Przejdź do treści

Szybciej nie znaczy lepiej. Czy warto przyspieszać rozwój dziecka?

Babypod /Muzyka a rozwój dziecka
Fotolia

Presję, by wspierać rozwój swoich dzieci, odczuwają rodzice nawet najmłodszych niemowląt. Dzieci, które jeszcze nie siedzą samodzielnie, zapisywane są na zajęcia umuzykalniające. Mają rok, kiedy pojawia się myśl, że dobrze byłoby je uspołecznić. Rodzice dwu- i trzylatków zapisują dzieci na zajęcia sportowe lub taneczne; początkowo dla zabawy, ale przecież nic złego by się nie stało, gdyby dziecko zostało sportowcem lub zawodowym tancerzem. Ośmioletnie dzieci natomiast wyjeżdżają na zawody sportowe, nierzadko bez rodziców. To co łączy te historie – i wiele innych – to przekonanie, że im szybciej dziecko osiągnie kolejny etap rozwoju, tym lepiej.

Bacznie obserwujemy rozwój dziecka, żeby czegoś nie przeoczyć, żeby dziecko nie straciło szans na rozwój, dobrą szkołę, a kiedyś – dobrą pracę i dostatnie życie. Dziś już nie wystarczy skończyć studiów, nawet dobre liceum nie jest gwarantem sukcesu. Wyścig zaczyna się znacznie wcześniej. Dziecko może nie umieć złożyć prostego zdania w ojczystym języku, ale ma dwa dodatkowe języki obce w żłobku.

Ta potrzeba, żeby dzieci rozwijały się szybciej, jest silnie zakorzeniona w naszym społeczeństwie. Rodzice, którzy nie chcą brać udziału w tym wyścigu, mogą odczuwać obawy, że ich dzieci pozostaną w tyle i poniosą sromotną życiową porażkę.

Jednak jak podkreślają psychologowie rozwojowi, jeśli dziecko zaczyna robić coś, na co jego mózg nie jest gotowy, może mieć to bardzo poważne konsekwencje. Dziecko odczuwa presję, stres, stara się zadowolić najbliższych, a nie jest w stanie.

Kiedy więc dziecko jest gotowe do kolejnych kroków rozwojowych? Skąd rodzic ma wiedzieć, czy dziecko potrzebuje więcej czasu, czy to już moment, by wesprzeć?

Rozwój dzieci: co wiemy o normach?

Przede wszystkim normy rozwojowe są szerokie. Najlepiej widać to na przykładzie nauki chodzenia. Średnio dzieci zaczynają chodzić około 12 miesiąca życia, co oznacza, że 50% wykona pierwsze samodzielne kroki przed ukończeniem roku, a 50% – po ukończeniu.

Jednak norma mówi również o tym, że dziecko może zacząć samodzielnie chodzić, mając 17 miesięcy. Podobnie jest z czytaniem – statystycznie dzieci uczą się czytać, gdy mają 6 lat, czyli 50% dzieci będzie czytało przed ukończeniem 6. roku życia, a połowa – po. A mimo to robimy wszystko, żeby dzieci jak najszybciej samodzielnie czytały i chodziły. Dlaczego i jakie mogą być tego konsekwencje?

Badania pokazują, że kiedy dzieci mają 8 lat, nie ma między nimi już większych różnic w poziomie czytania. A z pewnością w szkole średniej nikt nie jest już w stanie wskazać, który z uczniów zaczął czytać, mając 5 lat, a który lat 7.

Inne popularne przekonanie mówi o tym, że edukacja powinna zaczynać się jak najwcześniej, najlepiej w przedszkolu. Lepsze więc jest to przedszkole, które ma bogatą ofertę edukacyjną. Tymczasem badania pokazują, że nie ma ani długo-, ani krótkoterminowych benefitów wczesnej edukacji. Wiadomo natomiast, że te dzieci, które mogły w przedszkolu przede wszystkim swobodnie się bawić (kosztem nauki czytania i angielskiego), osiągały lepsze wyniki niż ich koledzy, którzy zbyt wcześnie rozpoczęli formalną edukację.

Pozwólmy dzieciom być dziećmi

Nie będzie przesadą, gdy powiemy, że dzieci zrobią wszystko, by uszczęśliwić swoich rodziców. Jeśli oznacza to naukę czytania lub start w zawodach sportowych, to – niezależnie od tego, czy są na to gotowe – zrobią to. Poniosą również konsekwencje tegoż. Jeśli coś im nie wyjdzie, uznają, że jest to ich wina, a nie skutek niedojrzałości, braku gotowości czy jakichkolwiek innych ograniczeń, którym podlegają.

Pięciolatek, który zostaje zapisany do drużyny piłkarskiej i średnio sobie w niej radzi, prawdopodobnie uzna się za ofermę i niezdarę. Być może będzie starał się jeszcze bardziej albo porzuci grę w piłkę z poczuciem porażki. Tymczasem pełna koordynacja na linii noga-oko rozwija się dopiero około 9. roku życia. Wcześniej dzieci mogą mieć ogromne kłopoty z wykonywaniem niektórych ćwiczeń czy grą na niemal profesjonalnym poziomie.

Dzieciństwo nie jest próbą kostiumową. Nie jest poczekalnią w drodze do dorosłości, kiedy to wydarzą się te najważniejsze sprawy, pojawią się prawdziwi ważni ludzie. Dzieciństwo jest unikalnym i relatywnie krótkim okresem w życiu człowieka. Okresem, na którym budujemy kolejne etapy. I niezależnie od tego, jak bardzo staramy się przyspieszyć proces dorastania, nasze działania są skazane na porażkę. Oczywiście, można dziecko zmusić do pewnych rzeczy, można na nim wymóc ćwiczenia fizyczne, wkładać w chodak i sadzać na długo przed tym, nim jego kręgosłup i mięśnie będą na to gotowe. Tylko po co? Magda Gerber mówiła, że dzieci „są gotowe, kiedy coś osiągną”. Po tym możemy poznać, że są na przykład gotowe do samodzielnych kroków – kiedy zrobią je samodzielnie, a nie wspomagane przez nikogo.

Pozwólmy więc dzieciom być po prostu dziećmi. Bo szybciej wcale nie znaczy lepiej.

Katarzyna Mirecka

psycholożka i psychoterapeutka, absolwentka Uniwersytetu Nottingham. Ukończyła 4-letnie całościowe szkolenie psychoterapeutyczne w Instytucie Analizy Rasztów. Pracuje z osobami dorosłymi, dziećmi i młodzieżą, indywidualnie oraz grupowo. Od 2015 roku związana z magazynem Chcemy Być Rodzicami

Aborcja karana jak zabójstwo? Do Sejmu trafił projekt

aborcja sejm
fot. sejm.gov.pl

Fundacja Pro – prawo do życia złożyła w Sejmie obywatelski projekt zaostrzenia tzw. Ustawy antyaborcyjnej. Karą za nielegalne spędzenie płodu ma być skazanie za morderstwo.  

Aborcja to w Polsce gorący temat. Politycy przyzwyczaili nas do “grzania” nim, gdy trzeba wywołać podział. Ostatnie starcie skończyło się Strajkiem Kobiet i wielotygodniowymi manifestacjami. Najnowszy, związany z ruchami kościelnymi, projekt domaga się drakońskiego zaostrzenia prawa.  

Stop aborcji  

Inicjatywa Pro-prawo do życia nie jest pierwszą złożoną przez jej aktywistów. Fundacja kilkukrotnie składała w sejmie podpisy pod projektami obywatelskich inicjatyw ustawodawczych, których celem było ograniczenie lub zakazanie wykonywania aborcji w Polsce. Sprzeciw wyrażają również do uniemożliwienia wprowadzania do polskich szkół edukacji seksualnej według standardów WHO. Fundacja jest też znana z wystaw z drastycznymi zdjęciami oraz zakłócania spotkań środowisk LBGTQ.  

Na Facebookowym profilu inicjatywy czytamy: “Przez kilka miesięcy zbieraliśmy podpisy na ulicach polskich miast. Już w środę 22 września zanosimy je do Sejmu. Celem projektu “Stop aborcji” jest zapewnienie każdemu człowiekowi prawa do życia. Chcemy chronić życie dzieci przed narodzeniem w takim samym stopniu i w taki sam sposób, jak chronione jest życie wszystkich innych ludzi! W ostatnich latach na sile przybrała przestępczość aborcyjna. Aby skutecznie z nią walczyć potrzebna jest zmiana prawa na takie, które sprawi, że zabijanie dzieci będzie karane. Zabijanie nie może być bezkarne!”  

Projekt zakłada karanie za aborcję wszystkich zaangażowanych w zabieg: osobę przeprowadzającą aborcję, pomocników/pomocniczki i osobę przerywająca ciążę. Nie ma też możliwości przerwania ciąży ze względu na zagrożenie życia lub zdrowia matki. 

Zobacz też: Powiedz STOP kobietobójstwu! Mocna kampania społeczna Centrum Praw Kobiet

Polska jak Nikaragua? 

Jeśli projekt wszedłby w życie, Polska miałaby jedno z najsurowszych praw aborcyjnych na świecie. Znalazłaby się w gronie takich krajów, jak Salwador, Honduras, Nikaragua i Dominikana.  

Z pewnością takie rozwiązanie naraziło by Polskę na konflikty wewnątrz Unii Europejskiej. Czerwcowa rezolucja Parlamentu Europejskiego wzywała bowiem kraje UE do uznania, że “każde ograniczenie dostępu do antykoncepcji, leczenia bezpłodności, opieki położniczej i aborcji „stanowi naruszenie praw człowieka” i wzywa kraje do „potępienia wszelkich prób ograniczenia dostępu” do tych usług. 

Z pewnością też zaostrzenie prawa w takim zakresie spowodowałoby konflikty wewnątrz kraju, bardzo prawdopodobne byłyby masowe protesty. Partia rządząca, która w swej propagandzie ustawia się jako antyaborcyjna, musiałaby również opowiedzieć się za jednym rozwiązaniem podczas ewentualnego głosowania. Dlatego najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem będzie trzymanie projektu ustawy w “zamrażarce” marszałek Elżbiety Witek.  

Zobacz też: Kryzys na granicy z Białorusią. Węzeł gordyjski się zacieśnia

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

Szwedzcy naukowcy: składowany plastik zatruwa ziemię  

plastik ocean
fot. Wikimedia Commons

Wietrzejący, zaśmiecający planetę plastik może stwarzać nieprzewidywane dotąd zagrożenia. Aby zmniejszyć ilość niebezpiecznych śmieci potrzebne są jednak obszerne zmiany związane ze stylem życia i kulturą – twierdzą eksperci. 

Specjaliści z Uniwersytetu Sztokholmskiego oraz kilku innych ośrodków naukowych przestrzegli właśnie na łamach prestiżowego „Science”, że jako ludzkość zbliżamy się do punktu bez odwrotu, jeśli chodzi o zanieczyszczenie Ziemi plastikiem. Już chyba większość ludzi zdążyła się oswoić z informacjami o tym, że plastik znajdowany jest praktycznie wszędzie – nawet na pustyniach, szczytach gór, w arktycznym śniegu, czy oceanicznych głębinach. Bo plastikowe zanieczyszczenia to nie tylko wyspy śmieci na oceanie, plastikowe torby, czy pojemniki. 

Wietrzejący plastik problemem

Tworzywa sztuczne ulegają wietrzeniu. To prawda, że pomaga ono w długim czasie usuwać śmieci ze środowiska, ale stwarza także kolejne niebezpieczeństwa.  

Wietrzenie plastiku następuje z powodu wielu różnych procesów i przeszliśmy długą drogę, aby je zrozumieć. Jednak wietrzenie nieustannie zmienia właściwości plastikowych zanieczyszczeń, co rodzi kolejne pytania. Degradacja plastiku jest bardzo powolna i nie jest skuteczna w zatrzymaniu jego akumulacji w środowisku, więc ekspozycja na zwietrzały plastik będzie cały czas rosła – wyjaśnia prof. Hans Peter Arp, współautor publikacji. 

Jak wyjaśniają naukowcy, w czasie wietrzenia plastiku powstają mikro- oraz nanocząstki, a do tego z tworzyw uwalniają się różnego rodzaju chemiczne substancje. Z czasem rośnie więc zarówno złożoność zanieczyszczeń, jak ich mobilność. Skutki tego badacze określają jako bardzo trudne, albo nawet niemożliwe do przewidzenia. 

Zobacz też: Segregacja to (nie)trudna sprawa – sprawdź, jak to robić!

Droga bez odwrotu?

Oprócz zniszczeń, które plastik może spowodować bezpośrednio np. unieruchamiając zwierzęta, czy też swoim toksycznym działaniem, ma duży potencjał szkodzenia w połączeniu z innymi czynnikami. Naukowcy podejrzewają, że może być zdolny do nasilania zmiany klimatu poprzez zaburzanie tzw. biologicznej pompy węglowej, która odpowiada za obieg węgla w oceanach. Razem z przełowieniem ryb i niszczeniem morskich habitatów spowodowanym zmianami temperatur plastik może także nasilać spadek oceanicznej bioróżnorodności. 

Obecnie zapełniamy środowisko rosnącą ilością plastikowych zanieczyszczeń, które trudno jest usunąć. Jak dotąd nie obserwujemy licznych dowodów na szerokie, szkodliwe konsekwencje, ale jeśli wietrzejący plastik uruchomi naprawdę niebezpieczne efekty, prawdopodobnie nie będziemy w stanie ich cofnąć – alarmuje prof. Matthew MacLeod, główny autor opracowania. 

Źródło: https://naukawpolsce.pap.pl/

Zobacz też: Plastik niepotrzebny! Słomki z jakich materiałów zastąpią te, które znaliśmy dotąd?

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

Rodziny bez granic – Polacy solidaryzują się z uwięzionymi na granicy

na granicy z Białorusią
fot. Fundacja Ocalenie – fot. Fundacja Ocalenie

Trwa kryzys migracyjny na granicy Polski z Białorusią. Organizacja broniące praw człowieka apelują o humanitaryzm w stosunku do migrantów z państw azjatyckich. Powstała również inicjatywa Rodziny bez granic.

Kryzys wywołany przez Aleksandra Łukaszenkę trwa i nie zanosi się by miał szybko skończyć. Białoruski polityk bezwzględnie wykorzystuje cywilów do swych destabilizacyjnych planów. Państwa takie jak Polska, Litwa czy Łotwa muszą stanąć przed dylematem moralnym: w jaki sposób zabezpieczyć granicę oraz co zrobić z ludźmi, którzy koczują na granicy. Zdaniem organizacji humanitarnych nasz rząd nie zdaje tego egzaminu. Teraz wielu przeciwników stanu wyjątkowego i obecnej polityki migracyjnej połączyło siły zakładając grupę „Rodziny bez granic.” Ma ona pomóc koordynować pomoc dla ludzi uwięzionych na granicy.
Zobacz też: Kryzys na granicy z Białorusią. Węzeł gordyjski się zacieśnia

Apel do sumień polityków

Twórcy inicjatywy opublikowali w internecie apel. Aktywiści piszą w nim: Jako matki, jako rodziny, jako ludzie zwracamy się ponad politycznymi podziałami do matek, rodzin i osób, które mają wpływ na decyzje dotyczące granicy wschodniej. Wszyscy doskonale wiemy, jak pomóc choremu, głodnemu, zziębniętemu, przestraszonemu dziecku. Nie możemy pozwolić na to, żeby w naszym kraju dzieci były wywożone na śmierć do lasu. Wykonajcie dziś, zaraz jeden telefon do kogoś, kogo znacie, a kto może sprawić, że te dzieci nie umrą. To bardzo proste: od wielu godzin nie dostały nic do jedzenia, trzeba działać natychmiast.

Początkowo była to grupa rodziców, założona przez Piotra i Laurę, którzy napisali: „Nie możemy już wytrzymać bezczynności”. Grupa jest otwarta i zrzesza ludzi z całej Polski, którzy chcą wyrazić swój sprzeciw wobec sytuacji na granicy. Nie trzeba być rodzicem, aby stać się jej członkiem/członkinią. Obecnie do grupy dołączyło ponad sześć tysięcy osób i tworzą się liczne inicjatywy lokalne m.in. we Wrocławiu, Olsztynie, Krakowie, Szczecinie.

Protesty pod siedzibami Straży Granicznej

Pierwszą inicjatywą grupy jest rodzinny protest pod siedzibami Straży Granicznej w całej Polsce, który rozpoczął się 1 października. Polega on na tym, że podczas codziennych, popołudniowych „dyżurów” dzieci wraz z rodzicami rysują kredą na chodnikach rysunki i hasła sprzeciwiające się wydarzeniom na granicy. Jedną z inspiracji jest znaleziony w lesie rysunek domu, namalowany przez dziewczynkę, która wraz z rodziną przekroczyła granice i zniknęła. Nikt nie wie, gdzie teraz się znajduje.

źródło: https://rodzinybezgranic.pl/
Zobacz też: Powiedz STOP kobietobójstwu! Mocna kampania społeczna Centrum Praw Kobiet

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

Znalazła słodkiego psiaka w górach i stał się jej partnerem na szlakach

camper

Nikki Delventhal znalazła swojego psa podczas wędrówki po Albuquerque w Nowym Meksyku we wrześniu 2020 roku. Psiak od tego czasu jest nieodłącznym towarzyszem kobiety i stał się hitem internetu. Zwierzę otrzymało imię Camper i zwiedza teraz Stany Zjednoczone w…kamperze. 

camper

Nikki, wraz z matką, jechały na odludziu w poszukiwaniu szlaku, kiedy zauważyły przez lusterko wsteczne psa goniącego jej samochód. Nikki od razu wiedziała, że nie może zostawić słodkiego, uroczego szczeniaka w szczerym polu. Kiedy tylko kobieta otworzyła drzwi do samochodu, kundel wskoczył jej prosto na kolana. Nikki już wcześniej mówiła, że jest gotowa na adopcję psa, ale czekała na odpowiedni moment. Zdarzenie z Meksyku uznała za dar losu i odtąd z Camperem (tak bowiem nazwała psiaka) stanowią nieodłączny duet.  

Zobacz też: Terapia ze zwierzętami w roli głównej – jak wpływają na zdrowie człowieka?

camper

Po pewnym czasie głód przygód Nikki spowodował, że razem z psiakiem ruszyła samochodem w podróż po Ameryce. Kobieta stara się zarabiać prowadząc kanał na YouTube oraz profil na Instagramie. Internauci przyjęli Nikki i Campera bardzo ciepło – przygody przyjaciół śledzą tysiące obserwujących.  

camper

Na zdjęciach widzimy radosne podróże po Stanach Zjednoczonych i wspólne chwilę spędzone na podróżach i biwakach. Mina Campera, który jest gwiazdą kanału mówi w zasadzie wszystko – szczęście aż bije z jego pociesznej mordki.  

Źródło: boredpanda.com

Zobacz też: Olej CBD dla psów? Sprawdziliśmy, o co chodzi – czy warto go podawać?

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.