechu – mówi przedstawicielka LifeTone.

Urządzenie zapobiegające nagłej śmierci łóżkowej – do zakupu lub wypożyczenia

Innowacyjne urządzenia zapobiegające nagłej śmierci łóżeczkowej mają trafić na polski rynek w II połowie 2019 roku.

– Zaczniemy od Polski, natomiast bardzo szybko chcemy wychodzić poza granice naszego kraju. W pierwszej kolejności będziemy kierować się na rynek USA, gdzie jest największe zapotrzebowanie na tego typu urządzenia – zapowiada Ewa Rutczyńska-Jamróz.

Co istotne, LifeTone będzie można nie tylko nabyć, ale tez wypożyczyć – na 6, 12 lub 18 miesięcy.

Źródło: newseria.pl, mp.pl

POLECAMY RÓWNIEŻ: Sąd odebrał matce dziecko, bo bawiło się TĄ zabawką

Natalia Łyczko

Absolwentka filologii polskiej na UW. Redaktorka i korektorka – z zawodu i pasji. Miłośniczka kawy, kotów i podróży.

Zakaz noszenia spódniczek w brytyjskich szkołach. Nowoczesny pomysł czy dyskryminacja?

Zakaz noszenia spódniczek w szkołach
fot. Unsplash - Chen Feng

Kilkadziesiąt liceów w Wielkiej Brytanii wprowadziło zakaz noszenia spódniczek przez uczennice. Przeciwnicy tego pomysłu są zdania, że uczniowie powinni mieć wybór, w jakim ubraniu będą przychodzić do szkoły.

Co najmniej 40 szkół średnich w Wielkiej Brytanii zakazało uczennicom noszenia spódniczek na terenie szkoły. Kolejne placówki w kraju rozważają podjęcie podobnej decyzji.

Zobacz także: Dziewczynki opuszczają lekcje, bo nie mają dostępu do toalet. Zatrważający raport WaterAid

Zakaz noszenia spódniczek w szkołach

Nowe regulacje zostały wprowadzone w zeszłym roku Priory School w Lewes (hrabstwo East Sussex) po tym, jak uczniowie wyrazili swoje niezadowolenie z powodu odmiennych strojów chłopców i dziewcząt. W swoim postulacie podkreślili, że szkoła powinna zapewnić transseksualnym uczniom poczucie komfortu.

Tymczasem w Copleston High School w Ipswich, oprócz obcisłych jeansów i kolczyków na twarzy, na liście zakazanych ubrań znajdują się właśnie spódniczki. Uczniowie tej placówki podczas zajęć muszą nosić gładkie, szare spodnie.

Z kolei w Woodhey High School w Bury zakazano spódnic, ponieważ „są niegodne i mogą zawstydzać pracowników i gości” w trakcie zajęć teatralnych i zgromadzeń, podczas których dziewczęta siedzą na podłodze.

Zobacz także: Najmniejsza szkoła na świecie. Zgadniesz, ilu ma uczniów?

Trafiony pomysł? Nie dla wszystkich

Przeciwnicy tego pomysłu są zdania, że zamiast zakazywać spódniczek, władzy szkoły powinny raczej dać uczniom wybór, czy do szkoły wolą przychodzić w spodniach czy w spódnicach. Wybór ten powinni mieć wszyscy, niezależnie od płci.

„Uważam, że obowiązek noszenia przez wszystkich spodni jest nierozsądny, chyba, że zamierzacie zaproponować również opcję obowiązkowego noszenia spódnic dla wszystkich uczniów” –  skomentowała sprawę amerykańska pisarka Naomi Wolf.

Pomysł nie podoba się również uczniom Phillips High School w Bury, w której obowiązek noszenia spodni ma zostać wprowadzony wraz z nowym rokiem szkolnym.

„Czujemy się pewniej nosząc spódnice, szkolne spodnie są [dla nas – red.] niekorzystne. Wśród nastolatków coraz częściej pojawiają się problemy z poczuciem własnej wartości, więc zakaz noszenia ubrań, w których czujemy się najlepiej, może zaszkodzić naszemu zdrowiu psychicznemu, a co za tym idzie – również naszej szkole” – brzmi treść petycji, którą uczniowie wystosowali do dyrekcji placówki.

Jak sądzicie, czy nakaz noszenia spodni w szkołach to dobry pomysł?

Źródło: Independent

Anna Wencławska

Absolwentka Uniwersytetu Warszawskiego. Dziennikarka, pasjonatka kultur i języków orientalnych.