Przejdź do treści

Bezdzietność męskim okiem – „Czy nasze wybory były do końca świadome? Nie wiem”

Bezdzietność – temat, który wciąż zdaje się budzić kontrowersje. Czy rzeczywiście posiadanie potomstwa to „naturalna ścieżka życia”? Skąd w nas takie przekonania i jakie idą za nimi skutki? Poznaj męską perspektywę bezdzietności.

„Każdy ma swoją drogę. (…) A czy to jest dobre, złe, świadome, nieświadome? Nie wiem” 
Czy do świadomej decyzji o nieposiadaniu dzieci prowadzi długa droga?

Sebastian Milewski: U nas potoczyło się to troszeczkę inaczej, z tego względu, że moja żona jest chora. Jest to trombocytopenia, czyli niska krzepliwość krwi. Do tego doszły jeszcze „kobiece sprawy” i dosyć poważna operacja. 15 lat temu, kiedy braliśmy ślub, wiedziałem o chorobie. Może jeszcze nie docierało jednak do nas, że później mogą być takie problemy z zajściem w ciążę. Przy chorobie żony wystarczy, że się mocniej skaleczy, pojawi się krwotok i tak naprawdę można jej nie odratować.

Przy takim stanie ciąża może być ogromnym zagrożeniem.

Tak, chociaż wiele osób „ryzykuje”. My też staraliśmy się o dziecko, nie był to temat omijany szerokim łukiem. Dlaczego jednak mówię o ryzyku? Przykładem może być film „Chemia”. Oglądaliśmy go razem z żoną i powiem szczerze – daje do myślenia. Jest świetnie zagrany aktorsko, emocje też są przekazane i chociaż nie byłem na miejscu tych osób, to mniej więcej wiem, co mogli czuć. Gdy moja żona miała operację, nastawialiśmy się na to, że może tego nie przeżyć. Taką ewentualność przedstawiali nam też lekarze. Przypuśćmy więc, że w takim momencie pojawia się wybór: żona, czy dziecko?

Chyba nie ma dobrego wyjścia.

Są to bardzo trudne wybory i osoby z zewnątrz, które nie do końca nas znają, nie wiedzą jaka jest historia naszego związku i dlaczego nie mamy dzieci, może to mylnie oceniać. Wiele osób myśli: „nie mają dzieci, to mają wygodne życie”. Nie jest więc do końca tak, że nasza decyzja o tym, że nie mamy dzieci, była podjęta świadomie. Tak się po prostu potoczyło życie. Patrząc jednak na reakcje innych ludzi, mamy z żoną coś, czego wielu rodzicom brakuje.

No to buduje pan teraz suspens…

Nie wiem czy spotkała się pani z opinią, że osoby nieposiadające dzieci, nie wiedzą tak naprawdę, jak je wychowywać. Do nas dzieci lgną, jak do magnesu. Mamy z żoną 6-cioro chrześniaków, ale wokół jest też bardzo dużo innych maluchów. Nawet sąsiedzi w naszym bloku, którzy mają genialne bliźniaki, są w szoku, że tak potrafimy się nimi zająć. Mamy wspólny balkon i zdarzało się, że w sobotę o 9-tej rano słyszeliśmy przez szybę: „Ciocia Rrrrenia”, bo dzieciaki nie potrafiły jeszcze wymówić „r”. To, że nie mam dzieci, nie zwalnia mnie z posiadania instynktu.

Rzeczywiście często słyszy się, że ludzie nie chcą mieć dzieci, bo po prostu ich nie lubią. Z drugiej strony, zdarzają się też przypadki osób nieposiadających potomstwa, które świetnie sprawdzają się w zawodach, w których pełnią funkcje opiekuńcze – nauczyciele, wychowawcy.

Wydaje mi się, że część osób tak naprawdę ukrywa, jaka jest przyczyna tego, że nie ma dzieci.

Nic dziwnego. Wciąż panuje swego rodzaju „presja rodzicielstwa”. Dla wielu osób wydaje się to być „naturalną” ścieżką życia.

Sam zostałem wychowany w układzie: drzewo, rodzina, dom. Teraz jednak czasy się trochę zmieniły. Jest dom, drzewo niekoniecznie, rodzina też nie zawsze. Patrząc na młodsze pokolenie, a jestem po 40-stce, oni widzą siebie inaczej. Mają teraz zupełnie inne perspektywy. Wydaje mi się, że jest im dużo łatwiej „odnieść sukces”. Pozwolić sobie na dużo więcej, niż my kiedyś. Czy więc nasze wybory były do końca świadome? Nie wiem.

Pojawia się we mnie w tym momencie myśl o adopcji, która też jest równie ważną drogą do rodzicielstwa. Na to się państwo nie zdecydowaliście, więc jednak swego rodzaju świadoma decyzja jest.

Rozmawialiśmy o tym z żoną. Miałem jednak pewne obawy, a nie chcę traktować tego dziecka, jak zabawki. Dla mnie adopcja nie jest takim hop-siup: „Weźmy sobie dziecko, będzie super”. Wydaje mi się to dużo większym problemem, niż podjęcie decyzji, że w ogóle dzieci nie chcemy mieć. A człowiek zna siebie na tyle, na ile mógł się sprawdzić.

Słyszę swego rodzaju bilans?

Dużo z żoną rozmawiamy, także na ten temat. Staramy się do wszystkiego podejść z dystansem, bo wydaje mi się, że nie ma co się załamywać. Liczy się to, co jest tu i teraz.

Patrząc na całokształt, cieszę z tego, co mam. Mam wspaniałą żonę, która mnie kocha i ja ją kocham. Mamy coś wspólnego, coś co razem osiągnęliśmy.  Nie mamy potomka? W porządku, nie robimy z tego tragedii. Dla mnie najważniejsze jest to, że moja żona jest zdrowa. Na tyle zdrowa, że możemy razem żyć. Mamy wspólne pasje, lubimy razem wyjeżdżać.

Kiedyś znajomi zaprosili nas na imprezę. Zaczęliśmy rozmawiać i padły słowa: „Jak na was patrzę, to się dziwię. Nie macie dzieci, a tacy jesteście szczęśliwi”. Zapytałem, dlaczego mamy nie być szczęśliwi? Czym w tym wszystkim jest dziecko? Jest tyle rodzin, które mają dzieci, a są nieszczęśliwe. Ile jest rozwodów i walki o maluchy. Dziecko jest traktowane instrumentalnie, a nie powinno tak być. Warto zastanowić się, co nas łączy poza dziećmi. Dlaczego się w sobie zakochaliśmy.

To są właśnie te głęboko zakorzenione w nas społeczne przekonania o dziecku, jako niezbędnym elemencie prawidłowej drogi życiowej. Chyba jednak u mężczyzn tego typu presja jest mniejsza?

Nie wiem, nie wszyscy moi znajomi mają dzieci. Tak naprawdę trudno stwierdzić, czy decyzja o nieposiadaniu dzieci jest dobra, czy zła. Łatwa, czy trudna. Nie mi to oceniać. Ja się czuję szczęśliwy. Czy się czuję spełniony? Pewnie tak. Chociaż padały pytania: „I co teraz zrobicie?”.

A co mamy zrobić? Będziemy żyć dalej. Różne przypadki się zdarzają, więc nie rezygnujemy, ale zdajemy sobie sprawę, że ten czas już na pewno uciekł. Nie robimy z tego jednak dramatu. Nie rozpaczamy, nie wszczynamy kłótni.

Wydaje się to być niezmiernie ważne, by obie strony w związku potrafiły to zrozumieć.

Jedno to zrozumieć, a drugie zaakceptować. To jest moim zdaniem podstawa. Przede wszystkim ludzie muszą zaakceptować w związku siebie takimi, jakimi są.

Wyobrażam sobie jednak sytuacje, gdy któraś ze stron może mieć ogromny żal o nieposiadanie dziecka. Żal, którego nie jest w stanie udźwignąć.

No dobra, ale pojawia się pytanie: „Do kogo ten żal?”. Zdarzaj się różne wypadki w życiu, na które człowiek nie jest przygotowany. My z żoną mieliśmy wiele takich etapów, podczas których można się było załamać. Dlaczego jednak mieliśmy się po nich nie podnieść? Jeżeli chcę być razem z jakąś osobą, to jestem. Biorę to ze wszystkim. Wiadomo, że nie ma idealnych związków. My też czasami potrafimy się pokłócić i to jak się okazuje o największe głupoty. Kiedy jednak są poważne tematy, to rozmawiamy poważnie.

Moim zdaniem kobieta może bardziej czuć się rozczarowana tym, że nie może spełnić się jako matka. Facet chyba lepiej sobie z tym radzi, chociaż jakby nie było – też czuje. Myślę jednak, że w dużej mierze jest to kwestia zrozumienia tego, że jest to związek. Nie są to tylko jednostkowe decyzje. Wiele osób chowa się ze swoimi problemami, nie chce nawet mówić o nich najbliższej rodzinie.

Być może z tego powodu, że ludzie bardzo łatwo i szybko nas oceniają.

Ja już przestałam zwracać uwagę na to, co mówią inni.

A było tak, że robiło to na panu wrażenie?

Nie powiem, że nie bolało. Nie raz, nie dwa było mi z tego powodu przykro. Tym bardziej, jeżeli fakt nieposiadania przez nas dzieci był wykorzystywany jako atak, który w formie argumentu miał w nas uderzyć. Każdy ma swoją drogę. Jedni powiedzą, że Bóg im tak wybrał. Inni powiedzą, że sami tak wybrali i taką właśnie ścieżką idą. My z żoną obraliśmy taką, a nie inną drogę i nią podążamy. A czy to jest dobre, złe, świadome, nieświadome? Nie wiem.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW (dziennikarstwo). Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS, jest też byłą słuchaczką studiów podyplomowych Gender Studies na UW. Współautorka książki "Kobiety bez diety".

Jak być super tatą?

jak być tatą tacierzyństwo ojciec wychowanie dziecko dzieci dziecka super tata

Bycie ojcem jest cudowną rzeczą, gdy pokonasz wszystkie obrzydliwe rzeczy, wszystkie stresujące wydarzenia, utratę prywatności i oszałamiającą liczbę obowiązków. Satysfakcja jest jednak nie do podrobienia. 

Wielu mężczyzn boi się ojcostwa. Nie chce też transmitować dalej lęków i błędów wychowawczych ze swojej rodziny. Przygotowaliśmy siedem zasad, dzięki którym łatwiej zrozumieć istotę pozytywnego ojcostwa.

1. Poświęcaj czas dziecku

Jedną z rzeczy, która Cię zadziwi, jest to, jak szybko upłyną lata. Czas, który masz z nimi, jest krótki i cenny — wykorzystaj go jak najlepiej. Spędź z nimi jak najwięcej czasu i spraw, aby był on dobry i pełen miłości.  Staraj się być obecny tak często, jak to możliwe, zaś gdy jesteś z dziećmi — nie pozwól, aby twój umysł odpłynął, ponieważ one to wyczuwają.

2. Pamiętaj, że będzie już tylko łatwiej

Pierwsze kilka miesięcy jest najtrudniejsze, kiedy dziecko jest zupełnie małe i chce jeść o każdej porze w nocy, a ty często masz bezsenne noce i chodzisz całymi dniami jak zombie. Pierwsze lata są również dużo bardziej wymagające niż lata późniejsze, zaś kiedy kończą szkołę średnią, stają się prawie funkcjonującymi, niezależnymi dorosłymi. Pamiętajmy więc, że wszelkie problemy są tylko chwilowe i nie warto się w nie zagłębiać.

Zobacz też: Naukowcy radzą, jak uczyć dzieci mądrego korzystania z social mediów

3. Zaangażuj się we wszystko i dziel się obowiązkami z mamą

Zmiana pieluch, kąpiel, ubieranie, a nawet karmienie. Pamiętaj, że pomoc przy dziecku nie tylko cementuje twoją więź z dzieckiem, ale także i partnerką.

4. Miłość zwycięża wszystko

Może brzmi to banalnie, ale powinno znajdować się w centrum filozofii działania każdego taty: przede wszystkim okazuj swoim dzieciom miłość. Kiedy jesteś zdenerwowany, zamiast krzyczeć, okaż im miłość. Kiedy są zdenerwowani, okaż im miłość. Kiedy najmniej się tego spodziewają, okaż im miłość. Wszystko inne to tylko szczegóły.

5. Dzieci lubią podejmować decyzje

Łatwiej jest być autorytarnym rodzicem i uczyć swoje dziecko, by podporządkowało się rozkazom bez względu na wszystko. Zamiast tego naucz swoje dziecko podejmowania decyzji, a dorośnie o wiele bardziej zdolne – i szczęśliwsze. Dzieci lubią wolność i decyzje tak jak każdy inny człowiek. Twoim zadaniem jest umożliwienie im podejmowania decyzji, ale w ramach ustalonych wytycznych. Daj im na przykład wybór między dwoma zdrowymi śniadaniami, zamiast pozwalać im zjeść miskę pełnych cukru płatków.

6. Czytaj dziecku książki

Niezależnie od tego, czy jesteś zapalonym czytelnikiem czy nie, czytanie dzieciom (od niemowlęctwa) ma kluczowe znaczenie. Wyrabia w nich nawyk czytania i przygotowuje do uczenia się przez całe życie. Daje to również wyjątkowy czas razem i staje się tradycją, którą twoje dziecko będzie pielęgnować.

7. Pobudzaj wyobraźnię

Baw się ze swoimi dziećmi, twórz forty, przebieraj się za ninja, odgrywaj role, wyobrażaj sobie, że jesteś odkrywcą, postacią z filmu lub książki… możliwości są nieskończone i z pewnością będziesz się bawić tak, jak oni.

Inspiracja: Art of Manliness

Zobacz też: Alimenty na małoletnie dziecko

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

Pogańskie czy katolickie? Skąd się wzięły świąteczne zwyczaje?

zwyczaje świąteczne święta boże narodzenie polska gwiazdka

Choinka, karp, prezenty. Są rzeczy, bez których nie wyobrażamy sobie świąt. Rzadko zastanawiamy się, jakie było ich znaczenie kulturowe i religijne.  

Religie chrześcijańskie nie są, wbrew pozorom, monolitem kulturotwórczym wywodzącym się z tradycji judaistycznych. Podczas ekspansji “połykały” tożsamość obrzędową i duchową plemion i całych państw. Nie byłoby to możliwe bez implementowania części wierzeń do swej symboliki. Tak było i z samą datą Bożego Narodzenia. Po raz pierwszy obchodzono je w IV. wieku naszej ery, wówczas ustalono też grudniowe świętowanie. Prawdopodobnie chrześcijanie – nie znając faktycznej daty narodzin Chrystusa – celowo obrali tę symboliczną datę, a mianowicie dzień przesilenia zimowego, by obchodzonemu w tym dniu w Rzymie pogańskiemu świętu narodzin boga Słońca przeciwstawić narodzenie Jezusa Chrystusa.  

zwyczaje świateczne

Choinka z germańskich przesądów? 

Triumf świątecznej choinki to prawdziwy przykład globalizacji, ale i przetrwania pogańskich zwyczajów. Drzewko jest symbolem biblijnego drzewa życia i wprowadził je do obrzędowości Marcin Luter, skłócony z kościołem reformator. Choinka niestety wyparła polskie „podłaźniczki”, czyli gałązki ozdabiane ciastkami, orzechami i owocami. Pod postacią ozdobnych snopów siana istniały one na Szczodre Gody już w czasach pogańskich. Wbrew pozorom pogańskie jest i źródło choinki: Luter opierał się na obrzędowości ludowej, a ta różnego rodzaju choinki wieszała dla pomyślności od wieków.  

Zobacz też: 10 rodzinnych sposobów na przedświąteczny stres

Miejsce dla gościa czy ducha?  

To, co dziś nazywamy “nakryciem dla niespodziewanego gościa”, na dawnym Mazowszu miało zupełnie inne znaczenie, pamiętające jeszcze czasy pogańskich Szczodrych Godów. Było to bowiem miejsce dla dusz zmarłych przodków, dla których pozostawiano nie tylko dodatkowy talerz przy stole, lecz także resztki wigilijnych potraw. Przed przystąpieniem do wieczerzy zwracano się do dusz przodków z szacunkiem. Wierzono bowiem, że 24 grudnia duchom najłatwiej jest odwiedzić świat ziemski.  

zwyczaje świąteczne

Co ciekawe, dawniej po zakończonej wieczerzy wigilijnej nie sprzątano ze stołu. Na stole pozostawiano napoczęte dania, resztki, okruchy, niedopitą wódkę. Wszystko to miało służyć biesiadzie duchów przodków. Żywi domownicy, podobnie jak dzisiaj, otrzymywali natomiast świąteczne podarki. 

Karp wcale nie tradycyjny? 

Karp przybył do Polski, wraz z Cystersami, w średniowieczu. Była to jednak ryba luksusowa, droższa na targu od łososia. Tradycje spożywania wiążą się jednak z komunizmem. Dokładnie rzecz biorąc trudnościami powojennych stawów rybnych oraz zniszczeniem floty rybackiej. Na święta nie były one w stanie sprostać zapotrzebowaniu Polaków na ryby. Przyrost i wymagania karpia były optymalne i w drugiej połowie lat 50. I w latach 60. Centrale Rybne zaczęły produkować miliony tych ryb rocznie. Powstało nawet hasło: “Karp na każdym polskim wigilijnym stole”. Ryby rzucano do sklepów w różnej częstotliwości, stąd co zapobiegliwsi kupowali wcześniej. Ponieważ lodówki były rzadkością, trzymano go w wannach.  

Ot i źródło tradycji. Nie warto jednak jej pielęgnować. Kupno żywej ryby oznacza jej cierpienie, podczas którego wytwarza hormony stresu oraz infekuje się jego błona śluzowa. Mięso z takiej ryby jest mniej smaczne.  

Zobacz też: Korzystanie z mediów społecznościowych napędzane jest schematem „uczenia się z nagrodami”

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

Korzystanie z mediów społecznościowych napędzane jest schematem „uczenia się z nagrodami”

media społecznościowe
fot. 123rf.com

Media społecznościowe, które zawładnęły naszym życiem, cieszą się nieustającą popularnością. Dodajemy zdjęcia, śmieszne memy, a wszystko po to, by otrzymać jak najwięcej „polubień”. Naukowcy postanowili przyjrzeć się temu, czy nasze wysiłki na rzecz maksymalizacji „polubień” są zgodne ze schematem „uczenia się z nagrodami”.

Zaangażowanie w media społecznościowe

W 2020 roku ponad cztery miliardy ludzi spędziło średnio kilka godzin dziennie na platformach takich jak Instagram, Facebook, czy Twitter. Wiele osób to powszechne zaangażowanie w media społecznościowe przyrównało do nałogu, w którym ludzie są skłonni do poszukiwania pozytywnych opinii społecznościowych online, takich jak „polubienia”, zamiast bezpośrednich interakcji społecznych, a nawet podstawowych potrzeb, takich jak jedzenie, picie.

Chociaż korzystanie z mediów społecznościowych zostało szeroko zbadane, to rzeczy, które faktycznie skłaniają ludzi do angażowania się w portale społecznościowe, nie są do końca jasne.

Zobacz też: 7 kont na Instagramie, które wspierają zdrowie psychiczne – sprawdź, kogo warto obserwować!

„Polubienia” a uczenie się z nagrodami

Naukowcy postanowili sprawdzić, czy korzystanie z mediów społecznościowych można powiązać ze schematem uczenia się z nagrodami. W tym celu przeanalizowali ponad milion postów w mediach społecznościowych od ponad 4000 użytkowników na Instagramie i innych stronach. Okazało się, że ludzie rozmieszczają swoje posty w sposób, który maksymalizuje średnią liczbę „polubień”, które otrzymują. Publikują częściej w odpowiedzi na wysoki wskaźnik polubień i rzadziej, gdy otrzymują ich mniej.

Następnie badacze wykorzystali modele obliczeniowe, aby ujawnić, że wzorzec ten jest zgodny ze znanymi mechanizmami uczenia się z nagrodami – ​​zachowanie może być napędzane i wzmacniane przez nagrody.

„Wyniki pokazują, że zaangażowanie w media społecznościowe jest zgodne z podstawowymi, międzygatunkowymi zasadami uczenia się z nagrodami. Odkrycia te mogą pomóc nam zrozumieć, dlaczego media społecznościowe zdominowały codzienne życie wielu ludzi i dostarczyć wskazówek, zapożyczonych z badań nad uczeniem się z nagrodami i uzależnieniem, jak można rozwiązać kłopotliwe zaangażowanie online”. – mówi David Amodio, jeden z autorów.

Dodatkowo naukowcy potwierdzili otrzymane wyniki w eksperymencie internetowym, w ramach którego uczestnicy mogli publikować śmieszne zdjęcia z frazami lub „memami” i otrzymywać polubienia jako informacje zwrotne na platformie podobnej do Instagrama. Zgodnie z analizą ilościową badania, wyniki wykazały, że ludzie częściej publikowali posty, gdy otrzymywali więcej polubień.

Źródło: sciencedaily

Zobacz też: Poznaj niekwestionowaną królową Instagrama – ma… 92 lata!

Czy bycie najlepszym przyjacielem swojego dziecka jest dobrym pomysłem?

przyjaciel przyjaciółka mama tata rodzic relacja przyjaźń dziecko psychologia
fot. 123rf.com

Wielu rodziców chciałoby być najlepszym przyjacielem swojego dziecka, takim na dobre i na złe. Jednak czy zatarcie pewnych granic i nadmierne i zbyt szczegółowe opowiadanie dziecku o swoim życiu prywatnym i zawodowym jest dobrym pomysłem?

Ian Pierpoint, z firmy zajmującej się badaniami rynku, przeprowadził ankietę wśród 1000 rodziców, którzy mieszkali z dziećmi w wieku od 12 do 30 lat oraz wśród innych 500 dzieci w tym samym przedziale wiekowym w Stanach Zjednoczonych, Wielkiej Brytanii i Kanadzie.

Czego dowodzi przeprowadzona ankieta?

Ankieta wykazała m.in, że:

  • 43 procent rodziców twierdzi, że chce być najlepszym przyjacielem swojego dziecka;
  • 40 procent kupiłoby swoim dzieciom wszystko, czego chcą, gdyby tylko mogli;
  • 47 procent nastolatków twierdzi, że zamierza zostać w domu tak długo, jak to możliwe;
  • 65 procent nastolatków uważa, że ​​ich rodzice „starają się być przyjacielem”;
  • 40 procent nastolatków stwierdziło, że wychowałoby swoje dzieci inaczej.

Rodzic, będący najlepszym przyjacielem „nie podaje zasad i nie mówi, co robić” – mówi Pierpoint.

Nie zapominajmy, że role rodziców i przyjaciół znacznie się od siebie różnią, być może są nawet sprzeczne. Oxford English Dictionary definiuje rodzica jako „osobę, która zajmuje stanowisko lub pełni funkcje rodzica – obrońca, opiekun”. Rodzice powinni być wzorem do naśladowania, muszą uczyć i być mentorami. Z kolei przyjaciele są na tym samym poziomie, mają jednakową władzę, podczas gdy rodzice powinni mieć większą władzę niż ich dzieci.

Zobacz też: Jak być super tatą?

Co się dzieje, gdy rodzic omawia z dzieckiem delikatne kwestie?

Naukowcy postanowili zbadać relacje pomiędzy matką po rozwodzie a jej dorastającą córką oraz wpływ dzielenia się poufnymi informacjami. Okazało się, że szczegółowe opowiadanie o problemach finansowych, problemach z byłym mężem, o wzlotach i upadkach w pracy i innych problemach osobistych, wiązało się z większym niepokojem psychicznym córki, ale nie z większym poczuciem bliskości matki i córki. Jak się okazuje, zatarcie pewnych granic i zbyt bliskie spoufalanie się z dziećmi może przynieść odwrotny skutek od zamierzonego.

Cenne wskazówki

  • Bądź przyjazny dla swoich dzieci, ale nie staraj się być ich najlepszym przyjacielem.
  • Ustal granice i omów je ze swoimi dziećmi.
  • Egzekwuj ustalone przez zasady.
  • Rozwijaj relacje pomiędzy dorosłymi i pośród nich szukaj przyjaciół.

Źródło: Psychology Today

Zobacz też: Kiedy powinniśmy dać dziecku pierwszy smartfon?