Przejdź do treści

Rodzice i terapia uzależnień dziecka – jak się w tym wszystkim odnaleźć?

Gdy dziecko zderza się z uzależnieniem, albo jakimkolwiek innym problemem, czasami wsparcie rodzica nie wystarcza. Nieraz jest on bowiem tak samo wystraszony, jak jego ukochany syn, czy córka. Terapia staje się wtedy przestrzenią, w której rodzina może poukładać się na nowo. O tym, że wcale nie jest to łatwy proces i dlaczego czasami „gorzej” tak naprawdę oznacza „lepiej”, mówi w rozmowie z nami psycholożka i psychoterapeutka Małgorzata Zembowicz-Kowalska.

Zobacz pierwszą część rozmowy„Czy moje dziecko jest uzależnione?!” – ten wywiad powinni przeczytać wszyscy rodzice!

Katarzyna Miłkowska: Bycie w terapii często samo w sobie jest trudne i nieraz wiąże się z kryzysami. Zastanawiam się, czy może pojawić się moment, w którym dziecko jest w trakcie terapii uzależnień, a ja jako rodzic czuję, że jest tylko gorzej?

Małgorzata Zembowicz-Kowalska: Myślę, że na pewno może się pojawić i co więcej, może mieć to jak najbardziej związek z realnością. Tak jak powiedziałaś, w terapii zdarzają się kryzysy. Raczej nigdy nie jest to historia o tym, że od momentu zgłoszenia się jest już tylko i wyłącznie lepiej. Terapia faktycznie, niezależnie od modalności, jest procesem dynamicznym i jak najbardziej mogą pojawiać się w niej bardzo skomplikowane etapy. Trzeba jednak wziąć pod uwagę, że jest to także proces długotrwały, więc jest czas, aby te kryzysy przepracować. Warto przy tym pamiętać, że każdy tego typu moment załamania, które udaje się w terapii ułożyć, przekłada się na trwalsze efekty po jej zakończeniu.

Czyli trzeba przygotować się na dłuższy czas, bo w miesiąc problem się nie rozwiąże, dziecko nie będzie zdrowe, a wszystko nie wróci do poprzedniego porządku?

Wiesz, raczej myślę sobie, że nawet dobrze by było, żeby nie wracało, bo rozumiem, że skądś się ten problem jednak wziął. Punkt wyjściowy lepiej więc zostawić już za sobą, ale oczywiście, zachodzące w całym systemie zmiany mogą być trudne. Na różnych ich etapach, różne osoby mogą czuć się niezadowolone i mogą chcieć się przeciwko nim buntować. Tak, z całą pewnością jest to też proces długotrwały.

Myślę sobie, że trudne może być dla rodziców, kiedy dziecko zaczyna np. wyrażać złość, a wcześniej nigdy tego nie robiło. Nic dziwnego, że może pojawić się wtedy myśl, że moje dziecko po terapii stało się trudniejsze i jest tylko gorzej. Rozumiem jednak, że wtedy jest to miejsce na pracę rodzica z samym sobą?

Tak, dlatego też najlepsze efekty dają te oddziaływania, w których bierze udział cały system. Niekoniecznie musi to być terapia rodzinna, ale np. każdy z członków rodziny chodzi na terapię własną. Każda z tych osób zyskuje dzięki temu możliwość opracowywania pojawiających się zmian pod własnym kątem. Jest to też przestrzeń na przeżywanie rożnych trudności, znajdowanie dla siebie nowych miejsc w tym zmienionym systemie, nowych środków wyrazu, czy też nowych sposobów reagowania.

Co zatem może być taką „nowością” w relacjach rodzic-dziecko?

Ważna, nie tylko jeśli chodzi o uzależnienie, ale w ogóle w konstrukcjach wychowawczych, jest przede wszystkim konsekwencja. Jeśli u rodzica pojawiają się różne niepokoje, to nieraz zaczyna on działać w panice i podejmuje różne nieprzemyślane ruchy. Może m.in. dużo grozić: „Nie wyjdziesz przez miesiąc z domu, zabiorę ci komórkę, odetnę internet„. Później de facto nigdy to się nie dzieje, albo zamiast miesiąca trwa tydzień i z czasem zupełnie się rozmywa.

Fundamentalne we współżyciu z osobą uzależnioną jest konsekwentne przestrzeganie tego, co mówimy, ale jest to też fundament, na którym w ogóle buduje się wychowanie człowieka.

Konkretniej mówiąc, chodzi o branie odpowiedzialności za własne słowa, a nieraz przecież zdarza się, że będąc w emocjach mówimy dużo za dużo. Dorośli, rodzice, opiekunowie muszą oduczyć się bezmyślnego rzucania słowami na lewo i prawo.

Lepiej zastanowić się trzy razy, co ja mam tak naprawdę do powiedzenia dziecku, żeby później miało to przełożenie na realność. Jeśli bowiem coś mówimy, a nigdy nie dotrzymujemy słowa, to dziecko po prostu przestaje nas traktować poważnie.

Wyobrażam sobie, że na początku może być płacz i krzyk: „Nie oddam telefonu, będę i tak wychodził/wychodziła„. Długoterminowo daje to jednak zapewne poczucie, że po pierwsze, faktycznie mogę liczyć na słowo rodzica i po drugie, czuję się bezpiecznie.

Tak, bo konsekwentna postawa jest kluczowa i to dotyczy zarówno sytuacji trudnych, jak i tych przyjemnych. Jeżeli obiecuję ci, że pójdziemy dzisiaj do kina, to po prostu to robimy. Nie chodzi tu zatem o znak plus, minus, czy jakkolwiek będziemy to rozumieć, tyko o sam fakt konsekwencji. Uczymy wtedy dziecko, że nasze słowo ma prawdziwą wartość i tak jak powiedziałaś, jest to tym samym budowanie poczucia bezpieczeństwa. To jest zaś podstawą dla zdrowego rozwoju.

Czyli i tak wracamy do tego, że rodzic musi popracować przede wszystkim sam ze sobą.

Musi być ze sobą dogadany i musi też wiedzieć, na co go stać. Musi być świadomy tego, co może powiedzieć, bo sam od siebie jest to później w stanie wyegzekwować. Jeśli jednak wie, że nie da sobie z czymś rady, lepiej żeby miał tego świadomość i nie rzucał słów na wiatr. Podkreślam po raz kolejny, tu nawet nie chodzi o to, żeby cokolwiek egzekwować od dziecka, tylko od samego siebie.

Myślę teraz o poczuciu bezsilności. Jeśli odczuwamy ją w takim momencie, to chyba po prostu trzeba to uznać i powiedzieć dziecku, że nie jestem w stanie czegoś zrobić.

Zgadza się, a jeśli do tego sytuacja jest intensywna, możemy też zakomunikować, że to jest dla mnie strasznie trudne, muszę chwilę pomyśleć i wrócę do ciebie. Wcale nie musimy reagować od razu.

Będę w takim razie adwokatem diabła – Ale jak to?! Przecież jestem rodzicem, jestem dorosły, więc nie mogę pokazać dziecku słabości. Muszę wszystko wiedzieć!

Podałaś właśnie idealny przepis na popełnienie całej masy błędów. Jeśli zaś pozwolimy sobie przez chwilę odetchnąć, do czego absolutnie mamy prawo, to jest to jak najbardziej okej. Szczególnie jeśli to nazwiemy i pokażemy, że jest to trudne i potrzebujemy czasu na zastanowienie. Jest to też przy okazji budowanie w dziecku zdrowych nawyków. Dajemy tym samym przykład, że warto jest być blisko siebie, myśleć i przewidywać skutki tego, co robimy.

Być może, kiedy dziecko zderzy się wtedy z zewnętrznymi zagrożeniami, będzie mu też łatwiej pozwolić sobie na taki moment zastanowienia.

Dokładnie, bo przecież wcale nie musi, jak ten koń z klapkami na oczach, iść bezmyślnie za innymi. Może dojść do wniosku, że wcale nie chce uciekać na wagary, czy sięgać po tę substancję.

Zastanawiałam się w trakcie naszej rozmowy, czy może jest jakiś kontrast pomiędzy pracą z rodzicem, który podejrzewa, że jego dziecko jest uzależnione, od pracy z rodzicem, który ma już co do tego pewność. Widzę teraz, że tak naprawdę w jego indywidualnej pracy nie robi to chyba żadnej różnicy.

Nie robi absolutnie żadnej. Nie chcę w żaden sposób oczywiście umniejszać problemowi realnego uzależnienia, bo w sferze faktów są to ogromne różnice. Podejrzenie może być bowiem związane z zupełnie czymś innym, np. zawodem miłosnym i dlatego dziecko schudło, słucha smutnej muzyki i zamyka się w pokoju, przy czym wtedy zupełnie nie ma to nic wspólnego z alkoholem, czy narkotykami. Realne uzależnienie jest bezsprzecznie inną historią. Natomiast jeśli chodzi o przeżycie rodzica, to w obu tych przypadkach musi on poradzić sobie ze stresem, z niepokojem, z lękiem.

Czyli wspólny jest fakt, że chcąc poradzić sobie z uzależnieniem dziecka, albo tak naprawdę jakimkolwiek jego problemem, rodzic powinien zacząć od siebie.

Zasada zawsze jest taka sama – wydolny, sprawdzający się rodzic to rodzic, który dba przede wszystkim sam o siebie. Tylko wtedy ma bowiem realnie coś do zaoferowania. Jeśli jesteśmy dobrze poukładani ze sobą, to mamy zasoby, którymi możemy obdzielać innych.

Zobacz też: Bo macierzyństwo po prostu jest trudne

Małgorzata Zembowicz-Kowalska
psycholożka, psychoterapeutka, specjalistka terapii uzależnień. Prowadzi konsultacje psychologiczne, terapię indywidualną, grupową, terapię par oraz terapię uzależnień. Zajmuję się również prowadzeniem zajęć treningowych, psychoedukacyjnych oraz działalnością szkoleniową i dydaktyczną – www.malgorzatazembowicz.pl

 

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW (dziennikarstwo). Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS, jest też byłą słuchaczką studiów podyplomowych Gender Studies na UW. Współautorka książki "Kobiety bez diety".

Aborcja karana jak zabójstwo? Do Sejmu trafił projekt

aborcja sejm
fot. sejm.gov.pl

Fundacja Pro – prawo do życia złożyła w Sejmie obywatelski projekt zaostrzenia tzw. Ustawy antyaborcyjnej. Karą za nielegalne spędzenie płodu ma być skazanie za morderstwo.  

Aborcja to w Polsce gorący temat. Politycy przyzwyczaili nas do “grzania” nim, gdy trzeba wywołać podział. Ostatnie starcie skończyło się Strajkiem Kobiet i wielotygodniowymi manifestacjami. Najnowszy, związany z ruchami kościelnymi, projekt domaga się drakońskiego zaostrzenia prawa.  

Stop aborcji  

Inicjatywa Pro-prawo do życia nie jest pierwszą złożoną przez jej aktywistów. Fundacja kilkukrotnie składała w sejmie podpisy pod projektami obywatelskich inicjatyw ustawodawczych, których celem było ograniczenie lub zakazanie wykonywania aborcji w Polsce. Sprzeciw wyrażają również do uniemożliwienia wprowadzania do polskich szkół edukacji seksualnej według standardów WHO. Fundacja jest też znana z wystaw z drastycznymi zdjęciami oraz zakłócania spotkań środowisk LBGTQ.  

Na Facebookowym profilu inicjatywy czytamy: “Przez kilka miesięcy zbieraliśmy podpisy na ulicach polskich miast. Już w środę 22 września zanosimy je do Sejmu. Celem projektu “Stop aborcji” jest zapewnienie każdemu człowiekowi prawa do życia. Chcemy chronić życie dzieci przed narodzeniem w takim samym stopniu i w taki sam sposób, jak chronione jest życie wszystkich innych ludzi! W ostatnich latach na sile przybrała przestępczość aborcyjna. Aby skutecznie z nią walczyć potrzebna jest zmiana prawa na takie, które sprawi, że zabijanie dzieci będzie karane. Zabijanie nie może być bezkarne!”  

Projekt zakłada karanie za aborcję wszystkich zaangażowanych w zabieg: osobę przeprowadzającą aborcję, pomocników/pomocniczki i osobę przerywająca ciążę. Nie ma też możliwości przerwania ciąży ze względu na zagrożenie życia lub zdrowia matki. 

Zobacz też: Powiedz STOP kobietobójstwu! Mocna kampania społeczna Centrum Praw Kobiet

Polska jak Nikaragua? 

Jeśli projekt wszedłby w życie, Polska miałaby jedno z najsurowszych praw aborcyjnych na świecie. Znalazłaby się w gronie takich krajów, jak Salwador, Honduras, Nikaragua i Dominikana.  

Z pewnością takie rozwiązanie naraziło by Polskę na konflikty wewnątrz Unii Europejskiej. Czerwcowa rezolucja Parlamentu Europejskiego wzywała bowiem kraje UE do uznania, że “każde ograniczenie dostępu do antykoncepcji, leczenia bezpłodności, opieki położniczej i aborcji „stanowi naruszenie praw człowieka” i wzywa kraje do „potępienia wszelkich prób ograniczenia dostępu” do tych usług. 

Z pewnością też zaostrzenie prawa w takim zakresie spowodowałoby konflikty wewnątrz kraju, bardzo prawdopodobne byłyby masowe protesty. Partia rządząca, która w swej propagandzie ustawia się jako antyaborcyjna, musiałaby również opowiedzieć się za jednym rozwiązaniem podczas ewentualnego głosowania. Dlatego najbardziej prawdopodobnym rozwiązaniem będzie trzymanie projektu ustawy w “zamrażarce” marszałek Elżbiety Witek.  

Zobacz też: Kryzys na granicy z Białorusią. Węzeł gordyjski się zacieśnia

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

Szwedzcy naukowcy: składowany plastik zatruwa ziemię  

plastik ocean
fot. Wikimedia Commons

Wietrzejący, zaśmiecający planetę plastik może stwarzać nieprzewidywane dotąd zagrożenia. Aby zmniejszyć ilość niebezpiecznych śmieci potrzebne są jednak obszerne zmiany związane ze stylem życia i kulturą – twierdzą eksperci. 

Specjaliści z Uniwersytetu Sztokholmskiego oraz kilku innych ośrodków naukowych przestrzegli właśnie na łamach prestiżowego „Science”, że jako ludzkość zbliżamy się do punktu bez odwrotu, jeśli chodzi o zanieczyszczenie Ziemi plastikiem. Już chyba większość ludzi zdążyła się oswoić z informacjami o tym, że plastik znajdowany jest praktycznie wszędzie – nawet na pustyniach, szczytach gór, w arktycznym śniegu, czy oceanicznych głębinach. Bo plastikowe zanieczyszczenia to nie tylko wyspy śmieci na oceanie, plastikowe torby, czy pojemniki. 

Wietrzejący plastik problemem

Tworzywa sztuczne ulegają wietrzeniu. To prawda, że pomaga ono w długim czasie usuwać śmieci ze środowiska, ale stwarza także kolejne niebezpieczeństwa.  

Wietrzenie plastiku następuje z powodu wielu różnych procesów i przeszliśmy długą drogę, aby je zrozumieć. Jednak wietrzenie nieustannie zmienia właściwości plastikowych zanieczyszczeń, co rodzi kolejne pytania. Degradacja plastiku jest bardzo powolna i nie jest skuteczna w zatrzymaniu jego akumulacji w środowisku, więc ekspozycja na zwietrzały plastik będzie cały czas rosła – wyjaśnia prof. Hans Peter Arp, współautor publikacji. 

Jak wyjaśniają naukowcy, w czasie wietrzenia plastiku powstają mikro- oraz nanocząstki, a do tego z tworzyw uwalniają się różnego rodzaju chemiczne substancje. Z czasem rośnie więc zarówno złożoność zanieczyszczeń, jak ich mobilność. Skutki tego badacze określają jako bardzo trudne, albo nawet niemożliwe do przewidzenia. 

Zobacz też: Segregacja to (nie)trudna sprawa – sprawdź, jak to robić!

Droga bez odwrotu?

Oprócz zniszczeń, które plastik może spowodować bezpośrednio np. unieruchamiając zwierzęta, czy też swoim toksycznym działaniem, ma duży potencjał szkodzenia w połączeniu z innymi czynnikami. Naukowcy podejrzewają, że może być zdolny do nasilania zmiany klimatu poprzez zaburzanie tzw. biologicznej pompy węglowej, która odpowiada za obieg węgla w oceanach. Razem z przełowieniem ryb i niszczeniem morskich habitatów spowodowanym zmianami temperatur plastik może także nasilać spadek oceanicznej bioróżnorodności. 

Obecnie zapełniamy środowisko rosnącą ilością plastikowych zanieczyszczeń, które trudno jest usunąć. Jak dotąd nie obserwujemy licznych dowodów na szerokie, szkodliwe konsekwencje, ale jeśli wietrzejący plastik uruchomi naprawdę niebezpieczne efekty, prawdopodobnie nie będziemy w stanie ich cofnąć – alarmuje prof. Matthew MacLeod, główny autor opracowania. 

Źródło: https://naukawpolsce.pap.pl/

Zobacz też: Plastik niepotrzebny! Słomki z jakich materiałów zastąpią te, które znaliśmy dotąd?

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

Znalazła słodkiego psiaka w górach i stał się jej partnerem na szlakach

camper

Nikki Delventhal znalazła swojego psa podczas wędrówki po Albuquerque w Nowym Meksyku we wrześniu 2020 roku. Psiak od tego czasu jest nieodłącznym towarzyszem kobiety i stał się hitem internetu. Zwierzę otrzymało imię Camper i zwiedza teraz Stany Zjednoczone w…kamperze. 

camper

Nikki, wraz z matką, jechały na odludziu w poszukiwaniu szlaku, kiedy zauważyły przez lusterko wsteczne psa goniącego jej samochód. Nikki od razu wiedziała, że nie może zostawić słodkiego, uroczego szczeniaka w szczerym polu. Kiedy tylko kobieta otworzyła drzwi do samochodu, kundel wskoczył jej prosto na kolana. Nikki już wcześniej mówiła, że jest gotowa na adopcję psa, ale czekała na odpowiedni moment. Zdarzenie z Meksyku uznała za dar losu i odtąd z Camperem (tak bowiem nazwała psiaka) stanowią nieodłączny duet.  

Zobacz też: Terapia ze zwierzętami w roli głównej – jak wpływają na zdrowie człowieka?

camper

Po pewnym czasie głód przygód Nikki spowodował, że razem z psiakiem ruszyła samochodem w podróż po Ameryce. Kobieta stara się zarabiać prowadząc kanał na YouTube oraz profil na Instagramie. Internauci przyjęli Nikki i Campera bardzo ciepło – przygody przyjaciół śledzą tysiące obserwujących.  

camper

Na zdjęciach widzimy radosne podróże po Stanach Zjednoczonych i wspólne chwilę spędzone na podróżach i biwakach. Mina Campera, który jest gwiazdą kanału mówi w zasadzie wszystko – szczęście aż bije z jego pociesznej mordki.  

Źródło: boredpanda.com

Zobacz też: Olej CBD dla psów? Sprawdziliśmy, o co chodzi – czy warto go podawać?

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

W kraju mamy 1,4 tys. gatunków grzybów jadalnych. Jak nie dać się zwieść tym trującym?

grzyby
dav

W polskich lasach występuje 1,4 tysiąca gatunków grzybów jadalnych. W rozmowie z serwisem Nauka w Polsce PAP dr inż. Małgorzata Krokowska-Paluszak rzeczniczka prasowa Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Poznaniu wyjaśnia jak się nie pomylić się zbierając dary lasu.  

Obecnie idealny czas, żeby wybrać się do lasu; jest nie tylko sprzyjająca pogoda, ale i w lasach rzeczywiście pojawiły się już grzyby. Pamiętajmy, że grzyby w polskich lasach można zbierać bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów i w zasadzie bez ograniczeń. Nie wolno jednak zbierać ich w niektórych częściach lasu, gdzie jest stały zakaz wstępu, w tym: na uprawach do 4 m wysokości, w drzewostanach nasiennych i powierzchniach doświadczalnych, czy w ostojach zwierzyny. Grzybów nie wolno także zbierać na obszarach chronionych: w rezerwatach i parkach narodowych. Rygorystycznie należy przestrzegać również zakazu wstępu na tereny wojskowe. A jak rozpoznać czy zbierany przez nas grzyb jest jadalny? 

Zobacz też: Jak wspierać odporność dietą? [EKSPERTKA]

Znamy tylko niewielki procent grzybów 

Z wymienionych w artykule 1,4 tys. gatunków grzybów jadalnych, tylko 47 z nich jest – zgodnie z prawem – dopuszczonych do obrotu produkcji przetworów grzybnych. 117 gatunków jest z kolei pod ochroną i tych grzybów nie wolno w lasach zbierać. Przeciętny Polak rozpoznaje około 15 gatunków grzybów, a wytrawny grzybiarz około 40 gatunków. 

Krokowska-Paluszak zauważyła, że pomyłki w czasie grzybobrania mogą okazać się tragiczne w skutkach. Jak podkreśliła, para grzybów, których pomylenie jest najbardziej tragiczne, brzemienne w skutkach, to czubajka kania, czyli tzw. sowa, „bardzo lubiana, bardzo chętnie zbierana, uważana też za takiego „wegańskiego kotleta” – ale łatwa do pomylenia z muchomorem sromotnikowym, który jest silnie trujący”. „Wystarczy tak naprawdę pół kapelusza muchomora sromotnikowego, żeby jedzenie okazało się śmiertelną trucizną” – zaznaczyła. Należy więc zbierać tylko te grzyby, które znamy. Zarówno metoda polegająca na cięciu owocnika, jak i na jego wykręceniu jest prawidłowa. Najważniejsze dla przyszłego wzrostu grzyba będzie jednak nie cięcie i jego sposób, lecz przysypanie ściółką leśną grzybni by mogła się ona swobodnie odrodzić. Unikajmy też zbierania do foliowej siatki – grzyby stracą swoje walory estetyczne i zapachowe. 

Warto, aby grzybiarze idąc do lasu zabrali ze sobą – poza atlasem grzybów – także mapę terenów leśnych. Obecnie taką mapę można zainstalować w telefonie np. darmową aplikację mapową mBDL (mobilny Bank Danych o Lasach). Warto też pamiętać, by przed wyprawą taki telefon miał wystarczającą ilość baterii. 

Źródło: Nauka w Polsce PAP

Zobacz też: Dieta długowieczności

 

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.