Przejdź do treści

Sport od najmłodszych lat – Diablo Włodarczyk: „Powinniśmy dziecko wspierać, popychać do przodu i służyć mu pomocą”

Sport buduje charakter, w internecie dzieci tego nie znajdą – fot. Maciej Stankiewicz

Co daje sport, co zabiera i jak wspierać w nim dziecko już od najmłodszych lat? O swojej drodze do boksu na światowym poziomie i współczesnych zmaganiach z wirtualnym światem, który w sekundę tworzy idoli nastolatków – w przeciwieństwie do sportu będącego wieloletnimi zmaganiami uczącymi ludzi niesamowitej pokory – opowiedział w rozmowie z nami Krzysztof Diablo Włodarczyk.

Katarzyna Miłkowska: Zaczynając przygodę z boksem, przypuszczałeś, jak to wszystko się potoczy?

Krzysztof Diablo Włodarczyk : Nie, w ogóle nie przychodziło mi to do głowy. Po prostu pojawiłem się na sali – tyle. Pierwsze rękawice bokserskie miałem jednak wcześniej. Gdy miałem 8 lat, tata kupił je mi i mojemu starszemu bratu. Zupełny przypadek, że akurat był to sprzęt do tej właśnie dyscypliny sportu.

Pytanie, czy przypadki istnieją.

No właśnie… w każdym razie pamiętam, że kiedy wcześniej wariowaliśmy, tata zakładał nam na ręce po 3-4 pary skarpetek. Początkowo w ten właśnie sposób boksowaliśmy się z bratem. Jest on trochę wyższy ode mnie i nieraz miałem problem, żeby go dorwać. Byłem jednak odważniejszy do pewnych ruchów, w końcu więc go przełamywałem i wygrywałem. Potem oczywiście był płacz i krzyk: „tata”! (śmiech)

No tak, to rzeczywiście trzeba było iść na salę i coś z tą energią zrobić.

Dokładnie! Później, kiedy mieliśmy już pierwszą parę rękawic, to ja zakładałem prawą, on lewą, albo na odwrót, a na drugiej ręce wciąż mieliśmy skarpetki. W taki właśnie sposób tata kierował nas w stronę boksu.

Chociaż przyznaję, że też wykorzystywaliśmy to jako sposób na rozwiązywanie pomiędzy nami konfliktów. Uwierz mi, dla małego chłopca takie walki były niesamowitym przeżyciem i wywoływały ogromne emocje. W kryzysowych momentach tata oczywiście wchodził pomiędzy nas i ten nasz „boks” przerywał.

Prawdziwy sędzia – jak na ringu.

Zgadza się. Bardzo przy tym doceniam to, jak fajnie jest mieć starszego brata, albo w ogóle jakąkolwiek bliską osobę w życiu. Uważam, że ludzie zdecydowanie lepiej wtedy funkcjonują.

Patrząc chociażby tylko z perspektywy sportu, wsparcie jest ogromnie ważne. Wsparcie i obecność ludzi, którzy pomimo wszystko stoją za naszymi plecami.

Tak, jest to niezwykle ważne i pomaga nie załamywać się w trudnych chwilach. Swój największy knockdown dostałem od kolegi seniora – miałem jakieś 17 lat, kolega 20. W trakcie sparingu dostałem on niego cios w czoło, a ja w ogóle nie dałem rady nawet wstać. Zawieźli mnie do szpitala, zrobili wszystkie badania, łącznie spędziłem tam dwa tygodnie.

Najbardziej pamiętam jednak, kiedy na drugi dzień byli u mnie rodzice. Mama siedziała obok i głaszcząc mnie po głowie, powiedziała: „Krzysiu, czy ty musisz ten boks trenować”. Miała łzy w oczach, widziałem w nich ogromny smutek. Odpowiedziałem jednak: „Mamo, ja sobie inaczej nie wyobrażam”. Dostałem w zamian całkowite zrozumienie: „Okej, tylko proszę cię, ostrożnie…” – to bardzo ważne, jeżeli rodzice cię wspierają.

Nieważne co byś robiła, albo robił, potrafią dać ci pomoc i wysłuchać. Część rodziców powiedziałaby pewnie w podobnej sytuacji: „Nie, nie będziesz tego więcej robił”.

Albo od razu wyznaczyliby inną, konkretną ścieżkę dla swojego dziecka.

Zupełnie tego nie rozumiem! Wiadomo, że nam – rodzicom – wydaje się, że lepiej wiemy, co jest dobre dla naszych dzieci. Chociażby z racji doświadczenia, ale…

Do pewnego momentu tak jest, że trzeba wyznaczać granice, prowadzić.

Do pewnego momentu tak, kiedy jednak dziecko obiera już jakąś ścieżkę życia, to nie powinniśmy w nią ingerować. Powinniśmy dziecko wspierać, popychać do przodu i zapewniać, że jeśli czegoś potrzebuje, to służymy pomocą.

Powiedziałeś o trosce mamy, w której musiał być przede wszystkim ogromny strach o dziecko. Boks to ryzykowny sport – szachy to nie są – ale z tego co słyszę, ty sam tego ryzyka nie odczuwasz?

Teraz odczuwam, ale jako młody człowiek rzeczywiście tak nie było. Wydaje mi się to jednak dość jasne. Zobacz, gdy biorą młodego chłopaka do wojska i wystawiają go na front, to czy jest w nim jakiś strach? On nie analizuje, nie myśli o tym, co może się stać i jakie mogą być konsekwencje.

Zobacz też: Motywuj mnie mamo i wspieraj mnie tato. 5 pomysłów jak zmotywować rodzinę do aktywności fizycznej

Fot. Krzysztof Diablo Włodarczyk

Mówisz o tym, że potrzebne jest do tego doświadczenie?

Jak najbardziej. Kiedy taki chłopak wróci pierwszy raz z frontu, powie: „Zobaczcie, nic mi się nie stało!” Sęk w tym, że 20 innych kolegów nie żyje… Dopiero doświadczenie iluś takich wojen, pokazuje, co z czym się wiąże. Podobnie jest w boksie – jeśli człowiek jakieś doświadczenie już w tym sporcie ma i wie, co może się stać, to pojawia się analiza. Może nie jest to stricte strach, ale na pewno większe zastanowienie. Chociaż koniec końców, nie zawsze wpływa to pozytywnie na całość przebiegu walki.

Zapewne jakiejś części ryzyka wtedy nie podejmujesz.

Dokładnie, ale z tymi wszystkimi wnioskami wiąże się długa droga, z której przechodzeniem jest dzisiaj różnie. Tak z ciekawości, czy tobą owładnął internet?

Hmm… to zależy, jak to rozumieć. Jest wszechobecny, to na pewno.

Widzisz, mój szesnastoletni syn, kiedy jesteśmy gdzieś razem, przez większość czasu siedzi z nosem w telefonie. Kiedy mówię: „Czarek, może byś pobiegał, może pójdziemy pograć w piłkę”, to w odpowiedzi słyszę: „Tato, ja teraz gram, nie przeszkadzaj”. Strasznie ciężko jest mi się w tym odnaleźć. To zupełnie nie jest mój czas, to nie mój pociąg – wysiadam.

Jestem przerażony też ludźmi, którzy zrobią z siebie w internecie idiotę i uważają, że są gośćmi. Kiedyś na sukces, prawdziwy sukces, trzeba było zapracować. Wchodziłem do ringu, pokazywałem, co umiem, jak to robię, wygrywałem i tak budowałem swoją „markę”.

Myślę, że przede wszystkim ciężko jest pojąć tę szybkość. Tempo, w jakim można ten sukces w pewnym sensie „dostać”.

Tak, ta łatwość jest ogromna. Wszyscy mamy teraz telefon z kamerami, każdy może coś nagrać, wrzucić do sieci – jak to niektórzy mówią, jeśli nie ma cię w internecie, to nie ma cię na świecie. Mnie to przeraża.

Wydaje mi się, że jest to też kwestia tego, jak ktoś z internetowej popularności i sukcesu korzysta. Można to robić rozsądnie i mieć dystans, a można też tym po prostu żyć. Niewątpliwie w takim zestawieniu elementem, którego uczy sport, jest ogromna pokora.

Jak najbardziej – możesz być na dnie, a możesz być na samym szczycie. Na sporcie i trudnościach, które się na tej drodze spotyka, buduje się charakter. W internecie tego nie znajdziesz.

Zobacz też: Jak komórka, tablet i komputer wpływają na dziecko? Cyberchoroby plagą XXI wieku

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW (dziennikarstwo). Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS, jest też byłą słuchaczką studiów podyplomowych Gender Studies na UW. Współautorka książki "Kobiety bez diety".

Co oznacza deszcz na Greenlandii?

lodowiec
fot. The ORIGINS Project Foundation

Na Grenlandii w połowie sierpnia rozpadał się deszcz. To pierwszy znany przypadek opadów deszczu na grenlandzkim lodowcu – informuje na swojej stronie internetowej National Snow and Ice Data Center. To efekt globalnego ocieplenia, którego jednym z przyczyn jest działalność ludzka.  

Fala upałów, która przetoczyła się przez północną półkulę w połowie sierpnia, zahaczyła również o Grenlandię. W jej wyniku po raz pierwszy na szczycie grenlandzkiego lodowca zaobserwowano opady deszczu. Deszcz padał przez kilka godzin. Padało w miejscu, które zawsze było na tyle mroźne, że trudno byłoby przypuszczać, iż nawiedzą je opady deszczu.  

Ubytek lodu siedmiokrotnie większy 

Wystąpienie opadów zarejestrowała 14 sierpnia bieżącego roku stacja amerykańskiego National Snow and Ice Data Center’s (NSIDC), której placówka znajduje się na Grenlandii. Dodatnia temperatura powietrza utrzymywała się w tym miejscu ok. dziewięć godzin – czytamy na stronie NSIDC. „Nie było, jak dotąd, żadnych doniesień o opadach deszczu w tym miejscu, które znajduje się na wysokości 3216 m” – informuje NSIDC. W raporcie czytamy, że ubytek lodu tego dnia był siedmiokrotnie większy niż przeciętna wartość w tym czasie.  

Zdaniem naukowców, nie da się nie wiązać opadów deszczu na Grenlandii ze zjawiskiem globalnych zmian klimatycznych. Pokrywa lodowa Grenlandii zawiera na tyle dużo lodu, że po jej stopieniu poziom mórz może podnieść się o sześć metrów.  

Zobacz też: Co myślą dzieci o zmianach klimatu? Ogólnoświatowa akcja, w której my też możemy wziąć udział!

Niemal wszystkie lodowce topnieją 

Niemal wszystkie lodowce na świecie stają się cieńsze i tracą objętość. Ten proces coraz bardziej przyspiesza – dowodzą naukowcy na łamach tygodnika „Nature”. Lodowce są ważnymi wskaźnikami zmian klimatu. Ich obserwacja pozwala na zrozumienie tempa i dynamiki zmian klimatycznych. Od połowy XX w., niezależnie od wysokości nad poziomem morza czy szerokości geograficznej, obserwuje się szybkie topnienie lodowców. Do niedawna jednak częściowo tylko poznano stopień topnienia lodowców na świecie. 

Najnowsze badania, przeprowadzone przez międzynarodowy zespół naukowy, uwzględniają niemal wszystkie lodowce świata. W latach 2000-2019 lodowce na całym świecie traciły średnio rocznie 267 mld ton. Zauważono również, że w tym czasie tempo topnienia przyspieszyło. Topniejące lodowce przyczyniają się w 21 proc. do podniesienia poziomu mórz. Najszybciej topnieją lodowce na Alasce, Islandii i w Alpach. Sytuacja jest poważna również w górach Pamir, w Hindukuszu oraz w Himalajach.  

Ku zaskoczeniu naukowców, okazało się, że znaleźć można również obszary na świecie, gdzie topnienie spowalnia, takie jak wschodnie wybrzeże Grenlandii, część Islandii czy Skandynawii. Przypisują to lokalnej anomalii pogodowej na północnym Atlantyku, która wywołuje większe opady i niższą temperaturę. 

Globalnym ociepleniem zagrożone są najbardziej tereny zalewowe i nadmorskie – za kilkadziesiąt lat zatopione będą nabrzeża np. Gdyni i możliwe będzie, że Hel znów stanie się wyspą, zaś 30% Holandii znajdzie się pod wodą. Antropocentryczne w dużej mierze globalne ocieplenie to jedno z największych wyzwań, jakie stoją przed społeczeństwem w XXI wieku.  

Źródło: Nauka w Polsce PAP 

Zobacz też: Jak rozmawiać z dzieckiem o zmianach klimatu bez wywoływania w nim lęku?

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

W kraju mamy 1,4 tys. gatunków grzybów jadalnych. Jak nie dać się zwieść tym trującym?

grzyby
dav

W polskich lasach występuje 1,4 tysiąca gatunków grzybów jadalnych. W rozmowie z serwisem Nauka w Polsce PAP dr inż. Małgorzata Krokowska-Paluszak rzeczniczka prasowa Regionalnej Dyrekcji Lasów Państwowych w Poznaniu wyjaśnia jak się nie pomylić się zbierając dary lasu.  

Obecnie idealny czas, żeby wybrać się do lasu; jest nie tylko sprzyjająca pogoda, ale i w lasach rzeczywiście pojawiły się już grzyby. Pamiętajmy, że grzyby w polskich lasach można zbierać bez ponoszenia jakichkolwiek kosztów i w zasadzie bez ograniczeń. Nie wolno jednak zbierać ich w niektórych częściach lasu, gdzie jest stały zakaz wstępu, w tym: na uprawach do 4 m wysokości, w drzewostanach nasiennych i powierzchniach doświadczalnych, czy w ostojach zwierzyny. Grzybów nie wolno także zbierać na obszarach chronionych: w rezerwatach i parkach narodowych. Rygorystycznie należy przestrzegać również zakazu wstępu na tereny wojskowe. A jak rozpoznać czy zbierany przez nas grzyb jest jadalny? 

Zobacz też: Jak wspierać odporność dietą? [EKSPERTKA]

Znamy tylko niewielki procent grzybów 

Z wymienionych w artykule 1,4 tys. gatunków grzybów jadalnych, tylko 47 z nich jest – zgodnie z prawem – dopuszczonych do obrotu produkcji przetworów grzybnych. 117 gatunków jest z kolei pod ochroną i tych grzybów nie wolno w lasach zbierać. Przeciętny Polak rozpoznaje około 15 gatunków grzybów, a wytrawny grzybiarz około 40 gatunków. 

Krokowska-Paluszak zauważyła, że pomyłki w czasie grzybobrania mogą okazać się tragiczne w skutkach. Jak podkreśliła, para grzybów, których pomylenie jest najbardziej tragiczne, brzemienne w skutkach, to czubajka kania, czyli tzw. sowa, „bardzo lubiana, bardzo chętnie zbierana, uważana też za takiego „wegańskiego kotleta” – ale łatwa do pomylenia z muchomorem sromotnikowym, który jest silnie trujący”. „Wystarczy tak naprawdę pół kapelusza muchomora sromotnikowego, żeby jedzenie okazało się śmiertelną trucizną” – zaznaczyła. Należy więc zbierać tylko te grzyby, które znamy. Zarówno metoda polegająca na cięciu owocnika, jak i na jego wykręceniu jest prawidłowa. Najważniejsze dla przyszłego wzrostu grzyba będzie jednak nie cięcie i jego sposób, lecz przysypanie ściółką leśną grzybni by mogła się ona swobodnie odrodzić. Unikajmy też zbierania do foliowej siatki – grzyby stracą swoje walory estetyczne i zapachowe. 

Warto, aby grzybiarze idąc do lasu zabrali ze sobą – poza atlasem grzybów – także mapę terenów leśnych. Obecnie taką mapę można zainstalować w telefonie np. darmową aplikację mapową mBDL (mobilny Bank Danych o Lasach). Warto też pamiętać, by przed wyprawą taki telefon miał wystarczającą ilość baterii. 

Źródło: Nauka w Polsce PAP

Zobacz też: Dieta długowieczności

 

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

Prognozy: pod koniec listopada będzie 30 tysięcy zakażeń dziennie

Wzrost zakażeń wariant delta
Foto: Unsplash

Słaba wyszczepialność i brak odporności zbiorowej mogą się szybko zemścić. Dynamika zakażeń koronawirusem w Polsce jest obecnie bardzo zbliżona do tej sprzed roku – wynika z modelu przygotowywanego przez naukowców z Politechniki Wrocławskiej. W połowie września dzienna liczba zakażeń wyniesie prawdopodobnie 500-600 osób. A pod koniec listopada może osiągnąć nawet ponad 30 tys. 

Zespół prof. Tylla Krügera z Politechniki Wrocławskiej w swoich prognozach używa superkomputera. W ich modelu matematycznym MOCOS (Modelling Coronavirus Spread) ważne jest przede wszystkim to, jak wirus przenosi się w sieciach społecznych – np. między gospodarstwami domowymi. Jest tam modelowana struktura gospodarstw domowych i połączeń między 38 mln Polaków. 

Epidemię modelują również dwa inne zespoły polskich naukowców: Interdyscyplinarne Centrum Modelowania Matematycznego i Komputerowego Uniwersytetu Warszawskiego oraz Zespół z Wydziału Matematyki Informatyki i Mechaniki Uniwersytetu Warszawskiego i z NIZP-PZH. 

30-40 tys. zgonów na wariant delta?

Prof. Tyll Krüger powiedział PAP, że z modelu przygotowanego przez jego zespół wynika, iż z początkiem września nastąpi przyrost zachorowań. „W połowie września dzienna liczba zakażeń wyniesie prawdopodobnie 500-600. Potem zakażenia będą rosły bardzo szybko. W październiku może być więcej niż 10 tys., a pod koniec listopada – nawet ponad 30 tys. To będzie szczyt czwartej fali” – mówi naukowiec. 

Zobacz też: Odwiedziny u zaszczepionych rodziców. Czy na pewno są bezpieczne?

Profesor zapytany o przewidywaną liczbę zgonów spowodowanych przez COVID-19 przestrzegł, że może być ona bardzo wysoka i wynieść podczas zbliżającej się fali nawet 30-40 tysięcy. 

Dlaczego prognozowana liczba zakażeń i zgonów jest tak wysoka, mimo że 48 proc. populacji w Polsce (ok. 18,3 mln osób) jest już zaszczepionych, a kilkadziesiąt procent jest ozdrowieńcami? Naukowiec wskazuje, że wirus w wariancie Delta jest mniej więcej dwukrotnie bardziej zaraźliwy niż poprzednie warianty i to niweluje zasadniczo spadek zakażeń wskutek nabytej odporności. A gdyby nie było szczepień, zakażeń byłoby zdecydowanie więcej. Z jego szacunków wynika, że w sumie w Polsce odporność na koronawirusa nabyło ok. 60 proc. ludzi – albo na skutek zakażeń lub dzięki szczepieniu. Nie wszystkie osoby zaszczepione i ozdrowieńcy są w pełni zabezpieczone przed koronawirusem. „Zapewne ok. 80 proc. z nich” – ocenił. Jak wskazał, dużo zależy np. od ich stanu zdrowia. 

Wciąż zbyt mało zaszczepionych

Prof. Krüger jest szczególnie zaniepokojony tym, że tylko 62 proc. osób w wieku 80 plus jest zaszczepionych.  

„Być może uda się zaszczepić większość z nich, ale od dwóch miesięcy ich liczba prawie się nie zwiększa, a to te osoby są najbardziej narażone na bardzo ciężki przebieg COVID-19 i zgon. Szacujemy, że 200 tys. osób w tej najstarszej grupie nie posiada odporności na koronawirusa, a śmiertelność w tej grupie wynosi 10-15 proc” – mówi naukowiec. Ekspert powiedział, że w Anglii i Francji poziom wyszczepienia najstarszych osób wynosi ponad 90 proc. Dodał, że cieszyć się należy z tego, że w Polsce grupa w wieku 70-79 lat jest zaszczepiona na poziomie 82 proc. – to najwyższy poziom wśród wszystkich grup wiekowych. 

Źródło: PAP – Nauka w Polsce
Zobacz też: Wariant delta – wszystko co powinieneś wiedzieć

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.

Zamki w Polsce, które musisz odwiedzić 

Zamek Krzyżtopór

Polskie zamki to nie tylko Wawel i Malbork. Przygotowaliśmy listę kilku ciekawych warowni, które warto odwiedzić.  

Skarszewy – zamek joannitów 

W 1305 roku Skarszewy stały się siedzibą joannickiego komtura i stolicą baliwatu czyli zagranicznej ziemi należącej do zakonu. To właśnie rycerzom zakonnym miasto zawdzięcza swój rozwój, bowiem już w roku 1325 zyskało prawa miejskie. W latach 1320-1334 joannici wybudowali zamek. Wiadomo też, że w 1336 roku konwent składał się z komandora, wicekomandora, trzech braci rycerzy, zaś w 1341 z komandora, dwóch kapelanów i ośmiu braci rycerzy. Niestety problemy finansowe zakonu oraz presja krzyżaków, którzy zajęli Pomorze zadecydowała, że został on już w 1370 sprzedany. Krzyżacy szybko rozpoczęli rozbudowywać zamek. Wybudowali piętrowy Zamek Wysoki z częścią mieszkalną i dwoma basztami. Połączono go także podziemnym tunelem z kościołem. Mury zamku zostały wzmocnione wieżami oraz mocną bramą. Zamek nie brał udziału bezpośredniego w walkach w latach 1410-1411. Ucierpiał w kolejnych wojnach polsko-krzyżackich. M.in. podczas najazdu czeskich najemników – husytów w roku 1433, kiedy poważnie spalony zamek poddał się. Podczas wojny trzynastoletniej kilkukrotnie zmieniały się załogi zamku, najczęściej w wyniku negocjacji. Po drugim pokoju toruńskim miasto i zamek trafiły pod panowanie polskie. Obecnie zamek jest instytucją kultury, zaś tuż obok znajdują się odnowione mury starych Skarszew.  

Skarszewy zamek

Bytów – pruski sąd i więzienie w jednym miejscu 

Najbardziej na zachód wysuniętym zamkiem na szlaku jest Bytów. Krzyżacy ziemię bytowską zyskali stosunkowo późno, wykupili ją od rodu von Behrów w 1329 roku. Dopiero w 1390 roku przystąpiono do budowy zamku na planie prostokąta, trwała ona do 1405 roku. Warownię usytuowano na wzniesieniu obok rzeki Bytowi. Rozmiar zamku jest dosyć spory, wymiary to 70×49 metrów. W przeciwieństwie do innych zamków zastosowano trzy baszty okrągłe i jedną kwadratową. 

W 1638 r. wraz ze śmiercią ostatniego z rodu książąt pomorskich ziemia bytowska przeszła na własność Polski. Po I rozbiorze Polski zamek przypadł w udziale Prusom, którzy na jego terenie urządzili sąd i więzienie. W trakcie II wojny światowej warownia służyła za siedzibę Hitlerjugend. 

Obecnie znajduje się w niej muzeum, biblioteka oraz hotel z restauracją, na dziedzińcu zaś odbywają się imprezy kulturalne. 

bytów zamek

Zobacz też: 5 nieoczywistych miejsc na wakacje z dziećmi w Polsce

Najdłuższa droga do toalety 

Określenie zamkiem warowni w Kwidzynie nie jest do końca precyzyjne. Jest to bowiem zespół katedry obronnej. Należała ona do krzyżackiej kapituły Pomezanii, a pieczę sprawował biskup. Sam zamek wysoki, wzniesiony w XIV wieku, przylega do budynku katedry, jego wieża obronna była jednocześnie dzwonnicą. Po rozbiorach wnętrza kilkakrotnie przebudowywano na potrzeby urzędów. Największą osobliwością jest gdanisko, czyli wieża szaletna, najdłuższa w Europie. Wieża wznosi się na wysokość 34,50 m. Jej szerokość wynosi 8,75 m. Posiada pięć przęseł o łącznej długości 55 metrów. W 2010 roku udostępniono zwiedzającym odkrytą kryptę wielkich mistrzów zakonu, którzy zdaniem współczesnych okazali się niegodni pochówku w Malborku. Obecnie w zamku działa muzeum oraz katedra katolicka. 

Zamek kwidzyn

Rezydencja bogaczy

Ostatnia propozycja to ruiny powstałej w latach 1627–1644 rezydencji pałacowej otoczonej fortyfikacjami bastionowymi położonej w miejscowości Ujazd w województwie świętokrzyskim. Była to największa budowla pałacowa w Europie przed powstaniem Wersalu. Pałac, należący do Ossolińskich został zajęty i zniszczony w czasie potopu przez Szwedów w październiku 1655 roku. Od tego czasu jest trwałą ruiną, obecnie można go zwiedzać.  

Zamek Krzyżtopór

Zobacz też: Wakacje po polsku, czyli Janusz i Grażyna nad morzem

Piotr Celej

Dziennikarz od ponad dekady. Prywatnie miłośnik zdrowej kuchni, sportu i historii.