Przejdź do treści

Współczujące niemowlaki – czy empatia jest wrodzona?

Współczujące niemowlaki
Niemowlęta, zanim nauczą się chodzić czy mówić, potrafią ocenić postępowanie innych – Fot. Pixabay

Niemowlęta, zanim nauczą się chodzić czy mówić, potrafią ocenić postępowanie innych jako dobre lub złe, odczuwają empatię i współczucie, pocieszają i odczuwają coś, co nazywa się elementarnym poczuciem sprawiedliwości.

Do takich wniosków doszli naukowcy  z Uniwersytetu Yale analizując wyniki badań z udziałem małych dzieci. Profesor Paul Bloom, psycholog rozwojowy, badał moralność niemowląt i małych dzieci poprzez obserwację ich zachowań.

Jego książka „To tylko dzieci. Narodziny dobra i zła” jest teorią rozwoju moralności, próbą wyjaśnienia wpływu genów i środowiska na to, jakim człowiekiem się stajemy. Kilkudniowe noworodki nie lubią słuchać płaczu innych, najczęściej same wtedy zaczynają płakać. Jak się okazało, nie jest to bezsensowna reakcja na sam dźwięk – niemowlęta płaczą mocniej, kiedy słyszą płacz innego dziecka. Podejrzewa się, że jest to odruch empatii, współodczuwania z dzieckiem, które przeżywa negatywne emocje.

Zobacz też: Twoje dziecko kłamie? To dobry znak

Wrodzona moralność

Wielu naukowców już wcześniej podzielało zdanie Blooma, że zmysł moralny stanowi element naszego naturalnego wyposażenia. Thomas Jefferson pisał: „Zmysł moralny, czyli sumienie, to taka sama część człowieka, jak noga czy ręka. Jest dany wszystkim ludziom, choć u jednych jest silniejszy, a u innych słabszy, tak jak siła członków bywa większa lub mniejsza”.

Czym więc obdarza nas natura od najwcześniejszych lat?

  • zmysłem moralnym – pewną zdolnością do odróżniania dobra i zła,
  • empatią i współczuciem – doświadczaniem cierpienia w obliczu bólu doznawanego przez osoby z naszego otoczenia i pragnienia ulżenia im w tym bólu,
  • elementarnym poczuciem sprawiedliwości – skłanianiem się ku równemu podziałowi zasobów,
  • podstawowym poczuciem prawości – pragnieniem, by dobre uczynki były nagradzane, a złe – karane.

Ta nasza wrodzona dobroć ma jednak swoje granice – bywamy obojętni , czujemy wrogość wobec obcych, często jesteśmy małostkowi i nietolerancyjni. Nasze emocjonalne, instynktowne reakcje, szczególnie wstręt, mogą spowodować straszliwe czyny.

Jak nauczyć dzieci empatii?

Martin Hoffman, amerykański psycholog proponuje rodzicom prosty sposób na rozbudzenie w dziecku empatii. Tę praktykę nazywa indukcją. Polega ona na tym, że jeśli dziecko kogoś skrzywdziło lub niebezpiecznie zbliża się do wyrządzenia komuś krzywdy, rodzic zachęca do przyjęcia roli tej osoby – to empatyczne kuksańce, dzięki którym młodzi ludzie wdrażani są do nawykowego przyjmowania punktu widzenia innych osób. Komunikat, który otrzymują brzmi: nie masz żadnych moralnych przywilejów.

Zobacz też: Przedszkole czy niania? Zobacz, która opcja jest korzystniejsza dla rozwoju dziecka

Często wydaje nam się, że jesteśmy niewolnikami naszych emocji, a nasze moralne sądy i działania są skutkiem mechanizmów, których nie jesteśmy świadomi i nad którymi nie jesteśmy w stanie zapanować. A prawda jest taka, że nasza moralność działa zgoła inaczej – wiemy o tym na podstawie naszego codziennego doświadczenia oraz naukowych odkryć psychologii rozwojowej – twierdzi Paul Bloom.

Iza Farenholc

Dziennikarka i redaktorka. Pracowała jako redaktor naczelna w magazynie dla rodziców Gaga oraz współpracowała m.in. z magazynami Zwierciadło, Twój Styl, Sens, Glamour - materiały psychologiczne, recenzje książkowe, muzyczne i filmowe, wywiady, reportaże z podróży.

Stres pandemii vs. niepłodność

koronawirus a płodność
fot. 123rf.com

Statystyki wskazują, że problem niepłodności dotyczy około 20 proc. par w wieku rozrodczym. Jakie obserwacje w tym zakresie mają specjaliści, zwłaszcza w kontekście pandemii i związanego z nią stresu? Wyjaśnia w rozmowie z nami prof. dr hab. n. med. Rafał Kurzawa ze szczecińskiego ośrodka Vitrolive, Dyrektor Medyczny The Fertility Partnership Polska – sieci klinik leczenia niepłodności, która w ostatnim czasie zainicjowała kampanię „Zadbaj o swoją płodność”.

Ma Pan Profesor za sobą wiele lat doświadczenia w pracy z problemem niepłodności – czy w ostatnich latach obserwuje Pan tendencję wzrostową i moglibyśmy nazwać to czymś na wzór „choroby XXI wieku”?

Prof. Rafał Kurzawa: Określenie, jakiego mógłbym użyć, to przede wszystkim… „choroba, której pojawienie się (niekiedy niezamierzenie) wspieramy”. Być może brzmi to mocno, bo oczywiście przyczyny niepłodności bywają kompletnie od nas niezależne. Ba! Części powodów problemów ze spontanicznym poczęciem nawet nie znamy… ale niewątpliwie istotny wpływ na rozwój niepłodności ma styl życia i różnego typu decyzje, które podejmujemy. Czynnikiem zależnym od nas jest na przykład odwlekanie myśli o posiadaniu dzieci. Kobiety coraz później decydują się na ciążę, a jeśli pierwsze dziecko rodzi się po 30. roku życia, z bardzo dużym prawdopodobieństwem można założyć, że będzie to jedyne dziecko danej kobiety. Współczesne pary – bo nie jest to, rzecz jasna, tylko kwestia kobiet – chcą początkowo zdobyć wykształcenie, pozycję zawodową, stabilność finansową i pewność, że dany partner lub partnerka są odpowiednimi kandydatami na rodziców.

Obecnie zajmuje to jednak dużo więcej czasu niż w przeszłości, o przede wszystkim szkodzi przyszłym matkom. Dlaczego? Ponieważ główną przyczyną problemów związanych z rodnością jest wzrastający w tym kontekście wiek kobiet, czyli ich zbyt późna decyzja o posiadaniu dziecka w stosunku do możliwości biologicznych. Mówimy o tym m.in. w ramach naszej kampanii edukacyjnej „Zadbaj o swoją płodność”, która ma na celu uwrażliwienie społeczeństwa na kluczowe dla płodności czynniki.

Rozumiem, że jest to jeden z dwóch wymienionych przez Pana czynników – kwestia podejmowanych decyzji. Co zatem ze stylem życia?

Jest to bardzo szerokie pojęcie. Gorąco polecam lekturę 10 porad udzielanych przez naszych specjalistów medycyny rozrodu w ramach wspomnianej wyżej akcji edukacyjnej. Niektóre z nich mogą wydać się trywialne, a jednak dalej nie są implementowane do codziennego życia. Tu, w naszej rozmowie, proponuję skupić się na stresie. W badaniach stres jest utożsamiany przede wszystkim z wykonywaną pracą, ale na jego występowanie istotnie wpływają też okoliczności – obecnie zwłaszcza pandemia. Co ciekawe, pojawiło się duże europejskie badanie, które opierało się na pytaniu: „Co jest największym stresorem u pań i panów, którzy starają się o dziecko?”. Pierwsze miejsce zajęła potencjalna niepłodność, na drugim znalazły się praca i pieniądze, a na trzecim relacje rodzinne (w szerokim znaczeniu). Badanie powtórzonow czasach COVID-u – wie Pani, co znalazło się na najwyższym stopniu podium? To samo! Potencjalna niepłodność i lęk o to, czy będziemy mieli dziecko. Zmiana pojawiła się dopiero na drugim miejscu – COVID zepchnął pracę na trzecie.

Rzeczywiście, znamienne jest to, że mimo wszystko zakażenie koronawirusem czy nawet choroba COVID wywołuje w osobach starających się o dziecko mniejszy stres niż niepłodność.

Dlatego podjęte zostały takie, a nie inne decyzje towarzystw naukowych. Mam na myśli to, że nawet w tych trudnych czasach trzeba leczyć niepłodność. Oczywiście przy wszystkich obostrzeniach, bo one muszą istnieć, ale nie można rezygnować z niesienia w tym zakresie pomocy.

Zobacz też: Witamina C lekiem na koronawirusa? Badania mówią, że…

To ciekawe, ostatnio spotkałam się z badaniami – co prawda amerykańskimi – które pokazały, jak negatywnie lockdown i związane z tym początkowe zamknięcie klinik wpłynęły na kobiety zmagające się z niepłodnością. Blisko 90 proc. ankietowanych przyznało, że zawieszenie leczenia miało negatywny wpływ na ich zdrowie psychiczne, a ponad 50 proc. wykazywało objawy depresyjne.

Zdecydowanie bliższe kulturowo są nam jednak badania europejskie – ale tak, wnioski niewątpliwie są podobne.

A czy z perspektywy Pana gabinetu pandemia zmieniła w jakiś sposób – negatywny bądź pozytywny – podejście pacjentów do leczenia?

Moje zdziwienie wzbudza jedna rzecz, chociaż jest to bardziej obserwacja niż konkretny wniosek. O ile przed COVID-em zdarzało się, że pacjentki odwoływały wizyty lub na nie po prostu nie przychodziły, tak teraz, gdy przecież standardowo planujemy rezerwacje wizyt na termin za miesiąc lub dwa, sytuacje, w których pacjenci się nie pojawiają, praktycznie się nie zdarzają!

Być może przemawia przez nas perspektywa, która pokazała, że nie ma na co czekać, ponieważ w zasadzie wszystko jest bardzo niestałe…

Prawdopodobnie. Niezależnie jednak od przyczyny takiego stanu, jest to dla pacjentów bardzo korzystna zmiana – czas w leczeniu niepłodności jest kluczowy, nie warto przekładać wizyty u specjalisty ds. płodności na bliżej nieokreślone „później”. A najlepiej działać tu i teraz – także profilaktycznie.

Oto 5 wskazówek od specjalistów z THE FERTILITY PARTNERSHIP POLSKA, które pozwolą Ci lepiej zadbać o swoją płodność

5 pozostałych znajdziesz w październikowym wydaniu e-magazynu „Chcemy Być Rodzicami”

DR PAWEŁ BRELIK Z KLINIKI VITROLIVEIm większe spożycie alkoholu, tym mniejsze szanse na zajście w ciążę. Wysokie spożycie alkoholu szkodzi płodności u kobiet i wpływa niekorzystnie na jakość nasienia. Dla zachowania zdrowia reprodukcyjnego należy kontrolować częstotliwość i ilość przyjmowanych jednostek alkoholu.

DR MAŁGORZATA SZCZERBA-ZEMBALA Z CM MACIERZYŃSTWOPlanując rodzicielstwo, warto zbadać się pod kątem zakażeń bakteryjnych. Nie wszystkie infekcje intymne dają odczuwalne objawy, a mogą nawet długofalowo upośledzić płodność. Badania pod kątem chlamydii, mycoplasmy i ureaplasmy to istotny element profilaktyki płodności.

DR MARTA SIKORA-POLACZEK Z CM MACIERZYŃSTWO Żyjemy zdrowo, czujemy, że nasz wiek biologiczny jest niższy od metrykalnego. Czy to znaczy, że nasze jajniki też opierają się upływowi czasu? Różnie z tym bywa – biologiczny potencjał jajników możemy oszacować wykonując oznaczenie AMH.
DR ALEKSANDRA ROSIAK-GILL Z KLINIKI VITROLIVEBadania nasienia to jedne z kluczowych elementów w diagnostyce niepłodności partnerskiej. Często już na tym etapie można ustalić źródło niepowodzeń i zastosować ukierunkowaną terapię, która pozwoli w przyszłości cieszyć się upragnionym potomstwem.
DARIA TERLIKOWSKA Z KLINIKI VITROLIVEProblemy z zajściem czy utrzymaniem ciąży mogą wynikać z trudności emocjonalnych. Badania ujawniają, że przewlekły stres, napięcie wewnętrzne, wyczerpanie, obciążenie zbyt dużą ilością obowiązków i brak równowagi wewnętrznej mają negatywny wpływ na układ hormonalny człowieka.

 

 

 

 

 

 

 

 

 

Zobacz też: 5 PORAD: Mężczyzno – sprawdź, jak możesz poprawić swoją płodność!

 

Ekspert

Prof. dr hab. n. med. Rafał Kurzawa

Ginekolog położnik, specjalista endokrynologii ginekologicznej i rozrodczości, a także specjalista embriologii klinicznej z kliniki Vitrolive w Szczecinie, który w ostatnim czasie objął stanowisko prezesa Polskiego Towarzystwa Medycyny Rozrodu i Embriologii. Jest Dyrektorem Medycznym The Fertility Partnership Polska i każdego dnia pomaga parom pokonywać trudności na drodze do rodzicielstwa.

Katarzyna Miłkowska

Dziennikarka, absolwentka UW (dziennikarstwo). Obecnie studiuje psychologię kliniczną na Uniwersytecie SWPS, jest też byłą słuchaczką studiów podyplomowych Gender Studies na UW. Współautorka książki "Kobiety bez diety".

Breaking News: w Białym Domu zamieszka pies ze schroniska. Trump przegrał, bo nie ma psa?

w Białym Domu zamieszka pies ze schroniska
Pies Major Fot. Instagram Dr. Jill Biden, żony Joe Bidena

W Białym Domu po raz pierwszy zamieszka pies ze schroniska. Wabi się Major i należy do nowego prezydenta Stanów Zjednoczonych, Joe Bidena. Tym samym psia tradycja powraca!

Ronald Reagan i Lucky, George W. Bush i Barney, Barack Obama i Bo – to sławne duety, do których dołączy niebawem Joe Biden i Major. Prezydentura Bidena oznacza powrót tzw. pierwszych psów do Białego Domu.

Zaadoptował psa ze schroniska

W 2018 roku Joe Biden zaadoptował owczarka niemieckiego. Szczeniak, razem z rodzeństwem, trafił do schroniska po tym, jak został odratowany przez lokalne pogotowie weterynaryjne. Następnie pieskami zaopiekowała się organizacja pro-zwierzęca Delaware Humane Association, która znalazła im nowych właścicieli.

Dzisiaj jest szczęśliwy dzień dla Majora. Nie tylko znalazł swój dom na stałe, ale został adoptowany przez wiceprezydenta Joe Bidena i dr Jill Biden! Bidenowie poznali Majora, dając mu dom tymczasowy, a teraz są gotowi, aby uczynić adopcję oficjalną. Powodzenia i dziękujemy, że jesteście jednymi z naszych przyjaciół na całe życie! – taką radosną nowiną podzieliła się organizacja w listopadzie 2018 roku.

Today is Major’s lucky day! Not only did Major find his forever home, but he got adopted by Vice President Joe Biden &…

Opublikowany przez Delaware Humane Association Sobota, 17 listopada 2018

Zobacz też: Donald Trump został dziadkiem! Już po raz dziewiąty

Przywróćmy psy do Białego Domu

Przez ostatnie cztery lata w Białym Domu nie mieszkało żadne zwierzę. Donald Trump zerwał w ten sposób z tradycją trwającą od ponad 100 lat, czyli opiekowania się przez głowę państwa jakimś czworonożnym pupilem.

Trump, nagabywany przez reporterów, powiedział, że posiadanie psa w jego przypadku byłoby „fałszywe”, bo podparte ciągłymi namowami jego doradców, a nie osobistym wyborem. Prezydent dodał także, że nie miałby czasu na opiekę nad czworonogiem.

Z kolei Joe Biden jest miłośnikiem psów. W jego mediach społecznościowych znaleźć można wiele zdjęć przedstawiających go w towarzystwie dwóch owczarków niemieckich – 12-letniego Champa i 2-letniego Majora.

Jednym z haseł kampanii wyborczej Bidena było Let’s put dogs back in the White House, czyli  „Przywróćmy psy do Białego Domu”. Zobacz zabawny filmik z pieskami w roli głównej:

 

Wyświetl ten post na Instagramie.

 

Post udostępniony przez Joe Biden (@joebiden)

Czy opiekowanie się psem może wpłynąć na polityczne preferencje? Nie wiadomo. Jednak wiele osób twierdzi, że czuje sympatię do psiarzy, a człowieka poznaje po jego stosunku do zwierząt. O roli psa w rodzinie niedawno pisaliśmy – polecamy wywiad z trenerką psów!

Jedno jest pewne: dzięki wygranej Bidena, jego pupil o imieniu Major zapisze się na łamach historii jako pierwszy pies ze schroniska, który kiedykolwiek zamieszkał w Białym Domu.

Źródło: BuzzFeedNews

Zobacz też: Czy pies wyczuwa ciążę? Wiele wskazuje, że…

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat przepracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, podczas urlopu macierzyńskiego rozpoczęła przygodę z dziennikarstwem i social mediami.

Michał Figurski, Fundacja Najsłodsi: „Cukrzyca to choroba kłamców”

Michał Figurski wywiad Fundacja Najsłodsi
Michał Figurski Fot. materiały fundacji

Michał Figurski – naczelny skandalista IV RP. Radiowiec, prezenter telewizyjny. Król życia. Czy do tego opisu pasuje nieuleczalna, przewlekła choroba? Nie! „O tym się nie mówi” – twierdzi nasz rozmówca i od razu dodaje: „Dlatego trzeba głośno krzyczeć!”.

W 2015 roku, na skutek powikłań cukrzycowych, doznał poważnego wylewu, po którym był w śpiączce przez dwa tygodnie. Następnie przeszedł przeszczep nerki i trzustki. W zeszłym roku założył Fundację Najsłodsi, której misją jest szerzenie wiedzy o cukrzycy wśród ludzi młodych. Na spotkanie przyszedł w bluzie z logo Fundacji.

Alina Windyga-Łapińska: Zacznijmy od tego, co mam przed oczami – logo i hasło „Pokaż nam swój środkowy palec”. Rzucające się w oczy, kontrowersyjne, warte zapamiętania. Czy to był Twój pomysł?

Michał Figurski: Tak. To logo pełni szereg funkcji – przede wszystkim ma pomóc młodym ludziom zaakceptować fakt, że mają cukrzycę. Misją mojej fundacji jest odkłamanie wizerunku cukrzycy jako choroby osób starszych, niedołężnych, otyłych, niedbających o siebie.

Istnieje cała rzesza ludzi młodych i aktywnych, chorych na cukrzycę. Przez to, że mało się mówi o tej chorobie w mediach, ciągle muszą tłumaczyć, czym ona jest i dlaczego ją mają. Wcale nie dlatego, że obżerali się cukierkami i opijali colą.

To logo ma zwracać uwagę i jak najbardziej spełnia to zadanie. Za tym ma pójść nadstawienie ucha i refleksja na temat tego, co wiem na temat tej choroby, jak mogę pomóc sobie i innym. Mówimy o 4 milionach Polaków chorych na cukrzycę, czyli co 10. z nich ją ma albo mieć będzie. Uważam, że wciąż za mało wiemy o tym cichym zabójcy, który nie boli.

Media dotykają tematu dwa razy do roku – 14 listopada w Światowy Dzień Cukrzycy oraz 27 czerwca w Dzień Walki z Cukrzycą. To wciąż za mało. Dużo mówimy o innych chorobach – udarach, zawałach, raku, zapaleniu płuc. Dzisiaj rozmawiamy w dobie histerii związanej z koronawirusem. Cukrzyca to jest też koronawirus, jednak sieje znacznie większe spustoszenie w społeczeństwie, bo nie dość, że zabija, to wcześniej okalecza. To jest choroba, na którą nie ma pigułki, nie ma szczepionki. To jest choroba, której leczenie polega wyłącznie na samoświadomości i samodyscyplinie. A my chcemy szerzyć jedno i drugie.

(..)

Zobacz też: Vademecum cukrzycy ciążowej

W społeczeństwie panuje mit, że cukrzyca to choroba, na którą, w pewnym sensie, trzeba sobie zapracować – poprzez złą dietę, papierosy, alkohol…

To jest potwornie krzywdzące i niesprawiedliwe. Powoduje, że wiele osób chorych chowa się w cień, nie mówi głośno „jestem chory”, nie chce nosić przy pasku pompy insulinowej, nie chce mierzyć sobie cukru w miejscu publicznym. Tymczasem uważam, że to zupełnie normalne, tak samo jak przewijanie dziecka w miejscu publicznym czy nakarmienie go.

Mam młodszego kolegę, który zawsze był „misiowaty”. W pewnym momencie zaczął gwałtownie chudnąć i źle się czuć, poszedł do lekarza i okazało się, że ma dramatycznie wysoki poziom cukru. Czy w Twoim przypadku było podobnie?

Znam tę historię z autopsji. W klasie maturalnej byłem otyły, w pewnym momencie zacząłem słabnąć i chudnąć. Na początku bardzo mnie to cieszyło. Natomiast było to niestety wynikiem rozwijającej się cukrzycy, którą potem kompletnie zaniedbałem. Nie przyjąłem w ogóle do świadomości, że ją mam. Zbuntowałem się. Żyłem tak, jakby jej nie było, a była. I rozwijała się bardzo wrednie i agresywnie, ale bardzo, bardzo powoli.

Całość wywiadu przeczytasz w kwietniowym wydaniu e-magazynu „Chcemy Być Rodzicami”.

Informacje o Fundacji Najsłodsi znajdziesz na Instagramie i Facebooku – @fundacjanajslodsi oraz na stronie www.najslodsi.pl.

Zobacz też: Miejsce wypełnione miłością. Wywiad z Magdaleną Różczką

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat przepracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, podczas urlopu macierzyńskiego rozpoczęła przygodę z dziennikarstwem i social mediami.

Witamina C lekiem na koronawirusa? Badania mówią, że…

Witamina C a koronawirus
Fot. 123rf

Witamina C, znana również jako kwas askorbinowy, ma ważne właściwości przeciwzapalne, przeciwzakrzepowe i przeciwwirusowe. Czy może wspomóc nas w walce z koronawirusem SARS-CoV-2?

Swiss Society of Nutrition zaleca suplementowanie witaminy C w dawce 2 g na dobę w celu uzupełnienia niedoboru dla ogółu populacji, a zwłaszcza dla osób w wieku 65 lat i starszych. Ma to na celu wzmocnienie układu odpornościowego.

Czy to wystarczy, aby zapobiec zachorowaniu na COVID-19? Nie, jednak spoglądając na mechanizm działania witaminy C, można dojść do obiecujących wniosków.

W przeglądzie opublikowanym w Preprints badacze opisali potencjalną rolę witaminy C w terapii i zapobieganiu infekcjom dróg oddechowych, w tym COVID-19.

Zobacz też: Jak wspierać odporność dziecka – 11 skutecznych sposobów i jeden wątpliwy

Witamina C a reakcja obronna organizmu

Witamina C pełni ważną funkcję homeostatyczną jako przeciwutleniacz. Wiadomo, że wykazuje bezpośrednie działanie wirusobójcze i zwiększa produkcję interferonów (białek uwalnianych przez komórki ciała jako odpowiedź na obecność patogenów).

Podczas gdy SARS-CoV-2 reguluje w dół ekspresję interferonów, kwas askorbinowy zwiększa aktywność tych kluczowych białek obronnych gospodarza.

W warunkach stresu fizjologicznego obserwuje się szybki spadek poziomu witaminy C w surowicy człowieka, szczególnie u pacjentów hospitalizowanych. Najbardziej prawdopodobnym wyjaśnieniem jest zwiększone spożycie metaboliczne.

Dawkowanie witaminy C

Autorzy badania zalecają, aby osoby z grup wysokiego ryzyka pamiętały o codziennej suplementacji witaminy C w dawce 2 g/dzień, a w przypadku zakażenia wirusem zwiększyły dawkę do 6-8 g/dzień.

Badanie sugeruje, że podawanie witaminy C w dużej dawce może zmniejszyć konwersję z łagodnej infekcji do krytycznej fazy COVID-19. Zaobserwowano również, że suplementacja witaminy C skraca czas pobytu na OIOM, redukuje zastosowania respiratorów u pacjentów w stanie krytycznym i zmniejsza śmiertelność wśród nich.

Brzmi nazbyt optymistycznie? Odkrycie na pewno wymaga dalszych badań oraz recenzji naukowych, aby mieć zastosowanie kliniczne.

Jedno jest pewne – masz objawy choroby? Umów się na teleporadę lekarską, a przed zastosowaniem jakiekolwiek leku czy suplementu skonsultuj się z lekarzem lub farmaceutą.

Chcesz trzymać rękę na pulsie? Zapraszamy do śledzenia naszych artykułów w dziale zdrowie.

Źródło: News Medical

Zobacz też: Poród w czasach koronawirusa – historie młodych rodziców

Alina Windyga-Łapińska

Dziennikarka portalu Współczesna Rodzina. Absolwentka resocjalizacji na Uniwersytecie Warszawskim. Kilka lat przepracowała w dziale HR zagranicznych firm produkcyjnych, podczas urlopu macierzyńskiego rozpoczęła przygodę z dziennikarstwem i social mediami.