Przejdź do treści

„Zostaw to ciało w świętym spokoju!” – Agata Ziemnicka i Kobiety bez diety! Dlaczego dla własnego dobra lepiej się w ogóle się odchudzać?

Kobiety bez diety - czyżbyśmy robiły kolejny krok ku sobie? || Fot: Facebook Kobiety bez diety

Pogoń za idealną sylwetką, wieczna dieta, ćwiczenia aż do braku tchu i nieustanna krytyka – krytyka samej siebie. I chociaż teoretycznie punktem wyjścia jest chęć lepszego samopoczucia, to koniec końców lądujemy zazwyczaj w zupełnie innym miejscu. Niewątpliwie świadkami tego są dietetyczki, które zapewne milion razy w swoim życiu słyszały zdanie: „Muszę schudnąć!”. Czy oby na pewno muszę? „Zostaw to ciało w świętym spokoju!” – mówi w rozmowie z nami Agata Ziemnicka, jedna z siedmiu twórczyń Fundacji „Kobiety bez diety”.

Katarzyna Miłkowska: Dietetyczki mówiące diecie „nie” – chyba domyślasz się, że budzi to zdziwienie?

Agata Ziemnicka: Właściwie to nawet trochę o to chodzi. Przy czym nasze „nie” skierowane jest do osób zdrowych. Jeżeli ktoś musi stosować dany sposób żywienia, bo zmaga się np. z insulinoopornością, czy różnego rodzaju kłopotami ze strony układu pokarmowego, to na „nie” miejsca tutaj oczywiście nie ma. Często jednak bazowym problemem okazuje się nie tyle stan zdrowia, co chęć bycia ekstremalnie szczupłą.

To ciekawe, że decydujecie się o tym mówić. Wyobrażam sobie, że duża część Waszych pacjentek to właśnie kobiety, które chcą schudną i najzwyczajniej w świecie starają się jakoś sprostać wymaganiom diet culture.

Dokładnie tak jest! Szczerze mówiąc, w moim gabinecie pojawiają się głównie takie pacjentki. Część ma zaburzenia odżywiania i one wymagają zupełnie innej pomocy, ale gro z nich chce po prostu zrzucić kilogramy. I mówienie diecie „nie” wcale nie oznacza, że „zakazujemy” tym kobietom chudnięcia. Tym bardziej nie promujemy też otyłości – zupełnie nie o to chodzi.

Zobacz też: Te zdjęcia dają jasny przekaz – nasze ciała to nie są manekiny, piękno ma różną formę!

A zapewne mogą pojawić się tego typu komentarze.

Dlatego też ważne jest, żeby dokładnie posłuchać i otworzyć się na zrozumienie konceptu, jakim jest intuicyjne jedzenie. Jest ono czymś zupełnie przeciwnym, niż diety polegające na ekspresowym ograniczeniu dużej ilości kalorii, wszelkiego rodzaju mono-diety, czy też diety wyłączają całą grupę składników, jak np. dieta dr Dąbrowskiej, w trakcie której zupełnie przestajesz jeść białko. Nie mówię już nawet o korzystaniu z takich absurdalnych pomysłów, jak picie pszenicy, czy jedzenie przez kilka tygodni tylko samej kaszy. Tego typu rozwiązania, które na celu mają wyłącznie pozbycie się jak najwięcej tkanki tłuszczowej w jak najkrótszym czasie, są dla nas bez sensu. Zresztą nie tylko dla nas! To nie jest tak, że nagle kilka dietetyczek wymyśliło sobie, że zacznie mówić: Ludzie nie odchudzajcie się. Chcemy raczej powiedzieć:

Ludzie bądźcie zdrowi, dbajcie o siebie, ale nie korzystajcie przy tym z diet, które po prostu nie działają.

 

Będę adwokatem diabła – jak to nie działają? Przecież internet pełen jest niesamowitych przemian!

Jest to w pełni potwierdzone badaniami naukowymi. Po stosowaniu nieadekwatnych do potrzeb ciała diet, poziom tkanki tłuszczowej i ewentualny nadmiar kilogramów wracają z nawiązką. Kończy się to gorzej, niż było na początku.

To dlaczego my-kobiety wciąż jednak to sobie robimy?

Bo na piedestale stawiana jest szczupłość! Ciało, które jest zdrowe i ma dobrą wagę, ale nie mieści się w wymarzonym rozmiarze M, albo nawet L, przymuszamy do tego, żeby na siłę chudło. Nawet jeśli od zawsze miałaś mocniejszą budowę ciała, czyli dużą ilość tkanki tłuszczowej i mocne kości – mówisz nie i już! Nagle ma to być ciało drobne i wyglądać tak, jak wszystkie inne panie, które akurat w standardy diet culture wpisują się idealnie.

Bądź taka, jaka jesteś i odpuść sobie! Dopóki nie jesteś chora, dopóki nie masz problemów z układem pokarmowym, czy nie borykasz się z innymi trudnościami somatycznymi, to daj sobie po prostu luz. Zostaw to ciało w świętym spokoju!

 

Ale jak tu sobie ten spokój dać skoro sama mówisz, że koniec końców dieta powoduje przytycie?! Przecież tym bardziej trzeba się za siebie wziąć i na nowo starać się zredukować te „nadprogramowe” kilogramy – rozumiem, że tak zaczyna się błędne koło odchudzania?

Co więcej, popadasz w tym kole w irracjonalną wręcz obsesję. Biegniesz jak ten chomik w kołowrotku, a cała energia dotycząca cielesności i jedzenia jest w tym czasie skoncentrowana wokół tego, czego ci nie wolno. Cały czas trzeba coś ograniczyć – najpierw kalorie, później wielkość porcji, następnie konkretne składniki, szukasz kolejnych i kolejnych sposobów…

Czyli zupełnie tracimy rozeznanie w tym, co się tak naprawdę dzieje?

Tak, takie myślenie jest kompletnie odklejone od tego, czym ciało faktycznie jest i co dzięki niemu możemy zrobić – że możemy chodzić, rozmawiać, przyjaźnić się, uprawiać seks, smakować, pracować, doświadczać. Zamiast tego, zamykamy się w swego rodzaju pudełku, które musi wyglądać i to wyglądać w bardzo konkretny sposób. Tak, jak wszystkie inne ciała w gazetach – niezależnie od tego, czy są wyretuszowane, czy nie. Wybacz, ale nie wszyscy jesteśmy tacy szczupli, tak jak i nie wszyscy jesteśmy wysocy.

 

Wzrost i waga to chyba jednak coś innego. Kilogramy wydają się być czymś, nad czym „przejęliśmy” kontrolę.

Tylko wiesz… chęć bycia szczupłą i wpasowania się w panujący kanon powoduje kompletne odklejenie od rzeczywistych potrzeb ciała. Wręcz od odczuwania cielesności w ogóle, a co za tym idzie, także kobiecości. Nie jest to bowiem coś, co ogranicza się tylko do aspektu fizycznego. Potrafi generować szereg różnych problemów, od depresji po natręctwa, nerwice, zaburzenia seksualne, rozpady związków, relacji. Tak potwornie skupiasz się na własnym ciele, że nic więcej się nie liczy, a błędne koło osiągania tego, co jest po prostu niemożliwe, nakręca się tylko i wyłącznie jeszcze bardziej.

Brzmi to przerażająco, niebezpiecznie, wręcz nieludzko… A przecież nieraz w ogóle tego nie zauważamy.

Dlatego właśnie głośno mówimy STOP. Chcemy pokazać kobietom, żeby tego chorego kręgu w ogóle nie zaczynały.

Jeśli bowiem ciągle zabraniasz sobie kawałka czekolady, to w pewnym momencie myślisz już tylko o niej! Sęk w tym, że wtedy nie jest to przyjemna myśl, a wręcz poczucie popełniania jakiejś przerażającej zbrodni. Wyrzuty sumienia stają się gigantyczne, pojawia się wstyd i poczucie porażki.

A przecież tak naprawdę zjedzenie od czasu do czasu deseru jest czymś absolutnie normalnym! I to deseru z cukrem, a nie ksylitolem i z mąką, a nie ze zmiksowanymi kasztanami – prawdziwej słodkości z cukrem, mąką i masłem!

 

Już samo to, jak o tym mówisz, sprawia błogą przyjemność (śmiech).

No widzisz! A wyobraź sobie jak ten cukier, masło i mąkę własnoręcznie przerabiasz. Widzisz ile tego jest, co się tam znajduje, że to są prawdziwe składniki. Później wystarczy zjedzenie jednego kawałka i już wiesz, że to było to!

Dzięki daniu sobie przyzwolenia na cieszenie się wszystkim tym, co teoretycznie jest „zakazane”, nie czujesz, że zaraz rzucisz się na jedzenie. Wiesz, że może być pysznie, że możesz w tym maśle „być”, a jednocześnie nie musisz się za to dobijać. Nie napinasz się niepotrzebnie, kortyzol nie skacze, nie musisz też tkwić w poczuciu wiecznego prześladowania samej siebie.

Brzmi to niczym prawda objawiona, a przecież powinno być to coś zupełnie naturalnego.

Wiesz, sama przechodzę teraz etap, w którym w pewnym sensie wracam do korzeni. Staram się na swój własny sposób połączyć ciało z duszą. Koncept jest taki, żeby najzwyczajniej w świecie móc się w odpowiednim momencie zatrzymać i zapytać siebie:

Dobra, czego ja tak naprawdę chcę? Czego potrzebuję? Co lubię?

 

No dobrze, zadajesz sobie takie pytania i co dalej?

Akurat dzisiaj miałam właśnie taki dzień. Obudziłam się z poczuciem, że nie jestem w stanie nic zjeść. Rzeczywiście nie zrobiłam więc sobie śniadania, a normalnie Pani Dietetyczka zawsze rano je odpowiedni posiłek i koniec kropka – jestem pod tym względem dla siebie dość surowa. Co ciekawe, po dwóch godzinach poczułam, że wcale nie chcę owsianki, którą miałam zaplanowaną. Potrzebuję białka, pieczywa i bardzo dużej ilości pomidorów. Gdybym siebie o to nie zapytała, zjadłabym to, co było rozpisane – o to mi właśnie chodzi!

Owszem, czasem pewnie moje śniadanie nie będzie w związku z tym idealne. Dziś usmażyłam sobie jajko sadzone – czy to jest szał? Nie, ale kluczem jest to, że akurat właśnie tego potrzebowałam. Nawet jeżeli więc twoje ciało mówi ci, żebyś przez dwa tygodnie jadła cały czas czekoladę, to nie powinnaś przestawać go słuchać. Być może tak długo zabraniałaś sobie tej słodkości, że jak tylko poczuło wolność, to musi odreagować. Przysięgam, po dwóch tygodnia usłyszysz: Wszystko fajnie, ale teraz wolę coś sensownego. Teraz potrzebuję botwinki i to koniecznie z fetą, która właściwie jest ohydna, ale coś mnie w niej kręci. Powie ci to twoje własne ciało – nie dietetyczki, nie profesorowie.

Zobacz też: Nie da się zmierzyć WSZYSTKICH ciał jedną miarą – nie róbmy sobie tego!

Czyli wszystko co wiemy, mamy odstawić na bok?

Nie, nie chodzi tu o kompletne odejście od nauki – to byłaby skrajność w drugą stronę. Bardzo fajnie jest wiedzieć, że orzechy włoskie mają omega-3, a migdały są bogate w witaminę E. Kiedy np. masz problemy ze skórą, to siadasz i sprawdzasz, jakie składniki będą pomocne i na nich się skupiasz. Znajdujesz powiedzmy 50 produktów będących źródłem potrzebnych ci elementów i wtedy zadajesz sobie pytania o to, które z nich lubisz? Jaki jest teraz sezon? Na co masz ochotę?

Mam jednak wrażenie, że nauczyliśmy się na tyle narzędziowo traktować swoje ciała, że chyba ciężej jest odnajdywać w sobie te odpowiedzi na nowo, niż gdybyśmy zaczynali od zera.

Pewnie, że tak! Trzeba włożyć w to ogromny wysiłek, ale jest to naprawdę możliwe i przez lata tak przecież właśnie było. Czy to, że pojawiła się wielka nauka o żywieniu sprawiło, że nagle nikt nie może niczego zjeść sam, bo nie umie? Oczywiście, że umie! Być może trochę będzie trzeba poeksperymentować, popróbować, posprawdzać. Może przy okazji się przez to przytyje – a cholera to wie, może przytyjesz. No trudno! Jeśli będzie ci z tym źle, to zastanowisz się, co mogłabyś ewentualnie zmienić i najwyżej będziesz szukać dalej.

Dopóki nie jesteś chora, ty sama wiesz, co masz jeść. Kluczem jest jednak to, żeby odpuścić sobie myślenie o jedzeniu i aktywności fizycznej jedynie przez pryzmat potrzeby bycia szczupłą, czy wręcz wyjątkowo chudą – właśnie takiemu myśleniu Kobiety Bez Diety mówią „nie”.

 

Zobacz też: „Moje dziecko nie lubi swojego ciała!” Jak możemy pomóc dzieciom w samoakceptacji?

Ekspert

Agata Ziemnicka

Jestem dietetyczką i psycholożką. Zajmuję się zdrowym odchudzaniem lub zdrowym tyciem. Specjalizuję się w psychodietetycznej pracy z osobami odchudzającymi się i z zaburzeniami odżywiania, również z młodzieżą. Od 2006 roku prowadzę Centrum Psychodietetyki RÓWNOWAGA. Odbywają się tam konsultacje indywidualne oraz warsztaty. Z Olgą Kwiecińską prowadziłam program kulinarno-dietetyczny w TVN Style „REWOLUCJA NA TALERZU“. Następnie, w tym samym kanale,  program o zdrowym gotowaniu “Szczypta Smaku”. Wydałam książki kulinarne z przepisami z programów oraz najnowszą SOKI I KOKTAJLE W MINUTĘ. Jestem mamą Niny i Gai. Uwielbiam jeść i gotować

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW (dziennikarstwo). Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS, jest też byłą słuchaczką studiów podyplomowych Gender Studies na UW. Współautorka książki "Kobiety bez diety".

Tak należy fotografować architekturę! Piękno i prostota – tych zdjęć nie możesz przegapić!

moda Instagram
Fot Instagram @drcuerda

Dwoje architektów, Anna Devis i Daniel Rueda, zdobyło wielką popularność dzięki zdjęciom architektury, w którą wplecione są stylizacje modowe

„Poznaliśmy się na Universitat Politècnica de València, gdzie oboje ukończyliśmy Wydział Architektury. Dziś wykorzystujemy architekturę jako tło, aby opowiadać historie za pomocą kreatywnych i kolorowych obrazów, które są dalekie od konwencjonalnej fotografii. I chociaż może wydawać się to zaskakujące, tworzymy te surrealistyczne fotografie bez użycia oprogramowania do edycji zdjęć. Zamiast tego starannie ustawiamy wszystko przy użyciu różnego rodzaju przedmiotów codziennego użytku, rzeczywistych lokalizacji, kolorowych papierów, dopasowanych strojów i mnóstwa naturalnego światła” – mówi słowa Daniela Rudea cytuje Boredpanda.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Daniel Rueda + Anna Devís (@drcuerda)

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Daniel Rueda + Anna Devís (@drcuerda)

Anna i Daniel chętnie sprzedają limitowane edycje swoich zdjęć, współpracując z różnymi firmami i markami z całego świata. „Niektóre z naszych ulubionych zdjęć powstały w wyniku współpracy z klientem. Praca nad odprawami, budżetami i terminami naprawdę czasami jest testem, ale uwielbiamy wyzwania. Oprócz tego nasza praca ilustruje artykuły, plakaty festiwalowe i okładki książek z różnych gatunków. Jesteśmy podekscytowani za każdym razem, gdy nasza praca opowiada historię inną niż ta, którą sobie wymyśliliśmy” – mówią twórcy.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Daniel Rueda + Anna Devís (@drcuerda)

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Daniel Rueda + Anna Devís (@drcuerda)

Zobacz też: Poznaj niekwestionowaną królową Instagrama – ma… 92 lata!

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Daniel Rueda + Anna Devís (@drcuerda)

Jako źródło swych inspiracji architekci podają wizualny humor takich artystów jak Charles Chaplin, Buster Keaton czy Harold Lloyd. Zdjęcia dwójki artystów można oglądać m.in. na Instagramie.

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Daniel Rueda + Anna Devís (@drcuerda)

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Daniel Rueda + Anna Devís (@drcuerda)

Źródło: boredpanda.com

Zobacz też: Jak wygląda dzieciństwo w różnych zakątkach świata? – oto zdjęcia dzieci, które mówią więcej niż tysiąc słów

 

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

Nauka picia – kiedy ją rozpocząć i jakie kubki wybrać?

nauka picia
fot. materiały prasowe

Rozwój dziecka w okresie niemowlęcym zachodzi w bardzo szybkim i intensywnym tempie. Każdego dnia uczy się ono nowych rzeczy, rozpoczyna naukę chodzenia, poznaje pierwsze słowa, a także rozpoczyna samodzielną naukę jedzenia i picia. Kiedy maluch ma 6 miesięcy, nadchodzi moment rozszerzania codziennej diety i podawania płynów innych niż mleko mamy. To także czas, aby odzwyczaić dziecko od picia z butelki, a rozpocząć naukę samodzielnego picia. Kiedy jest na to najlepszy moment? Podpowiadamy, jakie akcesoria dobrać do wieku, aby zapewniały dziecku najlepszy rozwój umiejętności w nauce picia na poszczególnych etapach.

Kiedy i dlaczego rozpocząć naukę samodzielnego picia?

Do 6 miesiąca życia zalecane jest karmienie dziecka mlekiem mamy. Po tym okresie rozpoczyna się nowa przygoda dla maluszka. To etap, w którym rodzice powinni zaczynać stopniowo urozmaicać dietę malca i podawać mu płyny. Zmiana z karmienia piersią na picie z kubeczka idzie także w parze z naturalnym procesem odzwyczajania się maleństwa od ssania i przyzwyczajania się do innego sposobu przyjmowania napojów. Taka umiejętność wymaga wyćwiczenia innych mięśni twarzy i wiąże się z wykształcaniem u malucha nowych umiejętności, takich jak np. inny, doroślejszy sposób oddychania, który ma znaczenie przy nauce mówienia. Szybsze wprowadzenie u dziecka umiejętności picia z kubeczka, jest także znacznie korzystniejsze dla prawidłowego rozwoju zgryzu i aparatu mowy niż picie z butelki.

Pierwsze próby samodzielnej nauki picia z kubeczka powinno jednak podjąć się dopiero, kiedy maleństwo potrafi samodzielnie i stabilnie siedzieć. A także, gdy opanowało ono umiejętność jedzenia różnego rodzaju kleików i gęstszych potraw. Dobrym momentem zakończenia przygody z butelką jest czas, w którym maleństwo wykazuje zainteresowanie piciem z kubeczka, zaczyna otwierać usta czy wyciąga rączki w jego stronę.

Jak nauczyć dziecko samodzielnego picia?
nauka picia

fot. materiały prasowe

Każde dziecko jest inne i wymaga innego podejścia. Jedne maluszki są ciekawe świata i wykazują chęć rozpoczęcia nauki picia. Inne zaś mogą być niezainteresowane samodzielnością w tej dziedzinie. Niemniej jednak, warto maluszka jak najszybciej zachęcać do nauki picia. Można niemowlakowi pomóc, stopniowo oswajając go z kubeczkiem. Pokazując mu jak on wygląda i jak należy go używać. Kilkumiesięczne maluszki uwielbiają naśladować swoich rodziców. Podczas pierwszych prób picia, kubeczek powinien być pusty, tak, aby dziecko mogło tylko zapoznać się z jego kształtem czy wagą. Wsuń kubeczek w dłoń dziecka i skieruj ją do jego ust. Warto jednak przy tych próbach podtrzymywać go i asekurować do momentu, aż szkrab będzie wiedział, co dokładnie ma z kubeczkiem robić. Towarzysz dziecku i wspieraj je.

Pamiętaj, że to, co dla dorosłego wydaje się proste, dla maluszka jest wyzwaniem. A nauka nowego sposobu picia powinna odbywać się stopniowo i może trwać nawet kilka tygodni.

Nauka tej czynności jest dziś o wiele łatwiejsza niż kiedyś. Na rynku dostępne są akcesoria i produkty, które w znacznym stopniu ułatwią maluchom przygodę samodzielnego picia. Z odpowiednim wsparciem możesz pomóc swojemu maleństwu uczynić pierwszy krok w drodze do rozwoju tej umiejętności.

Jaki kubek wybrać do nauki picia?

Kubek do nauki picia nie może być przypadkowy. Powinien być dostosowany do wieku dziecka. Nie wolno maluszkowi podawać naczyń dla dorosłych, takich jak np. szklanka. Może być to dla niego niebezpieczne. Warto sięgnąć po akcesoria, które są przetestowane i przeznaczone dla niemowląt. Rozpoczynając naukę picia, trzeba także pamiętać, że na poszczególnych jego etapach, powinno korzystać się z kubeczków dostosowanych do umiejętności maluszka.

Kubek kapek – zaczynam naukę picia

Naukę korzystania z kubeczka można rozpocząć od takiego, który posiada bardzo miękki ustnik z cienkiego silikonu. Dzięki niemu maluszkowi łatwiej będzie przejść z butelki i rozpocząć przygodę z nową umiejętnością.

Dobrym przykładem jest pierwszy kubek Easy Switch marki LOVI, rekomendowany po 6 miesiącu życia maluszka. Wyposażony jest on w specjalny ustnik o unikalnym kształcie – „łyżeczkowatym”, nieco wygiętym jak łyżeczka. A to dlatego, że przy odchodzeniu od picia z butelki rekomenduje się podawanie wody z łyżeczki. Dzięki takiej konstrukcji maluch z łatwością obejmie go ustami i pobierze płyn w niewielkiej ilości. Kubeczek jest kapkiem, po jego przechyleniu woda swobodnie z niego kapie do ust dziecka, by nie musiało ono na początek wkładać bardzo dużego wysiłku w naukę nowych umiejętności, a przede wszystkim by się nie zniechęcało. Wygodne i bezpieczne uchwyty ułatwiają trzymanie w malutkich rączkach dziecka. Dodatkowo kubeczek jest lekki i poręczny – idealny na początek.

Zobacz też: Jak wybrać bezpieczny smoczek dla noworodka?

Kubeczek niekapek – piję, nie rozlewam

Nazwa kubek niekapek wzięła się od najważniejszej jego funkcji – pijąc z niego, nie ma obawy, że maluch zaleje siebie, rodzica lub najbliższe otoczenie, a dozowanie płynów za pomocą niekapka jest bardzo proste. Jest on zatem idealny dla dzieci, które opanowały już pierwsze kroki w nauce picia.

Plusem korzystania z przydatnych akcesoriów, jakimi są kubki niekapki, jest ich ogromna wygoda użytkowania. Kubeczek niekapek LOVI Sippy Master z ustnikiem na podciśnienie powoduje, że maluch musi się bardziej wysilić przy piciu, dzięki czemu opanowuje nową umiejętność w nauce picia. Kubek wyposażony został także w antypoślizgową podstawę, zapewniającą stabilność. Przy Sippy Master dzieci osiągają mistrzostwo w piciu z kubka z ustnikiem.

nauka picia

fot. materiały prasowe

Kubek 360 stopni – piję jak ze szklanki

Ciekawym i zalecanym przez specjalistów rozwiązaniem są kubki 360 stopni, zbliżone wyglądem do tych dla dorosłych, ale odpowiednio dostosowane do potrzeb i zdolności małych dzieci. Podawanie napojów z nich najlepiej rozpocząć po 9 miesiącu życia niemowlaka. Kubek 360° to kubeczek podobny do szklanki – nie posiada on ustnika. Dziecko może z niego pić, przykładając usta w dowolnym miejscu. Jego niekwestionowaną zaletą jest nabieranie umiejętności picia jak osoba dorosła. Uczy on układania ust tak jak pobiera się napoje ze szklanki. Po przechyleniu kubeczka jednak płyn nie wylewa się, dziecko musi lekko zassać napój. Dobrym przykładem kubeczka 360 stopni jest LOVI Drink Master, który wyposażony jest w innowacyjny system uszczelniania. Przyzwyczaja on dziecko do naturalnego sposobu picia (jak ze szklanki), ale bez rozlewania. Zabezpieczenie przed wyciekaniem płynu jest delikatne, więc przy bardzo gwałtownym ruchu, np. upadku, z kubeczka mogą wydostawać się jedynie kropelki cieczy. A dodatkowa ochrona antybakteryjna wokół ustnika to redukcja bakterii nawet do 99%, co jest ważne, gdy kubek razem z dzieckiem jest w ciągłym ruchu i w różnych miejscach.

nauka picia

fot. materiały prasowe

Kubeczek ze słomką – piję ze słomki

Uzupełnieniem nauki samodzielnego picia są kubeczki ze słomką. Taki etap najlepiej rozpocząć przed ukończeniem pierwszego roku maluszka. Picie przez słomkę to świetne ćwiczenie mięśni okrężnych ust, a także podniebienia miękkiego i prawidłowego oddychania. Wpływa to również pozytywnie na prawidłowy rozwój aparatu mowy. Wybierając kubek Freestyle marki LOVI nie tylko ugasisz pragnienie, ale dasz dziecku poczucie samodzielności. Kubek posiada bardzo wygodny uchwyt, dzięki niemu maluch może kubek sam otworzyć, napić się, zamknąć i ruszyć dalej poznawać świat. Kubek jest szczelny i może być bezpiecznie trzymany bez rozlewania, nawet w ruchu, a dodatkowe zabezpieczenie w postaci przycisku Safe Lock uniemożliwi przypadkowe otwarcie i rozlanie napoju. Freestyle wyposażony został w bezpieczną, delikatną i miękką słomkę z silikonu, nie podrażni więc dziąseł dziecka.

nauka picia

fot. materiały prasowe

Wybierając kubek dla niemowlaka – należy zwrócić uwagę czy jest on wykonany z bezpiecznych dla dziecka materiałów. Najlepszym wyborem będą kubeczki z tworzywa sztucznego, ponieważ są lekkie i nie stłuką się. Warto jednak pamiętać, że plastik plastikowi nierówny. Przed zakupem sprawdź, czy tworzywo jest wolne od bisfenolu A (BPA) oraz innych szkodliwych substancji. Wtedy tylko pozostaje cieszyć się z nowych osiągnięć dziecka i zachęcać go do dalszego odkrywania świata!

Zobacz też: Nadwaga i otyłość u dzieci to plaga współczesnych czasów? Zobacz, gdzie leży źródło problemu

materiał prasowy

Materiał prasowy redakcja otrzymuje, gdy firmy, stowarzyszenia, fundacje i inne organizacje chcą poinformować naszych czytelników i czytelniczki o aktualnościach, wydarzeniach, eventach, nowych produktach czy konferencjach.

Terapia ze zwierzętami w roli głównej – jak wpływają na zdrowie człowieka?

zwierzęta
fot. 123rf.com

Ludzie udomowili zwierzęta, aby móc z nimi obcować na co dzień. Nie od dziś bowiem wiadomo, że posiadanie zwierząt pozytywnie wpływa na funkcjonowanie człowieka. Badania nad pozytywnym aspektem przebywania ze zwierzętami zainicjował w 1964 roku psychiatra Boris M. Levinson. Jego labrador Jingels towarzyszył podczas terapii z dziećmi ze spektrum autyzmu. Levinson zauważył, że dzieci, które mają trudności w kontaktach oraz komunikowaniu się, nawiązują bliską relację z jego psem. Dzięki swoim obserwacjom zaczął do swoich metod terapeutycznych wprowadzać i wykorzystywać obecność czworonogów.

Szczęście odciśnięte łapą

Najbardziej rozpowszechnioną terapią, w której wykorzystywana jest obecność zwierząt, jest dogoterapia. Główną rolę odgrywają w niej psy. Ich zdolność nawiązywania relacji, współpraca, wierność oraz zaufanie budują niesamowitą więź z człowiekiem. Psy współuczestniczą między innymi w terapiach osób z niepełnosprawnościami, zaburzeniami ze spektrum autyzmu. Głównym celem takich spotkań jest wzmacnianie empatii, wyzwalanie spontaniczności, budowanie więzi emocjonalnej, stymulowanie zmysłów dotyku, wzroku i słuchu, zwiększanie poczucia własnej wartości oraz poprawienie sprawności ruchowej.

Ponadto przebywanie z psem wpływa na poprawę zdrowia psychicznego, podnosi poziom oksytocyny (hormonu miłości, przywiązania) w organizmie człowieka, a obniża poziom kortyzolu (hormonu stresu), który odpowiedzialny jest za odczuwanie zwiększonego niepokoju. Wzrasta za to poziom dopaminy, która jest odpowiedzialna za dobre samopoczucie. Kontakt z psem obniża również ciśnienie tętnicze, dzięki czemu zmniejsza się ryzyko powikłań związanych z chorobami sercowo-naczyniowymi.

Zobacz też: Koń terapeuta – czemu nie? Okiełznaj emocje i ściągnij cugle z Karoliną Czarnecką! WYWIAD

Bliskość i przywiązanie

Terapie, w których uczestniczą zwierzęta, mają szereg pozytywnych aspektów, a im większa więź ze zwierzęciem, tym efekty pracy terapeutycznej są zdecydowanie lepsze. Kontakt ze zwierzętami pobudza w człowieku funkcje poznawcze oraz aktywizuje do nawiązywania relacji społecznych. Niesamowicie istotnym czynnikiem jest przy tym także aktywność fizyczna, która jest nieodzownym elementem kontaktu ze zwierzętami, np. w dogoterapii lub hipoterapii.

Terapie z udziałem zwierząt
  • Dogoterapia – terapia z udziałem psa, najczęściej z rasami Golden Retriever, Labrador, Nowofundland, Cavalier, Beagle (nie jest to jednak reguła).
  • Felinoterapia – terapia z udziałem kota. Sierść kota oraz jego mruczenie ma działanie uspokajające, pozwala odprężyć się, obniżając poziom leku.
  • Hipoterapia – terapia z udziałem konia. To jedna z metod rehabilitacji dla osób z neurologicznymi zaburzeniami ruchu.
  • Onoterapia – terapia z udziałem osiołka. To zwierzę spokojne, które lubi kontakt z człowiekiem. Onoterapia jest wskazana do pracy z dziećmi, osobami starszymi, osobami z zaburzeniami psychicznymi oraz z niepełnosprawnościami.

Siła, poczucie więzi oraz szczęście to składowe relacji, jaką możemy zbudować ze zwierzętami. Dlatego tak ważne jest, aby świadomie doceniać i wykorzystywać potencjał, jaki drzemie w zwierzętach – bo od nich możemy się wiele nauczyć!

Zobacz też: Jak dziecko poznaje zwierzęta? „N. jest zachwycona! Piskiem radości wita żubry”

Źródła:
medrodzinna.pl / journals.viamedica.pl

Aleksandra Nosarzewska

Studentka V roku psychologii klinicznej na Uniwersytecie SWPS. Jej pasją jest psychologia dziecka oraz pedagogika. Na co dzień współpracuje z dziećmi z zaburzeniami ze spektrum autyzmu.

5 mało popularnych sportów, które można trenować i oglądać w Polsce – znasz je?

sport

Wraz z kolejnym luzowaniem obostrzeń możemy trenować na obiektach sportowych, a także kibicować na trybunach. Przygotowaliśmy dla Was zestawienie 5 sportów, które nie są szczególnie popularne w naszym kraju, ale warto zacząć je trenować lub wybrać się z rodziną na wspólne oglądanie. Co ważne, mecze są pozbawione animozji kibiców oraz w większości obowiązuje wstęp wolny!

1.Baseball 

Ciężko nazwać ten sport niszowym, ale… to za oceanem. Jednak i w Polsce nie brakuje zapaleńców zdobywania baz i wybijania piłki na home run. Ćwiczyć w klubach mogą już 6-letnie dzieci, zaś seniorzy mierzą się w ogólnopolskich rozgrywkach. Lista 26 klubów z Polski dostępna jest TUTAJ.  

2. Polo 

Polo to sport prawdziwych gentelmenów. Piękne stroje, konie i drżenie murawy podczas akcji. Obecnie zarejestrowanych jest w Polsce kilka profesjonalnych klubów polo, a są to:  Buksza Polo & Riding Club, Warsaw Polo Club, Polo Club Żórawno, Ivy Polo Club, Silesia Polo Club i Klub Polo Mariusza Świtalskiego. Warto odwiedzić mecz – prędkość rozgrywki naprawdę robi wrażenie! 

3.Rugby 

Skoro jesteśmy już przy sportach gentelmenów, nie możemy pominąć także twardego rugby. W Polsce istnieje kilkanaście klubów i mogą do nich należeć nawet 8-latkowie. Dyscyplina, szacunek dla przeciwnika, zgranie drużyny i wytrzymałość – tego z pewnością można nauczyć się od sportowców i… sportsmenek, bowiem w rugby grają też panie. Warto wybrać się również na mecz – piknikowa atmosfera sprzyja wspólnym chwilom z rodziną. 

Zobacz też: 10 tysięcy kroków dziennie – czy to wystarczy dla zdrowia?

4.Cheerleading 

Mało kto pomyślałby, że jest to sport, a jednak. Cheerleading to zorganizowane układy składające się z elementów gimnastyki, tańca i akrobacji. Co ciekawe, Polki mają w tej dyscyplinie spore sukcesy – nasze panie wyjeżdżały występować nawet do ojczyzny tego sportu, czyli USA. Istnieje też Polski Związek Sportowy Cheerleadingu wyłaniający kadrę narodową.  

5.Sportowe walki rycerskie 

Last but not least, czyli konik piszącego te słowa. Rekonstruktorzy, którzy dążyli do jak najwyższego poziomu walk, stworzyli ponad dekadę temu mistrzostwa świata w swej dyscyplinie. Uczestniczy w nich ponad 30 nacji, w tym te bez tradycji “rycerskich”: USA, Japonia, Nowa Zelandia czy Argentyna. Walki prowadzone są w formułach 1 vs 1 i starć grupowych 5 vs 5, 10 vs 10, 21 vs 21. Dzięki zbrojom zawodnicy są odporni na większość ciosów, co tylko zwiększa widowiskowość starć, będących rozrywką dla całej rodziny. W Polsce sportowe walki rycerskie pojawiają się również na galach boksu i MMA m.in.: Time of Masters czy Fame mma. Ćwiczyć na miękką broń mogą w klubach już kilkuletnie dzieci!  

Zobacz też: Sport od najmłodszych lat – Diablo Włodarczyk: „Powinniśmy dziecko wspierać, popychać do przodu i służyć mu pomocą”

 

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.