Przejdź do treści

Zdalne nauczanie w Polsce w czasie pandemii koronawirusa

zdalne nauczanie a koronawirus
fot. 123rf.com

Od 20 marca, zgodnie z rozporządzeniem ministra, obowiązuje w Polsce stan epidemii. Jest to niewątpliwie bardzo trudny czas, z którym wszyscy musimy się zmierzyć. Pandemia koronawirusa wywołała ogromne zmiany w każdej dziedzinie naszego życia. Również dotkliwie odczuła to edukacja.

Dzieci, młodzież oraz ich rodzice, nauczyciele, wykładowcy, przekształcili swoje dotychczasowe nauczanie. Od 25 marca został wprowadzony obowiązek realizowania podstawy programowej. Oznacza to, że nauczyciele prowadzą zajęcia z uczniami poprzez e – nauczanie. Mogą przeprowadzać lekcje, zadawać prace do wykonania, sprawdzać uczniów oraz wystawiać oceny. Nauczanie zdalne na tę chwilę ma potrwać do Świąt Wielkanocnych. Nie jest wykluczone, że ten czas zostanie jednak wydłużony.

Zobacz też: Działalność przedszkola w czasie epidemii. Czy w epoce koronawirusa trzeba płacić za przedszkole? [PRAWNIK]

Jak wygląda to w praktyce?

Zorganizowanie zdalnego nauczania w dość krótkim odstępie czasu okazało się niełatwym wyzwaniem. Nauczyciele oraz uczniowie zmagają się z wieloma problemami. Często są one nie do pokonania. Nauczanie online odbywa się w różnych programach, które są przyjęte przez daną placówkę oświatową. Najbardziej powszechnym komunikatorem jest elektroniczny dziennik – LIBRUS Synergia. Platforma umożliwia kontakt między nauczycielem, uczniem a rodzicem. Jednakże już pierwszego dnia zdalnej edukacji pojawiły się problemy związane z przeciążeniem serwerów, co uniemożliwiło kontakt i przeprowadzanie lekcji.

Kolejnym utrudnieniem w zdalnym nauczaniu okazuje się również dostęp do Internetu oraz sprzętu, który jest wymagany do takiej formy edukacji. Nie każda rodzina w Polsce posiada w swoim domu komputer, tablet bądź telefon, który umożliwiłby zdalną naukę dziecka. Trudności pojawiają się również w rodzinach, gdzie jest więcej niż jedno dziecko. Zbyt mała liczba sprzętu oraz lekcje kilkorga dzieci odbywające się w podobnym czasie – stanowią fizycznie duży problem. Dodatkowo biorąc pod uwagę sytuację rodziców, często forma wykonywanej przez nich pracy zmieniła się na zdalną. Przez co niejednokrotnie sami muszą wykorzystywać do niej posiadany komputer bądź tablet. Niestety tak powstaje błędne koło.

Zobacz też: Koronawirus – co należy o nim wiedzieć?

Czy możemy liczyć na pomoc?

W obecnej chwili trwają prace nad usprawnieniem platform, które umożliwiają kontakt i prowadzenie lekcji. Minister oświaty oraz cyfryzacji deklaruje pomoc, aby uczniowie i nauczycieli mieli lepszy dostęp do systemu. Również Związek Nauczycielstwa Polskiego apeluje o wsparcie dla dzieci, młodzieży oraz nauczycieli, którzy wykonują pracę zdalną o dostęp do bezpłatnego Internetu. Zgodnie z Konstytucją władze publiczne mają zapewnić obywatelom powszechny i równy dostęp do wykształcenia – w obecnym momencie wielu stawia to zdanie pod wątpliwość.

Czy nastąpią zmiany? O tym przekonany się w najbliższym czasie, gdyż sytuacja w naszym kraju zmienia się dynamicznie.

Źródło: tvn24.pl

Aleksandra Nosarzewska

Studentka V roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS. Jej pasją jest psychologia dziecka oraz pedagogika. Na co dzień współpracuje z dziećmi z zaburzeniami ze spektrum autyzmu.

Trudne odpowiedzi na równie trudne pytania – jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci?

jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci
fot. 123rf.com

Doświadczanie śmierci jest wpisane w nasz cykl życia. Trudne przeżycia, które towarzyszą nam po stracie bliskiej osoby są nieodzownym elementem straty. Dokładnie tak samo jak osoby dorosłe, dzieci zmagają się z ciężarem niełatwych emocji podczas żałoby – jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci?

Pojęcie śmierci jest przez dzieci postrzegane na różne sposoby – w zależności od wieku. Młodsze dzieci postrzegają śmierć jako proces, który jest nierzeczywisty, który można zmienić. Natomiast dopiero w okresie nastoletnim śmierć jest postrzegana jako nieodwracalna zmiana, która prowadzi do wielu naprawdę trudnych i przykrych uczuć.

Nie istnieje gotowy scenariusz na przeprowadzenie z dzieckiem rozmowy dotyczącej śmierci. Bardzo istotne jest zaś to, aby pamiętać, że śmierć nie powinna być tematem tabu. To proces, który dotyczy wszystkich. Warto konfrontować się z nim, dając jednocześnie przestrzeń na emocje dziecka, jak również własne.

W rozmowach z dziećmi bardzo ważna jest szczerość i przedstawienie sytuacji w taki sposób, aby dziecko czuło spokój i zrozumienie. Nie należy jednak katastrofizować, aby nie stworzyć wyobrażenia, w którym dziecko będzie odczuwało zwiększony lęk (nie każda choroba oraz nie każdy odczuwany ból jest przecież związany ze śmiercią).

Jak rozmawiać z dzieckiem o śmierci – o tym warto pamiętać:
  • Dajmy przestrzeń na emocje – starajmy się je nazywać i opisywać. Odpowiadajmy na zadawane pytania. Owszem, jest to trudne doświadczenie, ponieważ wymaga od nas samych konfrontacji z dzieckiem oraz jego uczuciami. Koniec końców nas to jednak wzmocni, podobnie jak nasze pociechy. Co więcej, zbuduje w nich fundament do szerszego rozumienia pojęcia śmierci i przeżywanego stresu w czasie jej doświadczania.
  • Dobierzmy odpowiedni język do wieku dziecka – ważna jest zrozumiała forma wypowiedzi, czyli przede wszystkim odpowiednie dostosowanie ilości i rodzaju informacji do wieku naszego dziecka. Posługujmy się prostym językiem, który będzie w stanie wytłumaczyć dziecku sytuację.
  • Nie bójmy się powiedzieć „nie wiem” – rodzic nie musi znać odpowiedzi na wszystkie pytania. Czasami warto jest przyznać się do tego, że nie zna się wyjaśnienia. Wzajemne szukanie rozwiązań może zachęcić i ułatwić przebieg rozmowy.
  • Bądźmy szczerzy – od najmłodszych lat powinniśmy przekazywać wartości związane z konstruowaniem fundamentu, jakim jest wewnętrzny spokój dziecka. Dlatego kierując się takimi celami pamiętajmy, że nasze relacje z dzieckiem powinny opierać się na autentyczności. Wzmacnia to budowanie poczucia bezpieczeństwa.

 

Zobacz też: 10 rzeczy, których nauczyłem się po Twojej śmierci – wzruszający post brytyjskiego taty

Aleksandra Nosarzewska

Studentka V roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS. Jej pasją jest psychologia dziecka oraz pedagogika. Na co dzień współpracuje z dziećmi z zaburzeniami ze spektrum autyzmu.

Jak przystosować się do nowych warunków nauczania – okiem psychologów

fot. 123rf.com

Nowy rok szkolny przynosi wiele nowych wyzwań dla wszystkich: dzieci, rodziców i nauczycieli. Wyczekana radość dzieci z powrotu do grona rówieśników przeplata się z trudnymi do utrzymania rygorami sanitarnymi, nauką nowych reguł i wdrożeniu ich w codzienne życie szkolne oraz ciągłą niepewność dotyczącą obecności zagrożenia i przyszłości funkcjonowania szkoły. Psychologowie apelują – nie bagatelizujmy zmian i nowej rzeczywistości; pomóżmy dzieciom i sobie zrozumieć i łatwiej przystosować się do nowych warunków nauczania.

Początek roku szkolnego to zazwyczaj czas, któremu towarzyszy wiele emocji. Pożegnanie dzieci
z rodzicami i wyruszenie w stronę grupy rówieśniczej i szkolnym wyzwaniom. Niepewność, nadzieja, lęk, ekscytacja przed nowym, radość spotkania z kolegami i koleżankami, oczekiwania i szkolne wymagania. Powierzenie opieki nad dzieckiem pracownikom szkoły, zaufanie, doświadczenie zmian i upływającego czasu, pożegnanie z okresem wczesnego dzieciństwa, obserwacja dziecka z innej już perspektywy.

W tym roku dodatkowo pojawia się wiele pytań o bezpieczeństwo, organizację pracy i zaplanowanie scenariuszy w sytuacji wystąpienia koronawirusa w klasie i szkole.

Dla dzieci klas pierwszych, które dopiero wkraczają w nowe mury, to bardzo trudny czas. Wiele z nich wymaga więcej czasu na adaptację. Często potrzebują, żeby był przy nich rodzic. Zdarza się, że rodzice muszą odprowadzać dziecko pod klasę, żeby w ogóle weszło na lekcje. Teraz to zabronione. W trudnej sytuacji będą też uczniowie w klasach integracyjnych. Często są to dzieci, które przejawiają zachowania agresywne i zamknięcie ich przez dłuższy czas w jednym pomieszczeniu może nasilać ich objawy.

Nowe rytuały, nowe emocje

Wprowadzenie nowych reguł sanitarnych do szkół może w pierwszych chwilach lub po jakimś czasie wywoływać wśród dzieci naturalny sprzeciw, chęć bagatelizowania i omijania ich, aby zaimponować kolegom. Patrząc na przykłady z innych krajów, może to stanowić pewne zagrożenie.

„Warto z dziećmi „trenować” nowe sytuacje wcześniej, przedstawiać to, co będzie się działo i ćwiczyć je „na sucho”. Pobawić się w inscenizację; odegrać rolę nauczyciela, osoby sprawdzającej temperaturę. Dzieci uwielbiają zabawę i wtedy mogą doświadczyć określonej sytuacji zanim się wydarzy. Podczas zabawy rozmawiajmy o tym, jakie pojawiają się emocje. Jako rodzic możemy je nazywać: „widzę, że jesteś zmartwiony, smutny, zły, zaskoczony”. Wówczas dzieci będą już zaznajomione z emocjami, które pojawią się podczas realnych zdarzeń i łatwiej będzie im sobie z nimi poradzić; przeżyć tak, by nie były zbyt trudne i wymagające. Nie chodzi tu o wypieranie uczuć, a przeżywanie ich w wymiarze, który jest do zaakceptowania.” – podpowiada psychoterapeuta, Kuba Kielczyk, założyciel Pracowni Psychorozwoju Kielczyk.

Zobacz też: Zdalne nauczanie w Polsce w czasie pandemii koronawirusa

 

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.

Bezpieczeństwo najmłodszych pasażerów – nowe trendy na rynku fotelików samochodowych w pandemii

fotelik samochodowy
fot. 123rf.com

Eksperci marki BabySafe zwracają uwagę na coraz bogatszą ofertę produktową dotyczącą samochodowych fotelików dla dzieci. Sytuacja ta sprawia, że wybór staje się dla klienta coraz trudniejszy, dlatego rośnie popularność sklepów specjalistycznych. Na przekór trendom w innych branżach, sprzedaż fotelików przez internet nie zyskuje na popularności. Jednocześnie pojawiają się zupełnie nowe standardy oceny bezpieczeństwa fotelików, a oferta staje się cenowo bardziej przystępna dla przeciętnego nabywcy.

Zniesienie ograniczeń związanych z lockdownem, przy jednoczesnej dość ograniczonej siatce połączeń lotniczych i ogólnych obawach związanych z podróżami zagranicznymi sprawiło, że Polacy zintensyfikowali swoje podróże samochodami. Niestety, wzmożony ruch samochodowy znajduje również swoje odzwierciedlenie w policyjnych statystykach. Wskazują one również , że aż 90 proc. rodziców może nieprawidłowo zapinać foteliki swoich pociech, a także, że mają też problemy z jego prawidłowym doborem do wzrostu oraz wagi. Oddzielnym zagadnieniem jest jakość, a właściwie kwestia oceny tego parametru przez konsumenta.

Przedstawiciele BabySafe wskazują, że polski rynek fotelików robi się coraz bardziej dojrzały. Rodzice poszukujący odpowiedniego fotelika nie są już skazani na wybór pomiędzy drogimi „testowanymi” produktami i tzw. mandatochronami. Jednocześnie w ostatnich miesiącach intensywnie rośnie segment „value for money”, który zawiera foteliki dobrej jakości przy zachowaniu rozsądnej ceny. Zwiększa się również świadomość wśród polskich kierowców, przykładających większą uwagę do parametrów fotelików samochodowych, kupowanych dla swoich dzieci. Coraz większy wpływ na ten proces mają sklepy specjalistyczne, które przez lata pracy w branży zbudowały silne kompetencje, pozwalające ocenić produkty trafiające na rynek.

W okresie lockdownu sprzedaż praktycznie w całości przeniosła się do Internetu, ale po otwarciu gospodarki bardzo szybko wróciła do stanu sprzed pandemii. Możemy wręcz powiedzieć, że udział sklepów stacjonarnych jest w naszej sprzedaży wyższy niż przed pandemią. Klienci po prostu potrzebują specjalistycznej porady. Najzwyczajniej tracą orientację w natłoku mniej i bardziej ważnych danych, jakie można znaleźć w internecie –– przekonuje Agnieszka Winkel, Dyrektor Handlowy BabySafe S.A., właściciela marki BabySafe.

Zobacz też: Wielkie zakupy dla małej podróżniczki: „Już nie chcę fotelika, chcę uciec i wrócić za miesiąc”

Badanie w systemie NCAP polega na wyposażeniu pojazdu konkretnej marki w fotelik wraz z najnowszej klasy manekinem antropomorficznym klasy Q. Następnie cały zestaw, tj. samochód, fotelik, manekin poddawany jest przeciążeniom wynikającym ze zderzenia czołowego przy prędkości 64 km/h. Testowane są dwa warianty: pierwszy – zderzenie czołowe podczas którego 100% przedniej powierzchni absorbuje energię zderzenia oraz drugi najpowszechniej spotykany w sytuacjach krytycznych, tj. sytuacji, gdy kierowca próbując uniknąć zderzenia wykonuje manewr omijający i uderza w przeszkodę jedynie częścią maski – 40%. Dodatkowo wykonywane są zderzenia boczne przy prędkości 50 km/h oraz zderzenie z tyłu z prędkością 30 km/h. Fotelik wykorzystany do takiego testu jest elementem całości, gdzie poprzez analizę fizycznie dokonanych uszkodzeń pojazdu bada się na manekinie nafaszerowanym elektroniką potencjalne obrażenia najmłodszego pasażera, które w dużej mierze mogą być mniejsze w przypadku wyposażenia pojazdu w dobrej jakości fotelik.

Eksperci zwracają uwagę, że przy wyborze fotelika na decyzję zakupową coraz częściej wpływa nie tylko kwestia dopasowania go do wagi i wzrostu dziecka. Konsumenci przy pomocy specjalisty weryfikują parametry bezpieczeństwa danego produktu. Przy ich wsparciu analizują m.in. obowiązkowe badania dopuszczające fotelik do sprzedaży, tzw. testy homologacyjne i wyniki związanych z nimi testów zderzeniowych. Przedstawiciele BabySafe wskazują, że rośnie popularność modeli fotelików, które przechodzą dodatkowe badania potwierdzające bezpieczeństwo podróżującego w foteliku dziecka, takie jak NCAP. Jest to jedyny na rynku test, przeprowadzany w prawdziwych autach (testy homologacyjne czy badanie konsumenckie ADAC wykonywane są na tzw. wózkach diagnostycznych). Bardzo dokładnie odwzorowuje bowiem warunki drogowe oraz krytyczne sytuacje, mogące wystąpić w codziennej jeździe samochodem.

Niestety, nadal można spotkać się z podejściem do fotelika samochodowego dla dziecka jako do zła koniecznego, kiedy kierowca szuka jedynie sposobu uniknięcia mandatu. Część z nas bowiem nie dopuszcza do siebie możliwości uczestnictwa w wypadku. Stąd też w autach jeżdżących po naszych drogach wciąż można spotkać foteliki, które są mocno zużyte, pochodzące z drugiej albo nawet trzeciej ręki, nie wspominając już nawet o używaniu podkładek w miejsce fotelików dla starszych dzieci, które nie zapewniają odpowiedniego poziomu bezpieczeństwa w przypadku zdarzenia drogowego. To co istotne i co chcę podkreślić, aby zapewnić maksymalne bezpieczeństwo naszym pociechom, nie trzeba kupować najdroższego modelu dostępnego na rynku. Jeżeli chcemy mieć pewność, że dokonaliśmy właściwego wyboru, sprawdźmy odpowiednio przed zakupem kluczowe parametry fotelika – zwraca uwagę Agnieszka Winkel.

Eksperci BabySafe wskazują, że najważniejszymi kryteriami przy wyborze odpowiedniego fotelika samochodowego dla dziecka powinno być jego bezpieczeństwo, wygoda jaką daje dziecku oraz funkcjonalność:

  1. Fotelik samochodowy powinien być wykonany z wysokiej jakości materiałów. Na popularności zyskują teraz szczególnie te, o strukturze plastra miodu. Należy zwrócić uwagę, jakie testy przeszła wybierana przez nas konstrukcja. Klienci coraz częściej poszukują rozwiązań, które były testowane w standardzie NCAP, czyli w warunkach zderzeniowych najbardziej zbliżonych do drogowych.

  1. Siedzisko dla dziecka należy dobrać do jego wieku. Tylko wtedy jego konstrukcja będzie działać optymalnie w przypadku wypadku samochodowego. Ważne jest, aby mały pasażer, pomimo pasów bezpieczeństwa, nie mógł przemieszczać się w foteliku, ale również mieścił się w skorupie konstrukcji. Dobrym rozwiązaniem dla rodziców jest tutaj fotelik, który daje możliwość odpowiedniej kalibracji aż do osiągnięcia przez dziecko wagi ponad 30 kg.

  1. Kolejnym czynnikiem w wyborze odpowiedniego fotelika dla dzieci są pasy bezpieczeństwa w jakie wyposażono konstrukcję. Najlepszym rozwiązaniem będą te produkty, które posiadają pięciopunktowe pasy. Ostatnio coraz popularniejsze są modele fotelików pokryte miękkim, materiałem, który minimalizuje ryzyko otarć i sprawia, że podczas wysokich temperatur maluchowi nie jest za gorąco.

  1. Wskazane jest, aby fotelik dziecięcy posiadał system Top-Tether, gdzie górny pas mocujący jest trzecim punktem zamocowania dla systemów LATCH, LUAS i ISOFIX. Pas ten zamocowany do punktów kotwiczenia w samochodzie, mocno naciągnięty, przeciwdziała obrotowi fotelika zapiętego na mocowaniach ISOFIX.

  2. Tak jak w przypadku foteli dla dorosłych pasażerów, foteliki dziecięce powinny mieć możliwość regulacji zagłówka. Pozwala to na wygodną podróż, ale przede wszystkim skutecznie zabezpiecza głowę w sytuacji uderzenia z tyłu samochodu.

BabySafe to polski producent fotelików dla dzieci (https://babysafe.eu/).

Firma posiada w swoim asortymencie artykuły dla dzieci i niemowląt. W sprzedaży dostępne są foteliki samochodowe, w tym model CORGI oraz wszelkie niezbędne do nich akcesoria, tj. ochraniacze, zestawy montażowe, bazy i lusterka. Lista punktów sprzedażowych marki znajduje się pod adresem: https://babysafe.eu/gdzie-kupic/

Zobacz też: Podróże z niemowlakiem. „Pierwszy raz wyjechaliśmy, gdy córeczka miała 2 miesiące”

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.

Stewardessa, pilot i kot – wywiad z Dominiką i Filipem Kocurami

Stewardessa, pilot i kot - wywiad z Dominiką i Filipem Kocurami
Fot. archiwum prywatne - Dominika i Filip Kocur

Stewardessa i pilot, para z Warszawy. Mimo tego, że dużo wyjeżdżają (w końcu na tym polega ich praca) zdecydowali się zaadoptować kota z fundacji. Szarowłosa Zosia trafiła do nich kilka miesięcy temu. Z miejsca podbiła serca opiekunów – nie tylko Dominiki i Filipa, ale również sąsiadów i znajomych, którzy zajmują się nią podczas nieobecności opiekunów.

Alina Windyga-Łapińska: Ciekawi mnie Wasza historia – jak się poznaliście?

Dominika Kocur: Oboje pochodzimy z Gliwic. Poznaliśmy się w szkole średniej, chodziliśmy do jednej klasy. Parą zostaliśmy w klasie maturalnej – idąc razem na studniówkę. W szkole działaliśmy wspólnie w samorządzie, organizowaliśmy różnego rodzaju wydarzenia kulturalne, przedstawienia, koncerty charytatywne. Od początku mieliśmy wiele wspólnych pasji.

Czy dzieliliście również pasję do lotnictwa?

Filip Kocur: Nie. Lotnictwo od zawsze było moim głównym zainteresowaniem i celem, do którego chciałem dążyć. Dominika płakała, gdy mówiłem, że chcę zostać pilotem.

Dominika: To prawda. Filip marzył o zostaniu pilotem wojskowym. Rozpaczałam z tego powodu, ale on nie zważał na to i konsekwentnie dążył do celu. Już w wieku 16 lat latał szybowcem i robił licencję na samoloty. Mnie bardziej zajmowała muzyka, granie, śpiewanie. Nigdy nie leciałam samolotem i nie interesowało mnie to.

Potem już, będąc parą, poszliśmy na różne studia. Filip do Dęblina do szkoły lotniczej („szczęśliwie” nie dostał się na studia wojskowe, tylko cywilne), a ja na rusycystykę do Krakowa. 3,5 roku żyliśmy w związku na odległość.

Filip: Ubolewałem nad tym, że nie dostałem się do wojska, ale w końcu stwierdziłem, że studia cywilne też są ok. Po trzecim semestrze wybrałem specjalizację pilotaż. Bardzo trudno jest się na nią dostać, ponieważ z bardzo dużej liczby chętnych studentów uczelnia rekrutuje tylko 20 osób – przyszłych pilotów.

Jak to się stało, że oboje zaczęliście „pracę w przestworzach”?

Dominika: Nigdy wcześniej nie interesowało mnie latanie ani świat lotniczy. Jednak będąc ze studentem pilotażu, odwiedzając go regularnie w Dęblinie, poznawałam jego środowisko. Filip jest z natury małomówny, ze mnie za to niezła gaduła. Samoloty to jedyny temat, na który on lubił rozmawiać, byłam więc poniekąd zmuszona zacząć zgłębiać lotnicze tematy i nie ukrywam – wtedy narodziła się u mnie prawdziwa ciekawość przestworzy i latających maszyn.

Gdy ktoś pytał się mnie, co chcę robić po studiach – mówiłam, że zostanę tłumaczem albo asystentką w zagranicznej firmie. A jak nie, pójdę na stewardessę! Mówiłam to jako żart.

Moja praca w lotnictwie to szczęśliwy przypadek, który wszystko zmienił. Na czwartym roku studiów Filip wysłał do mnie ogłoszenie, że linia lotnicza z Warszawy poszukuje stewardess z językiem rosyjskim.

Filip: Wysłałem, bo byłem ciekawy, co to za firma. Chciałem, żeby Dominika poszła na rekrutację, spróbowała swoich sił i jednocześnie sprawdziła, z czym wiąże się mój świat i wizja na przyszłość.

Dominika: Dzień przed rozmową mówiłam, że chyba jednak nie pojadę, bo musiałam wstać o 4 rano na pociąg z Krakowa do Warszawy, ale zrobiłam to i… dostałam tę pracę! Moja firma obsługuje klientów VIP, oferuje loty dyspozycyjne samolotami klasy biznes.

A Ty, Filipie, kiedy rozpocząłeś pracę jako pilot?

Filip: Zaraz po studiach. Firma, dla której pracuje, współpracuje z uczelniami wyższymi i prowadzi rekrutację bezpośrednio w szkole. Wybrali kilka osób i ja byłem w tej szczęśliwej grupie.

Niestety, moja pierwsza baza była w Rumunii, w mieście Timisoara, co oznaczało rozstanie z rodziną. To był ciężki czas. Na szczęście po pół roku udało mi się przenieść do Anglii, a następnie do Warszawy, gdzie mieszkała Dominika.

Jak wygląda Wasz dzień pracy?

Filip: Ja, jako pierwszy oficer, przed lotem przygotowuję dokumentacje, następnie omawiam ją z kapitanem. Podejmujemy decyzje na podstawie informacji operacyjnych i pogodowych – ile potrzebujemy paliwa i jak podzielimy swoje role w danym dniu. Następnie mamy wspólny briefing pilotów i załogi pokładowej. Omawiamy trasę lotu, pogodę, możliwe turbulencje i ewentualne sytuacje niestandardowe bądź niebezpieczne. Przepisy bezpieczeństwa kładą nacisk na kooperacje w miłej atmosferze, oczywiście z zachowaniem hierarchii służbowej. Po briefingu idziemy do samolotu.

W lotnictwie low costowym, w którym pracuje, zawsze startujemy i wracamy do bazy macierzystej, latamy w tę i z powrotem. Jeżeli mamy lot poranny to wracamy do domu ok. 14:00, jeżeli wieczorny to ok. 22-23.

Moja firma ma jedną z najmłodszych flot na świecie. Filozofią lotnictwa niskokosztowego jest oszczędność na wszystkim poza bezpieczeństwem i flotą. To bardzo ważne, ponieważ nasi pasażerowie mogą być pewni, że swoją podróż do miejsca docelowego odbędą stosunkowo nowym samolotem oraz z zachowaniem najwyższych możliwych standardów bezpieczeństwa

Dominika: Moja praca diametralnie różni się od modelu przedstawionego przez Filipa. Obecnie jestem na dyżurze pod telefonem – taki dyżur trwa 14 dni. W przypadku wezwania mam dwie godziny na pojawienie się na lotnisku. Cały czas mam, a przynajmniej powinnam mieć, spakowaną walizkę.

Wykonujemy loty dyspozycyjne dla klientów prywatnym odrzutowcem. Firma ma kilka samolotów do wynajęcia. Klient płaci za godzinę lotu, nie za liczbę pasażerów, sam decyduje gdzie i o której godzinie chce polecieć.

Jak nie ma lotu powrotnego, nie wracam do bazy. Latamy wszędzie, głównie do Rosji, Stanów Zjednoczonych oraz do destynacji typowo wakacyjnych – na południe Europy, Malediwy, Seszele czy Karaiby. Muszę mieć ważny paszport i książeczkę szczepień. W przerwach firma zapewnia hotel 4-5 gwiazdkowy. W pracy używam głównie języka rosyjskiego, częściej niż angielskiego. Mogę więc praktykować wiedzę zdobytą podczas studiów, co jest dla mnie bardzo wartościowym atutem tej pracy.

Nasza firma czasami chwali się sławnymi pasażerami, czasami to oni sami wrzucają fotki na Instagrama z naszym samolotem. Latają z nami najważniejsi politycy, muzycy, celebryci.

Zobacz też: Miejsce wypełnione miłością. Wywiad z Magdaleną Różczką

Co lubicie w Waszej pracy, a czego nie?

Filip: Lubię, że nie chodzę do pracy za karę. Coś, co jest moją pasją, pozwala mi zarabiać na życie. Podoba mi się, że każdy dzień przynosi coś nowego. Przed lotem odczuwam stres – ale taki pozytywny. Do latania trzeba podchodzić z pokorą i respektem. Należy wierzyć w umiejętności swoje i kolegów, ale jednocześnie mieć też w głowie myśl, że jesteśmy tylko ludźmi popełniającymi błędy, które poprzez współpracę można zawsze naprawić.

Dominika: Mnie praca nie stresuje. Podczas pobytów za granicą mogę uporać się ze zwykłymi domowymi frustracjami, mam czas tylko dla siebie. Kiedy jestem w Warszawie uwielbiam zajmować się domem, gotować, dogadzać mężowi. Będąc na wylocie, mieszkając w hotelach, jedząc w restauracjach, mam wszystko podane, nie muszę gotować, ani sprzątać. To miła odskocznia od codziennych obowiązków.

Nienawidzę wstawać wcześnie rano i w nocy na loty. Najgorszy jest moment wyjścia z domu. Zostawienie męża w ciepłym łóżku i wyjście ze świadomością, że nie będzie mnie tydzień albo dwa, nigdy nie jest to łatwe. Czasami nie wiadomo, gdzie będziemy lądować, czy w mroźnej Moskwie, czy gorącej Nicei. Muszę mieć przygotowaną garderobę na każde warunki atmosferyczne.

Jak podczas wyjazdów radzicie sobie z rozłąką i samotnością? A może nie odczuwacie tego w negatywny sposób?

Filip: Nie do końca podoba mi się praca Dominiki. Dlaczego? Nie lubię, gdy Dominiki nie ma w domu. Jestem domatorem, ale nie samotnikiem. Słabo radzę sobie z jej nieobecnością, wolałbym, aby w naszym życiu nie było takich długich okresów nieobecności.

Dominika: Gdybym poszła do pracy biurowej, to wcale nie miałbym więcej czasu…

Na studiach to ja gorzej radziłam sobie z rozłąką. Obecnie czas spędzony za granicą maksymalnie wykorzystuje – zwiedzam sama albo wraz z załogą. Zawsze mam plan, nigdy się nie nudzę.

Różnimy się. Ja jestem pełna energii, cały czas coś planuje, staram się wykorzystać czas maksymalnie. Filip ma potrzebę bycia w domu, nie szuka tylu wrażeń. Jednak nadal lubimy razem podróżować i aktywnie spędzać czas – zimą na nartach, latem na kajcie.

Kotka Zosia

Kotka Zosia Fot. archiwum prywatne

Dlaczego zdecydowaliście się na adopcję kota z fundacji?

Filip: Ze mną koty były od zawsze, o czym świadczy moje nazwisko – Kocur. Od dziecka w moim domu były zwierzęta. Gdy wyjechałem na studia do Dęblina, wziąłem ze sobą mojego kota. Podróżowałem z nim tam i z powrotem – co weekend do Gliwic (do rodziców) lub do Krakowa (do Dominiki). Potem mieliśmy wspólnie z Dominiką dwa koty rasy brytyjskiej, niestety, już odeszły z powodu choroby. To była Handra (przez samo H) i Armani.

Po studiach, gdy wyprowadziliśmy się na stałe z domu rodzinnego, nie wyobrażałem sobie, aby nie było wokół nas szczęścia w postaci kociaka. Zaczęliśmy się zastanawiać i postanowiliśmy, że tym razem nie weźmiemy kota rasowego z hodowli, tylko takiego, którego szczęście opuściło.

Jak trafiła do Was Zosia?

Dominika: Zosię wzięliśmy z fundacji „Koty z Grochowa”. Koleżanka z pracy powiedziała mi o tej fundacji. Zaczęłam obserwować jej profil na Facebooku i dowiedziałam się, jak wygląda procedura adopcji. Pewnego dnia, przeglądając Facebooka, trafiłam na post ze zdjęciem Zosi – szary kot umaszczony jak nasze Brytyjczyki. Wysłałam zdjęcie Filipowi. Nie, żebym namawiała go na wzięcie kota, chciałam jedynie zobaczyć jego reakcje – a ona przerosła moje oczekiwania! Powiedział, żebym od razu (on akurat był na wyjeździe) pojechała ją zobaczyć. „Nie ma opcji, musimy mieć Zosię” – mówił. Tak więc pojechałam na pierwsze spotkanie sama.

Zosia była maleńka, miała 6-7 miesięcy. Została znaleziona na ulicy przy ośrodku dla bezdomnych mężczyzn. Była zima, a ona nie miała futerka zimowego. Miała hipnotyzujące oczy, w których od razu się zakochałam.

Zastanawialiśmy się, czy nie wziąć dwóch kotów, ale nie zdecydowaliśmy się na to ze względu na małe mieszkanie. Myślę, że dobrze zrobiliśmy, bo fundacja ostrzegała nas, że Zosia może mieć problem z aklimatyzacją, podczas mieszkania w azylu miała problem z posikiwaniem. Jednak jak przywieźliśmy ją do domu, od razu wiedziała jak trafić do kuwety. W azylu była wycofana, bała się innych kotów. U nas w domu rozkwitła.

Dlaczego, mimo swojego trybu życia, zdecydowaliście się na adopcję kota? Wiele osób mówi, że chciałoby mieć zwierzę w domu, ale nie ma dla niego czasu.

Dominika: Wiedzieliśmy, że kot będzie dużym ograniczeniem. Koty nie lubią nowych miejsc, są zwierzętami terytorialnymi. Początkowo nie mogłam uwierzyć kociej behawiorystce, że kotu samemu w domu będzie lepiej, niż ze mną na wyjeździe. Dla kota podróż to stres i może nawet się od tego rozchorować. Wierzyliśmy, że z odrobiną pomocy będziemy mogli zapewnić kotu właściwą opiekę na miejscu.

Zaangażowaliście wiele osób w opiekę nad Zosią, między innymi sąsiadów. Czy było to trudne zadanie?

Dominika: Pierwszy raz pomogła koleżanka z pracy, potem druga koleżanka z pracy. Jednak one też latają i ciężko je uchwycić. Trzeba było zaczerpnąć pomocy z zewnątrz. Narodził się więc pomysł, aby uwierzyć w ludzi i zaangażować społeczność sąsiedzką. „Na pewno nie jesteśmy jedyną parą z kotem w okolicy” – pomyśleliśmy: „Może ktoś nas zrozumie i pomoże!”

Nawiązaliśmy kontakt z trzema parami z osiedla i to oni pomagają nam podczas nieobecności. Niestety, póki co, nie mamy okazji się odwdzięczyć, ale okazuje się, że to wcale nie jest problem. Ludzie odwiedzają nas bezinteresownie.

Zosia daje nam wiele szczęścia. Rozmiękcza nasze serca – ma wdzięczność w oczach. To nic, że przybyło nam obowiązków – wizyty u weterynarza, zakup karmy. Uczy nas to organizacji dnia. Zosia nas scala, łączy, a obowiązki nad nią sprawiły, że staliśmy się sobie jeszcze bliżsi.

Filip: Kot to duża odpowiedzialność, nie na rok, ani dwa, ale na bardzo długi czas.

Dziękuję za rozmowę.

PS. Rozmowa ta odbyła się kilka miesięcy temu. W międzyczasie Państwo Kocurowie zostali rodzicami. Niedawno, razem z kotką Zosią, przeprowadzili się w rodzinne strony na Śląsk.

Zobacz też: Pies – najlepszy przyjaciel rodziny? Wywiad z trenerką psów

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat przepracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, podczas urlopu macierzyńskiego rozpoczęła przygodę z dziennikarstwem i social mediami.