Przejdź do treści

O współczesnym rodzicielstwie z Moniką Mrozowską: „Ilość dzieci nie zwalnia z tego, żeby czujnie się im przyglądać”

Fot. archiwum prywatne Moniki Mrozowskiej

Aktorka, autorka książek, promotorka zdrowego stylu życia, a przy tym mama trójki dzieci. O współczesnym rodzicielstwie, swoich dzieciach i zdrowych granicach opowiedziała nam Monika Mrozowska.

Jest pani mamą trójki dzieci, co na współczesne standardy wydaje się nie być takie oczywiste.

Monika Mrozowska: Obserwuję dwa bieguny. Na jednym z nich jest całe grono ludzi w moim wieku, albo i młodszych, którzy decydują się na posiadanie kilkorga dzieci. Nie wypadają jednak przy tym z obiegu społecznego. Ciągle spotykają się ze znajomymi, żyją aktywnie. Ciągle spotykają się ze znajomymi, żyją aktywnie. Przy czym ta aktywność ukierunkowana jest na wspólne spędzanie czasu, a nie ucieczkę od dzieci. Co więcej, absolutnie nie są to rodziny, które możemy kojarzyć z wielodzietnością.

Mam wrażenie, że wciąż panują w tym temacie pewne stereotypy.

Jest takie przekonanie, że jeżeli już decydujemy się na więcej dzieci, to dochodzi do tradycyjnego podziału. Ojciec – głowa rodziny, który zarabia oraz matka opiekująca się domowym ogniskiem. W swoim środowisku nie widzę takiego podziału. Każdy stara się realizować, chociaż w minimalnym stopniu, w życiu zawodowym i robić rzeczy, które sprawiają mu przyjemność. Przyjemność z wychowywania dzieci jest duża, ale wydaje mi się, że każda młoda matka powinna mieć świadomość, że dzieci prędzej czy później dorosną. Ona po jakimś czasie będzie zaś chciała realizować się na innych płaszczyznach. Chociaż chcę podkreślić, że jest to na pewno bardzo trudne.

W jakiejś mierze posiadanie dzieci wiąże się jednak z rezygnacją z siebie.

Na pewno leczy z egoizmu. Nagle musimy bardzo dużo czasu poświęcić drugiej osobie. Sama miewam sytuacje, gdy zastanawiam się, czy powinnam wyjść wieczorem z przyjaciółką do teatru, czy jednak powinnam poświęcić ten czas moim dzieciakom. Zawsze uważałam jednak, że żeby dobrze się czuć i mieć z macierzyństwa przyjemność, musimy mieć strefę dla siebie. Nie wynika to absolutnie z chęci odpoczynku od nich. Są jednak takie rzeczy, których się z dziećmi nie robi. Nie będę zabierać mojej 6-letniej córki na przedstawienie, które jest skierowane do widzów dorosłych. Dziwią mnie czasami reakcje młodych rodziców, którzy mówią, że musieli ze wszystkiego zrezygnować. Według mnie w dużej mierze jest to kwestia organizacji.

Być może też swego rodzaju otwartości?

Dokładnie. Kiedy urodziła się moja najstarsza córka nie mieliśmy samochodu, ale przemieszczałam się z wózkiem komunikacją miejską. Nie trzeba też mieć przy tym nieograniczonych funduszy. Moje dzieciaki tak naprawdę najbardziej cenią sobie chwile, których organizacja nie kosztowała mnie 5-ciu złotych. Jedną z najfajniejszych przygód jest dla nich wspólny piknik.

Kiedy robi się ciepło zabieram do samochodu kosz piknikowi, koc i po szkole, zamiast jechać do domu, robię im niespodziankę. To naprawdę nie są duże pieniądze i nawet jeżeli nie miałabym samochodu, wsiadłabym w autobus i tak samo do tego parku pojechała.

Pomiędzy pani dziećmi jest spora różnica wieku.

Moja najstarsza córka skończy w tym roku 14 lat, młodsza 7, a najmłodszy synek 3 lata. Różnica jest rzeczywiście spora, ale podziwiam osoby, które decydują się na dzieci w małym odstępie czasu. Tutaj miałam przynajmniej poczucie, że mogę wziąć oddech i przywyknąć do nowej sytuacji. Chociaż rozumiem też argumenty mówiące, że jak już jesteśmy „w pieluchach”, załatwimy to za jednym razem.

Tak naprawdę pani najstarsza córka spokojnie może już aktywnie włączyć się w życie rodziny.

Oczywiście, podobnie jak i młodsza. Zawsze się z tego śmiałam, ale czas przy dzieciach faktycznie nie wiadomo kiedy mija. Staram się jednak tak przeżywać życie, żeby mieć poczucie, że wyciskam z niego ile się da i nie musieć mówić: „czas ucieka”. Kiedy jednak patrzę na moją najstarsza córkę i dociera do mnie, że ona kończy w tym roku 14 lat, to naprawdę nie mam pojęcia kiedy to się stało.

Posiadanie dzieci w większym odstępie czasu może być też świetną metodą na jego „zatrzymanie”.

To prawda, skoro to najmłodsze jest takie małe… Co ciekawe, nigdy nie planowałam trójki dzieci. Gdybyśmy spotkały się 20 lat temu, raczej obstawałabym przy tym, że dzieci w ogóle nie będę mieć. Jest to najlepsza lekcja, jak bardzo życie weryfikuje nasze plany i lepiej nie wygłaszać z taką pewnością ostatecznych deklaracji.

Gdy obserwuje pani swoje dzieci, to widzi w nich więcej różnic, czy podobieństw?

Widzę podobieństwa i różnice.

Wynikają one właśnie z różnicy wieku, czy raczej z ich osobowości?

Z wieku zapewne też, ale gównie z osobowości. Jestem mamą, która stara się wychwytywać jak najwięcej różnic, żeby do każdego z dzieci mieć trochę inne podejście. Nie ma to nic wspólnego z faworyzowaniem, albo odpuszczaniem w pewnych kwestiach. Chodzi raczej o czujne przyglądanie się, co konkretnemu dziecku sprawia przyjemność, w czym jest dobre, co mogłoby w sobie rozwijać.

Łatwiej byłoby zapewne przyłożyć do każdego jedną kalkę.

Myślę, że faktycznie może pojawić się szablonowe myślenie – jedno dziecko lubi sport, drugie pchamy w to samo. Trzeba też brać poprawkę na to, że dzieciom dużo się z biegiem czasu zmienia. Moja Karolina od wczesnych lat chodziła na zajęcia sportowe, w tej chwili jest w gimnazjum i gdyby mogła, to w ogóle nie chodziłaby na WF. Nie posyłam jej więc na siłę na dodatkowe zajęcia sportowe, bo wiem, że nie będzie jej to sprawiać żadnej przyjemności. Jest za to bardzo uzdolniona plastycznie i rewelacyjnie rysuje. Chodzi na zajęcia plastyczne i widzę jak ogromną sprawia jej to przyjemność. Z kolei moja młodsza córka uwielbia w tej chwili śpiewać i tańczyć i to właśnie zajmuje jej czas. Jeżeli chodzi  o Józka, to wydaje mi się, że spróbujemy z zajęciami z piłki nożnej. Nawet będąc malusieńkim chłopcem bardzo świadomie umiał ją odbijać.

Staram się to wszystko bacznie obserwować, chociaż jestem też przy tym mamą wymagającą. Jestem konkretna i moje dzieciaki o tym wiedzą. Oczywiście w granicach rozsądku próbują się buntować, co też doceniam. Widzę, że mają charakter i pojawia się między nami wzajemna wymiana argumentów. Czasami na moją niekorzyść niestety (śmiech).

Jest to chyba jedna z frustracji rodziców.

Nie podchodzę do tego, jak do frustracji. Z przyjemnością słucham, co do mnie mówią. Staram się podchodzić do nich z pewną mądrością życiową, którą po tych moich kilku latach życia mogę im zaoferować. Z drugiej strony, zachwyca mnie ich świeżość podejścia do różnych tematów i bardzo szczere rozmowy.

Staram się też nie zapominać, że sama kiedyś byłam w ich wieku i miałam podobne dylematy. W tej chwili mogą mi się one wydawać śmieszne, ale wtedy były poważne. Bardzo często żartuję z moimi dzieciakami, ale w wielu kwestiach staram się rozmawiać z nimi poważnie. Chcę żeby miały poczucie, że dla mnie ta rozmowa też jest istotna.

Fantastycznie jest kiedy rodzic „nie zawłaszcza” dzieci, nie projektuje na nich siebie i swoich potrzeb. Ma pani wrażenie, że wiele się w tej kwestii zmieniło?

Bardzo wiele. Pomimo, że mam tolerancyjną mamę, z którą dużo rozmawiałam, to i tak wydaje mi się, że jest to naprawdę ułamek tego, co dzieje się w tej chwili. Nie oznacza to jednak wychowania bezstresowego, bez żadnych zasad i granic. Czasami mam wrażenie, że jestem taką „matką terrorystka”, ale nigdy nie staram się wprowadzać zakazów dla samego zakazywania. Zawsze staram się podać argument i konkretny powód.

To także jest pamiętanie o tym, że jesteśmy oddzielnymi ludźmi.

Nigdy nie byłam mamą, która siedziała w ciągu dnia układając klocki i wymyślając niestworzone historie. Paradoksalnie nigdy nie doprowadziłam do sytuacji, gdy moje dzieci chodziły i mówiły, że się nudzą. Każde z nich, a każde ma swój odrębny charakter, jest dzieckiem, które rewelacyjnie potrafi bawić się samodzielnie.

Pamiętam historie, gdy moja najstarsza córka była mała i miała wywieszoną kartkę, żeby absolutnie nie wchodzić do jej pokoju. Była tam w swoim świecie i wręcz nie chciała, by ktoś jej w nim przeszkadzał. Wydaje mi się, że każdy musi mieć czas dla siebie samego i jest to potrzebne już od najmłodszych lat – poczucie, że jestem odrębnym bytem.

Przy tym, nuda szalenie rozwija.

Obserwowałam to za każdym razem, gdy dziewczyny szły do przedszkola. Nieustannie pojawiało się zdziwienie, że one są takie samodzielne. Być może wynikało to z mojego wygodnictwa, ale nigdy nie wyręczałam ich w takich czynnościach, jak ubieranie. Owszem kontrolowałam, czy chociażby są ubrane odpowiednio do pogody. Wychodzę jednak z założenia, że jeżeli dziecko będzie w stanie samo o siebie zadbać, to tylko z korzyścią dla niego.

Co do wspomnianego „terroryzmu”, promuje pani zdrowy tryb życia i świadomą kuchnię. Zastanawiam się, na ile dzieci wchodzą w to z własnej woli, a na ile po prostu muszą się w takim stylu życia odnaleźć?

Staram się przekonywać dzieci do tego, w co sama wierzę. Wiem jednak, że siłowe podchodzenie do wielu spraw nic nie da. Na pewno nauczyłam się przy nich, że pewne rzeczy muszę odpuszczać i modyfikować swoje podejście.

Moja najstarsza córka była niejadkiem. Wtedy się tym przejmowałam, ale w tej chwili Karolina jest 14-letnią dziewczyną, która poza tym, że jest wegetarianką, je wszystko i chętnie próbuj nowych smaków. Bardzo podobną sytuację mam teraz z Józkiem. Martwię się, ale już się tak nie denerwuję. Jagoda była zaś dzieckiem, które od małego jadło wszystko.

Czy każdy z nich nie je mięsa?

Tak, cała trójka. Ostatnio, żeby być już całkiem spokojną, zrobiłam im badania. Wyszły rewelacyjnie.

Warto wspomnieć, że wegetariański sposób żywienia jest rekomendowany przez wielu lekarzy.

Tak, dużo się w tej kwestii zmieniło. Gdy Karolina była mała, zdarzały się sytuacje i „wykłady” o tym, jaką robimy jej krzywdę. Naprawdę bardzo wiele się nasłuchaliśmy. Przez dłuższy czas byliśmy jednak pod opieką gastroenterologa, który prowadzi dzieci na przeróżnych dietach. Przyjeżdżaliśmy do niego ze szczegółowo wypisanym jadłospisem i zrobionymi badaniami. Dostawaliśmy dzięki temu potwierdzenie, że wszystko jest w jak najlepszym porządku. W tej chwili Karolina bardzo dobrze się uczy i bardzo dobrze wygląda. Podobnie Jagoda. Wydaje mi się, że nie ma argumentów, które mogłyby utwierdzać w przekonaniu, że dzieci na diecie wegetariańskiej są „gorzej rozwinięte”.

Fot. okładki książek Moniki Mrozowskiej

Jednak prawdo do wchodzenia z butami w wychowywanie dzieci ciągle wydaje się być niczym nieograniczone.

Przecież my to uwielbiamy! Nawet osoby, które nie mają doświadczenia i nie mają dzieci, bardzo chętnie osądzają i oceniają. Wydaje mi się, że dotyczy to nie tylko dzieci, ale absolutnie wszystkiego. Im ktoś mniej wiem, tym więcej ma do powiedzenia. Na ogół staram się to jednak puszczać mimo uszu. Widzę co się dzieje, jak wyglądają, jak się zachowują i mogę wyciągać wręcz odwrotne wnioski na temat naszego sposobu żywienia.

A gdyby któreś z dzieci powiedziało: „Mamo, zaczynam jeść mięso”?

Wydaje mi się, że dawanie dzieciom wolnej ręki, w sytuacjach niestanowiących dla nich zagrożenia, jest bardzo ważne. Gdybym widziała, że moje dzieci mają tę kwestię przemyślaną, to zakazy nie przyniosłyby nic dobrego. Dziecko, jak będzie chciało coś zrobić, to i tak to zrobi, tylko po prostu nam o tym nie powie. Jeżeli nie będziemy mieli świadomości, że w życiu naszego dziecka coś się dzieje – i nie mówię tutaj o diecie, tylko o jakichś poważniejszych kwestiach – może się to źle skończyć. Nie mówię też, żeby ślepo dziecku na wszystko pozwalać, ale wracamy do początku – trzeba rozmawiać, słuchać argumentów, wspólnie wypracowywać kompromisy.

Często można zobaczyć dzieci przy pani boku, uczestniczycie razem w różnych projektach. Jestem ciekawa, czy wyobraża sobie pani w przyszłości wspólną pracę ze swoimi dziećmi?

Żyjemy razem, wyjeżdżamy razem, gdy pracuję nad kolejnymi książkami, dzieci się zawsze obok. Próbują, doradzają, krytykują, więc ich obecność jest naturalną koleją rzeczy. Nie wiem natomiast, czy moje dzieci chciałyby kiedyś pracować ze mną. Chciałabym dać im takie poczucie, że mogą liczyć na maksymalne wsparcie z mojej strony. Fantastyczne są rozmowy z moją 14-letnią córką, która mówi: „Mamo, a co ty byś mi radziła robić, jak już będę duża?”. Dochodzi przy tym do naprawdę odkrywczych przemyśleń, bo nigdy nie przedstawiam jej konkretnego pomysłu. Rysuję raczej przed nią jak najwięcej możliwych dróg i perspektywy, z czym mogą się one wiązać.

Rozumiem, że wciąż pozostaje to jednak jej wybór?

Tak i wydaje mi się, że takiego podejścia zabrakło w relacjach rodzicielskich mnie i moim znajomym. U mnie być może było trochę inaczej, bo liceum i studia wybierałam samodzielnie, ale przyznaję – człowiek czuje się wtedy trochę jak dziecko we mgle. Wiedziałam, że wszyscy idą do liceum, to trzeba poszukać jakiejś szkoły. Wszyscy zdają na studia, to trzeba poszukać jakiegoś kierunku. Tak naprawdę są to jednak szalenie trudne decyzje.

W wieku 19 lat ciężko jest powiedzieć, co chce się robić w życiu.

Dokładnie, a bardzo często wybory podyktowane są tym, jakie kierunki są popularne, albo gdzie wybierają się nasi znajomi. Oni zaś często idą na takie, a nie inne uczelnie, bo nalegają na to rodzice. Nie zastanawiamy się nad tym, co skończenie konkretnych studiów faktycznie może nam dać lub z drugiej strony – co może nam uniemożliwić za kolejne 4, czy 5 lat. Chciałabym żeby moje dzieci miały poczucie, że nauka to nie jest obowiązek, ale przyjemność.

Zastanawiam się też, na ile perspektywa rodzic-dziecko musi ulec pewnemu wyrównaniu. Nagle okazuje się, że to właśnie ono staje się ekspertem w danej dziedzinie i to my powinniśmy go słuchać. Wyobraża sobie pani takie sytuacje?

Nawet nie tyle wyobrażam, co tak naprawdę na co dzień jestem ich świadkiem. Szczególnie widzę to w dziedzinie nowych mediów i Internetu. Mój znajomy napisał niedawno komentarz: „Mam wrażenie, że różnica pokoleniowa między nami, a naszymi dziećmi jest taka, jak pomiędzy nami, a naszymi dziadkami.” Nie sposób się z nim nie zgodzić, bo nawet jeżeli chcielibyśmy je dogonić, byłoby to bardzo trudne. Wydaje mi się jednak, że daje nam to nowe możliwości realizowania rodzicielstwa. Dzieciaki już na etapie kilkunastu lat mogą widzieć, że to one nas czegoś uczą. Zamiast z tym walczyć, korzystajmy! Na pewno daje to też dziecku poczucie własnej wartości.

Również sprawczości – że potrafię, dam radę.

Tak, chociaż nieraz wymaga to dużego kredytu zaufania od rodzica. Widzę jednak, że im mocniej się dzieci obserwuje i daje się im swobodę realizacji, tym lepsze rezultaty to przynosi. Sama mam wrażenie, że na dużo swoim dzieciom pozwalam. Ufam im jednak i nie mam problemu z tym, żeby gdzieś je ze sobą zabierać, nawet na spotkania służbowe. Dla nich też jest to duża frajda.

Tym bardziej, że ciągle szykuje pani nowe projekty.

Pracuję teraz nad dwiema książkami. Jedna z nich dotyczy kuchni ekologicznej i za razem ekonomicznej. Pojawią się w niej dokładne wyliczenia, ile kosztują posiłki dla 4-osobowej rodziny. Chciałabym pokazać, że można przygotować zdrowe przekąski już od 5-ciu złotych, a obiady nawet od 10-ciu. Zdrowa kuchnia kojarzy się ze specjalnymi sklepami i sporym wydatkiem. To nie musi być prawdą. Mam już cały pomysł w głowie i myślę, że będzie to rzetelna pozycja. Drugą książkę napiszę wspólnie z koleżanką i dotyczyć będzie ona żywienia dzieci. Jak widać, wszystko zostaje w temacie!

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW (dziennikarstwo). Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS, jest też byłą słuchaczką studiów podyplomowych Gender Studies na UW. Współautorka książki "Kobiety bez diety".

Co robić z dziećmi podczas Świąt?

co robić z dziećmi podczas świąt
Wspólne przygotowywanie i zdobienie pierniczków to jedno z piękniejszych wspomnień z dzieciństwa. – fot. 123rf

Święta Bożego Narodzenia to magiczny czas pełen rodzinnego ciepła. Zapach choinki, pieczonego ciasta, czy barszczu czerwonego przywołuje miłe wspomnienia. Jednak przygotowania do Świąt szybko nudzą dzieci. Co robić z dziećmi w Święta?

Jak spędzić święta i zachęcić dzieci do wspólnych przygotowań?

Przygotowywanie pierniczków

Wspólne przygotowywanie i zdobienie pierniczków to jedno z piękniejszych wspomnień z dzieciństwa. Pozwól dziecku wykrawać ciasteczka, układać na blasze i patrzeć jak rosną w piekarniku. Maluchy chętnie pomagają w dekorowaniu, smarowaniu lukrem czy posypywaniu wiórkami kokosowymi.

Długi spacer

Zimowe spacery mają swój niepowtarzalny urok, dlatego w Święta Bożego Narodzenia warto wybrać się na wspólną wycieczkę. Długi spacer, zwłaszcza po świątecznej kolacji, wszystkim dobrze zrobi. Możecie pojechać w wasze ulubione miejsce lub poszukać nowego w okolicy.

Wspólny film

Wspólny film, dostosowany oczywiście do wieku dziecka lub ciekawa bajka to doskonały pomysł na rodzinne spędzenie świątecznego popołudnia. Równie fajnym pomysłem jest obejrzenie bajki z czasów waszego dzieciństwa.

Zobacz też: Jak zorganizować Święta Bożego Narodzenia i nie zwariować? Kilka porad dla zapracowanego rodzica

Quiz z nagrodami

To propozycja dla nieco starszych dzieci. Zorganizujcie domowy teleturniej z pytaniami dotyczącymi Świąt np. wymień potrawy jakie znajdują się na wigilijnym stole, wymień tytuły polskich kolęd, z jakiej krainy przyjeżdża Święty Mikołaj. Nie zapomnijcie o nagrodach.

Wspólne kolędowanie

Zaplanujcie wspólne, wieczorne kolędowanie. Zaproście znajomych, przyjaciół. Takie spotkania są doskonałą okazją do wspomnień. Dzieci na pewno będą zachwycone.

Oglądanie szopek w kościele

W drugi dzień świąt zorganizujcie sobie długi spacer, podczas którego obejrzycie wszystkie najpiękniejsze szopki w okolicy.

Idźcie na lodowisko

Niemalże w każdym większym mieście czy mniejszy miasteczku, zimą pojawiają się lodowiska przystosowane do małych dzieci. Maluchy, które nie potrafią jeszcze samodzielnie jeździć na lodowisku, mogą skorzystać z „pomocy” pingwinka.

Zobacz też: Samotność najmocniej boli w święta. To wtedy wzrasta ryzyko śmierci samobójczej

Wspólne  czytanie

Święta to wspaniały czas na zorganizowanie rodzinnego czytania. Każdy z nas ma ulubione książki z dzieciństwa, postarajmy się, by nasze dzieci także je miały. Czytaniu książek może towarzyszyć wspólne oglądanie ilustracji, czy przeglądanie zdjęć w albumie.

Granie w gry

Granie w planszówki to doskonała zabawa dla dzieci w każdym wieku. Do gry zaangażujcie pozostałych członków rodziny – babcię, dziadka, ciocię czy kuzynkę. Zagrajcie w państwa – miasta, kółko i krzyk, chińczyka czy okręty.

Kiedy udać się z dzieckiem do logopedy?

kiedy z dzieckiem do logopedy
W logopedii używa się metody tzw. kamieni milowych: umiejętności lub zachowań, które zazwyczaj wykazują 90% dzieci w określonym wieku. – fot. 123rf

Rozwój języka następuje bardzo szybko. Niemowlęta przechodzą od wydawania cichych dźwięków, takich jak gruchanie, do mówienia zdaniami w ciągu zaledwie 2 do 3 lat.  Ale szybkie tempo rozwoju językowego oznacza, że dzieci mogą równie szybko zostać w tyle. Kiedy należy zacząć myśleć o logopedzie w przypadku problemów z wyraźnym mówieniem u dziecka?

W logopedii używa się metody tzw. kamieni milowych: umiejętności lub zachowań, które zazwyczaj wykazują 90% dzieci w określonym przedziale wiekowym. Dzięki nim można podjąć decyzję, czy dziecko może potrzebować terapii mowy.

Zobacz też: Jak rozpoznać wczesne objawy autyzmu u dziecka?

Różne tempo rozwoju dzieci

Warto wiedzieć, że wszystkie dzieci rozwijają się w różnym tempie. Jest tak szeroki zakres tego, co typowe. U każdego człowieka język rozwija się inaczej. Decydując o najlepszym wieku do rozpoczęcia terapii logopedycznej, ważne jest rozróżnienie między kamieniami milowymi a średnimi. Najlepiej poprosić o ocenę mowy i języka, gdy tylko zauważysz, że dziecko nie osiąga kamieni milowych w zakresie komunikacji. Może być to np. wyraźne mówienie, czy też używanie całych zdań w sposób zrozumiały.

Podczas wizyty logopeda oceni, które umiejętności komunikacyjne są największymi zaletami dziecka, a w których może potrzebować większego wsparcia. I zrobi to wszystko w przyjazny maluchowi sposób, który zapewni mu zaangażowanie i rozrywkę.

Zobacz też: Zespół Aspergera – zrozumieć świat naszego dziecka

W jakim wieku po raz pierwszy z dzieckiem do logopedy?

Najlepszy wiek na terapię logopedyczną to wiek, w którym dziecko zaczyna pozostawać w tyle względem rówieśników lub kiedy rodzic zauważy, że nie osiąga kamieni milowych. Nigdy nie jest za wcześnie ani za późno na rozpoczęcie terapii.

Dzieci, które w ogóle nie mówią, są zwykle kierowane na ocenę mowy i języka w wieku około 18 miesięcy. Jest jednak absolutnie dopuszczalne, aby dzieci zaczynały w młodszym wieku. Z kolei dzieci urodzone z niepełnosprawnością często rozpoczynają terapię jako niemowlęta. Możliwe jest również, aby dzieci zaczęły zajęcia, gdy będą starsze.

Pamiętajmy, że jest wiele czynności, które możesz wykonać samodzielnie, aby wspierać rozwój językowy dziecka w domu! Przygotowane przez logopedów filmy z piosenkami, rymowanki to tylko niektóre z zajęć, które mogą poprawić kompetencje językowe pociechy.

Chociaż prawdą jest, że niektóre dzieci same „nadrabiają zaległości”, nie mamy możliwości dowiedzenia się, kto to zrobi, a kto nie. Dlatego zachęcamy wszystkie rodziny małych dzieci do aktywnego poszukiwania wsparcia w rozwoju językowym dziecka i uczenia się, co może robić w domu.

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

Nowość! – Harmonizujące sesje holoterapii w SPA hotelu Manor House

holopatia
Holopatia bazuje na sprawdzonych zasadach medycyny holistycznej. – fot. materiały prasowe

Równowaga energetyczna organizmu prowadzi do dobrego zdrowia i ogólnego dobrostanu. W jej osiągnięciu pomaga holopatia, która poprzez transfer informacji z wykorzystaniem fal Schumanna dostarcza pakiet uzdrawiającej energii.

Holopatia, nazywana medycyną XXI wieku, informacyjną, energetyczną lub komplementarną, działa na wszystkich poziomach: fizycznym, mentalnym, duchowym i energetycznym. Uczestnicy sesji holoterapeutycznych są podnoszeni energetycznie, poprawia się ich odporność i poszerza stan świadomości.

Siła tradycyjnych metod w nowoczesnej odsłonie

Holoterapia wzmacnia szczególnie osoby, które są zestresowane, rozpuszcza blokady, by całość była uzdrowiona – obejmuje bowiem swoim działaniem całościowo cały organizm. Doskonale wpisuje się to w filozofię Manor House, który od lat jest najlepszym holistycznym hotelem SPA w Polsce, dlatego uzdrawiającą holoterapię wprowadzono do Biowitalnego SPA.

Holopatia (z greckiego: holos – całość, pathos – uczucia) bazuje na sprawdzonych zasadach medycyny holistycznej, zwanej dziś komplementarną. Opiera się na tradycyjnej medycynie chińskiej (TMC), akupunkturze, fitoterapii, aromaterapii, klasycznej homeopatii, itd. Łączy wszystkie te sprawdzone od tysięcy lat zasady z najnowszą technologią komputerową w jedną, kompleksową syntezę.

Zobacz też: Rozpoznajesz u siebie te objawy? To może być wyczerpanie psychiczn

Naturalne uzupełnienie leczenia

Austriacki lekarz, dr Christian Steiner stworzył autorską metodę do profesjonalnego leczenia energetycznych deficytów i blokad. Holopatia – najnowsza gałąź medycyny energetycznej posługuje się informacjami zdrowotnymi. Jest to postępowanie nastawione na przyczynę schorzenia, a nie tylko na zwalczenie symptomu.

Leczenie przebiega na planie energetycznym i w wielu przypadkach może pomóc w sytuacji, gdzie poprzednie zabiegi kończyły się niepowodzeniem. De facto, holopatia nie leczy, a uzupełnia leczenie, poprzez pobudzanie naturalnych mechanizmów organizmu do samoleczenia. Koncentruje się na pobudzaniu uśpionych sił eterycznych w organizmie i likwidowaniu blokad powstałych w kanałach energetycznych (meridianach).

Obecny styl życia – stały stres, przemęczenie organizmu, jedzenie nienaturalnej żywności, zanieczyszczenie elektromagnetyczne, toksyny środowiskowe, twarde promieniowanie radioaktywne, dziura ozonowa, nasz sposób odczuwania, myślenia i postępowania – w znacznej mierze zakłóca naturalny przepływ życiodajnej energii oraz jego regulację. Chroniczny stres zakłóca wewnętrzny spokój i jasność umysłu, prowadzi też do poważnego osłabienia układu odpornościowego. Cierpimy z powodu różnych objawów m.in. permanentnego stresu, przepracowania, wyczerpania, bezsenności, problemów skórnych, alergii, chorób przewlekłych, itp. W takiej sytuacji zwalczanie poszczególnych objawów chorobowych nie ma sensu, objawy te są bowiem „językiem duszy”. Należy zacząć od odblokowania systemu regulującego wolny przepływ witalnej energii oraz od detoksykacji narządów i tkanek. Taki jest właśnie cel medycyny holopatycznej – mówi pierwszy polski holoterapeuta, Roman Nacht, który przeszkolił z działania QuintStation125, urządzenia do holopatii, zespół Biowitalnego SPA mazowieckiego kompleksu Manor House.

Więcej energii i odporności na stres

Działanie tego urządzenia elektronicznego ma indywidualny wpływ na każdy organizm i jest w różnym stopniu odczuwane przez różne osoby, nie powodując przy tym skutków ubocznych.

QuintStation 125 optymalizuje system energetyczny ciała. Znajdujące się w tkankach toksyny są wydalane do krwiobiegu, co może spowodować przejściowe pogorszenie się samopoczucia oraz typowe objawy procesu odtruwania się organizmu – ból głowy i uczucie zmęczenia, ale to tymczasowe skutki. Często już po pierwszej indywidualnej sesji jej uczestnicy czują się lepiej, są bardziej aktywni i energiczni, stają się wytrwalsi, odporniejsi na stres, a ich wydajność w życiu codziennym wzrasta, znika też dyskomfort i zmęczenie.

Zobacz też: Saunowanie – zdrowy i przyjemny sposób na regenerację

Jak wygląda zabieg?

W QuintStation 125 używane są fale nośne Schumanna. Na te częstotliwości nanoszone są drgania homeopatycznych substancji leczniczych. Dzięki tej technice urządzenie wysyła bezpośrednio w głąb tkanek specyficzne informacje lecznicze, kombinowane z bioenergią fal Schumanna. Tym samym, obciążone i chore komórki otrzymują bezpośrednio informacje oraz energię, której w danej chwili najbardziej potrzebują.

W trakcie zabiegu holopatycznego kanały akupunkturyczne i wszystkie układy w ciele, nerwy, tkanka łączna, organy, zaopatrywane są w uzdrawiające informacje. Takimi pozytywnymi sygnałami informacyjnymi są np. widma oscylacyjne substancji, takich jak: witaminy, pierwiastki śladowe, aminokwasy, zioła lecznicze, esencje Bacha, dźwięki lecznicze, sole mineralne, tynktury, kamienie szlachetne, itd. Zabiegi te optymalizują system energetyczny ciała, wzmacniają system odpornościowy i aktywują siły uzdrawiające w organizmie.

Holopatia to nowość w Gabinetach Bioodnowy Manor House SPA. Jest stosowana jako samodzielna terapia oraz energetyczne uzupełnienie masaży i zabiegów na twarz. Jeden seans trwa od 30 do 50 minut. Po terapii dobrze dać organizmowi czas na zintegrowanie całego procesu. Najlepsze efekty przynosi wykonanie serii zabiegów.

Holoterapia uzupełnia szeroki wybór terapii energetycznych, wśród których są m.in: refleksologia stóp i twarzy,  plazmowy system balansujący Keshego, platforma wibracyjna Schumanna, Bemer, Terapie: Multifalowa, Biowitalna i Harmonizacji Czakr na Kryształowym Łóżku, oraz koncerty na gongi i misy tybetańskie, z których słynie Biowitalne SPA. Każda ma nieco inne działanie, ale wszystkie wyrównują potencjał energetyczny organizmu oraz wzmacniają siły witalne, zdrowie i odporność.

Więcej informacji: https://www.manorhouse.pl/spa/alchemia-zdrowia/holoterapia

Redakcja

Portal o rodzinie.

Sposób na kaca. Czy istnieje skuteczne lekarstwo?

sposób na kaca
Alkohol to silna toksyna, której spożycie powoduje, że organizm uruchamia mechanizmy obronne. – fot. 123rf

Tak zwany kac to bardzo częsty skutek uboczny spożywania sporej ilości alkoholu. Jak go zminimalizować i leczyć?

Ból głowy, pragnienie, roztrzęsienie, światłowstręt oraz nadwrażliwość na dźwięki należą do najczęściej występujących objawów kaca. Odkąd ludzkość zapanowała nad metodą fermentacji alkoholowej, pojawił się inny problem godzien najtęższych umysłów każdej epoki. Był nim właśnie kac i dolegliwości dnia wczorajszego. Mimo zaawansowanej medycyny, do dzisiaj nie ma na nie jednego lekarstwa.

Zobacz też: Nowy rok, nowe cele! Czyli kilka słów o ich SMART wyznaczaniu

Alkohol to toksyna!

Po pierwsze należy pamiętać, że alkohol to silna toksyna, której spożycie powoduje, że organizm uruchamia mechanizmy obronne. Wątroba przekształca toksynę w związki łatwiejsze do usunięcia z organizmu. Z kolei nerki próbują szybko wydalić toksyny wraz z moczem.

Niestety, biologicznie nie jesteśmy przystosowani do spożywania alkoholu, powstały w wyniku metabolizacji aldehyd octowy jest jeszcze bardziej toksyczny. Z kolei zwiększenie produkcji moczu powoduje odwodnienie organizmu oraz utratę wielu cennych substancji odżywczych.

Jak uniknąć kaca? Najlepiej zdecydować się na jeden rodzaj alkoholu. Również pijąc drinki pamiętajmy, że soki pochodzenia naturalnego będą lepsze niż gazowane, słodzone napoje. Pamiętajmy, by alkohol popijać sporą ilością wody lub elektrolitów, podobnie jak przed snem.

Lekarstwo na kaca?

Najważniejsze dla naszego organizmu będzie uzupełnienie płynów oraz minerałów i składników odżywczych. Najlepsza trójka, jaką możemy sobie zaordynować to: lemoniada z miodem, woda z ogórków kiszonych oraz soki owocowe. Nawadniają one lepiej niż sama woda. Innym sposobem jest sięgnięcie po elektrolity – są one obecnie dostępne nie tylko w aptekach, ale również i w dyskontach czy sklepach spożywczych.

Jeśli dokucza nam nieznośny ból głowy można sięgnąć po lekarstwa. Unikajmy paracetamolu – grozi to uszkodzeniem wątroby. Zdecydowanie będzie lepszy ibuprofen czy kwas acetylosalicylowy (aspiryna).  Pamiętajmy również, że aldehyd octowy jest wydalany również przez skórę. Wysiłek fizyczny może pomóc, pod warunkiem iż potem weźmiemy prysznic.

Zobacz też: Noworoczne postanowienia i ich skutki uboczne

Jak dawniej leczono kaca?

Jak widzimy, nie ma jednej metody na kaca. Są jednak pewne wzorce, które mogą zminimalizować poimprezowy dołek. Dawniej jednak jeszcze bardziej hołdowano zasadzie „jeden rabin powie tak, drugi rabin powie nie”. Metod było bez liku i niektóre aż przyprawiają o ciarki na plecach. Chociaż część z nich była całkiem skuteczna.

Rzymianie ciężkie poranki starali się przetrwać prowokując wymioty oraz jedząc smażone w głębokim tłuszczu kanarki. Innym „kacowym” przysmakiem, proponowanym przez rzymskiego pisarza Pliniusza, były sowie jaja. Do tego wino z wodą i można było znów odwiedzać znajomych i uczestniczyć w codziennym życiu republiki.

Nie każdy jednak chciałby rozpoczynać dzień od smażonego kanarka. W tym samym czasie skuteczny lek na kaca wynaleźli Chińczycy. Była to herbatka ziołowa. Jak okazało się po latach, zawierała dihydromyricetynę – przeciwdziała ona zarówno ostremu zatruciu alkoholem, jak i objawom jego odstawienia. W badaniach opublikowanych w „Journal of Neuroscience” zespół z University of California w Los Angeles dowiódł, że to najskuteczniejsza ziołowa kuracja na kaca jaka powstała. Teraz na jej bazie można otrzymać antykacowe tabletki.

W epoce średniowiecza na dworach modne stało się podawanie węgorza z gorzkimi migdałami. Zawierające tłuszcz i cyjanek (z migdałów) danie miało pomóc w detoksykacji organizmu. To wtedy też uznano, że dobrą metodą jest wizyta w bani czyli… saunie. Było to bowiem pomieszczenie z rozgrzanymi na biel kamieniami polewanymi wodą.

Pod koniec wieków średnich pojawił się w Europie też inny ciekawy zwyczaj – na Sycylii z niewiadomych przyczyn uznano, że najlepszą metodą na kaca jest żucie suszonego penisa byczego. Nie wiadomo czy pomagało, ale na pewno na długo zapadał w pamięć dzień, w którym przesadziło się z alkoholem.

Z bliższych nam kręgów kulturowych – Kozacy zaporoscy leczyli kaca podobnie jak przeziębienie. Była to jednak dość specyficzna kuracja. Kozacy mieszali wódkę z czarnym prochem lub popiołem i w ten sposób uzyskiwali leczniczy napój. Oprócz tego jak niemal wszyscy Słowianie uznawali zasadę „klin klinem” i pili na kaca wódkę różaną. Również w Rzeczpospolitej szlacheckiej wcale nie pieszczono się z żołądkiem następnego dnia. Zalecano węgrzyna (wino węgierskie) oraz pieczoną dziczyznę. Nie wiadomo jednak, na ile były to skuteczne metody.

Ciekawy był lek zaproponowany przez XVII-wiecznego angielskiego lekarza i członka Królewskiego Kolegium Lekarzy Jonathana Goddarda. Jego koktajl zwany „Goddard’s Drops” składał się z… czaszki wisielca (koniecznie świeżej), sproszkowanej żmii i amoniaku. Nie wiadomo czy był skuteczny, ale z pewnością trudno dostępny. Tej metody nie polecamy, ale pamiętajcie, że umiar najlepiej zapobiega kacowi!

 

 

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.